Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

poniedziałek, 20 października 2014

Majowe Bieszczady i Bukovské Vrchy

Połowa maja wydawała się być idealną porą na zbadanie polsko-słowackiego pogranicza, świeża zieleń, przyjemna temperatura… Niestety rzeczywistość okazała się mocno deszczowa. Bukovské Vrchy to właściwie też Bieszczady, słowackie pasmo ciągnące się wzdłuż granicy, porośnięte buczyną, dość opustoszałe, włączone w skład Parku Narodowego Poloniny. To właśnie nas tam ciągnęło - ekipę w składzie: Zbyszek, Tadek oraz ja.

Zaczęło się bardzo przyjemnie, w sobotnie popołudnie wysiadłam z autobusu w Cisnej, panowie czekali już na mnie pod sklepem. Zmarudziliśmy trochę pod wpływem rozleniwiającego ciepła.

 


Na moim grzbiecie w miarę lekko, poniżej 11kg z 1,7l płynów i 2,6kg prowiantu na 5 dni, w przypadku kolegów 20 i 30kg. Mój pobyt w górach był o kilka dni krótszy niż pozostałych, więc jedzenia było o wiele mniej - nie planowaliśmy żadnych zakupów, bo też nie bardzo byłoby je gdzie zrobić. Prowiant na wycieczkę prezentował się całkiem nieźle, do tego co widać doszły jeszcze tylko dwa jaja na twardo :-)



Ruszyliśmy asfaltem w kierunku Żubraczy, obierając sobie za cel górę Berdo, na którą wdrapaliśmy się leśnymi dróżkami i podrzędnymi chaszczami, łapiąc kleszcze i drąc skórę w jeżynach. Okazałam hart ducha, jednak przeciwko podobnym trasom zaprotestowałam :-). Zachód słońca zastał nas na Berdzie, na grzbiecie była już wyraźna ścieżka i informacje z 2008 o planowanym przebiegu tamtędy nowego szlaku.

 

Trafiliśmy na ładną polankę, na której wypatrzyłam obiecujące bajorko. Woda w nim nie była specjalnie pitna, ale akurat tam gdzie znalazłam dobre miejsce do rozwieszenia hamaka, ze zbocza wypływał mały strumyk. Rozbiłam się nad szemrzącym źródełkiem, a koledzy na polanie, gdzie też rozpalili ognisko, przy którym siedzieliśmy do późna.


 

Wieczór był pogodny, widać było gwiazdy i księżyc, ale zaczęły też nadciągać frontowe chmury. W nocy zerwał się silny wiatr, a ja doświadczyłam konsekwencji zbyt wysoko zawieszonego tarpa, na dodatek na lince bez rdzenia, ale mimo że marzłam nie chciało mi się wstawać i zmieniać konstrukcji. Rano do wichru dołączył deszcz, a ja wprosiłam się do Zbyszkowego przedsionka w celu ugotowania śniadania.


Spakowaliśmy się na mokro i ruszyliśmy na Hyrlatą i Rosochę.


Zejście do Roztok Górnych było strome i błotniste, a na samym dole czekało nas brodzenie w mętnym strumieniu. Na szczęście woda nie była jakoś wybitnie zimna.


Z niejaką ulgą (przynajmniej ja) podreptaliśmy asfaltem na Przełęcz nad Roztokami.
 



Na przełęczy było mglisto i mokro, a że bardzo blisko mieliśmy do dyspozycji słowacką utulnię, mimo że była dopiero godzina 15 zdecydowaliśmy się w niej osiąść. Wiata przeciekała, a prognozy przewidywały deszcz, więc musieliśmy porozwieszać w środku tarpy i plandeki. Zbyszek podparł też kłodą ławę na której miałam spać, bo tak była skonstruowana, że z niej spadałam. Zapłonęło ognisko, przy którym spożyliśmy wczesną wieczerzę. Niedaleko było źródło wody, do którego z butlami przyszedł Polak. Nie zauważył nas początkowo i robił wielki hałas w celu odstraszenia niedźwiedzi. Pogawędziliśmy jakiś czas, w końcu się pożegnaliśmy, a niedługo potem zaczął padać deszcz i to coraz intensywniej, więc już na dobre rozgościliśmy się w utulni.

Padało całą noc i cały poranek, więc tylko leniwie przewracaliśmy się w śpiworach z boku na bok. W nocy było trzeba poprawiać coś z naszego prowizorycznego zadaszenia, ale jak zwykle spałam jak zabita i nie zauważyłam, że coś się dzieje nad moją głową.

 

 

Akurat kiedy skończyliśmy późne śniadanie przestało padać, a nawet zrobiło się jaśniej, więc podjęliśmy decyzję o wymarszu i zagłębiając się w teren Narodnego Parku Poloniny podążyliśmy słowackim niebieskim szlakiem do dawnej Rusińskiej osady Ruské. Ledwo wyszliśmy rozpętała się burza, więc nie ociągaliśmy się. Na wilgotnym szlaku pojawiły się takie brutalne obrazy natury:
 


Pioruny waliły dość gęsto, deszcz szumiał, ale tymczasem zeszliśmy już z góry i ostatnią falę deszczu przeczekaliśmy pod dachem – natknęliśmy się na letnią wiatę. W dolinie było bardzo dużo nowo powstałych wiat i letnich domków – liczyliśmy na większą dzicz.
 

 
 

Burza odeszła, więc kontynuowaliśmy marsz kierując się niebieskimi znakami. Za Ruském nad ładnym potokiem była spora turystyczna wiata, ale my poszliśmy dalej.


 

Od czasu do czasu trafialiśmy na asfalt, ale głównie szliśmy błotnistymi dróżkami, którymi w niektórych miejscach płynęła woda, więc w końcu moje siatkowe buty były kompletnie przemoczone. Raz trafił się nam most z przerzuconych bali, które były tak okropnie śliskie, że musieliśmy się po nich przeczołgać.


 
 

Na nocleg zdecydowaliśmy się dopiero na wzniesieniu z pięknym widokiem, ostatnim wzniesieniu przez wsią Runina. Rozwiesiłam hamak wśród wątłych brzózek, a kawałek dalej mieliśmy miłe, ciepłe ognisko, które pozwoliło wysuszyć buty i skarpetki. Wieczorem nad okolicą zaległa gęsta mgła czy też niska chmura, niosąca z sobą ogromne ilości wilgoci. Zeszła rosa, zrobiło się też zimno. Kiedy układałam się do snu niedaleko zaszczekał koziołek.



Rano – co za odmiana. Ciepło, słonecznie, cudownie. Zażyłam kąpieli w strumyku, podwinęłam nogawki spodni. Spakowaliśmy się i uwieczniliśmy się na tle otaczających nasz biwak wzgórz.



Pokonaliśmy kolejny strumień – ja kolejny raz na kolanach po kłodach, a potem już w sposób cywilizowany, polną drogą, z zadowoleniem na twarzach podziwiając okolicę, zeszliśmy do Runiny.



We wsi przy źródle była turystyczna wiata, w której spędziliśmy kilka chwil. Mały sklepik był akurat zamknięty, o czym już wcześniej dowiedzieliśmy się od tubylca, którego spotkaliśmy po drodze. Wobec tego nie pozostało nam nic innego jak ruszyć dalej – pod górę. Początkowo wędrowaliśmy łagodnymi wzgórzami, ale one się skończyły, a pozostała tylko błotnista stromizna, którą pięliśmy się dzielnie aż na Przełęcz pod Dziurkowcem. Napotkani turyści wyrazili podziw :-)


 

Z ciężkim plecakiem byłoby mi trudno się tam wdrapać, koledzy jakoś dali radę ;-). Wreszcie las się skończył i wyszliśmy na połoninę, a naszym oczom ukazała się wspaniała panorama.


 
 

Wiał chłodny wiatr, więc postój nie był długi. Panowie zaczęli podchodzić na Dziurkowiec, a ja jeszcze chwilę spędziłam na przełęczy.



Na Dziurkowcu przekąsiliśmy co nieco, potem powędrowaliśmy szlakiem granicznym na wschód. Widoki były przednie, od południa Vychorlat, od południowego wschodu Pikuj, Połonina Równa i inne bliżej mi nie znane wypukłości terenu. Na Rabiej Skale była mała platforma widokowa z tablicą przedstawiającą wszystkie widoczne wzniesienia.


Niedługo tak wicher jak i widoki się skończyły i zanurzyliśmy się ponownie w piękną soczyście zieloną buczynę, odmierzaną słupkami granicznymi.



Zatrzymaliśmy się dopiero na Przełęczy pod Czerteżem, gdzie spodziewaliśmy się wiaty. Wiaty były dwie, typowa słowacka utulnia i typowa wiata BPN nie nadająca się do spania. Nie byliśmy pierwsi, ale spotkany Czech imieniem Tomaš, a rodem z Pilzna, zaopatrzony w podręcznik survivalu, okazał się całkiem sympatyczny. Ogień już był rozniecony, więc pozostało nam tylko nazbierać drewna. Zostałam oddelegowana do spiłowania suchego pnia :-)

 

Prognozy pogody nie były optymistyczne, więc wszyscy rozłożyliśmy swoje legowiska w utulni. Znów podwiesiliśmy tarpy, gdyż ściany nosiły ślady przeciekania. Ostatecznie jednak alarm okazał się fałszywy i się nie rozpadało, a jedynie powiał wiatr. Rano także wiało, a niebo było zasnute niskimi chmurami.



Długo śniadaliśmy rozmawiając i dopiero w południe narzuciliśmy na ramiona plecaki. Przyszedł czas rozstania – ja tego dnia schodziłam do Wetliny, panowie natomiast mieli w planie obejść okolicę i znaleźć dobre miejsce do przeczekania deszczu, bo zapowiadały się kilkudniowe opady.



Skierowałam się na wschód. Na Czerteżu zaczęło być mglisto, więc nie było szans na widoki. Pewną atrakcją były świeże odchody niedźwiedzia na środku szlaku. Jakaś skałka, rachityczny lasek bukowy, aż wreszcie zobaczyłam słup oznaczający punkt styczny Polski, Słowacji i Ukrainy – a więc zdobyłam Krzemieniec. Tutaj za jednym zamachem spożyłam drugie i trzecie śniadanie.


 

Z Krzemieńca poszłam na Rawki, na Rawkach wicher był paskudny, więc ani posiedzieć, ani pooglądać krajobrazów się nie dało. Wyobraźnia miała pole do popisu.



W sumie szło mi się bardzo dobrze, więc mimo że potem była już tylko mgła i mgła nic mi nie popsuło nastroju. Mglisty las wabił tajemniczym urokiem.



Działem zeszłam do Wetliny. Po drodze zaczął padać deszcz, więc musiałam się przebrać. Zejście było łagodne i nie dało mi w kość, dopiero pod koniec było trochę stromizny. Miałam ochotę podjechać do Cisnej, ale była już 18 i okazało się, że żaden autobus już nie jedzie, a łapanie stopa też nie wyszło, bo prawie nikt o tej porze nie jeździł. Zaczęło lać już całkiem intensywnie, dlatego przyspieszyłam kroku i w centrum Wetliny odnalazłam schronisko PTSM w dawnej szkole. W środku ciepło i miło, dostałam cały pokój tylko dla siebie. Rano zwinęłam manatki i do autobusu.

Dla mnie to był już koniec wycieczki, ale jeszcze kilka słów o tym co Tadek i Zbyszek robili beze mnie. Zgodnie z planem obeszli rezerwat Stužica, zahaczając po drodze o Novą Sedlicę. Potem nadszedł zapowiadany ulewny deszcz, który przeczekali w tej samej utulni, w której spaliśmy poprzedniej nocy. Kiedy pogoda się poprawiła zeszli do Ustrzyk Górnych, a następnie powłóczyli się po okolicy, weszli m.in. na Krzemień. Widoczność mieli lepszą niż ja na Rawkach, choć było mglisto to z odległości 30m widzieli niedźwiedzia. Zazdroszczę!

Na koniec filmik:

http://youtu.be/Klt8qZbPk80


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz