Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

sobota, 14 lutego 2026

Trawers Korei Południowej 4: Jirisan - Deogyusan (Baekdu Daegan Trail 1)

Uroczy bambusowy gaj, w którym spędziłam noc opuściłam dość późno, przewidując niewielki dystans do pokonania. Pozwolenie na nocleg w Parku Narodowym Jirisan miałam na dzień następny, a na początku parku narodowego według przewodnika miał być parkowy kemping, więc postanowiłam tam przenocować, skoro dalej nie mogłam pójść. Cała trasa była niestety asfaltowa. Po drodze miało być muzeum, ale okazało się od dawna zamknięte. Budynek obrosły pajęczyny, wewnątrz stały stare krzesła - widziałam przez okno. Na pocieszenie zauważyłam kapliczkę przydrożną - jedną z zaledwie trzech czy czterech jakie widziałam w Korei i jedyną, w której były świeże ofiary. Wino ryżowe, woda, ryż. I plik banknotów. Kolejna rzecz powszechna w Japonii, w Korei okazała się praktycznie nie występować. 






A to widoczna z daleka Jirisan - kulminacja Cheonwangbong to drugi najwyższy szczyt Korei Południowej o wysokości 1915 (lub 1918 według innych źródeł) m n.p.m.



Wszędzie kamery.




W wiosce Jungsan-ri przyszło mi zrobić zakupy, ale była to wielka porażka. Były tam tylko dwie "Żabki". Choć i tak sporo tam było jak na tego typu sklepy. Zupa w pudełkach, batony. Udało mi się kupić mandarynki, słodki napój i karton mleka, a nawet lody. Miałam w planie objadać się cały wieczór.




Przy bramie parkowej był posterunek straży. Popatrzyli na mnie, więc podeszłam i zapytałam o miejsca na kempingu (miało być kto pierwszy ten lepszy). Dostałam odpowiedź, że kemping został zlikwidowany i że jak się cofnę do wsi to może inny prywatny będzie otwarty. Nie ucieszyłam się na myśl o dodatkowych kilometrach, tak teraz jak i następnego dnia o bladym świcie, a może i jeszcze przed. Strażniczka była miła, spytała gdzie się wybieram i czy mam rezerwacje, pożałowała mnie chyba, znając prognozę pogody. Miało być tak, że ten jeden ostatni dzień ładnej pogody przesiedzę na dole, a w góry pójdę jak będzie okropnie lało. Zaproponowała, że mi osobiście zmieni rezerwację i wyda zezwolenie, żebym mogła jeszcze dzisiaj wejść na Jirisan i zobaczyć wspaniały widok jaki roztacza się z tej najważniejszej dla Koreańczyków góry. Nie wierzyłam w to, ale tak właśnie się stało. Dostałam pozwolenie wejścia na szlak w momencie zamknięcia. Zjadłam szybko najcięższe rzeczy, tj. zupę i mandarynki i podekscytowana pobiegłam na szlak. Dostałam jeszcze od strażników napój i ciastko.







Miałam do pokonania 1300 m w pionie i tylko 5 godzin na dotarcie do schroniska - należało się stawić do zachodu słońca. Przebywanie poza schroniskiem po zachodzie było zabronione. A szlak oczywiście cały składał się ze schodów.








Miajałam tylko schodzących. Robiło się coraz ładniej w miarę jak listki rzedły. Wyżej była jeszcze wczesna wiosna.









Szlak biegł równo grzbietem i w pewnym momencie zobaczyłam jeszcze daleki szczyt. Cały czas monitorowałam swoje tempo. Było wystarczające. Czułam przyjemną adrenalinę, pogoda była genialna i na szlaku już nikogo. Wychodząc prawidłowo wcześnie rano idzie się w tłumie.







Nieco dalej niż w połowie podejścia znajdowała się świątynia oraz pierwsze, będące właśnie w remoncie, schronisko. Tam też znajdował się posterunek straży parkowej i bramka, na której pilnowano żeby nikt nie przeszedł po wyznaczonej godzinie. Było już ze dwie godziny za późno i kiedy przechodziłam z budki wyskoczył strażnik, wołając za mną "stać!" (tak wywnioskowałam). Powiedziałam, że nie mówię po koreańsku i na translatorze pokazałam wytłumaczenie, że strażnicy na dole pozwolili mi iść. Spytał czy mam rezerwację w schronisku, ale potwierdzenie nie wystarczyło. Zadzwonił do dolnego posterunku straży i długo z nimi rozmawiał. Domyślałam się, że chciał mnie zawrócić, ale pani z dołu przekonywała go, żeby pozwolił mi iść dalej. Wreszcie się zgodził, ale nakazał żebym szła jak najszybciej i na 19 była w schronisku. Powiedziałam, że ok, tylko jeszcze nabiorę wodę ze źródła, na co się zgodził. No i zaczęłam prawie biec. Naprawdę gnałam pod górę tak szybko jak mogłam (z 5-dniowym zapasem jedzenia).






Kiedy okazał się widok na otaczające pasma skonstatowałam, że właśnie wychodzę ponad górną granicę smogu. Smog zalega w Korei zawsze, czasem jest rozwiewany, ale tylko trochę, a wiatr przynosi toksyczne pyły nad Chin tylko dokładając zanieczyszczeń.





Na szczyt dotarłam jakoś o 18:30 i nie byłam tam sama. Była jeszcze grupka, która na lekko przyszła ze schroniska obejrzeć widok, zanim nadejdzie front. Robienie zdjęć trwało długo, bo widoki faktycznie były fenomenalne. Oni poszli pierwsi, więc ostatecznie cała góra została tylko dla mnie. Ale nie mogłam czekać na zachód słońca. Na ścieżce widać było dalej kamerę zasilaną panelem.

To był szczególny moment też dlatego, że teraz rozpoczynałam wędrówkę najbardziej znaczącym szlakiem Korei, Baekdu Daegan Trail. Miałam się tego szlaku z grubsza trzymać prawie do końca całej wyprawy.














Zachód słońca nastąpił jeszcze kiedy byłam na szlaku, ale dotarłam prawie punktualnie - 19:25. W schronisku o mnie wiedzieli, mieli mnie na liście, ponadto mieli już wiele telefonów w mojej sprawie... Byli bardzo mili, musiałam tylko zaczekać z meldunkiem aż zadzwonią do straży. Kiedy potwierdzili moją obecność wskazali mi pokój i miejsce do spania. Cena noclegu wynosiła tylko równowartość 20 PLN, jeśli dobrze pamiętam. Było tak w każdym schronisku. Warunki były bardzo skromne. Pokoje osobno dla kobiet i mężczyzn, a miejsca do spania na podgrzewanej podłodze, jedno obok drugiego, bardzo ciasno. Po wodę trzeba było zejść do źródła. Poza budynkiem znajdowało się WC. W osobnym budynku była kuchnia, bez wody, po prostu metalowe blaty. Było tam bardzo zimno i nie było gdzie usiąść.

Źle spałam, bo było bardzo gorąco, 26 stopni. Koreańczycy nie zabierają często wcale śpiworów ani materacy, śpią po prostu w ubraniu na podłodze. No i wstają bardzo wcześnie. Już o 4 był harmider i włączone światła. Leżałam i czekałam, osobiście nie planowałam za wcześnie wychodzić, bo mocno padał deszcz, wiało i dopiero na godziny okołopołudniowe zapowiadano chwilową poprawę. Ale o 8 trzeba się było wymeldować ze schroniska. Śniadanie zjadłam w kuchni, bolały mnie nogi od stania więc wzięłam jakąś deskę do siedzenia. Jakiś pan potem ją ode mnie przejął. Nie byłam jedyną białą osobą, był jeszcze ubrany po hipisowsku chłopak, ale nie odwracał się i nie chciałam go zaczepiać tylko dlatego, że był biały.








Obsługa schroniska była bardzo miła i pozwoliła mi posiedzieć dłużej po wymeldowaniu. W schronisku był prąd i zajęłam się oglądaniem filmów na YT. Ale w południe stwierdziłam, że już naprawdę muszę iść. Obserwowałam przesuwanie się frontu na radarze i właśnie pojawiła się dziura. Trochę popadywało, ale udało mi się przejść spory kawałek grzbietu we w miarę przyzwoitych warunkach. Potem znowu zaczęło gęsto padać. Było zimno, ale grzałam się idąc, bo nie był to żaden marsz tylko cały czas wspinaczka na schody i skały. Chyba tylko w jednym czy dwóch miejscach były liny, a poza tym schody, więc można powiedzieć, że szlak był bardzo zadbany. Tylko szło się niewiarygodnie wolno. Parę osób nadeszło z przeciwnego kierunku. Po drodze były jeszcze dwa schroniska. W pierwszym zjadłam hamburgera na zimno (to jedyne co mi się udało kupić z pieczywa), w drugim się nie zatrzymałam. Były kamery, ale nikt mnie tym razem nie gonił.







Za to w moim następnym schronisku tak na mnie czekali, że jak się ukazałam w kamerze to zaraz wybiegli pytać czy to ja, bo jestem ostatnia na liście, właśnie dochodzi 19, a mnie nie ma! No ale już byłam. Miałam w planie być wcześniej, ale teren nie pozwolił... Wskazali mi pokój, w którym zaraz zdjęłam wszystkie mokre rzeczy. Nie było za bardzo miejsca na rozwieszanie, było bardzo ciasno, ale na szczęście nie było pełno. Sytuacja z wodą, WC i kuchnią była identyczna jak poprzednio.

Pobudka nastąpiła tym razem jeszcze wcześniej, już o 3:30 zadzwoniły budziki i hałaśliwa grupa z dziećmi zaczęła się zbierać. Od razu rozbolała mnie głowa, a na myśl o jedzeniu śniadania o 4 zrobiło mi się niedobrze. Ale w końcu wstałam. Obserwowałam radar, na którym zbliżał się kolejny deszczowy front. Trzeba było dojść do schroniska przed nim. Nie było najgorzej, szlak odrobinę łatwiejszy i padało w miarę równomiernie. Nie było zatrzymywania się na zdjęcia, aparat podróżował w plecaku.








Nie wgrały mi się zdjęcia, ale trzecie schronisko, Nogodan, było trochę inne. Już przy drodze, choć droga nie była publiczna. Ale to parkingu była godzina. Schronisko było nowe i oprócz kuchni miało tej ogólnodostępną jadalnię z ławkami. Było się można zameldować dopiero o 15, więc kilka godzin tam czekałam. Ale warto było - tym razem nie ciasnota, ale pudełkowy hostel i miałam cały boks dla siebie i mogłam się zamknąć, a także zdecydować o wyłączeniu ogrzewania podłogowego. Tylko do łazienki trzeba było iść 200 m w dół. Nigdzie nie było koszy na śmieci, więc z racji tego że obsługa dojeżdżała autami zdecydowałam się na zostawienie śmieci w łazienkowym koszu. Opakowania po hamburgerach już zaczynały śmierdzieć.

Rano zalegała jeszcze mgła, ale cały gigantyczny deszcz przeszedł w nocy. Słuchałam go zza szyby. Była niedziela i już od parkingu ciągnęło dużo ludzi. Była tam jakaś popularna góra, na którą trzeba było mieć rezerwacje. Ale ja szłam w odwrotnym kierunku. To była bardzo ładna grzbietowa trasa, z wieloma podejściami, ale prawie bez schodów i trudnych skał. Było na niej parę osób, ale nie tłumy. Rosło tam wiele rododendronów i było naprawdę ślicznie.















Rosły i modrzewie - bardzo się cieszyłam, że w Korei też występują. Uwielbiam te drzewa i kiedy miałam je wokół siebie czułam się tak jakbym była w drodze do mitycznej Syberii. Widać było w krajobrazie, że jest on coraz bardziej kontynentalny.





Po jakimś czasie było rozwidlenie, z którego można było zejść na parking z WC (woda). Był tam szlakowskaz z symbolami Baekdu Daegan i mapa etapu.








Po osiągnięciu szczytu o nazwie Goribong BD sprowadzał wędrowca w dół karkołomną trasą. Ścieżka była upiornie stroma, nie wybudowano schodów. Zsuwałam się niechcący pomimo zapierania z całej siły kijami. Bolały mnie i ręce, i nogi, szłam bardzo wolno. Pod koniec zdarzyły się wypłaszczenia, na jednym zrobiłam przerwę. Szkoda że szlak tak nie wyglądał jak ten odcinek między sosnami.







Osiągnąwszy przełęcz zeszłam z BD i poszłam drogą w kierunku miejscowości Unbong. Bezpośrednio na szlaku przez całe 700 km jest tylko jeden mały sklep. Osoby wędrujące odcinkami nie mają problemu z zaopatrzeniem, ale ja jako długodystansowiec musiałam sobie po prostu inaczej ułożyć trasę, tak żeby móc zrobić czasem zakupy. W sklepie nie było kosza, ale kasjerka przygarnęła śmieci, widząc że obdzieram zakupione towary z plastików. Miejscowość była mała i był tam tylko jeden niewielki sklep, ale na szczęście był otwarty, pomimo zmierzchu. Zrobiwszy zakupy udałam się do parku. Wypatrzyłam w Googlu, że jest tam wiata i wokół nie ma domów. Okazało się, że faktycznie jest to świetna miejscówka. Pod wiatą była kamera, więc tam się nie zatrzymałam, ale rozbiłam namiot w fajnym miejscu pod żywopłotem. Zobaczyła mnie dopiero rano osoba na spacerze. Uciekła jak mnie zobaczyła. Potem przyszła druga, młodsza kobieta, umiała powiedzieć po angielsku parę słów i życzyła mi miłej wędrówki. Na śniadanie z braku możliwości zakupu pieczywa jadłam ciasto z masłem i ogórkami.








Teraz potrzebowałam znaleźć się z powrotem na Baekdu Daegan. Na grzbiecie miało nie być wody, a nie chciałam od razu po wejściu od razu schodzić znowu na sam dół, więc szłam spory kawałek drogą i wspięłam się dopiero na przełęcz Bokseongijae. Pod nią była mała wioska i w świetlicy wiejskiej mieli kran na zewnątrz, z którego nabrałam wodę.






Szlak od razu pokazał pazur, był tak potwornie stromy, że ledwo dyszałam. Ale przede wszystkim cieszyłam się z osiągnięcia kolejnej setki - tym razem już 400 km. Od pierwszej kulminacji było już łagodniej, a i widoki zrobiły się imponujące. W dole pozostały połacie błękitu - folii rolniczych, szklarni i paneli solarnych. Na jakimś wybitniejszym szczycie spotkałam miłego pana, który rozpoznał we mnie osobę wędrującą Baekdu Daegan. Powiedziałam mu, że nie trzymam się szlaku niewolniczo, ale uznał, że to nic nie szkodzi. Odprowadził mnie do przełęczy, opowiadając o tym, że bardzo często wchodzi tutaj z wioski w której mieszka i że był na trekkingu wokół Annapurny.











Na przełęczy usiadłam pod wiatą, gdzie dołączyła do mnie rodzina na spacerze. Mieli ze sobą owoce, którymi mnie też poczęstowali. Starszy pan był emerytowanym profesorem medycyny naturalnej. Po południu na szlaku już nikogo nie było, raz tylko spotkałam fotografa, poza tym mogłam się cieszyć widokami w spokoju. Szlak był w miarę łagodny, choć z jednej strony były często skaliste urwiska. Fenomenalne było to, że tych folii i cywilizacji było tak mało, a wokół tylko zielone góry.










Szłam jak daleko się dało, zanim zrobiło się całkiem ciemno. Chciałam dojść do źródła pod przełęczą, ale nie dałam rady, zostało mi 1,5 km. Ponieważ miałam jeszcze wodę, rozbiłam się na szlaku. Tu w każdym razie liczyłam na spokój i obcowanie wyłącznie z naturą. Rozbiłam się bezpośrednio na szlaku, ponieważ grań była wąska i nie było nic płaskiego. Niespodziewanie o 22 nadszedł jakiś chłopak z latarką. Poświeciłam w jego kierunku, żeby się nie przestraszył i pokazałam którędy lepiej obejść mój namiot. Przepraszał, choć to ja powinnam przepraszać jego. Pewnie chciał wykorzystać weekend do końca.

Rano świeciło słońce i mogłam podłączyć telefon do panelu, choć w lesie nigdy nie działał tak jak w pełnym słońcu - wiadomo.






Dobrze zrobiłam, że nie zeszłam na przełęcz, bo była tam kamera. Coś chyba nawet gadała, ale nie wiem co. Zeszłam tam gdzie wskazywał przewodnik i znalazłam początek małego cieku wodnego. Woda wypływała z ziemi pomieszanej z czarną folią, więc nie była zbyt apetyczna, ale była to jedyna woda, więc nie było co grymasić.






Kontynuowałam, pokonując kolejne stromizny. Znalazłam czyjś złamany ultralekki kijek, porzucony na szlaku, niedaleko kamery. Kamera tym razem była chyba atrapą. Ale co można było tutaj zrobić złego, że ją postawiono?







Kolejna przerwa na szczycie, chyba był to Baekun-san. Zaczął wiać bardzo silny wiatr, przyszły szare chmury i zrobiło się dość zimno. Szłam cały czas grzbietem, mozolnie, ale udało mi się pokonać jeszcze wiele innych kulminacji. I znowu nie doszłam do przełęczy, ale też nie miałam takiej potrzeby, bo o zmierzchu doszłam do miejsca, w którym było stare zabudowane źródło z bardzo dobrą wodą. Zdobycie wody było zawsze najważniejsze. Ta poprzednia nie była dobra, bulgotało mi w  brzuchu po pierwszej porcji i resztę potem przefiltrowałam. Co do tej się nie obawiałam. Przy źródle nie było płasko, więc zeszłam jeszcze kilometr, aż znalazłam płaskie miejsce w lesie przy ścieżce. Już po ciemku.












Konwalie w Korei są takie same jak u nas w Europie i pachną identycznie.








Na kolację zmuszona byłam zjeść zupkę chińską z parówkami. Była tak potwornie pikantna, że ledwo ją przełknęłam. Nie obyło się bez kleszczy, ale była to dobra, spokojna noc.





Zanim doszłam na przełęcz woda była znów na wykończeniu... Coś jeszcze miałam, ale na pewno nie na cały dzień. A jeszcze nie wiedziałam, którędy pójdę. WC po obu stronach, na obu parkingach, były pozamykane, a woda odcięta. Ale na szczęście było niedaleko kilka domów i widząc kogoś na podwórku, zamachałam butelką. Człowiek od razu poszedł napełnić, dopiero jak wrócił mogłam pokazać, że potrzebuję jeszcze dalszych 5 litrów... Dostałam też i ciasteczko na drogę. 

Miałam problem - kolejny park narodowy, Deogyusan, w którym na stronie z rezerwacjami schronisk, schronisko nie było dostępne. Nie chciałam ryzykować pójścia bez rezerwacji. A i teren nie wyglądał dobrze - straszliwie najeżony skałami, bardzo niebezpieczny. Bałam się, że przed nocą nie dojdę, no i co z tym schroniskiem. Postanowiłam pójść i najwyżej zejść w dół przed schroniskiem.

Zaczęło się od razu "z grubej rury", od bardzo stromych skał i zmurszałych lin. Niektóre były już pourywane, inne wyglądały jakby miały rozsypać się w rękach. A bez lin nie dało się wchodzić z dużym plecakiem i zapasem 6 litrów wody. Najadłam się trochę strachu, ale pokonywałam kolejne skały. Nogi mi się zaczęły trząść...










Stwierdziłam, że nie dam rady. Wejścia na pierwszy szczyt zajęło dużo czasu, zrobiło się gorąco, wody ubywało, a do najwyższego szczytu jeszcze ogromny dystans, gdzie tu myśleć o zejściu. Ten odcinek zdecydowanie był dla ludzi idących na lekko i o mocnych nerwach. Doszłam do przełęczy kilka górek dalej i zdecydowałam się pójść doliną. Był tam szlak, który sprowadził mnie nad piękną i szumiącą rzekę.












Dzięki obraniu innego wariantu mogłam zwiedzić bardzo ładną buddyjską świątynię. Zwiedzały tylko dwie osoby, poza tym były tylko szczekające psy. Korzystając z tego, że łazienka była pusta, a miała ciepłą wodę, postanowiłam umyć włosy. To mnie całkiem uszczęśliwiło... Powędrowałam potem gruntową drogą. Nie było już możliwości legalnego nocowania w parku narodowym, więc nie mogłam nawet myśleć o powrocie na grzbiet górski. Szłam dość długo asfaltem, całkiem pustym. Spotkałam pedałującego pod górę amerykańskiego rowerzystę. Okazało się, że to żołnierz, który pracuje w amerykańskiej bazie, a teraz ma wolne.









Myślałam, że resztę dnia będę musiała iść drogą, a tymczasem nad rzeką objawił się nie zaznaczony na mapie szlak, wiodący brzegiem. Był bardzo ładny, ale miał też wadę - przechodził przez rzekę po zalanych wodą kamieniach i skończyłam z mokrymi butami. Niestety szlak akurat na wieczór się skończył i dolina była już bardziej zagospodarowana, kiedy przyszło mi szukać biwaku. Nabrałam już takiego doświadczenia, że jestem w stanie wygospodarować miejsce pod namiot prawie wszędzie, ale tam naprawdę nie było łatwo. Musiałam wyszukać miejsce, w którym dało się zejść niżej i tam w gęstych zaroślach rozłożyłam namiot. Tym razem było ciepło i bardzo duszno, miałam wrażenie że nie ma w ogóle przepływu powietrza.









Na kolację była bardzo nędzna potrawa - resztki makaronu z pieczonymi jajkami (wyglądają dziwnie, ale były całkiem smaczne, miały rzeczywiście smak czegoś pieczonego) oraz łyżką masła.



1 komentarz:

  1. Bardzo wymagająca wędrówka! Piękna wczesna wiosna w górach może zrekompensowała trudy poszukiwania wody, jedzenia i spania. Podziwiam widoki i Panią - Mariab

    OdpowiedzUsuń