Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

niedziela, 19 października 2014

Wiosenny spływ kajakowy Biebrzą

Bagna Biebrzańskie zawsze bardzo mi się podobały, ale nigdy jeszcze nie oglądałam ich od środka – z wody. Gdy nadarzyła się okazja spływu z Rajgrodu do Wizny na zaproszenie zareagowałam z entuzjazmem. Trzeba zaznaczyć, że to mój pierwszy spływ kajakowy w karierze – dotąd miałam tylko okazję kilka razy machać wiosłem po jeziorkach na wypożyczonych sztywniakach. Tym razem kajaki miały być dmuchane, a ja miałam płynąć w duecie. Początek kwietnia oznaczał, że spóźnimy się na przeloty ptaków, a kaczeńce będą dopiero w pąkach, ale bagna są przecież zawsze pełne atrakcji.

Plecak miałam tym razem spakowany w stylu all inclusive :-) - skoro to woda miała nieść ciężar to zabrałam wszystko co przyszło mi do głowy (to co miało pozostać suche jak zawsze spakowałam w worki wodoszczelne). Wyszło tego 18 kg, z czego 2 kg to gumowce, a 4 kg jedzenie na cały tydzień. Ja miałam właściwie wszystko czego potrzebowałam ze sobą, koledzy zaopatrywali się w prowiant i napoje na starcie i po drodze w Goniądzu i Burzynie.

Po 10 godzinach jazdy pociągiem noszącego rozbudzającą wyobraźnię nazwę „Pojezierze” znalazłam się w Grajewie, tam przesiadka na autobus i pół godziny później byłam już w Rajgrodzie, gdzie spotkałam się z Tadkiem i Tedem. Zrobiliśmy ostatnie zakupy, spakowaliśmy kajaki, które już leżały na brzegu nadmuchane. Narzuciłam goretexy i przyszedł czas zwodowania.

Sprawnie udało nam się zaokrętować, odbiliśmy od brzegu, po czym rozpoczęła się walka ze zsynchronizowaniem wiosłowania. Na początku często zderzaliśmy się wiosłami, bo jakoś przesadziłam z częstotliwością, potem zabrałam Tadkowi lepsze wiosło :-) i w końcu jakoś się zgraliśmy. Klucząc po meandrach Jegrzni oddaliliśmy się od zabudowań Rajgrodu.


Dystans przewidziany na ten wieczór nie był duży, ledwie kilka kilometrów, jednak pogoda się psuła – wiał silny wiatr, zrobiło się bardzo zimno. Dawno tak bardzo nie zmarzłam – wydawało mi się, że jak zacznę wiosłować to będzie mi ciepło, ale wcale tak nie było. Tadek też nie miał lekko, bo siedząc z tyłu był oblewany bryzgami z mojego wiosła… Po drodze czekało nas jeszcze przeniesienie kajaka, bo na rzece była przeszkoda w postaci śluzy. Potem jakiś czas ścigaliśmy się z łabędziami, by wreszcie wpłynąć na Jezioro Dręstwo, przezwane przez Tadka Draństwem, na którego brzegu mieliśmy spędzić noc. Tu właśnie zerwał się boczny wiatr i pakował nam w lewą burtę falę za falą, obracając często, także płynęło się dość żmudnie. W pewnym momencie użyłam nawet swojej osoby jak żagla. Zaczęło się robić mroczno, szczególnie że chmury zgęstniały i poczęstowały nas jeszcze drobnym zimnym deszczem. Chwilę zajęło nam wyszukanie miejsca, w którym dało się dobić do brzegu. W zapadającej ciemności wyładowaliśmy bagaże i szybko rozbiliśmy namioty. Jako jedynej chciało mi się gotować kolację w namiocie. Wpakowałam się do śpiwora i powoli rozgrzewałam słuchając kropli deszczu stukających o tropik.


Rankiem przywitała nas piękna pogoda. Wstaliśmy jakoś strasznie wcześnie, ale to wcale nie sprawiło żebyśmy jakoś szczególnie wcześnie wypłynęli. Pomna wczorajszych doświadczeń założyłam ciepłe getry z powerstrechu, z których już do końca wyjazdu nie wyszłam i podwójne skarpety. Jegrznia wypływała z Dręstwa niedaleko naszego biwaku. Krajobraz był urozmaicony, trochę trzcin, trochę wiejskich widoków, podmokłe olsy. Po drodze minęliśmy stary młyn z wiatrakiem.

 
 

Na podmokłej łące zrobiliśmy sobie przerwę.

 

Za Kuligami Jegrznia miała bystry nurt, co było bardzo emocjonujące. Zażyczyłam sobie powiosłować sama, ale manerwowanie nie bardzo mi szło – zaraz zaryłam w brzeg, ale i tak bardzo mi się podobało :-D. Nie zrażona próbowałam dalej i odbiwszy od brzegu spory kawałek udało mi się pokonać solo. Nasz gumowy kajak nie był zbyt zwrotny, szczególnie że był dość mocno załadowany. W końcu pozwoliłam Tadkowi dołączyć do wiosłowania i popłynęliśmy już żwawo. Po drodze mijaliśmy cudne piaszczyste plaże, ale niestety woda była lodowata.


Potem skręciliśmy w Kanał Woźnawiejski, na którym właśnie konstruowano jakieś nowe przepławki, które trzeba było omijać. Jak dla mnie ten odcinek był dość nudny, dziwnie tak płynąć prosto. Z dołu nie można było zajrzeć do lasu ani na trzcinowiska, a tarniny porastające brzegi kanału jeszcze nie kwitły.


Na nocleg obraliśmy sobie piaszczystą wydmę w pobliżu kanału. Zanim dobiliśmy do brzegu musiałam jeszcze przepiłować gałąź zagradzającą drogę.

 
Wieczorem wyszłam zwiedzać okolicę. Wydmy przerżnięte kanałem tworzyły piaszczyste skarpy, widać było mnóstwo śladów żerowania bobrów. Posiedziałam trochę na zwalonej wierzbie na skraju bagien, a potem podziwiałam zachód słońca, obierając za punkt widokowy hałdę ziemi usypanej przy okazji budowy jednej z przepławek.


 
 

Tuż po zachodzie ptactwo było najbardziej aktywne – dzień pożegnały klangorem żurawie, słychać było bąki i kszyki oraz jakieś inne gatunki, których nie umiałam rozpoznać. Wróciwszy do obozowiska zastałam już płonące wesoło ognisko. Chwycił mróz, więc skupiliśmy się wokół jego ciepła i zajęliśmy się przygotowaniem posiłku.


Noc była bardzo mroźna, później dowiedziałam się, że w niedalekiej wsi odnotowano -8 stopni, u nas mogło być tylko zimniej. Grunt na szczęście mieliśmy suchy, bo piaszczysty. Zawinęłam się w śpiwór i jeszcze nasłuchiwałam, ale to w środku nocy słyszałam najprawdziwszego puchacza.

Rano tropik pokryty był szronem, a woda w namiocie zamarzła.


Następny dzień mieliśmy w planie spędzić osobno. Ted obawiał się porzucić swój kajak i chcąc popracować nad materiałem filmowym postanowił popłynąć niespiesznie dalej, a my z Tadkiem przeznaczyliśmy dzień na zwiedzanie Obwodu Ochronnego Grzędy – każdy w swoim zakresie. Początkowo również z obawą odnosiłam się do pozostawienia dobytku, jednak ostatecznie ukryłam większość rzeczy w krzakach i ruszyłam w teren na lekko. Tadek pognał na przełaj przez bagna, a ja bardziej konwencjonalnie dobiłam do szlaku i głównie nim się poruszałam. Szlak wiódł przez ciekawe wydmy, na których nie brakowało różnych upiornych znalezisk. Napotkałam ciekawą wieżę widokową.

 
 

Miałam zamiar również przebić się przez bagno, ale nie zabrałam gumowców, więc początkowo przeprawiałam się przez bagienny las metodą z kępy na kępę. Dotarłszy do trzcinowiska, na którym było jeszcze więcej wody doszłam do wniosku, że to nie obóz przetrwania i powędrowałam w inną stronę suchą wydmą, gdzie też pod brzozą ułożyłam się na południowy odpoczynek.

 
 
 
 

Wydm nie brakowało i włóczęga zajęła mi całe popołudnie. Udało mi się zobaczyć stadko koników polskich, które mają tam swój teren ogrodzony płotem. Można je oglądać z małej platformy widokowej.

 

Umówiliśmy się z Tadkiem w obozie i mieliśmy zamiar jeszcze tego samego dnia popłynąć dalej tak aby biwakować razem z Tedem, który tymczasem dotarł już na Biebrzę, jednak doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie jeśli zrobimy to nazajutrz. W związku z tym wieczór był wolny i mogłam go znów poświęcić na kontemplację zachodu słońca, który tego dnia był bardzo malowniczy.

 

Wracając o zmierzchu dostrzegłam ognisko rozpalone przez Tadka. Zaraz przy nim usiedliśmy i pitrasząc kolację gawędziliśmy o tym i owym.


Noc znów była zimna, ale już nie tak bardzo jak poprzednia. Rano staraliśmy się zebrać sprawnie, ale nastroje psuła nam pochmurna pogoda, wiatr i pokrapujący deszcz. Popłynęliśmy dalej kanałem, który wkrótce połączył się z Ełkiem. Tu nurt stał się nieco szybszy, pogoda się wyklarowała i nie minęło wiele czasu aż wpłynęliśmy na Biebrzę. Zrobiliśmy sobie małą przerwę, z której korzystając brodziłam trochę po zalanej łące.

 

Widać już było wieżę kościoła w Goniądzu, gdzie czekał na nas Ted. Powiosłowaliśmy raźno, a tuż przed pomostem przy wypasionej goniądzkiej restauracji nawet bardzo raźno, gdyż dostrzegliśmy na nim Teda z kamerą w dłoni. W miasteczku zrobiliśmy zakupy i zrelaksowaliśmy się nieco obserwując żerujące przy brzegu bociany.

 
 

Po wypłynięciu z Goniądza mieliśmy ładne widoki na dolinę, która o tej porze roku powinna być jednak bardziej zalana. Minęliśmy Osowiec i most kolejowy, którym przejechałam jadąc do Grajewa pociągiem.


Na biwak obraliśmy sobie nadrzeczną skarpę z niewielkim zadrzewieniem. Zapłonęło znów ciepłe ognisko, entuzjastycznie podsycane przez Teda. Ja niestety poniosłam sromotną porażkę przy smażeniu kiełbasy – wyszła cokolwiek zwęglona.


Poranek wstał słoneczny i przyjemny. Zaliczyłam mały wypadek – chcąc zażyć kąpieli w Biebrzy udałam się na brzeg i wpadłam jedną nogą w jeden z licznych wydrążonych tutaj przez bobry kanałów. Musiałam potem suszyć obuwie i skarpetę, co ku mojej wielkiej rozpaczy skończyło się nadtopieniem wkładki. Mogłam się tylko pocieszyć tym, że i podpłomyk Tadka nie oparł się niszczycielskiej działalności płomieni  ;-). Potem zażyłam trochę relaksu przy śniadaniu oglądając rozlewiska odbijające błękit nieba.

 

No i popłynęliśmy dalej – dzisiejszy fragment był wyjątkowo piękny, rzeka była szeroko rozlana, na płyciznach ptactwo brodzące, w trzcinowiskach gęsi, na głębszej wodzie łabędzie. Pogoda dopisywała, a ja nie mogłam się oprzeć piaszczystym plażom.

 
 
 

Drugie śniadanie zjedliśmy na wyspie, którą Tadeusz już dawniej odwiedził, a rozpoznaliśmy ją po uschniętym dębie. Zwiedziliśmy ją napotykając nieżywego lisa, różne kości, skorupki łabędzich jaj. Roślinność była uboga, tylko w kępie leszczyn rozrosły się zawilce i kokorycze.


Po posiłku ruszyliśmy dalej, przeprawiając się przez płytkie wody zalanej łąki. Następny postój to Biały Grąd – pole namiotowe z wieżą widokową. Nocowałam tam kiedyś i bardzo lubię to miejsce, dlatego koniecznie chciałam się tam zatrzymać. Pole, na które swego czasu dojechałam rowerem było teraz wysepką wśród mokradeł, a widok z wieży naprawdę wart uwiecznienia. W pobliżu przechadzały się brodzące ptaki, sondując długimi dziobami rozmiękły grunt.

 
 

Opuściliśmy pole i popłynęliśmy na poszukiwanie głównego nurtu. Niebawem go rozpoznaliśmy i puściliśmy się dalej. Ted wysforował się naprzód, ale po kilku minutach spostrzegliśmy go przy brzegu. Czekał na nas przy prawdziwym rarytasie – gnijących zwłokach krowy.


Obfotografowaliśmy znalezisko i zadumaliśmy się chwilę, po czym popłynęliśmy pięknie tutaj meandrującą rzeką. Już bez przystanków dotarliśmy na kolejne miejsce noclegowe – sporą wyspę wśród rozlewisk. Przebicie się do brzegu było trochę kłopotliwe – tu trzciny, tam turzyce, ale jakoś się udało. Był to prawdziwy matecznik. Krążąc po lesie porastającym wyspę wypatrzyłam w bagnie łosia. Najprawdopodobniej to my wypłoszyliśmy go z wyspy, bo długo się nam przyglądał, po czym chlapiąc pobiegł w kierunku wierzbowych zarośli.


Wieczorem nad bagnami unosił się gwar ptactwa. Jak co dzień zajęłam się żmudnym filtrowaniem wody.


Rano znów była śliczna pogoda, choć wiało dość solidnie. Śniadanie odbyło się na trawie, a potem obchód wyspy.

 
 

Wreszcie wypłynęliśmy – z wierzbowych zarośli co chwilę pierzchały gęsi, często też mijaliśmy bobrowe żeremia.

 

 
Minęliśmy kanał Kosódka i ujście Wissy. Niebawem nurt się rozmył i wpłynęliśmy na ogromne rozlewisko w okolicach Brzostowa. Zaliczyliśmy wieżę widokową, wyszłam też na suchy ląd – kawałek wystającej nad poziom wody łąki na środku tego oceanu. Dalej atrakcją był prom rzeczny spoczywający przy brzegu – wdrapałam się na niego. Przepłynąwszy wielkie jezioro napotkaliśmy zachęcającą zalesioną wysepkę i mimo wczesnej pory postanowiliśmy rozłożyć już obozowisko. Niespodziewanie mieliśmy kontakt wzrokowy z jakąś wycieczką, ale bez żadnych konsekwencji – popatrzyliśmy tylko na siebie z daleka.

 
Wieczorem jak zwykle udałam się w trzciny obserwować zachód słońca. Po zapadnięciu zmroku bagienne odgłosy były bardzo wyraźne. Zajęłam miejsce na skraju zadrzewienia, znieruchomiałam i starałam się wypatrzyć przelatującego kszyka. Kszyk jest całkiem sporym ptakiem, słyszałam go z bardzo bliska wydającego charakterystyczny odgłos wywoływany przez wibrację sterówek, a jednak nie udało mi się go zobaczyć.

 

Rano pożegnaliśmy Teda, który tego dnia kończył już spływ. Zebrał się nieco wcześniej żeby zdążyć na autobus, my zaś z Tadkiem postanowiliśmy spędzić na bagnach jeszcze jedną noc.


Nie musieliśmy się spieszyć, więc bez oporu wykonaliśmy postój w Burzynie na okoliczność widoków z wieży. Była niedziela, więc i sporo samochodowych turystów, którzy zaopatrzeni w lornetki i teleobiektywy upewniali się nawzajem o obecności w bliskim sąsiedztwie łosi, orłów bielików, wszystkich mieszkańców biebrzańskich bagien rzekomo defilujących akurat naprzeciw wieży.


Od Burzyna krajobraz był o tyle ciekawy, że dolina była ograniczona skarpą, na której skupiały się kolejne wsie.


Dopłynęliśmy tak aż do ujścia Biebrzy do Narwi – nagle wody zrobiło się jakoś dużo :-). Myśleliśmy o noclegu gdzieś w pobliżu mostu, tak aby nazajutrz mieć blisko do autobusu, ale nie znaleźliśmy żadnego odpowiedniego miejsca, więc Tadeusz podjął inicjatywę podpłynięcia spowrotem do ujścia pod prąd, w której to czynności mu towarzyszyłam, aczkolwiek niezbyt energicznie :-). Udaliśmy się w głąb rozlewisk, z których wynurzała się urocza połać podmokłej łąki z rozłożystymi dębami, na której rozbiliśmy namioty. Grunt był mocno nasiąknięty wodą, ale krajobraz śliczny – jeden z najładniejszych biwaków. Rozstawiwszy namiot rozłożyłam się pod jednym z dębów celem podziwiania po raz ostatni zachodu słońca.


 
 
 

Jako że i tak nie było szans na wyspanie się siedzieliśmy przy ognisku dość długo. Rano wystawiłam nos z namiotu punktualnie o wschodzie słońca, który zresztą nie był szczególnie piękny. Kondensacja była znacząca, trzeba było zapakować mokry tropik. Z małym opóźnieniem wystartowaliśmy, znów wpłynęliśmy na Narew i przed mostem dobiliśmy do brzegu. Do Wizny pozostał nam jeszcze kilometr z okładem. Ja miałam ze sobą plecak i byłam już spakowana, ale Tadek musiał oprócz swojego bagażu załadować na grzbiet także kajak. Akurat zdążyliśmy na autobus do Białegostoku, który i tak przyjechał z opóźnieniem. W Białymstoku wsiedliśmy w pociąg, robiąc sobie ostatnie zdjęcia przed dworcem.


W Warszawie wysiadł Tadek zabierając ze sobą poczciwego Gumotexa, z którym zdążyłam się przez ten tydzień zżyć. Całkiem nieźle opanowałam już osobliwą technikę wiosłowania z podchwytu i nawet przestałam już tak bardzo chlapać Tadka, a tu już koniec wycieczki :-). Pozostałam już tylko z trofeami - pokaźnym gnatem, garścią zwierzęcych zębów, kilkoma kawałkami drewna ogryzionego przez bobry i zestawem piór.

Jeśli jeszcze nie macie dość krajobrazów to jest też do obejrzenia filmik:


http://youtu.be/tm7W7Uyn7c0




A tutaj jeszcze filmik Teda:
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz