wtorek, 5 lipca 2016

Test: Garnek Evernew Titanium Ultralight 900 ECA267

Długo poszukiwałam garnka, który spełniałby wszystkie moje oczekiwania. Niby mało skomplikowane: tytanowy (bo lekki, trwały i nie parzy) pojemność niecały litr (bo ma się dać zagotować wodę na liofilizat 300-450 ml i jednocześnie herbatę, 500ml), funkcjonalna pokrywka (a nie bezużyteczna i ciężka pseudo patelnia), wygodny uchwyt, udogodnienia jak podziałka czy dziubek, mieszczący w środku kartusz 230 g.
Wcześniej używałam dużego aluminiowego rondla MSR Quick Solo Pot (był za duży i za szeroki przy stosowaniu palnika na gaz o świecowym płomieniu, w dodatku uległ uszkodzeniu - po upadku na skałę pojawiło się pęknięcie). Później miałam tytanowy kubek Snow Peak Trek 700 Titanium, bliższy temu, czego poszukiwałam, był jednak za mały, wciąż zbyt ciężki (128 g), o nieodpowiednim kształcie - zbyt wąski, a głęboki, co narażało na straty ciepła przy gotowaniu i wypadki - był niestabilny. Sam kubek nie doznał uszkodzeń, ale stalowa pokrywka odkształciła się pod wpływem wysokiej temperatury i przestała pasować do obwodu kubka.
Miałam możliwość przyjrzenia się bardzo podobnemu garnkowi MSR Titan Kettle, ten jednak różnił się w kwestii dla mnie dosyć istotnej od Evernew, mianowicie nie mieścił w środku kartusza 230 g. Poza tym jest dość podobny, różni się kształtem uchwytu i dziubka.
Szukałam więc dalej. Na rynku jest wiele małych garnków z pokrywką, także tytanowych, dla minimalistów, ale trudno było znaleźć taki, który byłby naprawdę funkcjonalny. W końcu, głównie w oparciu o pozytywne opinie i jego popularność, zdecydowałam się na zakup garnka Evernew Ti Ultralight Mug Pot 900 ECA267. Jest to niewielki garnek-kubek o wadze 100 g i pojemności 900 ml. Wyposażony jest w pokrywkę z dziurką do odprowadzania pary wodnej i uchwytem z silikonową nakładką, podziałkę co 300 ml (podziałka jest także w uncjach), widoczną zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. W górnej części kubka znajduje się składany uchwyt również wykonany z tytanu, bez nakładki.
W komplecie nie ma pokrowca i nie ma właściwie potrzeby jego używania, bo pokrywka siedzi mocno i nigdy nie spada podczas transportu, jednak przyzwyczaiłam się używać niewielkiego woreczka cubenowego, który dostałam gratis przy zakupie rondla Evernew (o którym poniżej), na okoliczność brudu.
Zakupu musiałam dokonać w zagranicznym sklepie, nie pamiętam już czy w którymś z niemieckich sklepów czy w słowackim, w każdym razie była akurat promocja i zapłaciłam około 45-50 euro (dokładnie nie pamiętam). Było to zimą 2015 roku, a więc użytkuję go już od półtora roku. W tym czasie miałam go ze sobą na wszystkich wyjazdach, w tym także na wędrówce 3300-kilometrowym szlakiem Te Araroa biegnącym wzdłuż obu wysp Nowej Zelandii i kilka razy w Skandynawii, przeszedł ze mną około 5500 km i zagotował hektolitry wody.
Tak się zazwyczaj prezentuje całość mojego zestawu kuchennego:
Kubek wykonany jest z cienkiej blachy tytanowej, jednej z najcieńszych na rynku, nie wpływa to jednak na jego trwałość. Dzięki temu, że blacha nie jest gruba zawartość szybko się nagrzewa. Sam kubek jednak nigdy nie bywa tak rozgrzany jak aluminium czy stal. Nie oddaje też tak szybko ciepła. W garnku aluminiowym miałam zawsze problem z tym, że potrawa mi stygła zanim zdążyłam zjeść (a w zimnych warunkach jeszcze zanim upłynęło 10 minut, które należy odczekać od zagotowania to konsumpcji). W żadnym z tytanowych kubków potrawy nie stygną. Podobnie rzecz ma się z uchwytem - pomimo, że nie ma on silikonowej osłony nie parzy palców. Zdarza się to jedynie przy ognisku, kiedy całość jest intensywniej nagrzewana, w przypadku palnika, kiedy płomień nie wydostaje się poza obręb dna nie ma możliwości mocnego nagrzania uchwytu.
Pojemność wynosi równe 900 ml, pozostaje jeszcze niewielki margines na pokrywkę. Przy nalaniu do pełna może wykipieć, lepiej więc gotuje się 850 ml.
Jedyną drobną niedogodnością jaką stwierdziłam jest to, że nałożona pokrywka bardzo mocno trzyma się na garnku i nie da się tak po prostu jej podnieść za uchwyt i sprawdzić czy woda już się gotuje czy jeszcze nie bez narażenia na rozlanie. Trzeba ją podważyć. Robię to zawsze palcami i nigdy mnie nie parzy, więc nie jest to wielki kłopot, poza tym kiedy woda się gotuje przez szczelinę przy dziubku i dziurkę w pokrywce wydostaje się para, a garnek drży, więc wiadomo kiedy się gotuje, jednak kiedy nalewam wody do pełna i się spóźnię potrafi wykipieć. Miło by więc było gdyby był większy luz. Z drugiej strony brak luzu jest wygodny w transporcie - kartusz w środku, pokrywka na miejscu i nic nie lata.
Dziubek spełnia swoją rolę, przydaje mi się regularnie, bo herbatę parzę w butelce Nalgene 0,7 l z tworzywa (nalewam od 300 do 500 ml gorącej wody u po zaparzeniu uzupełniam zimną, dlatego nie potrzebuję garnka o większej pojemności). Ułatwia mi też pobieranie wody ze strumyka i przelewanie do butelek.
Podziałka jest wytłoczona i składa się tylko z dwóch punktów - 300 i 600 ml, ale co jest pomiędzy można sobie obliczyć. W przypadku uncji jest to 15 i 25 oz.

W znakomitej większości przypadków używałam kubka Evernew w zestawie z letnim palnikiem MSR Micro Rocket. Mam go od lat, nie planuję wymieniać, z kubkiem ECA267 stanowi dobry zestaw. Świecowy płomień reguluje się bardzo dokładnie, tak że ciepło nie ucieka po ściankach kubka. Czas gotowania jest szybszy niż przy szerokim rondlu, ale zagotowanie pełnego kubka trwa dobrych kilka minut. (nawet 10). Nigdy nie gotuję na dużym płomieniu, zawsze na małym, co pozwala mi oszczędzać paliwo. Gotując codziennie około 1,5 litra wody (nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić, bywa różnie) zużywam jeden kartusz 230 g w ciągu dwóch tygodni.
Kubka Evernew używałam także zimą, topiąc w nim śnieg na zmianę z kubkiem MSR o podobnej pojemności na palniku Primus Omnilite Ti. Sprawdził się, nie był jednak idealny - dno miało za małą powierzchnię w stosunku do szerszego płomienia, a uchwyt było trudno złapać w rękawicach. Topiąc śnieg powinno się zawsze na dno nalewać wody, inaczej garnek się przypala. Nie zawsze nalewałam dość wody, więc dno kubka odrobinę się odkształciło, nie na tyle żeby w jakikolwiek wpłynęło to na dalsze użytkowanie. Dno zmieniło także barwę na lekko błękitną - jest to typowe zjawisko. Po tych doświadczeniach do zimowego palnika (Optimus Vega) zakupiłam jednak inny garnek, także Evernew, Ultralight Pot 900 ECA252. Waży 4g więcej, ma taką samą pojemność, ale jest to rondel, szerszy i długą rączką, co sprawia, że bardziej nadaje się na zimę - do palnika o szerszym płomieniu i łapania za rączkę w rękawicach.
Tutaj na zdjęciu jest akurat kubek MSR, który był używany na zmianę z Evernew.

W międzyczasie zakupiłam także kuchenkę na drewno Nomadic Trekker Ultra, więc i z nią kubek wypróbowałam, choć nie mam jeszcze na tym polu wielkich doświadczeń - używałam jej najwyżej ze dwa tygodnie. Co do funkcjonalności tego zestawu nie miałam żadnych zastrzeżeń. Płomień kuchenki obejmuje garnek i woda zagotowuje się w czasie niewiele dłuższym niż na palniku. Ku mojej wielkiej radości okazało się, że kuchenka jest stworzona pod wymiar kubka i mieści się w nim idealnie, co sprawia, że nie trzeba się martwić o transport osmolonej kuchenki. Pokrywka jednak nie wchodzi w takiej konfiguracji na swoje miejsce i musi być odwrócona. Garnek jest oczywiście osmolony, więc w takim przypadku szczególnie przydaje się pokrowiec.
Kubka używałam także na ognisku, jeśli trafiała się taka okazja. W ten sposób osmaliłam go trochę i pozbawiłam pierwszej litery z napisu "Titanium". Jako mały kubek o niewielkim uchwycie nie bardzo się do ogniska nadaje, ale jeśli zachodzi taka potrzeba można go użyć. Trzeba tylko zaopatrzyć się w coś do chwytania, bo uchwyt mocno się nagrzewa w ogniu (ale nie na palniku).
Jeżeli gotuję na palniku, a nie na otwartym ogniu, zawsze robię to w namiocie - dla wygody i oszczędności paliwa. Z tego względu zależy mi szczególnie na stabilności stosowanego zestawu. Kubek Evernew jest na tyle szeroki że opiera się stabilnie na trzech ramionach palnika i nie zsuwa. Nie jest też zbyt wysoki i nie grozi mu zetknięcie z tropikiem przedsionka (dotyczy to moich namiotów, wielkość przedsionków oczywiście bywa różna).
Jak już wspominałam używam garnka głównie do zagotowywania wody. Wrzątkiem zalewam jedzenie i herbatę, czekam 10 minut i biorę się do konsumpcji. Rzadko zdarza mi się jakąś potrawę gotować, nawet normalny makaron (drobny, najlepiej w formie ryżu) wrzucam do zimnej wody, zagotowuję i czekam 10 minut. Znany jest fakt przywierania jedzenia do dna tytanowych garnków i rzeczywiście ma miejsce, jednak nie w takim stopniu żeby wykluczał gotowanie. Trzeba po prostu od czasu do czasu mieszać. Smażąc jajecznicę (a to mi się akurat zdarza częściej, bo mając niewielką hodowlę kur mam zawsze dużo jajek i zabieram je na wycieczki) trzeba mieszać bardzo intensywnie, a i tak zawsze trochę przywiera.
Garnek służy mi zarówno do gotowania jak i jedzenia. Nigdy nie noszę ze sobą żadnych misek, są kompletnie zbędne. Zawsze staram się przekonać innych do tego, żeby zamiast w opakowaniach, w których są sprzedawane, przygotowywać liofilizaty w garnku. Tak jest prościej, lżej, i nie trzeba nosić ze sobą śmierdzących śmieci. Jedzenie nie wymaga wtedy posiadania specjalnej długiej łyżki, nada się każda. Wszelkie puree z proszku, zupy, makarony również powstają w garnku. 
Czyszczenie garnka jest bardzo proste - z reguły wystarcza woda i własne palce. Potrawy, które przyrządzam, czyli przeważnie liofilizaty nie pozostawiają zbyt wiele tłustego osadu. Jeżeli tak osad jest wycieram go trawą czy liściem. Płuczę garnek wodą wycierając palcem resztki, których nie udało mi się wcześniej wyskrobać łyżką, płuczę po raz drugi i gotowe. Do umycia garnka potrzeba około 200 ml wody i niczego więcej. Nie używam żadnych szmatek, gąbek ani detergentów, nigdy nie odczułam potrzeby ich używania. Garnek nie jest brudny, od tytanu reszty odchodzą bardzo łatwo, a w ostateczności nic się nie stanie jeśli kropla aromatu kurczaka curry znajdzie się w porannym kakao :-)
Podsumowując:
tytanowy kubek z pokrywką
waga zestawu to 100 g
pojemność to 900 ml
mieści kartusz 230 g i kuchenkę na drewno Nomadic Trekker Ultra
posiada podziałkę i dziubek
trzyma temperaturę, ale nie parzy
jedyny mankament to to, że pokrywka siedzi za mocno

Problemem jest brak dostępności w Polsce, a także dość wysoka cena sięgająca obecnie 70 euro. Swój kubek kupiłam w promocji i jest to starsza wersja (napis na pokrywce jest czarny, a silikon na uchwycie szary, nowsze garnki mają czerwone napisy i silikon.) Choć produkty Evernew pojawiają się czasem w polskich sklepach tego prostego, uniwersalnego garnka nigdzie nie udało mi się znaleźć.

środa, 1 czerwca 2016

Szlak Orlich Gniazd

Szlak Orlich Gniazd krążył mi po głowie od dawna, ale dopiero kiedy Paweł znany pod nickiem PRS rzucił info o planowanym przejściu zapadła decyzja o przyłączeniu się i pokonaniu szlaku w czasie długiego weekendu około Bożego Ciała. Umówiliśmy się w środę późnym popołudniem na dworcu kolejowym w Częstochowie. PKP oczywiście miało poślizg, a prosto na nas szły czarne chmury... Na rynku oficjalne rozpoczęcie wędrówki przy jednej z trzech czerwonych kropek w okolicy (dwie pozostałe są na wierzbach, jedna dotyczy Szlaku Jury Wieluńskiej).
 
 
 
 
 
Zawinęliśmy po drodze do Biedronki, gdzie dopadła nas pierwsza burza z ulewą. Przeczekaliśmy pod zadaszeniem i koniec końców ruszyliśmy po 20. Kiedy chmury się trochę rozeszły było widać zachód słońca, a potem dość prędko zrobiło się ciemno. Zgubiliśmy szlak, ale dobiliśmy do niego kierując się na zakład przemysłowy. Tam zrobiło się już całkiem ciemno i musieliśmy wyciągnąć lampki. Las nocą ma swój niezaprzeczalny urok, szczególnie kiedy słyszy się zbliżającą się burzę :-). Raz zapędziliśmy się za daleko i musieliśmy wracać, a potem szybko przebierać nogami by wyjść z lasu przed Klusiętami. Na końcu wsi lunęło - ale jak! 100 metrów przed nami była wiata przystankowa, nie zauważyliśmy jej tak gęsty był deszcz, gdybyśmy o niej wiedzieli z pewnością zrobilibyśmy sprint. Przeczekaliśmy burzę i już w drobnym deszczu, nieco zziębnięci ruszyliśmy dalej. Była już północ. Pozostał nam do przejścia jedynie asfalt, a po godzinie byliśmy w centrum Olsztyna. Na rynku perspektywy noclegowe były marne, więc udaliśmy się w kierunku zamku, jednak po drodze zdybaliśmy otwarty bar, gdzie poprosiliśmy o możliwość noclegu w ogródku piwnym. Choć całą noc (tzn. jej resztę) świeciły lampy spało się dość dobrze.
 
 
 
 
Gęste chmury zasłaniały niebo i było raczej chłodno kiedy narzuciliśmy plecaki i udaliśmy się zwiedzać olsztyńską warownię. Była imponująca, w stanie dzikim, który mnie osobiście bardzo się podoba, i można było wszędzie swobodnie krążyć. Z murów był piękny widok na okolicę.
 
 
 
 
 
Zwiedzanie zajęło nam trochę czasu i ostatecznie ruszyliśmy grubo po 9. Było trochę ładnego lasu, sosnowego jak i bukowego, który był objęty ochroną. We wsi (chyba były to Zrębice) odbywały się właśnie uroczystości święta Bożego Ciała.
 
 
 
 
W kolejnej połaci lasu dogonił nas Piotr, jak się okazało także forumowicz NGT. Szliśmy razem do Potoku Złotego, spożywając po drodze drugie śniadanie przy sklepie. Kolega był szybki, a miał w planie długi dystans i potem ruszył w swoją stronę. Zwiedziliśmy Ostrężnik (skała i jaskinia, nie udało nam się dociec co się stało z zamkiem), a potem będąc już trochę zmęczeni dobiliśmy do sklepu w Trzebniowie. Stopy Pawła błagały o litość...
 
 
 
 
 
Kolejny zamek na szlaku znajdował się w Mirowie. Coś się działo przy murach, u podnóża postępowała jakaś budowa, więc obawiam się, że mój dotychczas ulubiony zamek podzieli los zamku w Bobolicach, który po "renowacji" stał się turystycznym obiektem w stylu pałacu z bajki. Do Bobolic dotarliśmy grzędą, z której chyba niedawno usunięto chaszcze.
 
 
 
 
Pod zamkiem pożegnałam Pawła - miałam już dosyć i nie chciałam się zamęczyć ani iść nocą, Paweł jednak musiał naciągać nogi żeby skończyć szlak do niedzieli wieczorem. Przeszłam jeszcze przez wieś i rozbiłam namiot w dość rozległym i widnym sosnowym lesie. Spało mi się dobrze, tylko szczekanie wiejskich psów mi przeszkadzało.
 
 
Zwinęłam się do 8:30 i  znów byłam na szlaku - przyjemne uczucie! W najbliższych zabudowaniach za lasem (Zdów) zaopatrzyłam się w wodę, po czym udałam się na Górę Zborów. Kolekcja wapiennych skał była imponująca, a do tego jeszcze całkiem przyjemna jaskinia. Miejsce, w które można będzie wrócić.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Dalej był długi i przyjemny fragment lasu z przerwą na zamku w Morsku (nieudostępniony, ale uroczy). W hotelu nabrałam wody i znów weszłam w las, z początku szlak prowadził asfaltem, ale później znów leśnymi dróżkami. Zaskoczyła mnie ilość lasu na Szlaku Orlich Gniazd, nie spodziewałam się, że będzie taki zielony. Po jakimś czasie zobaczyłam okazałą skałę z otworem w górnej części - Okiennik Wielki. Trzeba było odbić trochę od szlaku, ale widok był świetny i jeszcze rozrywka, bo po skale pełzali wspinacze. Zrobiłam sobie dłuższy postój, bo dalej był długi odcinek asfaltowy przez Żerkowice.
 
 
 
 
 
 
Z pagórków w rejonie Górki roztaczał się rozległy widok, który trochę przypominał mi Pogórze Kaczawskie. Jeszcze kawałek lasu i Karlin, gdzie spotkałam młodzieżową pielgrzymkę, zapewne zdążającą do Częstochowy.
 
 
 
W następnym lesie znów dłuższa przerwa, bo upał i męcząco, a za chwilę jeszcze brnięcie w głębokim piachu aż do Ogrodzieńca. To chyba najbardziej znany zamek spośród jurajskich warowni. Dużo się wokół niego zmieniło od mojej ostatniej wizyty kilkanaście lat temu. U stóp zamku wyrósł park linowy i cała masa innych tego typu atrakcji. Wyglądało to paskudnie. Żeby podziwiać okazałą budowlę usadowiłam się na jej tyłach.
 
 
 
 
 
Zaraz za zamkiem, w bukowym lesie, znajdował się kompleks wysokich skał ze stromymi ścianami. Szlak fajnie się między nimi przecisnął i wydostał na drugą stronę wzgórza - łagodnie schodzącego lasem do miejscowości Kocikowa. W którymś z gospodarstw poprosiłam o wodę i miałam już zamiar biwakować, ale las który sobie upatrzyłam okazał się wyjątkowo nieprzyjemnymi chaszczami, wobec tego pomaszerowałam dalej do Pilicy.
 
 
 
 
Tuż przed Pilicą zajrzałam do pałacu skrytego za murami czegoś w rodzaju fortu (ponoć dobudowanego w okresie wojen napoleońskich). Przez tą bardzo piękną wieś zmuszona późną porą przeszłam szybko, obiecując sobie kiedyś tam wrócić. Przysiadłam na chwilę pod zakładem Mlekovita, bo nogi miały już dość. Ostatnim wysiłkiem doszłam na Górę Bukową, tam znalazłam widniejszy kawałek lasu i rozbiłam w nim swój namiot. Ledwo to uczyniłam ściemniło się, a kiedy zasunęłam tropik i weszłam do śpiwora zaczęło padać. Podobno padało więcej, ale nie słyszałam, śpiąc twardo.
 
 
 
 
 
 
Już po tym jak rozbiłam swój obóz dostałam wiadomość od Pawła, z której dowiedziałam się, że kolega nocował zaledwie 1,5 km ode mnie, pod wiatą przy zamku w Smoleniu. Rano dotarłam tam po 20 minutach i ponownie się spotkaliśmy. Zwiedziłam zamek, którego charakter bardzo mi się podobał, podobnie jak widok z wieży, a potem ruszyliśmy znów razem w kierunku Bydlina, gdzie miał czekać drugi kolega o tym samym imieniu - Paweł. Stopy i inne czworogłowe nie dawały nam spokoju... Byliśmy zaskoczeni ilością nowych, dużych wiat na tym odcinku szlaku - były one zrobione dla rowerzystów, bo szlak pieszy przebiega w dużej mierze wspólnie ze szlakiem rowerowym. Idealne na nocleg. Podobało mi się zwłaszcza pod Jaskinią Biśnik, wiata była tuż koło kompleksu jaskiń zamieszkiwanych niegdyś przez Neandertalczyków, a nawet Homo Erectusa (tutaj można poczytać o badaniach). Wejścia do jaskini są trzy i wszystkie za kratami.
 
 
 
 
 
 
 
 
Choć musiałam po dordze wracać po zgubioną mapę do Bydlina w końcu dotarliśmy. Paweł pierwszy skierował się do sklepu, a ja z Pawłem drugim zostaliśmy pod wiatą i spędziliśmy tam trochę czasu, bo właśnie lunęło. Po burzy było bardzo duszno i wilgotno, wszystko parowało. Po drodze była wydma i straszny gorąc, więc w Golczowicach zasiedliśmy na chłodny popas.
 
 
 
 
 
Do zamku w Rabsztynie długo wędrowaliśmy lasem, a na zamku znowu przerwa. Poniżej był także niewielki skansen-muzeum w starej chałupie. Dalej znowu las i wielkie kluczenie za węzłem komunikacyjnym - przybyło tam kilka ładnych kilometrów w stosunku do tego ile ma ich oficjalnie liczyć Szlak Orlich Gniazd.
 
 
 
 
Dochodziła 20 kiedy szlak doprowadził nas do muru jakiegoś zakładu, mur obeszliśmy chcąc poprosić gdzieś o wodę aż zaszliśmy do Olewina, dzielnicy Olkusza. Pani, którą zagadnęliśmy zaprosiła nas na nocleg na trawniku, więc nie wahaliśmy się długo :-)
 
 
Po śniadaniu na trawie wróciliśmy do leśnego szlaku, z którego potem wydostaliśmy się na łąki i pola. Z pagórków była rozległa panorama, którą uwieczniliśmy na wielu zdjęciach. Towarzyszył nam charakterystyczny wiejski krajobraz: pasiaste pola, białe chmurki, majowa zieleń. I tak aż do Sułoszowej.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Sklep spożywczy we wsi był otwarty, nie było niestety ławeczki, więc zakupy spożyliśmy na betonie, bo z baru nas wyrzucono. Przerwa nie trwała długo - pociągnęliśmy asfaltem do Ojcowa. Po drodze taki oto ładny budynek, co do jego wieku nie mogliśmy się dogadać.
 
 
 
Gorący dzień sprawił, że na zamku w Pieskowej Skale znów potrzebowaliśmy dłuższego odpoczynku. Zamek został właśnie odnowiony i aż kłuł w oczy bielą murów. Maczugę Herkulesa obejrzeliśmy tylko z daleka.
 
 
 
Dalej szlak prowadził przez cienisty las i chwilami pola. Zaliczył jeszcze kościół na Grodzisku i samotnię bł. Salomei, po czym dobił do asfaltu, ale jeszcze z niego odbijał na okoliczne pagórki. Goniła nas burza i z ulgą zasiedliśmy w pierwszym zajeździe w Ojcowie. Zafundowaliśmy sobie tradycyjne schabowe z frytkami :-)
 
 
 
 
Grzmiało, ale burza nie nadchodziła, więc poszliśmy dalej, niewiele jednak uszliśmy kiedy lunął deszcz. Przeczekaliśmy go w bramie ojcowskiego zamku, zastanawiając się gdzie by tu przenocować, mieliśmy jednak jeszcze trochę czasu, więc kiedy opad ustał ruszyliśmy w oparach mgły.
 
 
 
Po drodze była znakomita przestronna jaskinia z ławką, w której nie zawahałabym się przenocować, gdyby nie była tak blisko drogi. Minęliśmy Bramę Krakowską wędrując malowniczą, lecz zanadto ucywilizowaną Doliną Prądnika. Przy jej końcu zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Nie uśmiechało nam się biwakować na trawie po deszczu, szczególnie w parku narodowym. Niestety wiata polecona przez PRS-a była za zamkniętym płotem z napisem "Solid Security", szukaliśmy więc dalej. Wszyscy rozjeżdżali się już do domów po weekendzie, więc nie udało nam się przenocować przy ludziach i wylądowaliśmy w agroturystyce. Trzeba było odbić na skrzyżowaniu z niebieskim szlakiem w lewo. Miejsc nie było, ale wybłagaliśmy pokój w domu. Ciepłą wodę dostaliśmy w garnku...
 
 
 
 
 
Do końca szlaku zostało nam niewiele, bo tylko 12 km, ale zgodnie stwierdziliśmy, że nie dalibyśmy rady przejść tego odcinka poprzedniego dnia. Wypoczęci znieśliśmy jakoś ciągnący się w nieskończoność asfalt, przerywany bitymi drogami żwirowo-piaskowymi (przerwa na lody przy sklepie w Giebułtowie). Tylko drogi do Santiago ciągle przybywało... A na horyzoncie pojawił się Kraków.
 
 
 
 
 
 
Okolica z wiejskiej (urocze rządki różnych odmian sałaty) przeistoczyła się w okamgnieniu w podmiejską, aż wreszcie i ta ustąpiła wieżowcom. Prawie jak w Auckland!
 
 
 
 
 
 
Nie mogliśmy się doczekać końca i na każdym słupie wyglądaliśmy czerwonej kropki, aż wreszcie tryumfalnym okrzykiem obwieściłam zakończenie wędrówki. Przyklepałam kropkę i nadszedł czas na pamiątkowe fotografie. Szlak Orlich Gniazd zdobyty!
 
 
 
 
 
Szlak całkowicie zmienił mój pogląd na polski outdoor - jeszcze nigdy nie widziałam na raz tylu ludzi z plecakami :-). Jak to zwykle bywa w niegórskiej części naszego kraju wędrowcom doskwiera nadmiar asfaltu. Pogoda była gorąca i burzowa, pot się lał, na szczęście większych przewyższeń nie ma, tylko łagodne pagórki, co bardzo cieszyło mnie i moje kolana. Krajobrazowo najbardziej podobało mi się od Olsztyna do Bydlina, potem już było mało atrakcji - skał, jaskiń i zamków. Plecak oczywiście jak najlżejszy, miałam z 5kg bazowo wliczając gaz i na początku 1,8 kg prowiantu. W wodę trzeba się zaopatrywać w gospodarstwach i sklepach (są dość liczne), na szlaku nie ma źródeł, jest tylko kilka niezbyt pitnych strumyków. Nosiłam 0,7 - 1,5l. Dystanse dzienne były dość długie, powiedziałabym że zbyt długie, ale łatwo się szło, więc w ciągu dnia dało się nabić wiele kilometrów. Skóra mi niestety zdelikatniała i kiedy pomimo stuptutów (radzę zabrać obowiązkowo) w głębokim piachu i pyle dostawało się trochę tego do skarpetek, skutkowało to drobnymi otarciami. Pomimo stałego zestawu skarpet z linerami dorobiłam się pierwszego od roku pęcherza, co oczywiście nie wpłynęło korzystnie na komfort wędrówki.
 
Ile kilometrów naprawdę liczy szlak nie wiadomo - 164 a może 175, bo i tak wskazywała jedna z tablic. Przebieg szlaku na mapach, zarówno mojej 20-letniej jak i nowej nie zgadzał się z tym w rzeczywistości, zwłaszcza w okolicach Rabsztyna i Olkusza kilometrów z pewnością przybyło, bo kluczyliśmy wciąż w lesie zamiast iść prosto.
 
Oficjalnie (za Wikipedią w wersji 163,9 km) moja wędrówka wyglądała tak:
Dzień 1: Częstochowa - Zamek w Olsztynie 16 km 5h
Dzień 2: Zamek w Olsztynie - las za Bobolicami 32,8 km 11h
Dzień 3: las za Bobolicami - Góra Bukowa 37,4 km 12h
Dzień 4: Góra Bukowa - Olewin 33,5 km 11h (tutaj było na pewno kilka km więcej)
Dzień 5: Olewin - Prądnik Korzkiewski 31,4 km 11,5h
Dzień 6: Prądnik Korzkiewski - Kraków 12,6 km 3,5h
 
Z opóźnieniem, ale jednak, dołączam także link do filmu z wycieczki: