Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

piątek, 23 marca 2018

Lubuskie i zachodniopomorskie: Szlak im. Hetmana Stefana Czarnieckiego

Szlak im. Hetmana Stefana Czarnieckiego z Kostrzyna nad Odrą do Stargardu Szczecińskiego został utworzony w 1957 roku, w 300-ną rocznicę wojny, w której polskie wojska pod wodzą Hetmana Stefana Czarnieckiego sprzymierzone z Danią walczyły ze Szwedami. Szlak przechodzi przez miejsca związane z tymi wydarzeniami, ale jest bardzo ciekawy z wielu innych względów.
 
Znakowany jest kolorem czerwonym i ma nominalną długość 273 km. Okazał się dłuższy - GPS pokazał, że trasa jaką pokonaliśmy z kolegą Michałem liczyła 310 km - ze względu na błądzenia i dodatkowo naliczane dystanse na postojach można uznać, że w rzeczywistości szlak liczy około 290-295 km. W relacji podaję dzienne dystanse według GPSu - trzeba wziąć pod uwagę, że każdego dnia nadkładaliśmy około 2 km błądząc.
 
Szlak zatacza pętlę, prowadząc przez północną część województwa lubuskiego i południowo-zachodnią część województwa zachodniopomorskiego. Zaczyna się u ujścia Warty do Odry, biegnie dalej krawędzią morenowych wzgórz odciętych doliną Warty, przecina Barlinecko-Gorzowski Park Krajobrazowy, zakręca na północ prowadząc wzdłuż doliny Drawy w Drawieńskim Parku Narodowym, by znów zrobić nawrót w kierunku Równiny Stargardzkiej, przechodząc przez Iński Park Krajobrazowy.
 
Tereny, które przemierzaliśmy okazały się niezwykle piękne. W krajobrazie dominują dwie cechy: polodowcowość i poniemieckość. Połacie lasów, morenowe wzgórza, rozległe pola, jeziora i rzeki, a także liczne miejscowości, w których wciąż stoją ceglane domy i średniowieczne kościoły aż się proszą o większe zainteresowanie turystów. Mnie ogromnie się tam podobało - było trochę egzotycznie, dziko i pierwotnie.
 
 
Dzień 1: Kostrzyn nad Odrą - Mościce (20,1 km)
 
Niebo dopiero co się zaróżowiło, kiedy wsiadałam w Gdyni do pociągu. W Słupsku dołączył do mnie Michał i z przesiadką w Szczecinie dojechaliśmy do Kostrzyna.
 
 
 
Nie udało nam się znaleźć kropki, oznaczającej początek szlaku, ale był pierwszy (i przez długi czas jedyny) czerwony znak.
 
 
Nawigowaliśmy z mapą. Z Kostrzyna szlak wyprowadził nas osobliwie znakowaną ścieżką pieszo-rowerową, dalej szliśmy asfaltem, z którego odbiliśmy w aleję starych drzew. Doprowadziła nas ona do Dąbroszyna, gdzie obejrzeliśmy stary pałac z ładnym parkiem i kościół. To było pierwsze zetknięcie z przedwojenną architekturą, starymi nagrobkami i granitowym brukiem.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Trochę się tam pogubiliśmy, ale w końcu trafiliśmy na drogę do Młynisk, a przy niej na ładne okazy flory - rzadko spotykany ostrokrzew i wiosenne już przebiśniegi.
 
 
 
 
 
 
Widok domów szachulcowych, rudych cegieł jest dla mnie niecodzienny, więc chłonęłam atmosferę, która wydawała mi się bardzo dramatyczna (zapadający zmrok, sine jezioro, wicher).
 
 
 
 
 
 
 
W międzyczasie co chwilę trzeba było sprawdzać przebieg szlaku.
 
 
W okolicach Krześnicy wyszliśmy na puste pola. Były płaskie, ale niezupełnie, linię horyzontu znaczyły odległe dębowe aleje, a polna droga, którą szliśmy, obsadzona była wiekowymi jabłoniami. W miejscach bardziej błotnistych można było zauważyć liczne ślady zwierzyny: żurawi, dzików, saren. Żurawie odzywały się przejmującymi okrzykami gdzieś na pobliskich mokradłach.
 
 
 
 
 
Yr.no wróżyło opady deszczu, tym bardziej więc chcieliśmy zamelinować się gdzieś pod dachem. W Mościcach, gdzie dotarliśmy już o zmierzchu,  niespodziewanie odkryliśmy flagę PTTK na budynku opuszczonej szkoły, a szybki rekonesans pozwolił odnaleźć osobę, będącą w posiadaniu kluczy.
Szkoła nie była poniemiecka, tylko PRL-owska i mimo, że zamknięto ją zaledwie 10 lat temu już popadła w ruinę. W środku było zimno i wilgotno, ale z wdzięcznością przyjęliśmy to schronienie. Gospodarz dał nam wodę i włączył prąd.
 
 
 
 
Mieszkańcy starają się zrewitalizować teren. Obok szkoły posadzono drzewka, z których wyrośnie kiedyś park dendrologiczny, był też ogródek ziołowy z poniemieckiej cegły z sadzawką ze starej wanny :-)
 
 
 
Dzień 2: Mościce - Łupowo (39,8 km)
 
Deszcz, który padał przez całą noc ustał nad ranem. Rzuciliśmy okiem na kościół i ruszyliśmy w drogę. Przecięliśmy pas pól i osiągnęliśmy las. Nad Jeziorem Wielkim była wieża widokowa, z której mogliśmy oglądać zmagania wędkarzy z rybami na skutej lodem tafli.
 
 
 
 
Przed południem byliśmy w Witnicy, mieście o długiej i skomplikowanej historii, w której pojawiali się kolejno - jak wszędzie w okolicy - Goci, Słowianie, Templariusze, Cystersi, niemieccy fabrykanci i przesiedleńcy zza Buga. W XVIII rozwijał się przemysł - fabryka sukna, browar, huta żelaza i fabryka maszyn. Teraz funkcjonuje ciekawy park Drogowskazów, można oglądać stare zabudowania fabryczne i kolekcję starych maszyn, a także młyn wodny.
 
 
 
Tak wyglądał browar w Witnicy w czasach świetności.
 
 
 
Pozostał też pomnik poległych w I wojnie światowej.
 
 
Kiedy opuściliśmy Witnicę po raz pierwszy w czasie tej wędrówki wyszło słońce. Na drodze znaleźliśmy pokrytą kłującym futerkiem gąsienicę, która przedwcześnie przebudziła się ze snu.
 
 
Piękny las, który dalej przemierzaliśmy był kolejnym miejscem, gdzie na mapie poprowadzono linię prostą, a my skręcaliśmy: w prawo, w lewo, w prawo, w lewo... Pojawiły się małe i większe pagórki. Mieliśmy jednak wykonać nagły zwrot przy starym dębie (widoczny na mapy.cz, niewidoczny na mapie papierowej), ale spostrzegliśmy ten fakt kilometr za daleko...
 
 
 
 
 
 
 
Po krótkiej ulewie, jaka nastąpiła kiedy wróciliśmy na właściwą drogę znów meandrowaliśmy lasem. Nawigacja przypominała zgadywankę: skoro poprzednim razem poszliśmy w prawo, to teraz w lewo, byle kierunek się zgadzał. Magicznym zrządzeniem losu w końcu trafiliśmy na stary znak szlaku przy granicy rezerwatu Dębowa Góra. Jeszcze kilka zakosów i dotarliśmy do pierwszych zabudowań Bogdańca.
 
 
 
 
Stary młyn nad Bogdanką prezentował się niezwykle okazale, był zadbany, a zamieszkujący w nim starszy pan zaopatrzył nas w wodę z kranu. Dalej podobnie jak poprzednio szlak był zaznaczony jako linia prosta, a kluczył między morenami, by ostatecznie zostać odcięty młodą drągowiną, którą przebrnęliśmy do najbliższej wsi z braku innej możliwości.
 
 
 
 
 
Z Jenina do Łupowa musieliśmy pójść asfaltem, bo drogi przez las nie było. Wróciliśmy na szlak przy leśniczówce, w której zapytaliśmy o nocleg i zostaliśmy skierowani na pobliską wiatę na skraju lasu. Wiata była w dolinie, nad którą już ścieliła się mgła - prawdziwa oaza wilgoci, chłodu i kondensacji. W nocy była mżawka i kapało z dachu, ale sam dach był szczelny. Rozłożyłam się na stole, rozwiesiwszy tarp jako ścianę dla osłony przez wilgotnym powiewem. Michał rozstawił swój namiot.
 
 
 
 
Dzień 3: Łupowo - Santoczno (33,6 km)
 
Kolejny dzień wstał pochmurny, ale nie padało. Szlak znów kluczył po morenach, znów się zagapiliśmy, ale tylko kilkaset metrów musieliśmy wracać. Przeszliśmy pod wiaduktem nieużywanej linii kolejowej i las się wkrótce skończył. Wyszliśmy z niego wprost na wysypisko śmieci w Chruściku. Tego się nie spodziewaliśmy!
 
 
 
 
Na tym jednak nie koniec - czekała nas przeprawa przez drogę ekspresową S3 oraz trawers Gorzowa Wielkopolskiego. Całe mnóstwo asfaltu. Najpierw świeżo namalowane nieprofesjonalnym pędzlem znaki szlaku wywiodły nas na manowce, ale już w centrum Gorzowa bardzo usprawniły nawigację. Gorzów okazał się jednym z najlepiej oznakowanych fragmentów szlaku - w ogóle nie musieliśmy wyjmować mapy. Szykowaliśmy się na obiad w postaci kotletów schabowych, ale było zbyt wcześnie i musieliśmy się zadowolić skromnym lunchem.
 
 
 
 
Z ulgą opuściliśmy Gorzów. Nogi bolały od chodzenia po chodnikach. Następny odcinek nie był zbyt ciekawy, za to oznakowanie niestandardowe! Dopiero za Wojcieszycami znów weszliśmy w las, głównie sosnowy, przetykany młodą buczyną. Napotkaliśmy też ciekawe uroczysko - niewielkie wzniesienie otoczone starymi dębami o nazwie Góra Różanki. Czyżby kurhan?
 
 
 
 
Jezioro Ostrowite byłoby przyjemnym miejscem do biwakowania, gdyby nie mżawka i zimny wiatr. Tam planowaliśmy się rozbić, ale popatrzyliśmy sobie w oczy, w których nie było do tego żadnego zapału i poszliśmy dalej.
 
 
 
 
 
 
 
 
Tuż przed Santocznem wyszliśmy na leśniczówkę, która dawniej nazywała się Góra Młynów, bez wahania zapukaliśmy, a otworzył nam bardzo sympatyczny pan leśniczy i po chwili mieliśmy już gwarancję spędzenia nocy pod dachem. Gospodarz wydobył z piwnicy przydziałowe słoiki strogonowa, który sobie podgrzaliśmy i spożyliśmy z należytą uwagą. Mogłam nawet obejrzeć "Klan", a później wspólnie z panem leśniczym odpowiadaliśmy na pytania w "Jednym z dziesięciu".
 
 
 
Wystrój wnętrza leśniczówki pozostał w znacznej mierze takim, jakim opuścił go dawny Förster. Z sufitu zwieszała się zabytkowa lampa, a pod ścianami stały masywne rzeźbione meble z ciemnego drewna.
 
 
 
 
 
Dzień 4: Santoczno - Górzyska (42,7 km)
 
Santoczno, które osiągnęliśmy po pierwszym kilometrze wędrówki mogło się pochwalić odrestaurowanym cmentarzem i kościołem, a chyba i czymś jeszcze, bo jak głosiła tablica informacyjna, w 2017 roku zostało wybrane najładniejszą wsią województwa lubuskiego. Niezbadane są wyroki jurorów :-)
 
 
 
 
Na skraju wsi usłyszeliśmy ostrzegawcze okrzyki i naszym oczom ukazały się trzy żurawie (szare punkty na zdjęciu...). Stada ptaków, jakie można w marcu oglądać na północy Polski były jednym z kryteriów wyboru szlaku, a nasze oczekiwania zostały w tym zakresie spełnione - dalej było ich jeszcze dużo więcej.
 
 
Tymczasem minęliśmy rezerwat Rzeka Przyłężek i zmierzaliśmy w kierunku Strzelec Krajeńskich. Byliśmy już blisko, kiedy znaki w terenie odbiły w kierunku Sławna - podążyliśmy za nimi, ale nadłożyliśmy 5 km w stosunku do tego, co było na mapie, a nic szczególnego nie zobaczyliśmy, poza zrujnowanym dworem i wielkim stadem gęsi, które przeleciało nam nad głowami gęgając zawzięcie.
 
 
 
 
 
 
 
Sens przechodzenia przez miasta jest jeden: jedzenie! Zestaw dnia składał się z zupy pomidorowej i udka z kurczaka, na które rzuciłam się łapczywie. Oprócz jedzenia w Strzelcach Krajeńskich wart uwagi był gotycki kościół pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej oraz mury obronne z XIII wieku.
 
 
 
 
 
Przydługi odcinek asfaltu skończył się na skraju Obszaru Natura 2000 Lasy Puszczy nad Drawą. Romantyczne brzmienie tej nazwy psuło przyziemne PLB 320016. Dalej ciągnęliśmy drogą gruntową, która była jednak nieprzyjemnie ubita, co nie bardzo podobało się moim nogom.
 
 
Wsie Smolarz, Modrepole i Górzyska robiły tak przygnębiające wrażenie, że nie zrobiłam im zdjęć. Wyglądały tak nędznie, że nawet za Niemca nie mogły być bogate. Zmierzaliśmy z lekka błądząc do leśniczówki położonej na końcu ostatniej wsi - uznaliśmy ją za ostatnią deskę ratunku. Jak się dowiedzieliśmy już nie pełni ona swojej funkcji, ale mieszka w niej właściciel tartaku. Ciekawe były wzajemne relacje mieszkańców - jedni i drudzy nie mieli o sobie najlepszego mniemania. We wsi powiedziano nam, że bogaty gospodarz nas nie wpuści, on sam zaś orzekł, że we wsi prędzej by nas poszczuli psami...
 
Koniec końców zostaliśmy niezwykle miło przyjęci w leśniczówce, do której zapukaliśmy odważnie w zapadających ciemnościach. Najwyraźniej wzbudziliśmy ciekawość, a i pewnie też sympatię. Opowiadając o swoich przygodach w mgnieniu oka pożarliśmy to, co przed nami postawiono i rozłożyliśmy się na tapczanach.
 
 
 
Dzień 5: Górzyska - Stare Osieczno (42,2 km)
 
Przed wyjściem spałaszowaliśmy śniadanie, na które gospodarz zaserwował przepyszną jajecznicę. Zaopatrzeni dodatkowo w banany i jabłka bez większych trudności osiągnęliśmy rezerwat Jezioro Łubówko. Zrobiło się niewiarygodnie wprost lodowato i nie mogliśmy sobie pozwolić na długie posiedzenie.
 
 
 
 
 
Źle skręciwszy nadłożyliśmy dodatkowe dwa kilometry, później jednak nie musieliśmy się przez jakiś czas martwić nawigacją, bo szliśmy północnym brzegiem długiego Jeziora Lubowo. Smagani wschodnim wiatrem przemarzliśmy na kość. Dopiero w Drawinach znaleźliśmy schronienie w przybudówce obok sklepu spożywczego.
 
 
 
 
Napotkaliśmy też pierwszy z wielu bunkrów, ubezpieczających Wał Pomorski na odcinku wzdłuż rzeki Drawy.
 
 
W Przeborowie z przykrością patrzyliśmy na rozpadające się mury kościoła, na szczęście reszta budynków we wsi była w lepszym stanie, a jeden posiadał nawet ciekawą płaskorzeźbę.
 
 
 
 
Wreszcie ujrzeliśmy po raz pierwszy Drawę, największą chyba atrakcję całego szlaku, oraz jeszcze więcej bunkrów.
 
 
 
 
Leśny trakt prowadził wzdłuż rzeki, aż odbił w kierunku mostu na Mierzęckiej Strudze, dopływie Drawy. Dawniej u ujścia Mierzęckiej Strugi do Drawy był tartak, a leżąca tam wieś obecnie nosząca nazwę Łęczyn musiała być bogata. Dziś pozostało po niej kilka domostw i obrośnięte mchem nagrobki. Bardzo nam się podobała, położona na wzniesieniu górowała nad doliną.
 
 
 
 
 
W krajobrazie pojawiły się wzniesienia, a przy tym dowiedzieliśmy się z tablicy informacyjnej o niedalekim stanowisku archeologicznym - gdzieś tutaj miały zostać odkryte ślady paleolitycznego obozowiska. Niestety nie napisano gdzie go szukać.
 
Pod wieczór zaszliśmy do kolejnej leśniczówki, ale tym razem nie zaoferowano nam noclegu, a odesłano do najbliższej miejscowości, czyli Starego Osieczna, gdzie znajdował się dużych rozmiarów obiekt noclegowy - miejsce jest popularne, bo leży na skraju Drawieńskiego Parku Narodowego. Popularne jest, ale latem, a teraz, na przedwiośniu, kiedy po ciemku już zapukaliśmy do drzwi byliśmy zupełnie niespodziewanymi gośćmi. Obiekt był nieczynny, ale zostaliśmy ostatecznie przyjęci i w cieple spędziliśmy kolejną mroźną noc.
 
 
W Starym Osiecznie otarliśmy się o granicę województwa wielkopolskiego. Już na terenie Drawieńskiego Parku Narodowego znaleźliśmy mapkę, na której szlak był przedstawiony na wschodnim brzegu Drawy, co może oznaczać, że na skutek ustalenia nowego przebiegu szlaku przechodzi on w sumie przez trzy województwa.
 
 
Dzień 6: Stare Osieczno - Barnimie (33,7 km)
 
Niewątpliwie bardzo się ochłodziło, kałuże były skute lodem i piasek związany zmarzliną, a dzień, w którym pokonaliśmy Drawieński Park Narodowy był chyba najzimniejszy ze wszystkich. Było jednak wreszcie słonecznie i mogliśmy podziwiać rzekę w całej okazałości.
 
 
 
 
 
 
Minąwszy elektrownię wodną i osadę Głusko weszliśmy na stary drewniany most, który nie budził bynajmniej zaufania, ale dopiero po jego przejściu przeczytaliśmy informację o tym, że jest de facto zamknięty. Widok na Drawę był jednak wart ryzyka kąpieli.
 
 
 
 
 
 
 
Szlak w granicach Drawieńskiego Parku Narodowego zgodnie z przewidywaniem był dobrze oznakowany. Bukowy las Puszczy Drawskiej był miłą odmianą po dominujących w gospodarczych lasach sosnach.
 
 
 
 
 
Ten odcinek był zdecydowanie najdzikszy. Minęliśmy tego dnia dwa pola namiotowe, przeznaczone w głównej mierze dla kajakarzy, z prostymi wiatami i zapasem drewna, bardzo ładnie położone.
 
 
 
 
 
Zimno było potwornie! Pomimo słonecznej pogody przeszywał nas chłód. Michał w akcie desperacji założył skarpetki na rękawice, a ja po którejś z kolei przerwie pozostałam już do końca dnia w puchowej kurtce.
 
 
 
 
 
 
Tam, gdzie park się zwężał z lasu wyłoniła się wieś Zatom. Kilka zabudowań, stare koło młyńskie i znów weszliśmy w las. Z łatwością mogliśmy odróżnić las parkowy po prawej od lasu gospodarczego po lewej.
 
 
 
 
 
 
Drugie pole namiotowe było również bardzo zachęcające - to tutaj mieliśmy w planie spać. Było jednak wcześnie i to było usprawiedliwieniem naszej dezercji... Żałowałam, że nie rozbiję tarpa, ale temperatura odczuwalna sięgająca -13 stopni nie zachęcała.
 
 
Drawa malowniczo podcinała piaszczyste skarpy i płynęła na południe dość wartkim nurtem.
 
 
 
 
Most w Barnimiu jest jedną z pamiątek wyprawy Hetmana Czarnieckiego na Szwedów - tutaj wojska przeprawiały się przez Drawę. Widać było jak wysoki jest poziom wody - wszystkie pomosty były zalane.
 
 
 
 
Za nocleg musieliśmy dość słono zapłacić, ale uznaliśmy, że jakoś to przeżyjemy. Pokój miał ogrzewanie kominkowe, więc grzaliśmy się przy piecyku. Na obiad była tradycyjna zupa z jajkami na twardo, a na deser kisiel.
 
 
 
 
Dzień 7: Barnimie - Rybaki (34,4 km)
 
Kiedy wychodziliśmy o 8 rano termometr wskazywał -7 stopni, ale dość szybko się ociepliło.
 
 
 
Na przesmyku Jezior Grażyna i Adamowo po raz ostatni przekroczyliśmy Drawę. Miasto Drawno w niedzielny poranek sprawiało wrażenie wymarłego. Nie bez znaczenia był pewnie w tym przypadku zakaz handlu w niedzielę. Z jakiegoś powodu jeden mały sklepik był otwarty i mogliśmy na miejscu wychylić butelkę bananowego Kubusia.
 
 
 
 
 
W Drawnie mieści się dyrekcja Drawieńskiego Parku Narodowego, którą w dzień powszedni odwiedziłabym przynajmniej w celu nabycia pamiątkowej naklejki, a i być może z nadzieją na nocleg (znajomości, które nawiązaliśmy, pozwoliły nam nawet zawczasu zaopatrzyć się w telefon do dyrektora :-)). Teraz jednak było zamknięte, a my sunęliśmy dalej piaszczystą dróżką.
 
 
Zboczyliśmy na chwilę w kierunku zamarzniętego Jeziora Torfowisko (jeśli dobrze zapamiętałam nazwę). Odczuwałam na tym etapie gwałtowną potrzebę rozciągnięcia mięśni łydki.
 
 
 
Kolejny odcinek został jednym z moich ulubionych, trudno powiedzieć dlaczego. Może z powodu przejmującej pustki, jaką tchnęły zimowe łąki, szumu wiatru w koronach przydrożnych drzew i ciepłego odcienia cegieł. Widok opuszczonego PGR-u w wiosce Kraśnik potęgował uczucie odosobnienia - prawdziwy koniec świata.
 
 
 
Kolejna piękna aleja prowadziła do Nętkowa (dawniej Nantikow) - ach jak to musiało być pięknie podróżować nią wozem zaprzężonym w konie. Pewnie chodziło się też pieszo - w fartuchu, boso, z koszykiem... Dawniej był tu folwark i cegielnia, a wieś podobnie jak większość przez nas mijanych istniała już w średniowieczu. XIX-wieczny kościół zniszczony w czasie działań wojennych popadł w zupełną ruinę. Można wejść do środka, są jeszcze schodki prowadzące na wieżę czy chór.
 
 
Położone wśród pól Nętkowo ma najwyraźniej globalne aspiracje. Bydgoszcz i Szczecin... A może Berlin i Nowy Jork? Mieliśmy kłopot ze znalezieniem drogi do najbliższego Recza.
 
 
 
 
 
 
Tak Nantikow wyglądał przed wojną
 
 
A pożegnał nas taki stwór... 
 
 
Charakterystyczną cechą polodowcowego krajobrazu Pomorza są wszechobecne oczka wodne, pamiątki po wielkich grudach lodu pozostawionych przez lodowiec.
 
 
Asfaltem pomknęliśmy do Recza. Recz malowniczo usytuowany na wzniesieniu zrobił na mnie szczególnie dobre wrażenie. Zachował się w nim średniowieczny układ ulic i mury obronne z polnych kamieni. Z daleka widać sterczące baszty i wieżę gotyckiego kościoła. Chętnie wybrałabym się tam ponownie, może latem i bardziej leniwie, tak żeby posiedzieć na ławce i w upalne popołudnie wcinać lody truskawkowe :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
Poniżej Brama Choszczeńska obecnie i dla porównania na przedwojennej pocztówce.
 
 
 
Wieczór już się zbliżał, kiedy prostą drogą wśród pól nabijaliśmy kolejne kilometry. Słońce jeszcze nie zaszło, kiedy w Rybakach rzucił mi się w oczy stary młyn nad szumiącą po kamieniach Iną. Często mi się zdarza używać intuicji przy wyborze miejsca na nocleg i tym razem coś mnie tam ciągnęło. Postanowiliśmy zajrzeć do przylegającego do młyna gospodarstwa. Zapytaliśmy o kąt do spania pod dachem i zajęliśmy stodołę, ale sympatyczna właścicielka lokalu ostatecznie zaproponowała nam lepszą miejscówkę - gospodarczą część domu. Wymościliśmy sobie legowiska na materacach, nagotowaliśmy sobie herbaty i cieszyliśmy się, że nie śpimy na dworze - tej nocy termometr odnotował -10 stopni.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Dzień 8: Rybaki - Marianowo (35,7 km)
 
Mroźny poranek zapowiadał kolejny dzień pięknej pogody. Tym razem zabytków miało być mniej, a więcej dzikiej przyrody. Na początek jednak tradycyjnie ruiny kościoła.
 
 
Szlak prowadził w stronę lasu nieużywanym już od dawna traktem obsadzonym drzewami. Na skraju lasu przekroczyliśmy spokojną w tym miejscu Inę i zagłębiliśmy się w prawdziwą dzicz. Las wyglądał zwyczajnie, ale były w nim mokradła i jeziora - raj dla ptactwa. Zobaczyliśmy szybujące po niebie trzy bieliki, z każdej strony coś piszczało, kwiczało i śpiewało. Nad Jeziorem Bytowo zrobiliśmy sobie przerwę, przysiadłszy na wygodnych turzycach.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Iński Park Krajobrazowy, na którego teren tymczasem wkroczyliśmy zaskoczył nas jeszcze większą ilością ptactwa. Drugie Jezioro Bytowo było zajęte przez ogromne stado łabędzi, a od strony lasu nadlatywały kolejne klucze gęsi. To było coś niezwykłego! 
 
 
 
 
 
 
 
W Bytowie okrążyliśmy jeszcze pałac i stary folwark, a potem znów w las, nad jezioro i na pola. W trakcie drugiego śniadania mieliśmy okazję podejrzeć lochę ze stadkiem warchlaków, z których jeden był biały. W polu było też bydło hodowlane o bujnej rdzawej sierści.
 
 
 
 
 
 
 
Z nadzieją zbliżaliśmy się do miejscowości Dobrzany. Nie było tam co prawda nic do oglądania, ale był sklep, w którym zaopatrzyliśmy się w wielką ilość bananów :-)
 
 
Dalej czekała nas wędrówka drogami, przerwana krótkim odcinkiem nad Jeziorem Szadzko, przy którym były "pozostałości ruin zamku", czyli widoczny gród z resztkami murów, bardzo ładny. Na jeziorze z kolei darły się gęsi i kiedy spostrzegły nas na murach uniosły się z wielkim hałasem nad lustrem wody. Na szczęście osiadły przy drugim brzegu i mogliśmy je jeszcze oglądać. W pobliskim Szadzku były też ruiny kolejnego kościoła.
 
 
 
 
Przed Odargowem minęliśmy pasące się stadko koników polskich, a za wsią wreszcie odetchnęliśmy od asfaltu, ale tym razem musieliśmy drzeć sarnią ścieżką, bo polna droga była zarośnięta. Wkrótce usłyszeliśmy ostrzegawcze okrzyki przechadzających się z godnością żurawi i kilka spłoszonych ptaków wzbiło się w powietrze. Potem zaś nadleciały kolejne klucze. Kiedy zagłębiliśmy się w las znienacka przed nami pojawiły się jelenie. Całe stado, liczące ze trzydzieści sztuk, przemaszerowało tuż przed nami! Wieczorne słońce pozłociło pnie drzew i przymrożone oziminy, to było wspaniałe popołudnie.
 
 
 
 
 
 
 
 
Zbliżała się już nasza ostatnia noc na szlaku, jak zwykle nie wiedzieliśmy co nas czeka. Postanowiliśmy minąć Wiechowo i dotrzeć do Marianowa, tak aby ostatni dzień nie był zbyt długi. Asfalt łyknęliśmy w ekspresowym tempie. W Marianowie była agroturystyka, ale jedna zapełniona Ukraińcami, a druga nieczynna. Udaliśmy się więc do proboszcza, który przyjął nas bardzo miło. Zostaliśmy zaproszeni na pyszną kolację, a potem zalegliśmy w klasztornej celi. Kościół bowiem przylegał do klasztoru żeńskiego Cysterek założonego w 1248 roku przez księcia Barnima I. Ulica przy której stał klasztor nosi nazwę Sydonii. Wiąże się z nią ciekawa, choć straszna historia: po wprowadzeniu reformacji klasztor został przekształcony w dom pobytu dla pomorskich szlachcianek. W domu tym przez 15 lat przebywała Sydonia von Borck, posądzona o czary. Po długim procesie została skazana na ścięcie, a potem spalona na stosie w 1620 roku.
 
 
 
Dzień 9: Marianowo - Stargard Szczeciński (25,2 km)
 
Przed wyjściem zwiedziliśmy jeszcze kościół (malowidła Drogi Krzyżowej mają związek z plenerami artystycznymi, organizowanymi w Marianowie) i pożegnaliśmy się z życzliwym proboszczem. 
 
 
 
 
Nie było już tak bardzo zimno jak poprzedniego dnia, ale chmury zapowiadały zmianę pogody. Droga była prosta, ani się spostrzegliśmy a już byliśmy w Pęzinie. W położonej u ujścia Pęzinki do Krąpieli wsi już w X wieku był gród strażniczy. Obecnie można podziwiać kościół z XV-XVI wieku i sporych rozmiarów zamek, założony w XIV wieku, w którym w 1657 roku stacjonował Hetman Czarniecki podczas pogoni za Szwedami.
 
 
 
 
 
Co do tego jak szlak przebiega pomiędzy Pęzinem a Ulikowem nie było pewności. Na mapie była ścieżka wzdłuż Krąpieli, ale w rzeczywistości ginęła w śmietniku i nie była oznakowana. Poszliśmy drogą i był na niej zapomniany czerwony znak.
 
 
Ulikowo nie było niestety zbyt piękne...
 
 
 
Rzeka widoczna pomiędzy drzewami to właśnie Krąpiel. Droga, którą szliśmy, pozostawała od niej w pewnym oddaleniu. Zobaczyliśmy z niej w końcu cel naszej wędrówki - na horyzoncie majaczyły wieże kościołów w Stargardzie.
 
 
 
W Strachocinie był mały park z wiatami i tablicą informacyjną, po której poznaliśmy, że ktoś jeszcze interesuje się naszym szlakiem. Na stronie miejscowej szkoły także można o nim przeczytać.
 
 
Strachocin może się też poszczycić XIII-wiecznym kościołem, a osada istniała w tym miejscu już w VI wieku.
 
 
 
 
Wędrowaliśmy dalej wzdłuż Krąpieli, przekroczyliśmy młynówkę Strumyk, za którą Krąpiel zaczęła meandrować wśród pól. Była nawet piaszczysta plaża, ale o kąpieli nawet nam się nie śniło, bo właśnie zaczął padać śnieg.
 
 
 
 
 
 
 
Ostatni postój zrobiliśmy pod wiaduktem kolejowym, gdzie nie wiało. Za nim był już Stargard.
 
 
 
Nie mogliśmy sobie odmówić obejrzenia gotyckiej kolegiaty i murów miejskich, a z racji braku informacji co do przebiegu szlaku przez miasto przeszliśmy ulicą Stefana Czarnieckiego - takie zakończenie wędrówki wydawało się najodpowiedniejsze.
 
 
 
Wygląda na to, że PTTK zakończyło działalność w 1973 roku, przynajmniej jeśli chodzi o znakowanie szlaków...
 
 
 
 
I tak oto dotarliśmy na dworzec kolejowy, przed którym posadzono aleję kasztanów. Na jednym z drzew odkryliśmy szlakową kropkę, której przyklepanie symbolicznie zakończyło nasze zmagania ze Szlakiem im. Hetmana Stefana Czarnieckiego.
 
  
Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc poszliśmy uczcić szczęśliwy finał wycieczki :-)
 
 
 
Podsumowanie
 
Szlak przemierza połacie lasów, odwiedza kilka jezior, prowadzi brzegiem malowniczych rzek jak Drawa, Ina czy Krąpiel. Jest też ciekawy pod względem kulturowym - przyjeżdżając z innego rejonu Polski możecie odnieść wrażenie, że znaleźliście się w innym kraju. Zdecydowanie polecam.
 
Na każdym kolejnym szlaku nizinnym wydaje mi się, że właśnie odkryłam ten najgorzej oznakowany - nie inaczej było tym razem. Przebieg szlaku jest kwestią, co do której pozostają wątpliwości. Jak zwykle podział administracyjny dorzuca ich kilka - w internecie można się spotkać z informacją, jakoby szlak miał tylko nieco ponad 100 km i kończył się w rezerwacie Stare Buki - chodzi tu o część szlaku w granicach województwa zachodniopomorskiego. Zachodniopomorskie jest oznakowanie lepiej niż lubuskie.
 
Dobrze oznakowany w terenie jest Gorzów Wielkopolski i Drawieński Park Narodowy, reszta szlaku posiada oznakowanie skąpe lub żadne.
 
Do nawigacji używaliśmy wojskowych map topograficznych WZKart: Kostrzyn, Dębno, Gorzów Wielkopolski, Choszczno, Stargard Szczeciński oraz nawigacji w telefonie (m.in. mapy.cz).
 
Znakomita większość informacji, jakie można znaleźć w internecie dotyczy części szlaku przebiegającej przez województwo zachodniopomorskie.
 
Wędrówkę zaplanowaliśmy na 9 dni, co powinno dać nam średnią dzienną 30,3 km. Szlak okazał się być dłuższy niż zapowiadało PTTK - ślad GPS pokazał 310 km, a nasza średnia wzrosła do 34,5 km na dzień. Było to wynikiem nie tylko naszych licznych pobłądzeń (fatalne oznakowanie), ale też niewłaściwym obliczeniem długości szlaku przez PTTK. W wielu miejscach na mapie były zaznaczone proste linie, podczas gdy szlak meandrował leśnymi drogami. Było też kilka zmian przebiegu szlaku (w większości na dłuższy). W wielu miejscach przebieg szlaku był inny w terenie niż na mapie, a dochodziło i do tego, że były trzy różne wersje (mapa wojskowa vs gps vs oznakowanie w terenie).
 
Wypad planowany był jako wiosenny, ale tegoroczna zima przeciągnęła się i przejście tak astronomicznie (zakończone na 3 godziny przed przejściem słońca nad równikiem) jak i pogodowo było bardziej zimowe.
 
Planowaliśmy więcej biwakowania, lecz warunki pogodowe sprawiły, że szukaliśmy schronienia pod dachami napotkanych domostw. I tym razem okazało się, że niezależnie od wszystkiego piechur może liczyć na gościnność napotkanych ludzi.
 
Polecam film z przejścia tego szlaku, udało mi się uwiecznić odgłosy drącego się ptactwa :-)