Podróż do Korei nie była wcale przygotowana. Miałam zamiar zaplanować ją jakoś konkretniej, niż to zrobiłam rysując planowaną trasę na mapie, lecz po prostu zabrakło mi na to czasu. Przed wyjazdem miałam jeszcze dużo pracy, pozostało tylko spakować porozrzucane po podłodze rzeczy (zbierane przez tydzień żeby czegoś nie zapomnieć) i wrzucić do plecaka torbę z jedzeniem. Coś mnie tknęło i pamiętając, że w Japonii nie wszystkie produkty do których Europejczycy są przyzwyczajeni występują. Nie żebym nie lubiła japońskiego jedzenia, bo lubiłam je bardzo, ale są po prostu takie rzeczy, za którymi z czasem się tęskni. Chcąc się przed tym zabezpieczyć w podróż mającą zająć czas nieokreślony (ale mający się zmieścić w 90 dniach jakie gwarantuje wiza) zabrałam takie rzeczy jak polski makaron, barszcz, szwedzki ser, chrupki chleb, mleko w proszku, kawę kakao i oczywiście czekoladę.
Bilet na samolot LOT-u w każdym razie miałam - kupiłam go jakieś dwa tygodnie wcześniej. Potem już mogło się dziać co się chciało. Komputer został w Polsce, już nic nie było do zrobienia. Tak naprawdę najbardziej cieszyłam się na to, że się wyśpię.
Nie żebym nie zaplanowała całkiem nic - wiedziałam gdzie chcę zacząć i że większa część pieszego trawersu Korei będzie prowadzić wzdłuż istniejącego szlaku. Miałam po nim przewodnik. Kwestią niezbadaną był odcinek przez południową Koreę Południową, gdzie do wyboru było wiele możliwości.





Po bodaj 13 godzinach lotu znalazłam się na lotnisku w Incheonie. Przez okno samolotu widać było żółtawe zasmogowane powietrze, ale pogoda ogólnie była ładna i wiosenna. Był 29 kwietnia 2025. Wymieniłam gotówkę, długo stałam w kolejce po kartę SIM, bo zależało mi na najlepszym zasięgu, a taki oferuje SK Telecom. Zapłaciłam za dwa miesiące, spodziewając się że liczący nieco ponad 1000 km szlak nie powinien zająć więcej czasu. Potem poszłam do informacji turystycznej i tam zapytałam jak właściwie mam się stamtąd wydostać i w co wsiąść żeby pojechać na południe - na Wyspę Jeju. Z Jeju coś płynęło na Marado (Marado czyli Wyspa Mara to wysunięty najdalej na południe ląd koreański i tam właśnie zamierzałam zacząć wędrówkę), to widziałam na mapy.cz w postaci przerywanych kresek. Na Jeju pływały różne promy z różnych miejsc. Pan w informacji był dość zaskoczony, ale zabrał się do roboty i znalazł mi połączenie. Nigdy bym sama tego nie znalazła po koreańsku, więc dobrze że nie traciłam czasu na poszukiwania. Okazało się, że bezpośrednio z lotniska jedzie za godzinę autobus do Mokpo, a z Mokpo są promy na Jeju: jeden o 1 w nocy, a drugi o 5 rano. Kupiłam bilet w automacie, a potem burgera w barze. Przeszłam sklepy w poczekalni, ale nie było tam nic wartego uwagi, więc stanęło na burgerze i była to bardzo znacząca przepowiednia perypetii kulinarnych w tym kraju.

Autobus był mały i dość luksusowy, miał monitory i gniazdka, można było się kotarą oddzielić od sąsiada. Nie śmiałam tego zrobić, ale moja sąsiadka się nie wahała. Jechaliśmy ze dwie czy trzy godziny. Najpierw wyjechaliśmy z aglomeracji, a potem jechaliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża. Patrzyłam za okno z niepokojem, martwiąc się czy mi się spodoba. Pierwsze wrażenie nigdy mnie nie myli i jak od razu mi się nie podoba, to już nigdy nie zacznie. Dlatego zawsze się trochę obawiam w nowym kraju. Za oknem było ok. Pagórkowato, wręcz górzyście, czerwonawa gleba, sucho. Dużo terenów rolniczych i wiejskie zabudowania o niezdefiniowanym charakterze. Pierwsze wrażenie było trudne do uchwycenia.

W Mokpo wysadzono nas wszystkich pasażerów na dworcu autobusowym odległym o dobre 5 km od terminalu promowego. Dobrze że miałam bardzo dużo czasu. Google znalazł jakieś sklepy outdoorowe, poszłam ich szukać, bo potrzebowałam kupić kartusz gazu. Udało się to w sklepie, po którym się wiele nie spodziewałam, bo były tam prawie same ubrania. Ale właściciel miał kilka kartuszy. Potem poszłam przez miasto, rozglądając się. Nie było ani aż tak schludnie i porządnie jak w Japonii, ani tak chaotycznie i głośno jak na Tajwanie. Ludziom dobrze z oczu patrzyło, był nawet kosz na śmieci i publiczne WC. Czuć było, że to Azja i że jestem w jakimś cieplejszym miejscu. Stwierdziłam, że wrażenie jest na plus. Natknęłam się nawet na znaki szlaku, musiał to był szlak dookoła Korei, na który patrzyłam, ale odrzuciłam ze względu na to, że cały czas prowadził drogami, a ja chciałam iść przez góry. Miło było jednak odnotować oznakowanie.





Naszukałam się terminalu promowego, bo nie było żadnych informacji. Terminale były dwa, ten do którego weszłam był kompletnie ciemny, ale wyszedł ochroniarz i coś mi tam pokazał. Znalazłam właściwy, ale znów nie wiadomo było gdzie wejść. Ktoś coś wykrztusił po angielsku, wreszcie znalazłam i okazało się, że inni ludzie też tam są. Po pół godzinie otwarto kasy, nastąpiło zdziwienie że nie mam żadnej rezerwacji i w ogóle nic nie wiem, nie wypełniłam karty pokładowej. No ale tak czy owak wypełnić kartę i kupić bilet dało się na miejscu. A najlepsze było to, że zaraz mieli nas wpuszczać na prom, wiele godzin przed wypłynięciem. To znaczy, że mogłam się wyspać na promie! Kajuta była taka jak te, w których podróżowałam w Japonii, tzn. wyłożona wykładziną, na której się spało. To bardzo wygodna opcja, a do tego był jeszcze prysznic, z którego z radością skorzystałam. Zmiana czasu poszła w zapomnienie, byłam tak zmęczona, że zaraz padłam spać i spałam smacznie do rana.


Słońce już wzeszło kiedy dopłynęliśmy, ale jeszcze było chłodnawo. Taksówkarze chcieli mnie zwabić i podwieźć na szlak na Hallasan, najwyższą górę Korei Południowej. Pokręciłam głową, zrobiłam "x" rękami i poszłam w swoją stronę. W Jeju City dworzec autobusowy też był całe kilometry od przystani. Miałam kłopot ze znalezieniem dużego sklepu, ale coś tam się znalazło. Był to supermarket z towarami zagranicznymi, w którym były też rzeczy z Japonii. Długo studiowałam opakowania i zastanawiałam się cóż to są za produkty. Udało mi się nie pomylić smalcu z masłem i kupić trochę prowiantu na przejście całej Wyspy Jeju.
Miasto było jeszcze nieobudzone, więc dobrze się szło, ruch nie był dużo. Jeju specjalizuje się w uprawie pomarańczy i mandarynek, więc były całe sklepy z owocami. W moim plecaku oczywiście znalazło się kilka. Były przepyszne, słodkie i aromatyczne.
Na małym i zaniedbanym dworcu (wszystkie w tym kraju tak się prezentowały, całkiem swojsko, jak na Słowacji) pokazałam na mapie w telefonie pani w okienku gdzie chcę jechać. Pani potwierdziła orzeczenie Googla i wydała mi bardzo tani bilet na autobus. Upewniałam się czy to na pewno ten autobus. Wsiadło do niego parę ludzi, podróż trwała z godzinę a może i więcej, tyle że zdążyłam się trochę zrelaksować i napić dziwnej herbaty, jak się później okazało z żeńszeniem.


Byłam bardzo zadowolona, kiedy autobus zatrzymał się przed przystanią po drugiej stronie Jeju. Właśnie tam, gdzie zaczynały się niebieskie kreski na mapie. A więc musiał rzeczywiście istnieć prom. Weszłam do budynku terminala i okazało się, że to nie prom, ale mały statek turystyczny, ale statek pływa często bo rejsy turystyczne są tu bardzo popularne. Znacznie więcej ludzi płynęło na drugą, większą i bliższa wyspę Gapa (Gapado), na Mara niewiele było poza samym faktem bycia południowym krańcem Korei. Dlatego rejsów na Gapado było więcej. Chciałam pierwotnie przejść obie wyspy, ale tego się nie dało zrobić, bo po tym jak miałam wrócić żaden statek na Gapado już tego dnia nie płynął. Pani w kasie nie pytała którym statkiem chcę płynąć, w związku z czym na wyspie miałam tylko godzinę czasu. Wyspa nie jest duża, ma tylko półtora kilometra długości, ale musiałam jeszcze sfilmować początek wędrówki i zrobić zdjęcia, tak że ostatecznie musiałam się bardzo spieszyć.







Nie mogłam się nadziwić jak gładko to wszystko poszło. Bez planu w dwa dni dostałam się z domu na kraniec Korei i oto muskałam powierzchnię oceanu. Tak można podróżować! 30 kwietnia 2025 o 12:17 zaczęłam wędrówkę w kierunku Korei Północnej. Zegarek wskazywał 12:27, gdyż spieszył o 10 minut. Chociaż zdjęcia też trwały 10 minut... Początek miał miejsce nad wodą, ale nieco wyżej był jeszcze monument. Z nim też zrobiłam sobie zdjęcie, po czym wróciłam na przystań idąc wzdłuż drugiego brzegu wyspy. Ma ona kształt owalny, więc idzie się dookoła. Po drodze był kościół, jakieś zabudowania i bary, ale nikt tam nie mieszka na stałe. Brakuje wody, stąd starożytne baseniki na deszczówkę.
Udało mi się dojść akurat kiedy mieliśmy wraz z resztą pasażerów wsiadać na statek. Marado znikała, teraz czekało mnie przejście Jeju.



Na Jeju jest bardzo znany szlak okrężny Jeju Olle. Od razu natknęłam się na jego znaki.
Ponieważ chciałam wejść na Hallasan pasowało mi przejść nim conajmniej 20 km, żeby się przemieścić nieco na wschód. Szlak zawierał trochę ścieżek, widać było że zaplanowano go starannie. Wyszłam na pola i szłam między uprawami. Tam spotkałam pierwszą turystkę pieszą w Korei i było to wiele mówiące spotkanie. Ja byłam podekscytowana i się z uśmiechem przywitałam, natomiast hikerka miała ponurą minę, nawet na mnie nie popatrzyła i minęła nie odpowiadając na powitanie. Zrobiło mi się przykro, ale miałam nadzieję że trafiła mi się po prostu taka dziwna osoba. Później spotkałam jeszcze więcej osób, ze dwie grupy i jeszcze jakichś ludzi przy zabytkach. Oni jakoś tam się przywitali. Po drodze można było zajrzeć do bunkrów i obejrzeć konstrukcje pozostałe po lotnisku aktywnym w czasie konfliktu koreańskiego.








Wiedziałam dobrze, że Korea jest potwornie górzysta i głównym problemem będzie pokonywanie przewyższeń i liczne schody, natomiast na samym wybrzeżu Jeju jeszcze się ich nie spodziewałam. I tutaj popełniłam błąd, bo schody i podejścia pojawiły się od razu. Na widoki nie można było narzekać, pogoda była piękna i krajobraz przyjemny z górami na horyzoncie. Jeju jest bardzo turystyczna, sami Koreańczycy jeżdżą tam na wakacje, o turystach z zachodu nie wspominając. Także wzdłuż wybrzeża było pełno hoteli i ludzi, którzy przyjechali na majowy weekend. Minęłam dwie blondynki mówiące po szwedzku. Pewnie miały w planie trochę zbrązowieć.
Na Jeju dużo jest rzeźb wykonanych z wulkanicznych skał (wyspa jest wulkanem, choć reszta Korei już wulkaniczna nie jest). Dawniej takie rzeźby stały na początku wsi i utożsamiano je z opiekuńczymi duchami.
Po drodze była toaleta, w której nabrałam wody i pozostało mi tylko znaleźć jakieś miejsce biwakowe na pierwszą noc w terenie. Okolica była bardzo zaludniona, a co gorsza widziałam kamery. Był skrawek lasu, co do którego miałam nadzieje. Nie było to duży las, bo zaraz urywał się nad plażą, a do tego było w nim bardzo gęsto. Mam jednak wprawę i przecisnęłam się przez kolczasty gąszcz do takiego miejsca, w którym zdołałam zmieścić namiot. Doceniłam gąszcz, poczułam się jak w odległej dżungli. Prawdziwą przyjemność sprawiał mi łoskot fal w dole. Zaraz zrobiło się ciemno, ale namiot się wpasował między głazy i po kolacji (klopsikach) mogłam z ulgą zalec na materacu.


Zabawnie było wyjąć rano ser i chleb z innego świata. Ogórek i masło były swojskie. Znakomicie wypoczęłam, odetchnęłam. Jakoś to będzie. Zaraz jak wyszłam z powrotem na szlak pojawił się facet z psem, ale przeszedł pierwszy. Chwilę później natknęłam się na pierwsze na trasie mogiły - stara tradycja nakazuje chowanie zmarłych w kopcach otoczonych kamiennym murem. Obecnie wciąż się tak robi, a groby są zadbane. Te najstarsze są może i średniowieczne. Od czasu do czasu się je obkasza.
Pogoda się psuła, szedł deszcz. Dlatego właśnie nie czekałam na start 1 maja, bo chciałam zacząć przy ładnej pogodzie. Teraz już mogło sobie padać. I zaczęło... W najbliższej wiosce przeczekałam pierwszą falę deszczu, potem pod wiatą-altaną przy wykopaliskach archeologicznych kolejną.
Zrobiło się bardzo mokro, ale przemknęłam jeszcze bez parasola ładnymi ścieżkami.
W końcu zaczęło lać. Znowu trafiła się wiata, przy czyimś sadzie, więc znowu czekałam, racząc się pomarańczami. Szlak wiódł przez sady i właściciel ustawił całą skrzynkę dla wędrowców. To było bardzo miłe. Przeszło parę osób, ale nikt nie dołączył pod wiatę.
Deszcz nie chciał przestać padać, więc szłam pod parasolem. Miałam nowy Six Moon Designs Rain Walker, z którego byłam bardzo zadowolona, bo nie jest to parasol składany i nie ma z nim problemu na wietrze.






Lało jak z cebra, więc kiedy trafiła się kolejna wiata znów sobie posiedziałam. Wyglądało na to, że w Korei podobnie jak w Japonii jest mnóstwo wiat. Nie chronią zbyt dobrze przed warunkami atmosferycznymi i są położone w cywilizowanych miejscach, ale zawsze coś. Jednak musiałam się w końcu ruszyć żeby na noc dojść do lasu. Wypatrzyłam sobie miejsce na mapie, po czym okazało się, że to teren wojskowy i nie ma tam wstępu. Musiałam się wrócić do innej ścieżki. Ta okazała się prawdziwym szlakiem i omijała teren wojskowy. Dobrze że miałam kartę sim, dzięki dostępowi do internetu mogłam przetłumaczyć tekst ze zdjęcia. W Japonii tak nie robiłam, ale w Korei dałam za wygraną i czasem się tą metodą posługiwałam. Ścieżka na szczycie góry zanikła, była gęsta mgła. Postanowiłam poszukać dalszej drogi rano i schować namiot w krzakach. Rozbiłam się już po ciemku, z czołówką znalazłszy miejsce pod drzewami.


Noc była bardzo zimna, musiałam spać w obu parach skarpetek na raz. Leżałam sobie jeszcze przed wschodem słońca, kiedy usłyszałam głosy. Ktoś szedł przez las. Miałam nadzieję, że nie zostanę wykryta czy zaczepiona, że ludzie zbierają zioła albo coś takiego. Ale kiedy wstałam odkryłam, że rozbiłam się tuż przy nowo wyznaczonym szlaku. Wyznaczono go w gęstwinie, bo była wycinka i stary przebieg był nie do przejścia. Głosy należały do turystów. W Azji jest zwyczaj bardzo wczesnego zaczynania wędrówki i kończenia jej wczesnym popołudniem. Ja mam zupełnie przeciwne obyczaje.
Szlaków w okolicy było znacznie więcej, las przecinały ścieżki w ilości o wiele większej niż to pokazywała mapa. Bardzo mnie to ucieszyło, bo nie tego się spodziewałam. W Japonii było zawsze odwrotnie, mapa pokazywała ścieżki, które nie istniały. Tutaj zaś były ścieżki, których nie było na mapie, a to dawało mi większe szanse wędrówki górami i lasami, zamiast drogami. Wspaniale.
Kluczyłam różnymi ścieżkami, zbliżając się powoli do masywu Hallsan. Wulkan jest rozłożysty i ma łagodne zbocza, to bodaj najłatwiejsza góra Korei Południowej, więc byłam przekonana, że pomimo iż mój biwak znajdował się daleko od podnóża, w ciągu całego dnia zdążę wejść na szczyt i zejść po drugiej stronie. Las był przepiękny, taki azjatycki, z trawą bambusową, i w ogóle nie było w nim ludzi.






Kłopot polega jednak na tym, że Hallasan znajduje się w parku narodowym. To było moje pierwsze zetknięcie z koreańskim parkiem i miałam się wiele nauczyć. Doszłam do granicy i od razu dowiedziałam się, że panują tu specjalne, rygorystyczne reguły gry. Wejście na szczyt jest bardzo popularnym przedsięwzięciem i w związku z tym panuje tutaj nadzór. Koreańczycy są nieustannie i ze wszystkich stron kontrolowani przez państwo. Są chyba do tego tak przyzwyczajeni, że im to nie przeszkadza, ale dla kogoś z zewnątrz zakrawa to na terror. Przynajmniej mnie to bardzo nie pasowało i choć wiele aspektów wędrówki po tym kraju bardzo mi się podobało, to nieustannie bycie pod obserwacją, bycie osobą z założenia podejrzaną i kontrolowaną powstrzymuje mnie od planowania kolejnych wędrówek.
Ale nie chodziło o same kamery. Nie mogłam wejść na szczyt ze względu na wyznaczone godziny wejścia. Specjalnie wybrałam szlaki, na które nie trzeba było mieć specjalnego pozwolenia rezerwowanego przez internet. Myślałam, że w związku z tym mam już pełną swobodę, a tymczasem okazało się, że w połowie góry jest punkt kontrolny, w którym przebywa strażnik i jeżeli się nie zdąży dojść do tego punktu do godziny bodaj 15 to zostanie się zawróconym. Mimo że góra jest łatwa i spokojnie zdąży się zejść. Wejście na szlak jest dozwolone jeszcze w nocy, o 3 nad ranem. Takie reguły panowały we wszystkich parkach. Punkt był monitorowany cały czas i nie było mowy o prześlizgnięciu się. Złamanie zasad skutkowało trzymiesięcznym banem na wędrówki po parkach narodowych i brak możliwości zarezerwowania kolejnych szlaków i schronisk. Ma być porządek i po południu park ma być pusty. A ja nie miałam żadnych szans dojść do punktu kontrolnego na 15, ponieważ znajdował się od z mojego puntu widzenia po drugiej stronie góry i najpierw miałam wejść na szczyt, a była 11. Było mi trochę żal, bo do kompletu z trawersem kraju przydałoby się zdobycie najwyższego szczytu. Z drugiej strony nigdy nie zależało mi specjalnie na zdobywaniu szczytów. Mogłam przeczekać gdzieś w krzakach przed granicą parku narodowego, ale to mi się wydało bez sensu. Była inna możliwość: przejście części szlaku dookoła Hallasan, też znanego i fajnego. Z tej właśnie możliwości skorzystałam. A po drodze znalazłam ciekawostkę, tasiemkę rajdu Fjällräven Classic, który w dzisiejszych czasach nie jest organizowany tylko w Szwecji, ale też w wielu innych krajach na znanych szlakach.




Spotkałam znów trochę ludzi, ale wraz z wybiciem godziny 14 las opustoszał i miałam go dla siebie. Przyszedł czas na test panelu solarnego, Xtorm 29W. Test wypadł bardzo pozytywnie, telefonowi przybyło kilkadziesiąt procent podczas przerwy na lunch.
Północna strona masywu Hallasan była równie ładna i pusta. Ścieżka była miejscami stroma, były i schody. W dole szumiała rzeka, ale nie bardzo dało się do niej dojść, przez co ostałam się na koniec bez wody. Przy parkingu rzeka była wyschnięta. W Korei zimą podczas zimowego monsunu jest bardzo sucho. Woda płynie w górach, ale ziemia jest ogólnie wysuszona i niżej rzeka nie była już zasilana i zniknęła w głębi skał.






Szłam potem drogą w kierunku mniejszego wulkanicznego krateru. Na mapie było kilka, wybrałam taki w którym była obiecująca ścieżka. Znalazłam ją, teren był chyba prywatny, więc chciałam się dobrze schować z namiotem. W miejscu, gdzie osłaniałyby mnie krzaki była niewiarygodna ilość kolczastych roślin, przeniosłam się więc z biwakiem do iglastego lasu. Był przejrzysty, ale nastąpił cud - znalazłam używane miejsce biwakowe. Było tam miejsce na ognisko i zasłona z gałęzi, którą jeszcze trochę poprawiłam. A więc i w Korei są amatorzy takich noclegów! W nagrodę za trudy dnia zjadłam zieloną japońską czekoladę, którą udało mi się kupić w małym sklepie. Mieli tylko jedną.

W nocy zerwał się bardzo silny wiatr. Targał koronami drzew, z których spadały gałęzie. Szybko się spakowałam. W lesie było ok, ale na łąkach wiało bardzo mocno. Był jednak weekend i to specjalny - właśnie rozwinęły się pędy paproci i ludzie poprzyjeżdżali je zbierać. Zbieranie dzikich roślin jest w Azji bardzo popularne, a koreańskiej kuchni stosuje się ogromne ilości zieleniny. Starsze panie rozdziawiały usta ze zdziwienia na mój widok. Wszyscy stawali zdumieni. Nikt nie chciał rozmawiać.


Tak zeszłam do miasta, tego samego w którym wylądowałam promem, czyli Jeju City. To było największe miasto na mojej trasie i w ogóle jedyne duże miasto. Szukałam więc dużego sklepu, mając świadomość, że będzie to jedyny taki sklep, który odwiedzę w Korei. Google poprowadził mnie do supermarketu Lotte. Nie był on ogromny, jak się później dowiedziałam w Korei w ogóle nie ma bardzo dużych sklepów. Ale byłam zupełnie zadowolona, było dużo ciekawych produktów, w tym takich które nadawały się do zabrania do plecaka. Wzięłam więcej niż potrzebowałam dlatego, że podejrzewałam że później z zakupami będą problemy.
Ciastka ryżowe
Cukierki z żeńszenia (okazały się takie sobie, bardzo ziołowe)
Po zakupach ruszyłam, a jakże, do przystani promowej. Znów było daleko, a plecak okrutnie ciężki. W krajobrazie można było znaleźć jeszcze nieco atmosfery dawniejszych czasów. Podobało mi się nad rzeką.
Na koniec wstąpiłam do małego miejskiego skansenu, który pokazywał jak dawniej wyglądały domostwa w osadzie.
Jak zwykle byłam nieco spóźniona, a dok z którego odpływał prom był na samym końcu portu. Tutaj było więcej turystów, też białych, nie byłam więc ewenementem. Udało mi się wcześniej sprawdzić godzinę odpłynięcia, wszystko się zgadzało. Kupiłam bilet bez problemu. Kolejka dla turystów była osobna, bo sprawdzali nam wizy i paszporty. Jeju rządzi się sama i płynąć do lądowej Korei tak jakby przekraczało się granicę. Znalazłam swoją kajutę i czym prędzej podłączyłam elektronikę do gniazdek w ścianie. Podróż miała potrwać chyba mniej niż dwie godziny. Zdążyłam zjeść kupioną w supermarkecie panierowaną rybę z ryżem z warzywami. Potrawa była wspaniała, bardzo przypominała mi to, co jadłam w Japonii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz