Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

piątek, 15 września 2023

Bory Tucholskie: Szlak Powstańców AK

Korzystając z tego, że już byłam na Pomorzu z powodu Kolosów, postanowiłam wybrać się na krótki szlak długodystansowy w pobliżu - tym razem wybrałam Szlak Partyzantów AK z Czerska Świeckiego do Szlachty. Był to mój 29-ty polski szlak długodystansowy. Ten malowniczy szlak biegnie przez Bory Tucholskie i odwiedza miejsca związane z działalnością Armii Krajowej w czasie II wojny światowej. Jest znakowany kolorem niebieskim i ma 103 km.

Dojazd na szlak był bardzo prosty w obie strony, więc mogłam przejść szlak w trzy dni i to razem z dojazdem - wyszły mi dwa noclegi. Zaczęłam z Czerska Świeckiego, bo tam było trochę dalej i trudniej byłoby wrócić do Gdyni. Połączenie było idealne, wyjechałam przed 8 rano, przesiadłam się w Laskowicach Pomorskich i po 10 byłam na miejscu. Jak na 26 marca pogoda była zimowa, wiał zimny wiatr, a po drodze padał deszcz, a miał padać i śnieg. No trudno!




Oznakowanie było od razu w kratkę i tak zostało do końca - znaki w lesie były, ale w miejscowościach nie, i tak już od razu musiałam posłużyć się telefonem. 

Stacja właściwie była od razu w lesie, po chwili opuścił asfalt i od razu zrobiło się fajnie. Nie spodziewałam się tego zupełnie, ale po 5 minutach z młodnika wyskoczyło wielkie stado jeleni. Zaczęły padać krupy śnieżne, pewnie chroniły się tak przez złą pogodą i wyszły tylko dlatego, że je wypłoszyłam. Ale się zaczęło! Na piasku widać też było liczne ślady - chyba wilków. Bory Tucholskie ze względu na swój duży obszar mają dość dużo dzikiej zwierzyny. Lasy nie są piękne ani dzikie, co mogłam dalej obserwować na szlaku - raczej są to po prostu rzędy młodych drzew. Ale las to las - było wspaniale.







W Borach jest też wiele jezior, większość z nich niewielkich. Kilka szlak mija w bliskiej odległości, trzeba zwrócić na to uwagę. Od razu jedno mi w ten sposób przepadło. A drugie na mapie nie miało nazwy... Dopiero trzecie mogłam zobaczyć i nazwać jednocześnie - nazywało się Rybno. Na bagnistym brzegu rozlegał się klangor żurawi, na środku jeziora pływały żurawie. Wszystko jeszcze było zimowe, tylko bazie już puściły i kwitła leszczyna.










Nadeszła kolejna fala krup śnieżnych... No cóż, lepsze to niż deszcz, bo nie trzeba ubierać kurtki. Na minutę siadłam pod wiatą, napiłam się herbaty z termosu. Zaczęłam rozważać zakup drugiego, bo jeden termos na cały dzień to trochę mało. Może na następną wędrówkę w takich warunkach się zaopatrzę. Wiata miała nieszczelny dach, osłony dawała niewiele. Poszłam dalej szybkim krokiem.




Wieś Lipinki była bardzo urokliwa. Wiele było starych domów w kaszubsko-puszczańskim stylu. Grupa etnograficzna jaka zamieszkuje Bory Tucholskie nosi nazwę Borowiaków, ale nie są aż tak odrębni od sąsiadów z Kaszub i Kociewia. Z tych trzech grup oczywiście Borowiacy są tymi najbardziej leśnymi ludźmi. Dawniej trudnili się bartnictwem czy smolarstwem, pozyskiwali żywicę i łowili ryby, tudzież polowali.






Pogoda była coraz gorsza, chmury przechodziły coraz gęściej i krupy śnieżne zamieniły się w regularny śnieg. Na polach było nieprzyjemne, ale szlak głównie jednak był w lesie.






Natknęłam się na pierwszą z wielu tablic opowiadających historię partyzantów w Borach Tucholskich. Mieli tam oni swoje bazy i bunkry.




Po paru kilometrach leśnej drogi zasiadłam pod wiatą na lunch. Od śródleśnych łąk szedł zimny powiew. Miałam swoją uniwersalną niebieską kurtkę i getry z powerstrechu, co w zasadzie było wystarczające, ale gdybym wzięła zestaw zimowy pewnie byłoby cieplej. W marszu było ok.





Tego dnia najładniejszym miejscem na szlaku był mały rezerwat torfowiskowy niedaleko Sobińskiej Strugi. Rosło tam bagno zwyczajne i przyjemnie pachniało. W głębi lasu, wśród sosen i brzózek poczułam się jakbym znów była w Estonii - cudownie.






Przystanek koło leśniczówki - uroczy!



W Błędnie przeszłam mostem nad Wdą, wspominając spływ kajakowy, na którym byłam z mama w 2013 roku. Płynęłyśmy wtedy z Czarnej Wody do Tlenia, również pod tym mostem. Wda to piękna rzeka, łatwa i pełna pięknych zakątków. W rzece można pływać, ma piaszczyste dno. Tylko woda nie jest czysta. Nawet nie myślałam o nabraniu jej do butelek.





Pomnik partyzantów




Przed Suchobrzeźnicą zaczęłam się rozglądać za wodą, ale myślałam, że najlepiej będzie poprosić we wsi. Zajrzałam na łąkę popatrzeć na żurawie, była też tam duża ambona, która wyglądała kusząco. Ale nie miałam wody... Po czym okazało się, że szlak na mapie nie biegnie tak jak w rzeczywistości. Wcale nie szłam do Suchobrzeźnicy. Z wody nici. Zaczęłam więc szukać na mapie jakiegoś kolejnego bagienka czy strugi - było tylko malutkie. Poszłam tam, powęszyłam, grunt był mokry, ale wody nie było. Tylko w jednym małym zagłębieniu znalazłam jakąś wodę. Nabierając nakrętką od butelki zebrałam 1,7 litra. Jeszcze miałam 0,7 l, które mi zostało, no ale nie było tego dużo... No ale lepsze niż nic. Filtra nie wzięłam, więc musiałam przegotować - szykowałam się na ognisko.







Rozbiłam namiot w pobliżu starego nasypu kolejowego. Był to dość widny las z kilkoma świerczkami - szukałam miejsca gdzie byłyby jakieś zwalone suszki, gałęzie i świerczki z gałązkami na rozpałkę, ale Bory były bardzo mocno wysprzątane przez leśników i miejscówka nie była pod tym względem rewelacyjna. Były gałęzie, ale musiały być ścięte ostatniej wiosny, bo jeszcze nie wyschły. Na dodatek cały poprzedni tydzień padało. Ognisko niestety nie chciało się palić. Rozpaliłam je z pomocą parafiny i paliło się, ale trzeba było dmuchać, a i tak się nie rozhulało porządnie. Chciałam przyspieszyć proces gotowania, bo rpzecież miałam kuchenkę... Ale wzięłam na tę wędrówkę nowy palnik do testowania - palnik alkoholowy. Paliwa do niego nie zdążyłam przetestować. Denaturat kupowałam dwukrotnie - pierwszy okazał się 60-procentowy, więc nie miał szans się palić, ale potem na Allegro kupiłam taki, który na opakowaniu miał 99% alkoholu. Teraz się okazało, że tylko na opakowaniu. W ogóle się nie zapalił! Byłam wkurzona. Teraz ognisko było już całkiem surwiwalowe - było mi niezbędne. Zrobiłam tyle żaru, że przegotowałam całą wodę i jeszcze starczyło na usmażenie kolacji. Kolację zaplanowałam wyjątkową - przywiozłam z Gdyni śledzie. Były zamrożone i w ciągu dnia nawet do końca nie rozmarzły... Śledzie były już wyfiletowane, więc usmażyły się szybko. Smażyłam je na maśle, gotowe położyłam na białym pieczywie, lekko podsmażonym i przysypałam czerwoną cebulką i świeżo mielonym czerwonym pieprzem - danie było wyśmienite. Przepis autorski :-)






Poszłam spać dość późno, a kiedy się obudziłam było już jasno (dzień wcześniej nastąpiła zmiana czasu na letni). Słyszałam w nocy szelest czegoś na tropiku, ale starałam się ignorować. A kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam śnieg. Las był pobielony i na tropiku leżała warstwa śniegu. Tego nie było w planie!






Ale tak naprawdę było prześlicznie. Jak w Finlandii :-) Wybierałam się w tym roku do Finlandii, ale ostatecznie pojechałam do Jordanii i biała zima mi przepadła. Więc chociaż tyle :-)






Niezupełnie leave no trace ;-)





Przysypałam darnią ślad po ognisku i wyruszyłam dalej. Pierwszego dnia pokonałam 31,5 km, drugiego musiałam przejść trochę więcej żeby zdążyć przejść szlak w trzy dni. Ale zaczynałam o wiele wcześniej, więc nie przewidywałam problemów. Przede wszystkim potrzebowałam wody. Na mapie była wieś Brzeźno, miałam nadzieję że ktoś mi tam naleje. Ku mojemu zaskoczeniu we wsi znajdował się sklep. Był to taki sklep w starym domu, jakie się czasem widuje na głębokiej wsi. Pani sklepowa paliła drewnem w piecu kaflowym - powiedziałam jej, że to super, a ona oczywiście wcale tak nie uważała. Zazwyczaj tak jest, że nie wiemy ile coś jest warte, zanim to stracimy. Kupiłam sok i drożdżówkę (nie zrobiłam rano jajecznicy, bo nie było na czym, wypiłam tylko kawę, bo gorącą wodę miałam w termosie), a pani nalała mi wody.





Śnieg nie topniał, leżał sobie, mimo że świeciło słońce. Piaszczysta droga była twarda jak kamień, nadal musiało więc być kilka stopni mrozu.




Na trasie jest trochę miejscowości, wszsytkie jednak są bardzo małe. Takie też były Śliwiczki. Przystanęłam na moście na rzece Prusinie. Zagadnął mnie starszy pan na spacerze, opowiedział o tym, że był tam kiedyś stary piękny młyn wodny, ale rozebrano go mimo, że był zabytkowy, niestety. W latach 90. wybudowano nową elektrownię wodną. To bardzo lubię na Pomorzu, że ludzie są światli i otwarci. Nie dziwi ich to, że ktoś sobie wędruje i zwiedza, doceniają zabytki i to, co mają dookoła, potrafią się odezwać. Pan powiedział mi o jeszcze kilku atrakcjach w okolicy, które może kiedyś w przyszłości zaliczę.





Już myślałam, że pogoda się poprawia, ale na niebie znów pojawiły się kłębiaste chmury, niosące śnieg. Najpaskudniejsza śnieżyca złapała mnie między Śliwiczkami, a Śliwicami, w szczerym polu. Śnieg padał poziomo, wpadał pod kaptur, wiało okrutnie. Jak doszłam do wsi, przestało. Skierowałam się zaraz do Urzędu Gminy, licząc na to, że wyżebrzę tam trochę wrzątku. Zapukałam od razu do sekretarza gminy :-) Sekretarka odesłała mnie do sali narad, gdzie ktoś ugotował mi półtora litra. Napełniłam termos, zrobiłam też herbatę w butelce i nabrałam jeszcze wody z WC. Czułam się nieprzyjemnie odwodniona. W tym czasie przeszła kolejna chmura, a jak wyszłam świeciło słońce. Na końcu wsi była Biedronka, a obok niej apteka, gdzie poszłam zapytać o czysty spirytus. Mieli tylko salicylowy, ale to w porządku - 98% alkoholu powinno wystarczyć, żeby opary się paliły. 







Miejscowość była mała, zaraz zaczęły się znowu lasy i poletka, a wśród nich niewielkie osady, o wspaniałych nazwach, np. Wądoły. Pogoda była bez zmian, na przemian grzało słońce i chmury siekły śniegiem. Wicher był lodowaty, czekałam więc aż będzie jakiś przystanek autobusowy żeby tam zjeść kanapki. Przystanek był, nie pamiętam już w której wsi. Naprzeciw stał dom, a w domu przy oknie jakaś pani stała i gadała przez telefon, cały czas gapiąc się na mnie. Ok, skoro tak, to zrobiłam wszystko jakbym grała w jednym ze swoich filmów. Piłam herbatę, smarowałam chleb. Na końcu musiałam ściągnąć spodnie żeby z poworotem załozyć stabilizatory na kolanach. Pani nic nie było w stanie oderwać od okna. Odchodząc pomachałam jej z uśmiechem, a ona odmachała mi entuzjastycznie. 








W okolicy Wielkiego Gacna szlak miał znów inny przebieg niż na mapie. Wcale nie wszedł do wsi. Już się dziwiłam, że omija pozostałości bunkra AK, ale wcale nie - najpierw jeszcze odwiedził nieoznakowane resztki ziemianek czy umocnień (zryły je strasznie dziki), a potem nawrócił właśnie do tego bunkra. Był tam pomnik i w terenie było doskonale widać gdzie była komora mieszkalna, a gdzie korytarz dookoła - coś w rodzaju okopu. Wszystko w czasie wojny było przykryte darnią i zamaskowane. Jako że konstrukcja było zbudowana na piasku dość mocno się wszystko osypało, ale mimo wszystko jeszcze bardzo dobrze było widać konstrukcję.










Niedaleko była jeszcze leśniczówka, gdzie mieszkał w czasie wojny leśniczy, który współpracował z AK. Cała jego rodzina brała udział w akcjach AK, jak również jeden z pracowników leśnych.





Śnieżyce wreszcie ustały, słońce się pokazało, wiatr jakby zelżał - a może to las był gęstszy i lepiej osłaniał. Pod wieczór zawędrowałam do Rezerwatu Źródła Rzeki Stążki. Było to przepiękne miejsce. Rzeczka miała źródła w bardzo głębokim zagłębieniu terenu i wypływała prosto z piasku. Szlak biegł skrajem rezerwatu i tylko z daleka widziałam dolinę, a kiedy przyszło przekroczyć rzeczkę po mostku był to już pełnowymiarowy ciek wodny. Była tam tablica informująca, że dawniej wśród wiekowych świerków była tam też ziemianka partyzantów. Nie pozostało po niej nic, świerki niestety też wycięto.





Padalec chyba za wcześnie wyszedł i zamarzł :-(







Nabrałam wody ze Stążki, była tak czysta że nawet nie myślałam o żadnym uzdatnianiu. Polecam.




Wyszłam z rezerwatu i przeszłam jeszcze kilkaset metrów. Właśnie zachodziło słońce, dalej miała być później wieś, więc nie było sensu iść dalej - zagłębiłam się w las szukać biwaku. Widać było różnicę między rezerwatem pełnym martwego drewna, a wysprzątanym lasem. Mimo to w tym lesie udało mi się nazbierać suchego drewna na ognisko i była nadzieja na ciepło w tę zimną marcową noc. Odkryłam, że mam w plecaku wszystko mokre od denaturatu, który mi się wylał, bo nie dokręciłam butelki. Ech... Na szczęście to alkohol, a nie woda, więc liczyłam, że po prostu odparuje (tak też się stało). Rozbiłam namiot w miłym miejscu między świerkami i za gęstym drzewem odgarnęłam darń pod ognisko. Zwieszające się nisko gałęzie fajnie chroniły od wiatru, który zresztą pod wieczór znacznie się uspokoił.




Przede wszystkim postanowiłam przetestować spirytus salicylowy - ku mojej radości zapłonął i udało mi się wypić gorący napój porzeczkowy instant, który przywiozłam z Norwegii. Jednak stwierdziłam, że w przypadku kuchenki alkoholowej schodzi bardzo dużo paliwa. Resztę gotowania przeprowadziłam na ognisku, które rozpaliłam bez problemów. Parę razy dmuchałam, bo jednak każdy patyk w tym lesie był mokry, ale ogólnie było ok, ogień się palił i mogłam też zrobić kolację - na prośbę widzów i czytelników, którzy nie jedzą mięsa postanowiłam udowodnić, że bushcraft może też być wegański :-). Miałam ze sobą porcję mieszanki mąki z ciecierzycy i pszennej, już posolonej i przyprawionej chili. Zrobiłam z tego ciasto i okleiłam zastrugany patyk. W ten sposób mogłam piec ciasto na patyku trzymając nad żarem. Normalnie robię w domu placki z tego ciasta na suchej patelni - to w zasadzie indyjskie placki. Trochę trudno je było dopiec w środku na tym patyku. Muszę spróbować kiedyś na ruszcie. Gotowe ciasto maczałam w paprykowym sosie z dużym udziałem oleju.






Poszłam spać nieco wcześniej, zanurzając w śpiworze. Wzięłam letni materac zamiast zimowego i był taki ledwo ledwo. Nie zabrałam też kaptura do śpiwora, więc owinęłam głowę chustką wełnianą, którą w ostatniej chwili zgarnęłam z szafki wychodząc z domu i polarem. Było jakby trochę chłodno, nie zimno, ale chłodno, a rano na śpiworze były kryształki lodu. Mróz był solidny. Namiot miał od spodu oszroniony tropik.

Wstałam przed 6:30, zwinęłam obóz, a potem zużyłam resztę spirytusu do przygotowania śniadania: pogrzałam wodę na kawę i usmażyłam jajecznicę na maśle (była to jajecznica wegetariańska, ozdobiona czerwoną cebulką).






Nie wiało, świeciło słońce, ostatni dzień wędrówki zapowiadał się dobrze. Brak wiatru robił ogromną różnicę. Było przecież zimniej niż poprzedniego dnia, a jednak jak tylko wyszło słońce robiło się fajnie ciepło. Zdjęłam niebawem kaptur z głowy, choć dla zabawy rozbijałam w tym samym czasie lód na kałużach.





W Białej przekroczyłam Bielską Strugę (nadaje się na kajak), a kawałek dalej minęłam harcerski ośrodek wakacyjny, gdzie stał pierwszy na szlaku szlakowskaz.






Bardzo ładnie było nad Małym Kanałem Brdy na południe od Legbądu. To turystyczne miejsce, więc postawiono tam niezłe wiaty (jest zakaz stawiania namiotów, ale nie spania pod wiatami). Wadą tego miejsca jest to, że jest przy drodze. Za to są schody do wodowania kajaków i śliczny most pieszy - bardzo ładne miejsce.









Najbardziej turystycznym miejscem na szlaku jest jednak niewątpliwie akwedukt w Fojutowie. Jest tam nawet wieża widokowa, na którą się wdrapałam, ale jeśli nie lubicie wież, nie martwcie się, widok z niej jest marny i prawie nie widać Kanału Brdy. Jest tam wiele wiat i myślę, że poza sezonem można przenocować. W sezonie na pewno nie. Już tam kiedyś byłam bardzo dawno temu - w 2009, jeszcze zanim zakiełkowały mi w głowie jakiekolwiek długie dystanse piesze.







Niebieski szlak przechodzi pod akweduktem i pod kanałem, wzdłuż Czerskiej Strugi - super sprawa. Akwedukt nie jest oryginalny niestety, bo remontowano go już dwa razy. Niemiecki oryginał został wybudowany w latach 30. XX wieku. Remont generalny odbył się w 1976, ale już w 2002 trzeba było poprawiać. Teraz jest tam kładka dla pieszych w mrocznym tunelu. Uwaga, bo jest ślisko.





Drugi szlakowskaz trochę zetlały...




Między Fojutowem a Łosinami jest świetny przystanek autobusowy na skraju lasu, myślę że można przenocować, choć sama bym chyba nie nocowała ze względu na drogę i dom ze szczekającym psem. Jaka szkoda, ze Lasy Państwowe budują wiaty tylko przy drogach, no bo że przystanki autobusowe są przy drogach to już jest logiczne. Ale że są tylko dla zmotoryzowanych turystów a nie dla pieszych tam gdzie auta nie dojeżdżają to już naprawdę szkoda.





W malutkiej Twarożnicy były piękne łąki nad kanałem, a w lesie wspaniały rezerwat naturalnie występujących cisów - jedno z najliczniejszych stanowisk tego gatunku na Pomorzu. Rezerwat jest ogrodzony, żeby sarny nie obgryzały młodych okazów, ale można tam wejść, trzeba po prostu otworzyć bramę. Wyznaczono tam krótki szlak turystyczny, który robi małą pętlę. Naprawdę cudowne miejsce i w ogóle nie uczęszczane, ledwo było widać ścieżkę.









Podobało mi się też Jezioro Świdno, miało ładne brzegi porośnięte trzcinami. Szkoda, że okalał je asfalt.





Znak do Bagien, o nie :-D




Na leśnym brzegu Jeziora Ostrowitego siadłam zjeść ostatni lunch na szlaku. Właściwie jezioro nie było zbyt dobrze widoczne, ale już samo to że było, było super. Tego dnia było już znacznie cieplej, nawet zdjęłam getry z powerstrechu i szłam w krótkich z merynosa pod spodniami. Siedząc nie zmarzłam wreszcie. Na lunch znów potrawa wegańska - pastę fasolową przywiozłam z Jordanii, pozostała mi też jeszcze reszta sosu paprykowego (ze Słowacji). Na deser czekolada z Estonii :-)




Wędrując Szlakiem Patryzantów AK latem należy zabrać strój kąpielowy - nad Jeziorem Ostrowitym jest świetna piaszczysta plaża. W marcu kąpią się tylko łabędzie. We wsi spotkałam Filipa, miłego chłopca z Ukrainy, który bawił się jeżdżąc zasilanym na baterie autkiem po asfalcie. Pogadaliśmy chwilę, był bardzo rezolutny. 





Wszystkie wsie po drodze miały wiele zabytkowych zabudowań. Domy miały często inną niż gdzie indziej bryłę - piętro miało jeszcze ściany w prostopadłościanie, a nie klasyczny strych pod dwuspadowym dachem. Ale i takie klasyczne były, i bogatsze ceglane. Wieś Krąg była szczególnie fajna, bo domy nad Jeziorem Długim miały bezpośrednie wyjście na brzeg jeziora. Ależ to musi być wspaniale mieć ogród z jeziorem za płotem! Brzeg był dziki, trawiasty, woda wysoka. Położono pomosty dla wędkarzy i chyba ktoś kiedyś próbował zrobić plażę, ale dawno ona zarosła. Był tam też jedyny właściwie na szlaku odcinek ścieżkowy.









Jadalnia wiewiórki pod wielkim świerkiem :-) Dużych świerków pełnych szyszek jest już naprawdę niewiele. Każdy jest zajęty przez wiewiórkę. Można sobie tylko wyobrażać ile świerków i ile wiewiórek mogło być kiedyś.




Ostatni fragment szlaku nie był ładny, bo pod Szlachtą wycięto bardzo dużo lasu. Musiałam walczyć z leżącymi wszędzie gałęziami i błotem. Do końca pozostało już niewiele i całe szczęście, bo śpieszyłam się na pociąg o 18:30. Szlak robił jeszcze kilka zakrętów - okazało się, że dlatego, że był do odwiedzenia jeszcze jeden pomnik. Tym razem wydarzenia, które upamiętniał miały miejsce w 1946 r. 




Co ciekawe, na dworzec w Szlachcie prowadzą dwa konkurencyjne przebiegi niebieskiego szlaku. Podążyłam za mapowym , przeszłam przez tory i na jednym z drzew przy wybrukowanej alejce widziałam stary ciemniejszy znak. Doszłam do dworca i znalazłam kropkę na ścianie od strony torów. A po drugiej stronie tychże zobaczyłam nowszy jaśniejszy znak na sośnie przy bramce. Także jeżeli się spieszycie nie musicie iść na przejazd kolejowy :-)




Idealnie zdążyłam na pociąg, dotarłam na stację kwadrans przed odjazdem. Zrobiłam zdjęcia, nakręciłam finałową scenę do filmu, ubrałam kurtkę, zdjęłam stabilizatory i pozostało równe 5 minut. Nawet nie zdążyłam zmarznąć. Tym pociągiem dostałam się do Czerska i dopiero z Czerska TLK Bory Tucholskie pojechałam z powrotem do Gdyni. W Czersku odremontowano dworzec i jest nawet otwarta poczekalnia, ale tylko do 17.

Szlak oceniam jako bardzo fajny i zdecydowanie wart przejścia. Na pewno jeszcze bardziej podobałby mi się, gdybym go przeszła w jakimś ładniejszym miesiącu, maju czy październiku. Ale nie można wędrować tylko w maju i październiku. W każdym razie szlak w większości biegnie lasami, jest kilka rezerwatów, ładnych jezior i rzek. Szkoda tylko, że las to młoda gospodarcza sośnina i nie jest tak łatwo zrobić ognisko. 

4 komentarze:

  1. O kurczę, bagna :D Miło było pooglądać zdjęcia, to rejon Polski zupełnie dla mnie nieznany

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie polecam, wspaniałe rejony, bardzo leśne :-)

      Usuń
  2. Bardzo fajne tereny, przynajmniej w Twoim opisie. Trzeba się będzie wybrać. Nie byłem nigdy w Borach Tucholskich, choć pobliskie okolice miałem raz czy dwa na celowniku, z tego raz bardziej pod kątem kajakowym. Ostatecznie wylądowałem trochę wyżej na Kaszubach. A że po drodze zwiedzałem jeszcze twierdzę Grudziądz (no, tylko najciekawszy kawałek), to jakoś z tego powodu chyba zaliczyłem przesiadkę PKP w Laskowicach Pomorskich, jeśli mi pamięć nie szwankuje ;)
    A więc to w marcowych warunkach testowałaś alkoholowy palnik przed Japonią. Niezła jazda ;) Dziwię, się, że po takich doświadczeniach w ogóle go tam wzięłaś, mam nadzieję, że w kraju sake nie chrzcili spirytusu... Zobaczymy w stosownej relacji pewnie. Dziwne, że ten drugi denaturat nie chciał się palić, to niezła i jawna granda. Z drugiej strony jest i pozytywny aspekt - da się zawsze znaleźć awaryjne paliwo w wiejskim sklepie. Niemniej niska wydajność tych palników uwarunkowana samym paliwem zawsze mnie do nich zniechęcała. Ale proste toto jak budowa cepa i dość lekkie, fakt.
    Tak czy siak przypomniałaś mi tym młode lata i gotowanie na harcerskim kocherku typu Wisła - łezka w oku! Resztki zestawu trzymane z sentymentu wywaliłem z szafki chyba dopiero w ub. roku. Z tamtych czasów pamiętam do dziś rozbitą w plecaku litrową butelkę (tak jest - szklaną! :)))) ) z denaturatem i potem wietrzenie zapasu skarpet nad ogniskiem. To były czasy... (przełom 80/90-tych)
    Gratuluję przejścia Japonii, wraz z innymi czytelnikami czekam na pełną relację tutaj i pozdrawiam
    -J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaszuby teraz są bardzo zatłoczone, a w Borach jeszcze można odnaleźć spokój.
      Do palnika się przyzwyczaiłam i jestem z niego ogólnie zadowolona, jedynym problemem jest gotowanie w przedsionku w czasie deszczu - duży płomień i do tego niestabilny. Wagowo wygląda to dobrze, bo nie ma syndromu noszenia prawie pustego kartusza.
      Dziękuję i pozdrawiam

      Usuń