Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

czwartek, 16 maja 2019

Pacific Crest Trail: Warner Springs - Big Bear City/Hwy18 (California)

Na początek aktualizacja: założyłam konto na Instagramie, po prostu wypada je mieć :-)

https://www.instagram.com/agnieszkazebradziadek/

A teraz relacja z ostatniego odcinka.

Wizyta w Warner Springs byla bardzo udana, choc w miasteczku namiotowym noca nie bylo wcale cicho, a w powietrzu snula sie wilgotna mgla. Wifi jednak swietnie dzialalo, moglam w namiocie ogladac YouTube :-) Rano nie spieszylam sie przesadnie z wyruszeniem, kolega Drew znow do mnie dolaczyl i majaczyl od czasu do czasu na horyzoncie. Coz bylo na horyzoncie? Poczatkowo wiele drzew, bo szlak prowadzil wzdluz strumyka, lecz pozniej krecac zawijasy wyprowadzil cala grupe hikerow na krzaczasty grzbiet przypiekany sloncem.







Pachnace krzewy nadal kwitly, pszczoly brzeczaly, a na skalach wygrzewaly sie jaszczurki, nie bardzo strachliwe.



Jeden fragment szlaku byl szczegolnie malowniczy - prowadzil miedzy duzymi blokami skalnymi, ktore pozostaly po zerodowanych gorach.




Jeszcze przed wieczorem dokladnie wszyscy, ktorzy wyruszyli z Warner Springs rano znalezli sie w szczegolnym miejscu, farmie Mike'a (prowadzonej przez Scotta specjalnie dla hikerow). Byl dostep do wody, miejsce na namioty, pizza z pieca oraz wielki gar fasoli, ktorej nadmierne spozycie spowodowalo nocny koncert, ktory przypominal wspolczesne przedstawienia operowe ;-)






Marihuana jest powszechnie dostepna i legalna we wszsytkich trzech stanach PCT, niektorzy pala nieustannie, inni tylko dla rozruszania sie.


Noca znow nadeszly niskie chmury, ktore jednak rano sie rozeszly i kolejny dzien oznaczal znow wedrowke w upale.




Kolejne jaszczurki rozmaicie ubarwione i kolejne gorsko-pustynne widoki, a w perspektywie najdluzszy jak dotad dzien - 25 mil. Poruszam sie na razie powoli, nie ma powodu zbytnio sie spieszyc w oczekiwaniu na topnienie sniegow w Sierra Nevada. Oczywiscie nie obijam sie tez calkowicie - te 20 mil dziennie wypada wycisnac.








Rozne gatunki kaktusow nadal kwitna obficie.






25 mil to dystans, ktory dzielil Mike's Place od drogi, przy ktorej zaledwie mile od szlaku polozona jest Paradise Valley Cafe, restauracja bardzo przyjazna hikerom. Drew czekal na mnie przy drodze i razem zlapalismy stopa w 5 sekund, bo dodatkowa mila asfaltem nie wchodzila w gre. Zamowilismy po ogromnym hamburgerze z frytkami (frytki musialam spakowac, tyle ich bylo), a deser dla hikerow byl gratis (wzielam tiramisu, smietankowe, chlodne, pyszne).




Poniewaz na noc zapowiadano opady deszczu zamiast spac na werandzie restauracji jak to zwykle bywa udzialem wedrujacych PCT zostalismy zacheceni do pozostania we wnetrzu. Bylo nas czworo, jeszcze jeden Amerykanin i Izraelczyk Ariel. Podobno jeszcze dwa tygodnie temu przewijalo sie po 50 osob dziennie, lecz teraz sezon juz sie konczy.



W nocy faktycznie padal deszcz, a rano sytuacja byla niewiele lepsza z niskimi chmurami i mzawka, im nizej, tym gestsza. Nie majac wystarczajacych zapasow jedzenia na caly nastepny odcinek postanowilismy zmitrezyc troche czasu w pobliskim miasteczku Idyllwild, ktore ani nie bylo idylliczne, ani szczegolnie dzikie, ale bardzo hiker friendly. Bibliotekarka wpuscila nas pomimo ze bylo zamkniete, moglismy wiec skorzystac z wifi i napic sie goracej herbaty.





Wczesnym popoludniem wrocilismy na szlak autostopem na dwie raty. Plecak ciezki, szlak wiodl pod gore, ale wyzej juz nie mzylo, byly tylko chmury pieknie klebiace sie miedzy szczytami. W dolinie troche prawdziwych drzew, za ktorymi zawsze bardzo tesknie.
















Pod wieczor okazalo sie, ze jedyne zrodlo wody jest oddalone od szlaku o cala mile, nie bylo wyjscia - trzeba bylo zejsc. Wilogc z chmur kondensowala sie wprost na moich wlosach. Zrodlo znajdowalo sie pod chmurami w slicznej dolince, w cedrowym gaju.






Noca chmury obizyly sie i popadywal deszcz. Bylo bardzo zimno, a na grani takze bardzo wietrznie. Krajobraz bardziej przypominal Appalachy.




W koncu chmury zaczely sie rozwiewac, ale podejscie bylo wyjatkowo mordercze - gdzies tam w oddali powinien majaczyc najwyzszy szczyt w okolicy Mt San Jacinto.




PCT na Mt San Jacinto na szczescie nie wchodzi, ale i pod szczytem bylo jeszcze troche sniegu.


Najsymaptyczniejsza spotkana w ostatnich dniach osoba byl Czech Gummibear (naprawde Jan), zalowalismy ze mozemy sie juz nie spotkac, kiedy Gummibear schodzil do Idyllwild szlakiem dojsciowym.



W wyzszych partiach jeszcze calkiem sporo sniegu, ale nietrudnego ani w nawigacji, ani w poruszaniu, bo zbity i twardy. Biwak z niezlym widokiem na zachod slonca.






Szlak okrazal Mt San Jacinto, po czym schodzil boczna grania Fuller Ridge, na ktorej mialo byc najwiecej sniegu. Ktos straszyl mnie piecioma milami tego sniegu, ale nic podobnego, byla moze jedna i to z przerwami. Wielu hikerow sie tam pogubilo, ale na moje oko przebieg szlaku byl oczywisty i slady poprzednikow prowadzily jasno.







Za Fuller Ridge otwarly sie widoki w kierunku Los Angeles, ktorego nie dalo sie jednak dojrzec z powodu spowijajacych miasto gestych oparow smogu. Zejcie do podstawy masywu, ktora wydawala sie byc na wyciagniecie reki trwalo caly dzien i dluzylo sie niemilosiernie. Szlak zawijal w nieskonczonosc i mozna bylo oszalec.








Nastroj poprawilo zdobycie 200-ej mili. Znakow bylo kilka, w tym jeden moj, i jeden oficjalny.





Nastapil zachod slonca, a ja wciaz nie bylam na dole, ale udalo mi sie dotrzec do kranu z woda przed 20 i tam tez zabiwakowalam. Noca wialo okropnie, tak ze wiatr sypal mi w twarz piaskiem poprzed moskitiere sypialni.




Kolejny dzien byl upalny, a to wlasnie wtedy trzeba bylo przeciac gleboka doline. Czulam sie jak na patelni. Trzeba bylo przejsc suche koryto rzeki oraz pod wiaduktem kolejowym i autostrada miedzystanowa I10 (Continental Divide Trail przecinal ja w Lordsburgu). Pod wiaduktem trail magic - zimna cola i hiker box, z ktorego pozyskalam troche prowiantu.






Niedaleko kolejna trail magic, kolejna puszka coli, jablko, banan, mandarynka. Jedno z tych zdjec, ktore robie na slepo patrzac w porysowany ekran aparatu przez okulary przeciwsloneczne...


Kolejne mile szlaku byly bardzo meczace z powodu upalu, ale widoki coraz lepsze, szczyty i kaniony, a w perspektywie kapiel w rzece - naprawde!








Whitewater River to najwieksza rzeka na PCT w poludniowej Californii. Teraz kiedy sniegi juz praktycznie stopnialy wody niesie niewiele, ale doskonale nadaje sie do kapieli. Woda byla cieplutka i wszyscy wedrowcy ochoczo wskoczyli w nurt.





Kapiel przyniosla tylko chwilowa ulge, niedlugo zar slonca znow zaczal nas dreczyc. Na podejscie wzielam na malo wody i z wielkim trudem pokonalam kolejny grzbiet - czysta glupota. Spuscilam daszek na oczy i nie bardzo podziwialam widoki, a bylo co podziwiac.





Biwak nad kolejnym strumieniem Mission Creek. Mialam w planie troche wiecej podejsc, ale wszsycy tam biwakowali, wlacznie z Drew, a ja mega odwodniona, wiec takze tam przenocowalam. Wiatr wial w dol rzeki, a moj namiot wypelnil sie klebami marihuanowego dymu z cudzej fajki.



To chyba dziki tyton?


Nastepnego dnia byla niespodzianka - PCT stracil swoj ugrzeczniony charakter i poprowadzil na przelaj korytem rzeki, co przypominalo mi niektore odcinki Te Araroa i doline Gila na CDT. Bylo po prostu fajnie!







Rzeka skonczyla sie wreszcie, a w jednej z zacisznych dolinek zobaczlismy malego baribala! Niedzwiadek posilal sie liscmi wierzby. Mama musiala byc w poblizu, ale nie pokazala sie.


Caly dzien podejscia zaowocowal widokami najpierw na odleglejsze pustynne szczyty, a potem na calkiem bliski szczyt Mt San Gorgonio, pokryty w calosci sniegiem. To ten szczyt bylo widac na samym poczatku wedrowki, a nie tak jak myslalam wczesniej San Jacinto.



San Jacinto tez bylo zreszta widac. Codziennie. W dolinie z kolei Palm Springs - szlak okraza miasto na wszelkie mozliwe sposoby, do znudzenia.



Nocleg w miejscu dosc wyjatkowym - opuszczonej chatce bez drzwi i okien. Oczywiscie nie moglam nie skorzystac. Wiekszosc hikerow nocowala na zewnatrz. Cieniasy.





Dzisiejszy odcinek nie byl szczegolnie interesujacy, a do tego czulam nadchodzacy zimny front. Szlak przebiegal obok slawnego miejsca - zagrody dla zwierzat wykorzystywanych w hollywoodzkich filmach. Kiedys mozna bylo zobaczyc zwierzeta, ale teraz miejsce to wygladalo na opuszczone, a na siatce wisiala tabliczka "na sprzedaz". Klatki byly bardzo male, pewnie sprzeciwiano sie trzymaniu tam zwierzat.


Na koniec dnia planowalam nocleg w Big Bear, nie wiedzialam jednak gdzie przenocuje. W gre wchodzil hostel (w niezupelnie odpowiadajacym mi towarzystwie) lub u oficjalnych Trail Angeli. Tymczasem los sie znow do mnie usmiechnal i spotkalam wlasnych Trail Angeli - hikera Ricky
Bobby'ego i jego zone Donne, ktorzy zapraszaja od czasu do czasu co sympatyczniejszych wedrowcow. Mieszkaja akurat w Big Bear, a Ricky wedruje w tym roku szlakiem, robiac przerwy. Mielismy sie spotkac na parkingu, wiec szlam sobie powoli fotografujac kwiaty i pustynie Mojave, na ktorej skraju wlasnie sie znajdujemy.



Ten kwiatek wystepuje podobno tylko w okolicach Big Bear.






Pierwszy raz widzialam joshua tree, drzewa podobne do jukki, ale rozgalezione.



Wiosna na pustyni powoli sie konczy, ale w tym roku jest szczegolnie zielono, wiec jeszcze mnostwo kwiatow mozna zobaczyc.



Moje ulubione czerwone kaktusy - rosly tez nad Gila.


Tak, tak - 260 mil (dokladnie 266), 1/10 szlaku juz za mna!


To moj dzisiejszy nocleg i moi Trail Angels. Jutro ma byc deszczowo, wiec zapewne bede sie troche ociagac i poleze sobie w tym przepastnym wyrku...



Do zobaczenia, pozdrawiam Was wszystkich :-)

20 komentarzy:

  1. Brawo. Przepiękne zdjęcia!

    Niezwykle sympatyczna jest ta instytucja 'aniołów' - na szlaku i nie tylko ;)

    Dobrej pogody w dalszej drodze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzęki. Tak, Aniołowie są cudowni, na zewnątrz nawałnica, a ja leżę sobie w łóżku...

      Usuń
  2. Dziękujemy za relację i czekamy na więcej. Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Muszę się w końcu zwlec z tego łóżka...

      Usuń
  3. Gratuluję i nadal trzymam kciuki, chociaż to tylko pro forma, bo wiem, że dasz radę. A co do niektórych Amerykanów, no cóż, nie powinni mieć zaliczonego przejścia, gdy są ciągle na dopingu lub pod działaniem narkotyków. Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Gdyby nie zaliczano przejść na dopingu rocznie kończyłoby PCT pewnie kilkanaście osób. W najlepszym przypadku.

      Usuń
  4. apetyczne wnętrze tej lodówki. Pozdrawiam wszystkich hikerów i aniołów. G

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, lodówka zaopatrzona, kolacja wspaniała, teraz śniadanie... Dzięki, przekażę!

      Usuń
  5. Długo czekaliśmy na ciąg dalszy opowieści ;) Świetnie, że wszystko idzie nadal pomyślnie. Dzięki za zdjęcia. Nim opuścisz Kalifornię, będziesz miała prawdziwą foto encyklopedię tutejszych jaszczurek -pozują wyjątkowo zacnie. Kwitnących kaktusów też ;) No i pierwszy niedźwiedź na szlaku - święto;)
    Fajne to drzewo Jozuego -nazwę gdzieś słyszałem, chyba nie tylko jako tytuł filmu ;) Z ciekawości sprawdziłem i faktycznie jest to odmiana jukki.
    Mam tylko nadzieję, że nie przeniesiesz całej aktywności foto na instagrama, akurat nie mam tam konta, podobnie jak na fejsie. A nie wiem, jakie są możliwości przeglądania tego pierwszego serwisu dla niezalogowanych.
    Trzymaj się i dalej ciesz wędrówką, niech Ci trail angels sprzyjają.
    Pozdrawiam
    -J.
    P.S. Małe miscellanea z pobocza Twojej trasy:
    1)Zauważyłem na Twojej fotce-mapce z samolotu, że przelatywałaś dokładnie nad Sisimiut w zach. Grenlandii. Mieszka tam do kilkunastu lat nasz rodak, Adam Jarniewski, autor książki "Nie mieszkam w igloo". Świetna rzecz, może znasz. Jeśli nie, rekomenduję lekturę po powrocie ;)
    2) Wśród krajobrazów "po lewej ręce" mijając Warner Springs towarzyszył Ci pobliski masyw Mt. Palomar. Znany z ongiś największego na świecie, 200-calowego teleskopu Hale'a. Pogodę miałaś wtedy nie najlepszą, z resztą obserwatorium jest chyba dość schowane w rozległej wierzchowinie. Niedługo jednak w górach San Gabriel zamajaczy Ci na południowym horyzoncie dość eksponowany szczyt Mt. Wilson z równie sławnym obiektem tego typu, starszym kuzynem palomarskiego giganta, 100-calowym teleskopem Hookera. Daj znać, jeśli wypatrzysz obserwatorium, sądząc z mapy powinno być widoczne przy dobrej pogodzie. Oba te instrumenty (nadal w czynnej służbie) przez wiele dziesięcioleci wyznaczały absolutną granicę ludzkich możliwości obserwacji kosmosu, a sama ich konstrukcja była najwyższym inżynieryjnym wyzwaniem I poł. XXw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie tak długo! Instagram będzie dodatkowo, można go przeglądać bez zalogowania, tylko lajkować się nie da :-)

      Zgadza się, Sisimiut było na trasie. Książkę kojatzę no i oczywiście tamtejszy szlak pieszy.

      Tu jest bardzo dużo gór... Ok, popatrzę :-)

      Usuń
  6. Nie przestaję trzymać kciuków! :-)) PS Od 30 maja będę w szeroko rozumianej okolicy - na początku przez miesiąc jako ogrodnik niedaleko Vancouver, a potem chyba w Roooockieeeeessss... tylko tam podobno latem szaleją niedźwiedzie i komary - mocno się tego obawiam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie :-) Komary szaleją w lipcu, a niedźwiedzie po prostu są :-)

      Usuń
  7. Konto na instagramie! W końcu! Wspaniale 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze że jest zainteresowanie :-) nawet mi się podoba ten Instagram

      Usuń
  8. A ja mam nadzieję, że Pani Agnieszka nie zaprzestanie tu pisać, albo pisać tu w skrócie, a główny "strzał" pójdzie na instagram. Nie posiadam tam konta ani na fb, nie lubię tych społecznościowych portali, takie moje prawo, a bardzo lubię czytać relacje Pani Agnieszki z wypraw. Pozdrawiam. Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Relacji na blogu nic nie zastąpi, Instagram to tylko zdjęcia, fajny dodatek. Od FB trzymam się z daleka, ale Instagram jest nawet niezły.

      Usuń
  9. Wspaniała wyprawa :) powodzenia i trzymam kciuki :) pzdr

    OdpowiedzUsuń
  10. Z pustyni w śniegi, niezły kontrast :-). Pewnie bez wędrówkowego transu ciężko by było w miarę bezboleśnie się przestawić ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt to perspektywa wzięcia gorącego prysznica i nocy pod dachem :-)

      Usuń