Relacje z podróży i wędrówek do 1000 km

Szlaki długodystansowe

Sprzęt i porady

YouTube & Instagram

Festiwale, spotkania, prasa

niedziela, 25 października 2020

Sverige på längden - Sprzęt

W pakowaniu nabrałam już pewnej rutyny, więc mimo, że przejście Szwecji nie było długo planowane, nie miałam większych kłopotów ze skompletowaniem sprzętu. 

Waga bazowa wyszła fatalnie, bo niosłam aż 6567 g. Mogłam spakować się lżej, tak jak na poprzednich wyprawach, ale nie było takiej konieczności - jestem w tak dobrej formie fizycznej, że na stosunkowo krótkiej i łatwej trasie jaką było SPL wiedziałam, że dam sobie radę z nieco cięższym plecakiem. Nie bez znaczenia był fakt, że możliwości zaopatrzenia jak i dostęp do wody były częstsze, w związku z czym waga całego plecaka nie różniła się w stosunku do wagi z poprzednich wypraw, gdzie musiałam nosić więcej wody i więcej jedzenia.



Ultralight jest zresztą pojęciem względnym - choć umownie wyznacza go bagaż ważący poniżej 5 kg, trudno oczekiwać żeby była to stała wartość dla wszystkich stref klimatycznych. Jest to bardziej idea i sposób pakowania się i minimalistycznego podejścia do wędrówki. Sprzęt na SPL był wystarczająco minimalistyczny.



Rzeczy które uważam za zbędne, a które zdecydowałam się mimo to zabrać można wymienić wiatrówkę i statyw. Butelka Nalgene, cięższy model aparatu fotograficznego i cięższy zestaw przeciwdeszczowy też nie były konieczne. Zupełnie zbędne, bo nieuzywane były trzecie ogniwo do powerbanku i dodatkowa bateria do aparatu (razem 70 g). 


Sverige på längden - Lista sprzętowa
Waga bazowa - sprzęt podstawowy (bez wody, jedzenia, paliwa)
Sprzęt Nazwa Waga (g)
Plecak OnMyWay Triple Crown 720
Worek na śmieci Trash compactor bag, Walmart 56
Namiot MLD Solomid XL 652
6 śledzi V Hilleberg DAC 70
Folia pod namiot Folia polycryo 20
Materac dmuchany Thermarest NeoAir Xlite Women's 354
Śpiwór Roberts Zebra 550 802
Worek wodoszczelny na śpiwór Lifeventure Ultralight Dry Bag 15 l 40
Garnek tytanowy Evernew ECA267 900ml 100
Łyżka tytanowa Aliexpress 18
Palnik gazowy BRS 3000T (zmodyfikowany) 24
Zapalniczka Mini BIC 10
Kartusz 250 148
Butelka Nalgene OTF, nakrętka klasyczna 110
Butelka PET 1l Biedronka, woda Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda Polaris 38
Worek wodoszczelny na jedzenie Zpacks Blast Food Bag 46
Kurtka puchowa Roberts custom 310
Kurtka przeciwdeszczowa Arc'teryx Alpha FL Women's 280
Spodnie przeciwdeszczowe Arc'eryx Alpha SL Women's 328
Łapawice wodoodporne Arc'teryx Beta AR Women's 88
Skarpety wodoodporne Rocky GTX Socks 78
Wiatrówka Arc'teryx Squamish Hoody Women's 128
Bluza Kwark Polartec Power Strech Pro 252
Getry Kwark Polartec Power Strech Pro 204
Skarpety do spania Smartwool Hike Ultralight 50
Majtki Icebreaker Sprite Hot Pants 35
Czapka OnMyWay Technostrech 28
Rękawiczki Kwark Polartec Power Strech Pro 32
Worek wodoszczelny na ubrania Zpacks Medium Plus Dry Bag 24
Moskitiera na głowę Sea to Summit Head Net 22
Piłeczka do masażu Easy Yoga, korek, 5 cm 20
Kosmetyczka z zawartością OnMyWay cuben 176
Apteczka i zestaw naprawczy W torebce strunowej 70
Sznurek Bezalin 1 mm, 6 m 6
Szmatka do okularów Ściereczka z mikrofibry, Biedronka 2
Papier toaletowy W torebce strunowej 8
Portfel Zpacks Zip Pouch "Wallet" 26
Notatnik j.w. 32
Długopis j.w. 6
Mapy (niektóre odcinki,waga zmienna) Wydruki A4 100
Scyzoryk Victorinox Classic 20
Czołówka Petzl e+Lite (stara wersja) 23
Smartfon w etui Motorola Moto G7 Power 210
Kabel USB do telefonu 24
Ładowarka do telefonu 53
Ładowarka 2 USB Rossmann 30
Aparat fotograficzny Sony RX100 VII 306
Zapasowa bateria do aparatu 24
Kabel USB do aparatu 14
Uchwyt na aparat do kijka trekkingowego Stick Pick 12
Statyw Joby Gorillapod 325 50
Mikrofon Saramonic SR-XM1, deadcat 10
Powerbank Miller ML-102 32
3 ogniwa 18650 Panasonic 138
Kabel USB do powerbanku 14
Karty SD i adapter do kart SD SanDisk 8
Torebka na elektronikę OnMyWay cuben 10
Waga bazowa 6567
Ubrania i rzeczy niesione na sobie
Koszulka z krótkim rękawem Icebreaker Tech T Lite 100
Spodnie długie Arc'teryx Palisade Pant Women's 250
Daszek Dynafit React Visor Band 28
Biustonosz sportowy Panache Sports Bra 112
Majtki Icebreaker Sprite Hot Pants 35
Rękawiczki rowerowe Fox Ranger Gel Short Gloves 58
Skarpety Injinji Toe Socks Micro 30
Skarpety Smartwool PhD Outdoor Light Crew 64
Buty do biegania Altra Lone Peak 4.0 534
Stuptuty biegowe Wanda Sarapata 36
Stabilizatory na kolana (2) Cho Pat Knee Strap 176
Zegarek Casio 16
Chusteczka do nosa Bawełniana 5
Kijki trekkingowe Leki Corklite 572


Wielka Trójka

Plecak

Testowany na PCT prototyp ultralekkiego plecaka polskiej firmy OnMyWay, który miałam przyjemność projektować miałam już w Szwecji jako ostateczny produkt pod nazwą Triple Crown. Na YouTube jest też moja recenzja filmowa. Wszystkie poprawki zostały uwzględnione i plecak był idealny, dokładnie taki, jaki chciałam mieć. Wszystkie szczegóły znajdziecie w recenzji, więc przypomnę tylko krótko, że plecak jest klasycznym workiem rolowanym u góry, nie posiada żadnego usztywnienia  plecach, które uważam za zbędne (sprzedawany jest też z usztywnieniem z pianki, więc zwracajcie na to uwagę). Ma obszerne kieszenie boczne mieszczące po dwie wąskie litrowe butelki PET z każdej strony, bardzo duże kieszenie na pasie biodrowym i obszerną kieszeń streczową na froncie.



Plecak doskonale sprawował się także w Szwecji. Jego pojemność to ok. 45 l, mieści więc z powodzeniem tygodniowy zapas jedzenia. Waga całego plecaka w najgorszym przypadku osiągnęła jakieś 16, może 17 kg i plecak był nadal wygodny. Dzięki wyżej wszytym szelkom nie obciąża już ramion. Ma także całkiem niezłe możliwości troczenia na zewnątrz.


Bardzo cenną właściwością było nie nasiąkanie wodą - materiał XPac, z którego plecak jest uszyty chłonie niewiele wody i bardzo szybko schnie, co bardzo przydaje się w tak deszczowym kraju jak Szwecja. Plecak nie jest wodoodporny, bo szwy nie są podklejane (co jest standardem dla tego materiału). Do środka dostaje się minimalna ilość wody, jednak zabezpieczam rzeczy znajdujące się w środku zarówno za pomocą worków wodoszczelnych w przypadku bardziej narażonych na zawilgocenie rzeczy jak i dużego worka na śmieci.


Namiot

Od początku wiedziałam, że namiotu będę używać bardzo rzadko - finalnie wyszło 12 noclegów w namiocie - jednak planowałam też noclegi pod wiatami, gdzie w sezonie komarowym niezbędna jest moskitiera. Dlatego nie zdecydowałam się na lżejszy ZPacks Solplex, ale wzięłam MLD Solomid XL, który z tego samego powodu zabrałam na Appalachian Trail, gdzie w namiocie spałam tylko 9 razy. Solomid składa się z osobnego tropiku i podwieszanej sypialni, którą można wyjąć i podwiesić, ponieważ ma u szczytu odpowiedni haczyk. Operacja wymaga użycia linki (6 m to aż nadto).




Z pełną świadomością zabrałam ze sobą namiot, który ma w podłodze nieszczelności. Będę wymieniać podłogę, a póki co zdecydowałam się zabrać po prostu większy kawałek folii polycryo, której używam jako footprintu, odpowiadający rozmiarom podłogi. Zdarzało się, że podłoga miejscowo nasiąkała wodą, jednak nie do tego stopnia żebym spała w kałuży. Nie uważam tego za jakiś specjalny problem.

Bardziej zależało mi na odporności na wiatr, a tutaj Solomid ma przewagę nad Solplexem, bo jest prostą piramidą stawianą tylko na jednym kijku, co minimalizuje opór. W przeszłości narzekałam na niedostateczną ilość miejsca w środku, ale problem rozwiązało wydłużenie odciągów. Trzeba oczywiście pamiętać, że mierzę tylko 160 cm.




Przez trzy miesiące nie spotkałam nikogo, kto używałby ultralekkiego namiotu, piramidy. Prawie wszyscy dźwigali wielkie, stabilne Hillebergi. Ale też nikt nie wędrował na długich dystansach. Używając ultralekkiego namiotu przyjmuje się za oczywiste, że najważniejsza jest lokalizacja biwaku, a nie sam namiot. Napisałam już o tym cały artykuł. Szwedzi przeciwnie, zawsze rozbijali się w najgorszych, najbardziej mokrych, zimnych i wietrznych miejscach. Przedziwne upodobanie. Prawdopodobnie chodzi o ładne widoki... Raz zdarzyło mi się rozbić namiot w ładnym miejscu nad jeziorem (zgodnie z przewidywaniem było zimno i mokro). 



Jest wielu przeciwników lekkich namiotów w Skandynawii. Argument jest zawsze ten sam: trudny teren. Już po zakończeniu głównej wyprawy miałam okazję dowieść, że spokojną noc zapewnia umiejętność dobrego zakotwiczenia namiotu i znalezienie osłoniętego miejsca (tu akurat miałam szczęście, ale namiotu i tak by stał, nawet gdybym nie schowała go za skałą, byłby po prostu hałaśliwy).





Śpiwór

Od czasów przejścia CDT niezmiennie towarzyszy mi customowa Zebra Robertsa. Opisywałam ją już wielokrotnie (najszerzej w podsumowaniu sprzętowym CDT): to śpiwór bez zamka i bez wypełnienia w plecach, przymocowywany do materaca za pomocą taśm. Wypełniony 550 g najlepszego polskiego puchu naturalnego o sprężystości 850 cui, pokryty Pertexem Quantum GL wewnątrz i na zewnątrz. 



Zebra jest już sprawdzona i jestem z niej niezmiennie zadowolona. Pomimo trzech lat intensywnego użytkowania nie straciła loftu i jeszcze jej nie prałam. W Szwecji nie było wielkich chłodów, jedynie przymrozki na zewnątrz namiotu, nie miałam więc okazji testować minimalnej komfortowej temperatury użytkowania. Więcej okazji miałam do walki z wilgocią, ale nie miałam z tym dużych kłopotów, bo rzadko sypiałam w namiocie. W dobrze wentylowanych wiatach czy chatkach mogłam zapomnieć o zawilgoceniu.

Jak dbać o długowieczność puchowego śpiwora opisałam w tym artykule.



Całkowitą porażką okazał się worek wodoszczelny Lifeventure Ultralight Dry Bag. Już w połowie drogi całkowicie złuszczyła się taśma, którą był podklejony szew. Śpiwór przez to zawilgł kilkakrotnie, kiedy woda dostała się do worka na śmieci.


Materac

Tak jak i na poprzednich thru-hike'ach, które odbywały się w porze letniej tak i podczas przejścia Szwecji spałam na zrecenzowanym już przeze mnie materacu dmuchanym Therm-a-Rest NeoAir XLite Women's. Jego termika, zapewniająca komfort także podczas lekkiego mrozu, na warunki arktycznego lata jest doskonała. Miękki i wygodny, zapewnia spokojny sen również na twardej podłodze wiaty.

Na zdjęciu materac z siedmioma kwiatami jak nakazuje tradycja wigilii najdłuższego dnia w roku.




Kuchnia

Mój zestaw kuchenny jest prosty i funkcjonalny, od lat się nie zmienia.



Tak jak na CDT i PCT przez całą drogę używałam małego gazowego palnika rodem z Chin BRS 3000T. Miałam wątpliwości co do jego współpracy z kartuszami kupowanymi w Polsce, bo w przeszłości nie zawsze chciał się na nie nakręcać. Nie wiem do dziś czemu tak było, prawdopodobnie to coś z gwintem, który zdążył się wyrobić. W świetle tych problemów miałam w planie testować tego lata nowy palnik (Kovea Supalite), jednak jeszcze na treningowym przejściu Szlaku Trzech Pogórzy zdążył się on zepsuć i tuż przed wyjazdem do Szwecji odesłałam go do reklamacji (rozpatrzonej pozytywnie - dostałam zwrot pieniędzy). Finalnie to BRS okazał się najbardziej niezawodnym z moich dotychczasowych palników (przypomnę, że w MSRe padł gwint). BRS w odróżnieniu od wielu chińskich produktów nie jest kopią, ale produktem własnym. Aż dziw, że żadna z wiodących firm nie wyprodukowała dotąd żadnego lekkiego palnika z tytanu.

Używałam kartuszy o pojemności 230 g - zużyłam w sumie trzy. Do odpalania gazu słuzyła mi zapalniczka Mini BIC.

Niezmiennie używam garnka o pojemności 900 ml Evernew Titanium Ultralight 900 ECA267, do tego tytanowej łyżki z Aliexpress. Choć tytan zasadniczo nadaje się tylko do gotowania wody, można mieszając gotować w nim makaron, a z powodzeniem smażyłam też na maśle grzyby.





W tym sezonie wróciłam do parzenia herbaty w butelce z tworzywa Nalgene OTF (z nakrętką wymienioną na zwykłą - OTF cieknie i jest ciężka). Możliwość przygotowywania posiłku i gorącego napoju jednocześnie to było coś, czego mi w Stanach brakowało. Butelka z szerokim wlewem służyła mi też jako pojemnik na jagody.



Do transportu wody używałam butelek PET po wodzie alkalicznej Polaris z Biedronki. Na południu Szwecji często musiałam nosić dużo wody, na północy zaś nie zawsze spałam przy źródle. Nawet jeśli zresztą spałam to nie lubię po prostu chodzić po wodę wiele razy - wszystkie 4 butelki dają razem 3,7 l pojemności, co uważam za idealną ilość.


Odzież

Poradnik na temat tego, jak rozwiązać kwestię małego a funkcjonalnego zestawu ubrań na trekkingi w Skandynawii napisałam już kilka lat temu. Nie zmieniłam od tego czasu poglądów na ten temat i mój szwedzki zestaw wyglądał dokładnie tak jak w tym artykule. Początkującym thru-hikerom to własnie skompletowanie ubrań sprawia najwięcej problemów. Filozofia ultralight wymaga aby ubranie było ograniczone do niezbędnych elementów, ale co dla kogo okazuje się niezbędne pokazuje dopiero doświadczenie. Trudno coś tutaj polecać z góry, bo każdy ma inne odczucie temperatury. Ogólnie jednak przepis jest zawsze taki sam. Powinniśmy mieć ze sobą tyle ubrań żeby mając je wszystkie na sobie zachować komfort w najgorszych warunkach, jakie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nie nosimy niczego na zapas ani na zmianę, unikając noszenia w plecaku zbędnych sztuk odzieży.

To, co decydujemy się zabrać musi być uniwersalne i maksymalnie funkcjonalne i wytrzymałe.


Warstwa bazowa

Mianem warstwy bazowej określam to, co noszę codziennie jak podstawę, a więc koszulkę, spodnie i bieliznę. Majtki z wełny merino które miałam już w szafie sprawdziły się jak zwykle, podobnie syntetyczny, dobrze podtrzymujący biustonosz Panache Sports Bra. Jego jedyną wadą jest wolne schnięcie.

Koszulka z krótkim rękawem ze 100% wełny merino Icebreaker Tech T Lite nie jest już produkowana - obecnie Icebreaker wypuszcza na rynek jedynie mieszanki. Wełna w warunkach wilgotnych i chłodnych sprawdza się lepiej od syntetyku, który w takim przypadku bardziej chłodzi niż grzeje. W czasie 30-stopniowych upałów, które panowały przez trzy tygodnie było mi w niej dość gorąco, ale nie przesadnie. Kiedy w lipcu zrobiło się chłodno stanowiła przyjemnie ciepłą bazę pod bluzę z Powerstrechu. 




Doceniłam to, że ubranie z wełny o wiele dłużej wytrzymuje bez brania i nie śmierdzi tak jak syntetyk - rzadko miałam okazję zrobić pranie. W czasie upałów płukałam koszulkę wieczorami z soli i do rana wysychała.

Pod względem wytrzymałości było tak jak zwykle - pierwsze dziury pojawiły się przed pierwszym tysiącem kilometrów, a ostatecznej wymiany na nową dokonałam po przejściu 2000 km. 

Zabrałam ze sobą zrecenzowane już na tym blogu spodnie Arc'teryx Palisade Pant, których używam na wszystkich trekkingach, na których nie mam na sobie krótkich spodenek do biegania. Muszę powiedzieć, że nie czułam się w nich w pełni długodystansowcem. Spodenki do biegania są niejako kwintesencją długiego dystansu (oprócz butów i plecaka). Nie chodzi tylko o image, ale o odczucie swobody i wolności, kiedy ma się na sobie tylko poruszane wiatrem minimum i w pełni odczuwa pęd powietrza, łaskotanie roślin, grę własnych mięśni - to odgrywa dużą rolę w przeżywaniu wędrówki. 



W długich spodniach, nawet dobrze skrojonych i lekko elastycznych - a takie są Palisade - swobodę ruchu ma się mimo wszystko ograniczoną. Kiedy pogoda nie sprzyja chronią od wiatru i chłodu, ale w czasie upałów jest w nich bardzo gorąco i nieprzyjemnie. Palisade są uszyte z cienkiego nylonu, wiem że niektórzy wędrowcy polecają chodzenie w takich spodniach nawet po pustyni, ale wydaje mi się to koszmarnym pomysłem, skoro już powyżej 20 stopni robi się nieprzyjemnie, a cóż tu dopiero mówić o 40. 

Krótkie spodnie mają też taką zaletę, że nie przemakają w mokrej trawie. W Szwecji rosną bardzo bujne trawy, a na północy kwietne zarośla - spodnie zawsze ekspresowo w nich przemakały, a ja bywałam mokra do pasa. Na szczęście Palisade schną błyskawicznie.




Kiedy pojawiły się w Laponii chmary komarów oczywiście cieszyłam się z ich posiadania i tego, że nie muszę spryskiwać nóg środkami chemicznymi. Chroniły mnie też przed drapiącymi gałązkami borówek, karłowatych brzóz i wierzb - to były powody dla których zdecydowałam się na długie spodnie. Gdybym jednak jeszcze raz miała spakować się na przejście Szwecji na pierwszą połowę wędrówki zabrałabym krótkie spodenki.

To mój drugi egzemplarz Palisade, a jego wytrzymałość wygląda na taką samą. Jeden z zamków w kieszeniach jest już nadwątlony, a jeden ze szwów puścił (od razu po zakupie, więc raczej jest to wada "wrodzona", a nie aż tak słabe nici).


Warstwa termiczna 

W ostatnich latach bluza i getry z Polartec Power Strech zagościły na stałe na moich listach sprzętowych - dowiódł że stanowi najlepszą ochronę przed zimnem, przy czym nie jest przesadnie ciepły i można go zakładać w dość zróżnicowanych warunkach temperaturowych. Jest lekki i pakowny, bardzo wygodny. Charakteryzuje się tym, że jest rozciągliwy i gładki z zewnątrz oraz futrzany od wewnątrz. Zestaw Arc'teryxa Rho AR (Zip Top i Bottom) służył mi już 6 lat - czas było wypróbować coś nowego. Do Szwecji zabrałam więc zestaw polskiego Kwarka: Bluzę i getry o enigmatycznych nazwach 080300 i 087300 tym razem z dziany Polartec PowerStrech Pro, mającej w składzie nylon, odpowiadający za większą wytrzymałość. Choć Kwarki użytkuję dopiero pół roku akurat różnicy w wytrzymałości nie stwierdziłam. Futerkowy spód nadal jest mięsisty, zbił się nieznacznie (to normalne). Tylko raz założyłam getry w ciągu dnia, było na tyle ciepło, że potrzebowałam ich tylko do spania. Obie bluzy mają podobne zmechacenia - bardzo drobne od pasa piersiowego plecaka. Na korzyść Kwarka przemawia ładniejsza gama kolorystyczna, doskonały ciepły golf i możliwość szycia na miarę. Co do kroju wydaje się, że coś można by poprawić - z jakiegoś powodu zarówno bluza jak i getry w trakcie użytkowania się rozciągnęły i skróciły, tak że bluza zaczęła odsłaniać plecy, a getry kończyć się powyżej skarpetek. Śledztwo trwa :-)




W surowych warunkach bardzo dobrze sprawdza się wiatrówka, zwana też windshirtem, czyli koszulą od wiatru. Pomarańczowa Arc'teryx Squamish Hoody pochodzi z 2013 r. - to ostatni dobry rocznik i oszczędzam ją na specjalne okazje, takie właśnie jak przejście Szwecji. Miałam ją też w Nowej Zelandii. Nowsze roczniki nie są już tak dobrze uszyte - są węższe, a kaptur mają wprost fatalny, regulowany za pomocą gumki wrzynającej się w uszy i podciągającej do góry daszek, tak że wiatr wieje pod spód. Stara była idealna. Wciąż jest w dobrym stanie i nie przybyły jej żadne uszkodzenia. Na południu stanowiła zbędny balast, ale na północy zakładałam ją bardzo często: kiedy było zimno i wietrznie oraz kiedy komary nie dawały spokoju (także bez koszulki, na gołe ciało - jest bardzo miła w dotyku, a komary się przez nią nie przebijają).



W moim zestawie sprzętu pojawiła się w tym roku nowa customowa kurtka Robertsa, która zastąpiła starą żółtą (tamta po prostu się zużyła). Służyła mi postojowo, głównie wieczorami. Rzadko było tak zimno żebym musiała zakładać ją w środku dnia, choć zdarzało się, szczególnie pod koniec wędrówki.

Projekt nowej kurtki powstał na bazie starej: pozostawiliśmy komory dystansowe (dlatego to kurtka a nie sweter puchowy), minimalistyczne wykończenie, dwie kieszenie. Wypełnienie polskim puchem gęsim o sprężystości 850 cui w ilości nieco powyżej 100 g (prawdopodobnie 110 g, dosypka nastąpiła na etapie wypełniania). Materiał to tym razem Pertex Quantum, nie GL, ponieważ GL nie było już w magazynie. Usunęliśmy kaptur, bo okazał się niepotrzebny. Krój jest dość obszerny, co wpływa na to, że puch może się w pełni rozprężać. Na wyprawach zawsze chudnę, po czym na wiosnę wszystkie ubrania są na mnie za małe. Większy rozmiar to próba rozwiązania tego problemu... Kurtka jest mocno przedłużona, co wyszło w zasadzie przypadkiem, ale sprawiło, że było mi zawsze ciepło.



Naturalnie miałam też ze sobą czapkę i rękawiczki. Czapka służy mi też do spania, jako że mój śpiwór nie ma kaptura. Wzięłam tym razem cieplejszą, a bardzo lekką czapkę OnMyWay z Technostrechu, którą miałam w zeszłym roku jak drugą na PCT. Rękawiczki pochodzą od Kwarka i są wykonane z Polartec PowerStrech. Mieszczą się pod rękawiczkami rowerowymi.



Ochrona przed deszczem

Zeszłej zimy zakupiłam nową kurtkę przeciwdeszczową Arc'teryx Alpha FL - to prosta kurtka o kroju wspinaczkowym, bez wywietrzników pod pachami, które są mi zbędne i z jedną tylko kieszenią. Wybór padł na nią z powodu materiału - 3-warstwowego GoreTex Pro Shell i jednocześnie niskiej wagi - 280 g w rozmiarze S. Niestety po dwóch miesiącach kurtka zaczęła przemakać, głównie na ramionach, dole pleców i pod pasem biodrowym, ale w uporczywym wielogodzinnym deszczu przemokłam w niej do suchej nitki.

Spodnie przeciwdeszczowe Arc'teryx Alpha SL mam już bardzo długo. Od początku lekko przemakały i przemakają nadal, ale nie tak bardzo żeby nie dało się w nich chodzić. Cóż, nie darmo mówi się, że hardshelle służą tylko ochronie przed zimnem, a nie przed przemoczeniem.



Łapawice (od dawna nie produkowane Arc'teryx Beta AR Mitt) były niezbędne, nie ma nic gorszego niż mokre ręce i przemoczone rękawiczki.



Opisałam już dawniej skarpety wodoodporne Rocky Gore-Tex Socks. Nie wyobrażałam sobie przejścia Szwecji bez nich. Choć buty do biegania wydają się jedynie właściwym wyborem na tego typu trekking jakoś trzeba sobie radzić z brodzeniem w bagnach w czasie chłodów. Cały lipiec był bardzo deszczowy, bagna były pełne wody, a skoro słońce nie wychodziło zza chmur było też zimno. Przez pierwsze półtora miesiąca, zanim weszłam w góry, Rocky siedziały w plecaku, ale później służyły mi dzielnie. Zaczęły w końcu przemakać, ale wciąż wpuszczały do środka tylko niewielką ilość wody, tak że na skarpetkach znajdujących się wewnątrz widać było tylko mokre plamy. Jeśli rzeki nie były głębokie,a  brody wystarczająco krótkie, udawało mi się przejść je bez nalewania wody do wnętrza skarpet. Suche skarpetki były na wagę złota w niekończących się torfowiskach czy też właśnie w lodowcowych strumieniach Parku Narodowego Sarek - trwało ochłodzenie, woda tam jest lodowata, a strumieni wiele.




Przed pęcherzami na dłoniach chroniły rękawiczki rowerowe - te same, które miałam na PCT. Od słońca daszek Dynafit. Nie zabrałam nakładek przeciwsłonecznych na okulary - moje oczy nie są wrażliwe na słońce i lepiej się czując widząc świat w naturalnych kolorach. Popełniłam jednak błąd nie zabierając kremu z filtrem - przez pierwsze tygodnie na rękach pojawiały się pęcherze od poparzeń słonecznych.


Na nogach

Rzecz oczywista nic nie zmieniłam w kwestii obuwia i jak zawsze całą trasę pokonałam w butach biegowych Altra Lone Peak 4.0, wersji męskiej, bo szerszej. Wszystkie szczegóły znajdziecie w recencji, wpomnę tylko, że to buty o specyficznej naturze, bo zero drop, ale nie minimalistyczne. Mają dość grubą i równomiernie rozłożoną warstwę pianki w podeszwie, dzięki czemu stopy się nich nie męczą i nie są obolałe (chyba że w grę wchodzi szwedzki tłuczeń!). Zużyłam dwie pary, pierwsze wymieniłam po 2000 km, drugie jeszcze mi służą.

Nie wyobrażam sobie długiego dystansu w butach innych niż biegowe i nawet w konserwatywnej pod względem sprzętowym Szwecji widać już zmianę - na dłuższych szlakach tak jak np. na Kungsleden spotykałam wielu hikerów w lekkim obuwiu. Wędrujący Gröna Bandet na nogach mieli bez wyjątku buty trailowe, a Emily i Valtera rozpoznawałam po śladach na ścieżce - Emily nosiła damską wersję Lone Peaków 4.0. Na krótkich trasach więcej było tradycjonalistów w ciężkich skórzanych butach wysokich. Nie trzeba dodawać, że dystanse pokonywane przez nich były bardzo krótkie, a zmęczenie wielkie. Nie ma to żadnego uzasadnienia - na znakowanych szlakach ani na trasie którą opracowałam nie ma żadnych lodowców, na które trzeba byłoby przypinać raki. Nie można też mówić o indywidualnych preferencjach, skórzane treki stanowią w Szwecji element górskiego krajobrazu, podobnie jak w Norwegii, Niemczech czy Polsce.

Lone Peaki są szerokie, a więc dają dobre oparcie. Ich miękkość pozwala dostosowywać się do bardzo nierównego podłoża manewrując wszystkimi stawami stopy i stawem skokowym, oszczędzając przy tym kolana. Istnieją buty biegowe o lepiej trzymających podeszwach, jednak Lone Peaki moim zdaniem są wystarczające, a w Szwecji skały były chropowate i nie było problemu z poślizgami. Jedynie na omszałych głazach można się było pośliznąć.



Najbardziej techniczny fragment mojej wędrówki to kilkukilometrowe bezszlakowe piarżysko, którym wspięłam się tam i z powrotem na szczyt Kebnekaise, najwyższego szczytu Szwecji. Altry sprawdziły się na nim znakomicie, także tam gdzie trzeba oprzeć się rękami. Kopuła szczytowa znajdowała się pod śniegiem, ale nie było bardzo stromo, a śnieg rozmiękł, więc z łatwością wybiłam sobie stopnie.



Wersja 4.0 ma cienki materiał zewnętrzny, więc po nasiąknięciu wodą nie przybiera na wadze tak jak poprzednie. Błoto łatwo się z nich wypłukuje. W zupełnie mokrych butach zdarza się, że przemieszczają się wkładki. Stabilność Altr jest wielką zaletą podczas przechodzenia rzek. Przechodzenie rzek w butach to większe bezpieczeństwo, ale też mniejsze wychłodzenie niż z gołymi stopami w samych sandałach czy crocsach.



Niezbędnym dodatkiem do niskich butów są stuptuty, chroniące przed dostawaniem się do środka piasku, kamyków, igieł tp. Już w zeszłym roku testowałam stuptuty Wandy Sarapaty, a przed wyjazdem do Szwecji trafiła do mnie nowa wersja. Okazała się dużo bardziej wytrzymała - nie zrobiły się żadne dziury, materiał się nie rozciągnął. Sprawdziły się znakomicie. Musiałam scyzorykiem rozciągnąć haftki, bo wzmocnienia z przodu są tak solidne, że nie zostało miejsca na sznurówki.



O używanych przeze mnie skarpetkach i filozofii ich zestawiania pisałam już wielokrotnie - na wierzch noszę skarpetki Smartwool PhD Outdoor Light tym razem w wersji Crew, czyli ponad kostkę, z tego prostego powodu, że zakupiwszy je kiedyś w promocji miałam w zapasie dwie pary. Na spód, jako linery chroniące przed pęcherzami i otarciami szły niezmiennie Injinji Run Lightweight No Show. Linery w tak mokrych warunkach są wręcz niezbędne. Zużyłam dwie pary skarpet zewnętrznych i jedną parę linerów (jeszcze nie mają dziur).


Kijki

Niezmiennie od lat w trakcie wędrówki wspieram się na kijkach Leki Corklite. Kojek służy mi też jako stelaż do namiotu. Z nowymi jest problem - słabe taśmy na nadgarstki. Urwałam je na PCT. Ponieważ miałam też starsze z taśmami z cordury wzięłam starsze. Miały już wymieniane groty, które wytrzymały całą drogę.

Kijki w Skandynawii są bardzo przydatne. Pomagają złapać równowagę kiedy trzeba balansować między kamieniami na ścieżce czy na piargach, a także zapewniają pewne oparcie podczas przekraczania rzek. Mimo to, znakomita większość Szwedów chodzi bez kijków. Często kończy się to kąpielą.






Elektronika

W elektronice w tym roku najwięcej zmieniłam, kupiłam nowy aparat fotograficzny i nowy telefon. Aparat to nowsza wersja starego Sony RX100, wersja VII. Wzięłam do niego zewnętrzny mikrofon oraz mały statyw Gorlilla. Jestem zadowolona z tego upgrade'u, ale przeszkadza mi trochę zbyt ciepły odcień zieleni w automatycznych zdjęciach i prześwietlenia (w starej wersji prześwietlenia też stanowiły problem, za to zieleń zawsze wychodziła bardzo chłodna). Futro mikrofonu nie likwidowało całkiem szumów, ale udało mi się nagrać więcej niż zwykle odgłosów natury - efekty niebawem na YouTube.

Nowy telefon po prostu kupić musiałam. Nabyłam go w ostatniej chwili i padło na Motorolę G7 Power. Ma niezwykle żywotną baterię. Na odcinkach gdzie nawigowałam z mapami papierowymi przeważnie telefon trzymałam wyłączony i włączałam tylko kiedy chciałam sprawdzić swoją pozycję lub posłuchać muzyki. Tam gdzie nawigowałam telefonem (jako elektroniczną mapą, bez sprawdzania pozycji) bateria też trzymała się znakomicie. Nie udało mi się nigdy zejść poniżej 89% między jedną miejscowością a drugą! Z powodu pojemnej baterii telefon jest jednak ciężki.

Sądząc, że nawigacja będzie bardziej skomplikowana zabrałam 3 ogniwa do Powerbanku (Miller ML-102), zamiast 2 - to była przesada i tego trzeciego nigdy nie użyłam, podobnie jak dodatkowej baterii do aparatu (stara i nowa wersja mają takie same, więc wzięłam).

Mimo, że latem na północy Europy noce są bardzo krótkie potrzebna mi była czołówka. Jak zawsze była to stara Petzl e+Lite, mająca bardzo długi czas pracy na jednym zestawie baterii - ten jeden zestaw wystarczył na całą wędrówkę i bynajmniej się nie wyczerpał. Używałam czołówki nawet w czerwcu, w mrocznych czeluściach wiat, a później w chatkach, które mają małe okna aby nie tracić ciepła.


Pozostałe

Kosmetyczka jak zwykle zawierała: skróconą szczoteczkę do zębów, pastę do zębów Ajona (10 ml, bez fluoru), grzebień, lusterko (niezbędne przy wyciąganiu kleszczy), woskowe zatyczki do uszu, kawałek mydła, mini szampon i mini dezodorant (uzupełniane raz z większego opakowania) oraz gumkę do włosów (w ciągu dnia spinam włosy plastikowymi żabkami).

Wciąż niezastąpiony jest scyzoryk Vitorinox Classic. Jedna z niewielu rzeczy, z którymi zrobiłam wszystkie 5 swoich długich dystansów.


Apteczka i zestaw naprawczy ważyły razem 70 g, a zawierały:

plastry na pęcherze
plaster tkaninowy (ma dobry klej i doskonale oddycha, co jest bardzo ważne kiedy stale wędruje się w przemoczonych butach)
plastry do ran ciętych
igła i nici
łaty do materaca
paracetamol/ketonal w razie poważnej kontuzji
nifuroxazyd

Po drodze zakupiłam jeszcze srebrnaą taśmę, której potrzebowałam do zaklejenia zapiętków w zużytych już butach.

Niezbędna była moskitiera na głowę. Wzięłam tym razem starą moskitierę SeaToSummit, ale okazało się, że ma za duże oczka i przepuszcza drobne meszki. Kiedy spotkałam się z Danielem na Vasaloppsleden wypożyczyłam od niego lepszą. Połowa była zielona, a połowa czarna - zdaje się, że przez czarną lepiej widać w dni słoneczne, a przez zieloną w pochmurne. W dni parne na materiale pojawiała się kondensacja, ale to nic w porównaniu z chodzeniem w maseczce, więc tak naprawdę nie ma o czym mówić.



Sprzęt na zmianę - mail drop

Na każdym z poprzednich thru-hike'ów oprócz sprzętu, który niosłam ze sobą w plecaku miałam też sprzęt dodatkowy, na wymianę, czy też potrzebny tylko na niektórych odcinkach i przechowywałam go zawsze w paczce pocztowej, przesyłając na poste restante jako tzw. bounce box. Tym razem nie mogłam przesyłać paczki od poczty do poczty, bo po pierwsze na Szwedzkiej prowincji bardzo niewiele jest urzędów pocztowych oferujących poste restante, a po drugie jak wszędzie w Europie poczty przechowują przesyłki tylko przez 14 dni. Ponieważ trasa nie była bardzo długa, sprzętu na zmianę też było niewiele - postanowiłam wymiany dokonać tylko raz i wysłałam paczkę od razu na 2000-y kilometr (błędnie obliczyłam, że to 1800-y) do kempingu, z którego właścicielką wcześniej się na to umówiłam. Okazało się, że we wszystkich miejscowościach przyszlakowych jest to powszechnym zwyczajem wędrujących Gröna Bandet (przejście szwedzkich gór) i właściciele hoteli, stacji benzynowych itp. przechowują paczki hikerów. Na kempingu więc była cała lista paczek, gdzie się pokwitowało ich odbiór. Wędrujący Gröna Bandet to przeważnie początkujący, którym wydaje się, że bez przesyłania paczek nie da się uprawiać długich dystansów. W związku z tym wysyłali sobie na całą trasę jedzenie, mimo iż paczki odbierali przeważnie w sklepach spożywczych...




Podsumowanie

Podsumowując, nie było najlżej, ale było dobrze. Tylko baterii miałam za dużo, cała reszta się przydawała. Gdybym miała przejść Szwecję jeszcze raz na południową część spakowałabym się bardziej na letnio, z krótkimi spodenkami, a długie spodnie, łapawice i wodoodporne skarpety wysłałabym do Dalarny. Czy coś bym wymieniła? Oczywiście. Marzę o nieprzemakających hardshellach. Zastanawiam się nad gumowym płaszczem... 




niedziela, 11 października 2020

Sverige på längden - Podsumowanie

Choć z początku lato 2020 wydawało się być w perspektywie stracone, jeśli o mnie chodzi, okazało się cudowne. Pandemia zwolniła mnie z realizowania jakichkolwiek wyczynów i uzupełniania miejsc w tabelce w Excelu. Zrobiłam coś wyłącznie dla przyjemności - przeszłam swój ulubiony kraj, i to po swojemu. 

Przeszłam wzdłuż Szwecję bez wychodzenia poza jej granice, łącząc punkty skrajne: punkt wysunięty najdalej na południe, czyli Smygehuk z punktem wysuniętym najbardziej na północ, czyli Treriksröset - trójstykiem granic Szwecji, Finlandii i Norwegii. W ciągu 90 dni pokonałam 3000 km (2943 km według moich szacunkowych obliczeń) ze średnią 33 km na dzień, w tym dwoma dniami zero (bez nich średnia wynosi 34 km/dzień). 

To była najbardziej relaksująca wędrówka długodystansowa, jaką dotąd odbyłam. Była czymś zupełnie innym niż szlaki amerykańskie i muszę powiedzieć, że nie spodziewałam się, że różnica będzie tak duża. Nie była tak ekscytująca jak poprzednie thru-hike'i, nie musiałam dawać z siebie wszsytkiego, bo trasa była względnie krótka i względnie łatwa. Choć brakowało mi adrenaliny, thru-hikerskiej społeczności i atmosfery jaka panuje na długodystansowych szlakach, w zamian dostałam spokój, piękno i odpoczynek. Chciałam w tym roku przejść coś, co byłoby nagrodą za trudy zdobycia Potrójnej Korony. Szwecja taką nagrodą była.



Szlakowa codzienność

Z łatwością przeszłabym Szwecję szybciej, w 80 czy nawet 75 dni, gdybym miała na to ochotę - ale nie miałam. Naprawdę chciałam spróbować czegoś innego. Dzień na Sverige på längden wyglądał zupełnie inaczej niż na moich poprzednich długich dystansach. Zwolnienie tempa oznaczało oczywiście, że chodziłam mniej i miałam więcej czasu na inne rzeczy. 

Przede wszystkim więcej spałam - na CDT, gdzie wyciskałam z dnia najwięcej, spałam tylko po 7 godzin, co zdecydowanie nie było wystarczające - ale coś za coś. Na PCT nie było wiele lepiej. Teraz zdecydowałam, że będę spać ile będę chciała, nie będę zrywać się wczesnym rankiem ani wstawać od razu po przebudzeniu. To była największa zmiana i czynnik, który najbardziej wpłynął na to, że w ogóle się w Szwecji nie zmęczyłam.

Porównując tempo nie można zapominać o przewyższeniach - 33 vs 36 czy 37 km to niewielka różnica, natomiast jeśli wziąć pod uwagę to, że na szlakach amerykańskich codziennie pokonywałam 2200 m w pionie (1100 m podejść i 1100 m zejść średnio), a w Szwecji wątpię żeby to była więcej niż połowa tej liczby, różnica robi się większa.

Wędrowałam tylko 12 godzin dziennie, 9 godzin spałam, zebranie się rano zabierało mi przeważnie godzinę i 15 minut, a wieczorem spędzałam miło czas grzebiąc się prawie dwie godziny. W ciągu dnia jak zawsze robiłam dwie półgodzinne przerwy - tu się nic nie zmieniło. Nie potrzebuję więcej. Zatrzymywałam się jednak, jeśli przy szlaku było coś ciekawego do obejrzenia, np. wieża widokowa czy muzeum. Na południu, w czasie fali upałów, jeśli spędzałam noc nad jeziorem zawsze zażywałam kąpieli. Gdy znalazłam wifi, zawsze korzystałam. Dość często przeczekiwałam deszcz, zdarzało mi się wychodzić po południu, bo cały poranek lało (dzięki bardzo długim dniom mogłam wyjść o dowolnej porze i i tak przejść ponad 30 km). Raz nawet spędziłam cały dzień pod wiatą z powodu deszczu. Spędziłam w życiu tyle dni na szlakach w czasie deszczu, że stwierdziłam, iż nie muszę specjalnie starać się o więcej. Był to mój pierwszy dobrowolnie wzięty dzień zero od czasów przejścia Nowej Zelandii. Drugi dzień zero wzięłam z konieczności i przeznaczyłam go na wyjazd do odległego miasta na zakupy.

Dzienne dystanse definiowały miejsca noclegu (najczęściej wiaty i chatki), tak jak na AT czy TA, gdyż starałam się unikać noclegów w namiocie. Szłam więc nie do oznaczonej godziny (na CDT i PCT lubiłam wędrować do 20:30), ale do oznaczonego miejsca, niezależnie czy docierałam tam o 18 czy 23.

Wolniejsze tempo miało jednak swoje wady - mniej hormonów szczęścia. Choć myślę, że taka odmiana dobrze mi zrobiła, adrenalina, enforfiny i uczucie bycia w transie to coś, do czego już zawsze będę tęsknić i pewnie zafunduję sobie znów następnym razem. Okazuje się, że nie wystarcza sam marsz, musi być to jeszcze marsz równy i szybki, od świtu do nocy, tak żeby było się w stanie skupić tylko na fizycznym aspekcie wędrowania i w ten sposób osiągnąć pewien rodzaj oderwania umysłu od ciała.



Trasa i kierunek wędrówki 

Przejście Szwecji to spontaniczny wybór i choć sam pomysł chodził mi po głowie przez kilka tygodni, plan przejścia powstał w jeden wieczór. Zależało mi szczególnie na odwiedzeniu kilku znanych już sobie miejsc, do których mam sentyment oraz kilku takich, o których marzyłam od dawna, a jakoś nie udawało mi się do nich dotrzeć. Generalnie Szwecję znam dobrze i pozostało mi tylko połączyć te wszystkie miejsca. 

Włączyłam do planowanej trasy wiele szlaków, o których myślałam, że przejdę je kiedyś za 10 czy 20 lat. Jednocześnie praktycznie ani jednego nie przeszłam ortodoksyjnie w całości (np. do zakończenia Vasaloppsleden zabrakło mi 500 m, gdzie szlak skręcał na południe, kiedy ja szłam na północ; Kungsleden przeszłam połowę, tam gdzie to było wskazane wybierając ciekawsze ścieżki) - kierowałam się tym razem topografią i względami praktycznymi. Czasem wędrowałam bez szlaku, choć rzadko oznaczało to wędrówkę bez ścieżki (np. na wiekszej części obszaru Parku Narodowego Sarek jest więcej wydeptanych ścieżek niż na oficjalnych szlakach pogranicza Jämtlandu i Västerbotten).

Dużym ułatwieniem było poruszanie się na południu według przebiegu Europejskich Szlaków Długodystansowych E6 i E1. Choć nie są one znakowane w terenie, układają lokalne szlaki w logiczną całość biegnącą w jakimś kierunku. Okazało się jednak, że inne osoby, które w tym roku wędrowały przez Szwecję wybrały inne trasy, zwłaszcza na południu, gdzie uznali oni że lepiej wędrować zachodnim wybrzeżem Szwecji (Bohusleden i dalej drogami).



Z tego co wiem odbyło się w tym roku 6 prób przejścia Szwecji wzdłuż. Moja trasa najprawdopodobniej jako jedyna łączyła punkty skrajne (Smygehuk i Treriksröset) i przebiegała wyłącznie przez terytorium Szwecji. O jednej niewiele wiem (mężczyzna, który szedł przede mną, ale jego wpisów nie widziałam na końcu w księgach gości), Emily i Valter doszli do Treriksröset przez Norwegię, jedna dziewczyna zakończyła wędrówkę w Abisko i jeden mężczyzna doszedł do połowy (Grövelsjon) i zrezygnował.

Trasę zmieniałam spontanicznie w trakcie wędrówki. Okazało się, że ta którą wyrysowałam przed wyjazdem okazała się o 400 km dłuższa niż mi się wydawało. Po drodze zrobiłam więc kilka skrótów, ścinając niektóre zbędne pętle, tak że ostatecznie przeszłam 200 km więcej niż planowałam. 

Tak jak wszędzie na półkuli północnej także i w Szwecji lepiej było iść z południa na północ. W ten sposób miałam niskie słońce zawsze za plecami i cały czas bardzo długi dzień, a więc "elastyczne godziny pracy". Wiedziałam też, że im dalej tym będzie piękniej, co zawsze dobrze wpływa na morale.




Trudności

Szwecja to bardzo różnorodny kraj. Wędrowałam przez góry i bezdrzewną tundrę, tajgę, bujne lasy liściaste, wioski i tereny rolnicze. Strefowość klimatu jest bardzo odczuwalna. Pod względem ukształtowania terenu południe mało różni się od północy. Jeśli patrzycie na mapę widzicie na południu zielone i myślicie: płaskie niziny; na północy zaś żółte wpadające w pomarańcz - góry. Ale kolory oznaczają tylko wysokość nad poziomem morza, a nic nie mówią o ukształtowaniu terenu. Stąd pewnie błędne przekonanie wielu osób, że południowa Szwecja jest płaska. Płasko jednak było tylko pierwszego dnia, dalej zaś coraz bardziej pagórkowato. Wysokość względna wzniesień na południu to jakieś 200 m i częściej zdobywa się szczyty. Nie brakuje odcinków skalistych, a cały kraj równo przykrywają wielkie głazy narzutowe i kamienie naniesione przez lodowiec.



Brak lasu zdaje się wskazywać na wybitność pasma Gór Skandynawskich, są one jednak, jak na góry, dość płaskie, bo wygładzone przez lądolód. Na północy więc podejścia osiągały 200-300 m - dałoby się czasem wyżej, ale w takie miejsca ścieżki nie prowadziły. Jedynym wyjątkiem było wejście na najwyższy szczyt Szwecji, gdzie wychodząc z doliny musiałam wspiąć się 1000 m w górę, a następnie tyle samo zejść. 



Różne szlaki i różne etapy posiadały różny poziom trudności, lecz generalnie żadnych poważnych trudności technicznych nie było. Największym wyzwaniem miało być przejście Parku Narodowego Sarek, uchodzącego za ostatnie dzikie miejsce w Europie, ale okazało się, że są tam ścieżki, a poziom rzek był niski, więc nie było trudno. Dużo bardziej namęczyłam się w Vesterbotten, gdzie szlaki niby są, ale tylko z nazwy. Najłatwiejsza w części górskiej była Kungsleden.

Szlaki górskie prowadzą przeważnie dolinami, płaskowyżami, niezwykle rzadko wspinają się na jakiekolwiek szczyty. Nie są trudne, ale bardzo kamieniste - oczywiście różnie w różnych miejscach. W Arktyce warstwa gleby jest bardzo cienka i jeśli ścieżka jest bardzo uczęszczana szybko ulega erozji. Najlepszym przykładem tego zjawiska jest północna część Kungsleden, ale piarżyska czy po prostu kamieniste szlaki zdarzają się wszędzie.




Chodzenie bez szlaku ułatwia brak drzew w wyższych partiach gór, jednak w wilgotnych miejscach o łagodniejszym mikroklimacie rosną gęste zarośla wierzbowe, przez które bardzo trudno jest się przebić, bo wierzby mają bardzo twarde i splątane gałęzie. Czasem sięgają tylko do kolan, czasem jednak są wyższe od człowieka. Coś jak karpacka kosodrzewina. Zaniedbane szlaki często zarastają wierzbiną.



Powszechnie znanym faktem jest ponadprzeciętna ilość wody na skandynawskich szlakach. W całej Szwecji jest mnóstwo torfowisk, szlaki również przez nie prowadzą i czasem buduje się na nich drewniane kładki, ale tylko na popularnych szlakach. Czasem też kładki są po prostu zniszczone i toną w bagnie. Obecność bagien to konsekwencja dużej ilości opadów i nieprzepuszczalnego, skalistego podłoża. Szwecja jest naprawdę mokra, a i tegoroczne lato nie należało do suchych. Najgorzej było w północnym Jämtlandzie i południowym oraz środkowym Västebotten, na szlakach narciarskich uznanych za możliwe do przejścia pieszo i tak oznakowane. Wędrowali nimi tylko długodystansowcy, nikt inny nie miał interesu grzęznąć w błocie. Jeżeli szlak jest oznaczony jako zimowy absolutnie nie należy się na niego zapuszczać pieszo, dlatego że tam bagna są bardzo głębokie. Odkąd weszłam w góry, suche buty miałam zaledwie kilka razy. Kiedy zrobiło się chłodniej często zakładałam wodoodporne skarpetki.





Rzadko było trzeba przechodzić strumienie w bród. Na południu nigdy, natomiast na szlakach północy rzadko i miejsca były zawsze bezpieczne. Zawsze kiedy miałam do pokonania odcinek bezszlakowy mogłam jednak być pewna, że będę musiała przejść rzekę. Najbardziej obawiałam się płynących z lodowców strumieni w Parku Narodowym Sarek, miałam jednak szczęście i akurat od kilku dni nie padało, w związku z czym poziom rzek był niski i nawet z tymi większymi nie miałam problemów (oczywiście zawsze szukałam płytkiego i szerokiego miejsca).




Nie wszystkie mosty w górach to mosty zbudowane dla turystów. Po takim szerokim stalowym moście wiszącym może przejechać quad hodowcy. Mosty na dużych rzekach Sarku, których nie da się przejść  to właśnie mosty hodowców, którzy zgadzają się, żeby korzystali z nich wędrowcy.


 

Wiele osób do trudności zalicza także wędrówkę drogami. Szlaki południa bardzo często prowadziły gruntowymi drogami, a zdarzał się też bardzo niewygodny tłuczeń. Asfaltem wędrowałam wtedy, kiedy nie było sensownego łącznika pomiędzy szlakami. Myślę, że mogło go być w sumie 200 km. Większość dróg jest pusta, ale nie mają one poboczy, więc kiedy przejeżdżają ciężarówki nie bardzo jest gdzie zejść.



Prawdziwym problemem były chmary owadów. Muszę jednak powiedzieć, że nigdy nie było tak źle jak w Wyoming na CDT w lipcu. Z zasady nie stosuję środków chemicznych - zasadę tą zaczęłam łamać w połowie CDT i kontynuowałam na PCT, w tym roku postanowiłam jednak, że wrócę do walki z owadami za pomocą siły woli. Było to trudne doświadczenie, ale wytrwałam do końca. Na głowę zakładałam moskitierę, a jeśli owady były bardzo aktywne ubierałam też wiatrówkę żeby nie gryzły mnie w ręce. Było mi wtedy jednak za gorąco. Komary, gzy, gryzące muchy i dwa gatunki meszek atakowały w różnych miejscach i o różnych porach, ale najbardziej lubiły kąsać kiedy było ciepło, parno i zbierało się na deszcz. Komary zaczęły się od razu w czerwcu, ale aż do połowy lipca nie były dokuczliwe (w przeciwieństwie do drobnych meszek). Zakończyły sezon w trzecim tygodniu sierpnia.




W krajach skandynawskich nie ma właściwie żadnych naprawdę niebezpiecznych zwierząt. Są, owszem, niedźwiedzie brunatne, ale jest ich niewiele i trzymają się z dala od ludzi. Raz natknęłam się na żmiję. Kleszczy w sumie miałam 10, z czego 9 tylko spacerowało po moich gołych łydkach, a 1 się bardzo delikatnie zaczepił. Kleszcze skończyły się wraz z granicą Dalarny. Ważne było aby chodzić z podwiniętymi nogawkami i móc zbierać kleszcze z gołych nóg - długie spodnie pozwalają im swobodnie wędrować w górę ciała, gdzie już dużo trudniej je zauważyć a w razie zaczepienia wyłuskać.


Pogoda

W ciągu prawie trzech miesięcy wędrówki doświadczyłam najróżniejszych stanów pogody. Choć na 90 dni aż 57 było z deszczem, nie było tak źle jak się spodziewałam, wiele spośród tych dni było z deszczem przelotnym. Najdłuższy ciąg to 12 dni deszczowych pod rząd plus kolejne 4 po 24-godzinnej przerwie, a dwa dni później kolejne 8, a więc w ciągu 27 dni 24 z deszczem. Tylko kilka razy poprószył śnieg, o wiele częściej było bardzo ciepło. 



Czerwiec był upalny i suchy, lipiec deszczowy i zimny, sierpień całkiem przyjemny. Temperatura spadła poniżej zera tylko w ostatnich dniach i tylko nocą, było więc nadspodziewanie ciepło. Ten thru-hike był moim najcieplejszym - Szwecja ma dość łagodny klimat (umiarkowany i subarktyczny) będący efektem oddziaływania Golfsztromu, mimo że całkiem znaczna część trasy znajdowała się poza kołem podbiegunowym północnym nie było ani w części tak zimno i surowo jak w Górach Skalistych czy Sierra Nevada - Góry Skandynawskie są niskie.



Nawigacja

Choć cała trasa była improwizowana, a większość poskładana ze szlaków, z których wiele było dla mnie niewiadomą, nawigacja nie stanowiła wielkiego problemu.

Mniej więcej na 1/3 trasy używałam wyłącznie nawigacji w telefonie, na 2/3 papierowych map, w większości były to poglądowe mapy wydrukowane dwustronnie na kartkach A4, na których widok Szwedzi szeroko otwierali oczy. Mam dobrą orientację w terenie i umiem się posługiwać mapą. Na dłuższych odcinkach bez szlaku używałam klasycznych map turystycznych (Park Narodowy Sarek i okolice Kebnekaise oraz Lapporten). Na Södra Kungsleden używałam lekkiej papierowej mapy, choć nie było to moim zamiarem - tuż przed wyjazdem odkryłam, że nie wydrukowałam tego fragmentu. Kompasu nie zabrałam i nie był mi potrzebny.



GPSu w telefonie użyłam kilka razy, co oszczędziło mi kluczenia i straty czasu. Większość szlaków jest dobrze oznakowana, zwłaszcza na południu. Trzeba jednak pamiętać o tym, że prawie wszystkie szlaki znakowane są tak samo, kolorem pomarańczowym, a więc trzeba wiedzieć gdzie się idzie. Zaniedbane szlaki pieszo-narciarskie były nieco trudniejsze w obsłudze. Odcinki bez szlaku pokonywałam według jakiejś logicznej topografii i nie sprawiły mi kłopotu. 



Podczas wędrówek w szwedzkich górach należy wziąć pod uwagę, że odległości są niemal zawsze podawane błędnie. Wynika to z tego, że nikt ich dokładnie nie mierzy, dystanse są szacowane po linii prostej (czasem podawane na szlakowskazach odległości są nawet krótsze niż odległości w linii prostej!) lub mierzone przez skutery śnieżne, które poruszają się po linii prostej, podczas kiedy ścieżka piesza posiada niezliczoną ilość zakrętów i zawijasów. Także na południu jest z tym problem. Jedyny szlak, na którym odległości są podane prawidłowo to Vasaloppsleden. Tam odkryłam, że pokonuję o wiele większe odległości niż mi się wydaje.




Noclegi

Noclegi wypadły jak następuje: 

Wiata: 31
Chatka noclegowa: 11
Chatka odpoczynkowa: 16
Inne zadaszenie: 5 
Czyjś dom: 3
Dworzec kolejowy: 2
Inny budynek: 10
Namiot: 12

Jednym z założeń wyprawy było unikanie spania w namiocie, co zawsze jest mniej komfortowe niż nocleg pod dachem - to mi się doskonale udało, bo aż 78 razy spałam pod dachem i tylko 12 w namiocie. W Szwecji obowiązują allemansrätten, tzw. prawa każdego człowieka. Dzięki nim można się swobodnie poruszać, zbierać jagody, grzyby i kwiaty nieobjęte ochroną oraz biwakować w dowolnym miejscu oddalonym o co najmniej 100 m od zabudowań, chyba, że jest wyraźnie napisane, że nie można, co zdarza się niekiedy na plażach i w małych rezerwatach przyrody, gdzie są w zamian wyznaczone miejsca biwakowe.



Nie korzystałam z żadnych hoteli, hosteli czy kempingów. W związku z tym niezwykle rzadko zdarzało mi się wziąć prysznic - 9 razy. Częściej udawało mi się umyć włosy pod kranem z ciepłą wodą. Pranie w pralce wykonałam zaledwie dwa razy. Prałam czasem ubrania w zlewie. Koszulkę i bieliznę płukałam w terenie bez użycia detergentów.

Większość nocy spędziłam pod wiatami. Konstrukcją przypominają onne tego typu obiekty w innych krajach, w takich samych sypiałam w Appalachach, Finlandii czy Danii. Szwecja ma ich chyba najwięcej w Europie. Na południu są zbudowane z myślą o osobach, które chcą w nich nocować i mają podłogę do spania, natomiast na północy funkcjonują jako miejsca odpoczynku i zamiast podłogi jest w nich tylko nierówne klepisko, a ławki pod ścianami są specjalnie wąskie i niewygodne. Nie mam pojęcia z czego to wynika. Jestem drobna, więc sypiałam również na tych wąskich ławkach - nie jest to zabronione.



Od czasu do czasu, choć niezbyt często, bo Szwedzi są dość zdystansowani, ktoś zapraszał mnie do siebie, do domu albo np. do przyczepy kempingowej czy domku na kempingu. Tak naprawdę częściej lądowałam u Saamów niż u rdzennych Szwedów, a miałam też przyjemność skorzystać z gościnności Polaków mieszkających w Szwecji. Jeżeli już ktoś mnie zapraszał to zawsze było to miłe doświadczenie, gdyż był to ktoś ciekawy świata i ludzi.

Żadna z chatek noclegowych nie była w założeniu darmowa, jednak w tych wojewódzkich opłata jest niewielka i uiszcza się ją smsem. Większość nocujących nie płaci... Nocując w nich za darmo nigdy nie zużywałam żadnych zasobów, w tym drewna opałowego. Zupełnie niepotrzebnym wydatkiem było członkostwo STF, odpowiednika polskiego PTTK, będącego w posiadaniu noclegowych chatek na najpopularniejszych szlakach - nocowałam tylko w jednej i był to mój jedyny płatny nocleg podczas całej wędrówki. Ceny STF są po prostu złodziejskie - za to samo województwu płaci się 150 SEK, podczas kiedy STF żąda 550 (450 dla członków). 



Chatki odpoczynkowe i ratunkowe mają zazwyczaj szerokie ławki, na których można się przespać w razie wyższej konieczności. Spanie w nich jest tolerowane, zwłaszcza w tych, które są przy nieuczęszczanych szlakach, aczkolwiek rzadko robią to sami Szwedzi. W ratunkowych chatkach jest tylko mały zapas drewna oczekujący na kogoś, komu uratuje życie i nie należy go absolutnie używać. Uzupełniany jest raz do roku.



Nierzadko nocowałam w różnych szopach i stodołach, najlepiej zaś wspominam spanie na dworcach kolejowych.




Jedzenie i możliwości zaopatrzenia

Największa bodaj różnica między szlakami, którymi chodziłam dotąd, a przejściem Szwecji to to, że nie musiałam jeździć do sklepu: wszystkie (z wyjątkiem jednego) były na trasie. Było to ogromne ułatwienie i wielka oszczędność czasu. W Stanach 1-2 razy w tygodniu traciłam większość dnia na wyjazd do miasta i zakupy, to były duże odległości i często puste drogi. Żeby utrzymać średnią 36-37 km musiałam de facto codziennie robić ponad 40 km żeby móc potem stracić czas w mieście. W Szwecji mogłam czas tracić do woli, co też robiłam.

W trakcie całej wędrówki odwiedziłam 25 sklepów plus jeden minęłam co na 90 dni daje średnio sklep co 3,46 dnia - zazwyczaj 2 do 6. Najdłuższy odcinek to 6 dni: Mölltorp - Nora na Bergslagsleden w Örebro (212 km+dodatkowy dzień zero). Miałam 14 etapów powyżej 100 km. Wędrując wzdłuż północnego brzegu Jeziora Siljan wyjątkowo miałam sklepy codziennie. Podobnie było przez pierwsze trzy dni, ale miałam ze sobą dużo jedzenia z Polski. Wagowo wyglądało to tak jak zwykle - 1 kg prowiantu na 1 dzień plus czasem trochę więcej, bo trafiło się coś, czego nie mieli w każdym sklepie.



O dziwo trudniej było o sklepy na południu, bo tamtejsze szlaki są tak zaprojektowane, żeby omijać wszelką cywilizację. Dlatego czasem musiałam trochę podejść do supermarketu (maksymalnie 3 km tam i z powrotem). Na północy szlaki szły od jednej miejscowości turystycznej do drugiej. Jedynym miejscem, z którego musiałam pojechać na zakupy był Kvikkjokk. Da się tam kupić jedzenie w schronisku, ale ceny są 3 razy wyższe niż w sklepie. Właściwie podobna sytuacja jest po drugiej stronie Sarku, na drodze do Ritsem, ale jedzenie można kupić zarówno w niektórych chatkach STF na Kungsleden jak i w schronisku w Ritsem i tam jest ono nieco tańsze. Taniej jest zrobić zakupy w Gällivare, ale dużo prowiantu zostało mi po Sarku i nie było sensu tam jechać.




Jedzenie w Szwecji było bardzo dobre i najwyraźniej zdrowsze niż w USA, bo wróciłam bez dziwnych zachcianek. Oferta nawet małych sklepów była wystarczająca, większych całkiem różnorodna. Nie stołowałam się nigdy w restauracjach, gdyż ceny były wysokie, ale będąc w sklepie kupowałam zawsze coś świeżego do spożycia na miejscu. Bardzo smaczne i niedrogie są jogurty, można kupić bardzo kaloryczną sałatkę, serek wiejski, słoik śledzi w sosie itp.




Prawie wszędzie można było kupić mleko w proszku, więc na pierwszej połowie trasy jadałam na śniadanie płatki z mlekiem, a na drugiej piałam mleko z kawą i to na ciepło, co było wielką innowacją w stosunku do moich poprzednich wędrówek, na których oszczędzałam bardzo gaz i czas, jaki potrzeba do przygotowania ciepłego śniadania.

Chrupkie pieczywo jest znakomite na trekkingach, mało waży i jest wiecznie świeże. Wędliny są przyzwoite, sery wręcz znakomite, sery topione całkiem ciekawe i dobre na śniadanie. Moim ulubionym przysmakiem była wątrobianka.



Produktów nadających się na obiad był całkiem spory wybór. Były to zwykłe rzeczy, kupowane zazwyczaj przez hikerów na całym świecie, a więc: kuskus, błyskawiczny makaron (kolanka i makaron typu ramen), makaron ryżowy, ryż błyskawiczny (rzadko dostępny) i pure ziemniaczane (nie mogę go już niestety jeść). Z produktów mięsnych na półkach zawsze obecne były kabanosy (zwane öl korv - kiełbaską do piwa), konserwy rybne (w tym tuńczyk w buljonie w paczkach marki ICA i różne puszki, te najtańsze w 3-pakach miały najcięższe stalowe puszki więc ich unikałam), ryby wędzone (znakomity dziki łosoś rzadko dostępny, norweski powszechnie). Czasami kupowałam też jajka i gotowałam na twardo. Najczęściej przygotowywałam zupę na bazie doskonałych zupek w proszku  Varma Koppen (Gorący Kubek) o różnych ciekawych smakach. W innym przypadku powstawało danie jednogarnkowe z dodatkiem masła, pasty pomidorowej w tubie lub majonezu (w plastikowym opakowaniu).



Moim ulubionym deserem zawsze był kisiel, ale w Szwecji jadałam po obiedzie zupę owocową. Niewiele się ona różni od kisielu, bo, ponieważ robi się ją z gotowego proszku, można uzyskać dowolną gęstość. Występuje w dwóch smakach: jagodowym i różanym. Jest też owocowa wersja Varma Koppen, którą kupuję zawsze w Finlandii: leśna, jabłkowa z cynamonem i ogólno owocowa.

Chipsy są kiepskie, te tańsze nie smakują jakby były zrobione z ziemniaków, droższe z kolei są bardzo tłuste i jakby smażone w za zimnym oleju. Oczywiście jadłam je tak czy owak.

Szwedzkie słodycze nie są porywające, smakują trochę jak farbowany cukier. Czekolada też jest trochę za słodka, ale smaczna. Powszechnie dostępne są cukierki i czekolady fińskie, doskonałej jakości. Na SPL pochłonęłam jakieś 6 kg czekolady. Równe 2 g na kilometr, w gruncie rzeczy niedużo :-)



W sklepach nie ma tzw. drink mixów, które tak powszechnie stosuje się na amerykańskich szlakach. Są tylko rozpuszczalne pastylki witaminowe, ale nie używałam ich, bo wzięłam mixy z domu i wysłałam je też w paczce. Oczywiście jest herbata w torebkach.

Ceny żywności nie są wysokie. Są oczywiście wyższe niż w Polsce, ale różnica maleje wraz ze wzrostem cen w Polsce. Szwedzkie ceny właściwie nie zmieniły się w ciągu ostatnich 10 lat. Na jedzenie wydałam w sumie 7411 SEK czyli 3180 PLN, co przekłada się na 82 SEK (35 PLN) dziennie.

Oferta sklepów to zwykła oferta produktów potrzebnych ludziom mieszkającym w danej okolicy - nie hikerom. Tylko wzdłuż Kungsleden sklepy miały bardziej dostosowaną do potrzeb trekkerów, np. można było kupić gaz i liofilizaty.

Pewien problem stanowi właśnie zakup gazu na południu. Można go dostać w sklepach sportowych, ale te są tylko w większych miastach, a nie na szlaku. Choć mówi się, że gaz można kupić na stacjach benzynowych, to jednak dotyczy to regionów bardziej turystycznych. Zużywam mało gazu, więc udało mi się dociągnąć na pierwszym kartuszu aż do Dalarny, gdzie wreszcie trafiłam na sklep outdoorowy. W górach już nie było problemu. W sumie zużyłam 3 kartusze 230 g. Ich ceny są niskie - zwykle 59 SEK, czyli 25 PLN, na Kungsleden 69 SEK, czyli 30 PLN. W Szwecji powszechnie używa się kuchenek alkoholowych i rzeczywiście dawałoby to więcej swobody. 

Nie tak łatwo było o gniazdka elektryczne. Budynki często nie mają gniazdek na zewnątrz, więc musiałam specjalnie pytać w sklepach o możliwość naładowania baterii. Oczywiście nie było z tym żadnego problemu. Otwarte sieci wifi były bardzo częste, o ile pamiętam tylko w jednym miasteczku nie znalazłam sieci. Małe sklepy a także czasami supermarkety dwóch dużych sieci ICA i Coop miały wifi dla klientów.




Woda

Choć wydaje się, że Skandynawia jest tak mokra, że dostęp do wody nie powinien stanowić problemu, nie  było to wcale takie proste. W Górach Skandynawskich, owszem, nie nosiłam nigdy więcej niż 1l wody na raz. Natomiast przez pierwsze 1400 km musiałam zawsze sprawdzać gdzie będzie woda, a czasem po prostu liczyć że się coś trafi i oszczędzać. Wolałam nosić niż ciągle chodzić po domach, choć czasami zdarzyło mi się pomachać do kogoś, kto podlewał ogródek i poprosić o napełnienie butelek. Na szlakach znajdują się niekiedy krany z wodą, udostępniane przez ludzi mieszkających przy szlaku, ale nie są one gęsto rozmieszczone. Nierzadko nabierałam aż 4 litry wody na cały dzień.



Kraj i ludzie 

Szwecja bardzo zmieniła się w ciągu ostatnich 20 lat. Mam porównanie, więc i dużo obserwacji, które jednak nie zmieszczą się tutaj w podsumowaniu wyprawy. Kraj ten nie jest już aryjskim monolitem. W miastach słychać inne niż szwedzki języki, a społeczeństwo jest bardziej niż dawniej różnorodne. Większa otwartość sprawia, że przybysz nie czuje się obco. Pojawiły się problemy ze zbyt dużą ilością imigrantów, jednak w rozmowach Szwedzi potępiali zawsze rasizm i nietolerancję. Są bardzo przyjaźni i chętnie rozmawiają również po angielsku, na wsiach często zagadują. Jest to też objaw pewnego kannonu zachowań, który w skandynawskiej kulturze sprowadza się do tego że wszyscy są zawsze bardzo mili i uprzejmi. Podobało mi się, że już nie wszyscy chodzą ubrani na czarno.

Życie w zgodzie z naturą i przebywanie na jej łonie stanowi ważny element szwedzkiej kultury. Właściwie każdy chodzi po górach i spędza weekend na szlaku. Rozbudowana infrastruktura bardzo temu sprzyja.

Panujące od dawna równouprawnienie sprawia, że nikogo nie dziwi widok samotnej kobiety z plecakiem, choć muszę przyznać, że pytania o to czy się nie boję padały czasem z ust spotkanych Szwedek. Jak w każdym kraju.

Zdaję sobie sprawę z tego, że moje relacje pokazały trochę stereotypową Szwecję, ale tak ją właśnie widziałam. To naprawdę piękny kraj - jak z obrazka. Zawsze bardzo podobały mi się małe drewniane domki pomalowane na czerwono, więc z przyjemnością zaglądałam do wsi. Przyglądałam się nie tylko schludnym podwórkom i zadbanym ogródkom, ale odwiedzałam też kościoły, które na prowincji były zawsze otwarte. 




Cieniem na tym wizerunku kładło się widmo złodziejskich band plądrujących domy na wsiach. Kiedyś rzadko kto zamykał drzwi wejściowe, teraz każdy ma założony alarm. Problem ten dotyczy głównie południa - na północy mówiono mi, że jest tam po prostu dla złodziei za daleko. Szajki pochodzą z Europy wschodniej - przede wszystkim z Polski i Rumunii. Dlatego też nie zawsze miałam ochotę mówić skąd jestem.


Choć każdy Szwed chodzi z plecakiem to jednak nie ma to nic wspólnego z hikerską kulturą, do jakiej przywykłam. Zawsze wędruję samotnie i nie powinno to mieć znaczenia, a jednak bardzo odczułam brak podobnych ludzi wokół siebie. Na szlakach długodystansowych zawsze są jacyś inni długodystansowcy. Można ich rozpoznać po wyglądzie, a wszyscy czują się między sobą tak dobrze, że kontakty nie wymagają żadnych formalności. Można zwalić się obok kogoś na trawę i bąknąć dwa słowa albo i nie, można od razu przejść do narzekania albo wszcząć rozmowę bez zbędnych wstępów. W Szwecji wstęp był zawsze, a rozmówcy zawsze opadała szczęka... Nie można było wymienić doświadczeń. Każdy był miły, ale nikt nie robił tego samego, wędrowcy byli w górach dzień, kilka dni, tylko na Kungsleden kilka tygodni - i to już wydawało im się wielką wyprawą. 



Nawet osoby realizujące Gröna Bandet, czyli przejście szwedzkich gór nie byli reprezentantami hikerskiej subkultury. Po prostu byli na dłuższej niż zwykle wędrówce. Nie spotykałam ich nigdy więcej niż raz. Jedynymi osobami, z którymi czułam porozumienie byli Emily i Valter, Amerykanka i Szwed podobnie jak ja wędrujący przez całą Szwecję. Ona miała już na koncie PCT. Spotkaliśmy się kilka razy.



Trudno byłoby pominąć aspekt wędrówki, jakim był jej przebieg w czasie pandemii. Nie wszyscy odnotowali, że Szwecja była jedynym krajem w Unii Europejskiej i drugim w Europie obok Białorusi, który nie wprowadził lockdownu i ograniczył restrykcje do zakazu dużych zgromadzeń - pozwolił ludziom funkcjonować normalnie. 

Temat covidu przewijał się oczywiście bardzo często, a Szwedom było trudno wyobrazić sobie jak to możliwe, że w innych krajach podjęto tak radykalne kroki. Choć restrykcji nie ma, obywatele dobrowolnie stosują mniej uciążliwe środki zapobiegawcze jak np. społeczny dystans w miejscach zatłoczonych. Potencjalni zarażeni natomiast nie są śledzeni, nie ma kwarantann i nie nosi się masek. Osoby chore są proszone o pozostanie w domu. I tyle. Po powrocie boleśnie odczułam jak wielka jest różnica pomiędzy robieniem czegoś dla dobra ludzkości, a byciem do tego zmuszanym przez władzę.


Język

Powszechnie wiadomo, że Skandynawowie w każdym wieku dobrze mówią po angielsku i wszędzie można się w tym języku dogadać. To prawda, z bardzo nielicznymi wyjątkami wśród starszych ludzi na wsi, choć zazwyczaj i na największej prowincji starsze osoby umiały wykrztusić z siebie parę słów. Tutaj bardzo jednak przydały mi się podstawy szwedzkiego, poza tym mieszkańcom danego kraju zawsze jest miło, kiedy wykazuje się starania w tym zakresie. Szwedzki jest łatwy, przyjemnie brzmi, przydaje się choćby do tego, żeby uniknąć dziwnych pomyłek w sklepach spożywczych.


Finanse 

Całkowity koszt wyprawy wyniósł ok. 12698 SEK, czyli 5618 PLN. To moja najtańsza wyprawa, a najwięcej wydałam jak zawsze na jedzenie. W koszt wyprawy nie wliczam zakupu pamiątek, wycieczki na Lofoty  ani pobytu w Sztokholmie.

1 SEK=0,43 PLN

Jedzenie: 7411 SEK czyli 3180 PLN
Dojazd: 2222 SEK czyli 954 PLN
Noclegi: 450 SEK plus 295 SEK członkostwo STF (niepotrzebny wydatek) - razem 320 PLN
Poczta: 293 SEK czyli 126 PLN (2 paczki i pocztówka)
Gaz: 124 SEK (54 PLN) oraz ok. 25 PLN kartusz z Polski
Transport łodziami (x5): 1050 SEK czyli 450 PLN
Wydruk map: 112 PLN (253 SEK)
Inne: 550 SEK czyli 236 PLN


Sprzęt

Waga bazowa mojego sprzętu wyniosła 6,57 kg. To bardzo dużo - tyle co w Nowej Zelandii. Planując wolniejsze tempo i wiedząc o niewielkich przewyższeniach świadomie zdecydowałam się wziąć więcej, wiedząc po prostu że dam radę. Zabrałam więcej elektroniki i mocniejsze hardshelle oraz nieco cięższą kurtkę puchową. Oczywiście w porównaniu z turystami górskimi jakich spotykałam po drodze to było nic. Mój lekki sprzęt różnił się od tradycyjnego, którego używają Szwedzi i tego, o jakim się zwykle myśli pakując się do Skandynawii, myślę więc że zainteresuje Was dogłębna analiza - sprzętowi, jakiego używałam jak zwykle poświęcę osobny artykuł.




Podsumowanie

Szwecja jest zbyt bliska memu sercu żebym mogła porównać jej urodę z urodą innych krajów, a jej przejście zbytnio się różniło od moich poprzednich długich wędrówek żebym mogła je do nich bezpośrednio porównać. Nie mam więc też zamiaru porównywać - poprzestanę na stwierdzeniu, że było wspaniale. Krajobrazy były niezwykle różnorodne, a południe i północ podobały mi się w równym stopniu. Z pewnością niebawem znów się tam wybiorę...




Na koniec polecam Wam film z wędrówki: https://youtu.be/UJKJHNwjZGw