niedziela, 9 grudnia 2018

Test: Kwark Koszulka Pustynna

W 2018 roku po raz pierwszy miałam wędrować przez pustynię - szlak Continental Divide Trail rozpoczyna się na Pustyni Chihuahua i biegnie przez odosobnione pustynne i półpustynne masywy górskie rozsiane na obszarze stanu Nowy Meksyk. Dalej na północ prowadzi górskim grzbietem sięgającym powyżej 4000 m n.p.m., często zaśnieżonym, a więc tam również miałam mieć do czynienia z silnym promieniowaniem słońca.

Pustynia stanowiła przed wyjazdem największą zagadkę. Miałam przeczucie, że jej nie polubię, wiedziałam jednak, że będę musiała się z nią zmierzyć. Przypuszczałam, że żaden parasol nie będzie mi potrzebny, wystarczy duża jedwabna chustka, daszek, okulary przeciwsłoneczne, rękawiczki rowerowe, krem z filtrem na pierwszych kilka dni (bo nie wyrzekłabym się za nic krótkich spodenek) i wreszcie biała koszulka z długim rękawem - Pustynna, którą firma Kwark zaoferowała mi do przetestowania.


Pierwotnie rozważałam zakup jakiejś rozpinanej koszuli, tak modnej wśród długodystansowców. Koszule jednak są grube, mało przewiewne, a przede wszystkim źle na mnie leżą. Chciałam czegoś miłego w dotyku i cienkiego. Koszulki Icebreakera z krótkim rękawem, której z takim zadowoleniem używałam w Nowej Zelandii i w Appalachach nie produkują w wersji z długim rękawem. Propozycję testu Pustynnej przyjęłam z radością - to był strzał w dziesiątkę.


Dane techniczne i opis producenta

Cieniutka, bardzo lekka, przewiewna i świetnie chroniąca przed słońcem koszulka na upał. Jest bardzo elastyczna- jak inne rodzaje PowerDry wciąga pot i odsuwa go od ciała, nie śmierdzi, szybko schnie i łatwo się pierze. Przeznaczona do ochrony przed UV przy wszystkich rodzajach aktywności, bieganiu, wędrówce, jeździe na rowerze, kajakach.

Skład: 89% poliester 11% spandex
Kolor: biały
Rozmiar: M (ze skróconymi rękawami)
Waga: 96 g
Wyprodukowano w Szczecinie :-)


Warunki użytkowania

W trakcie przejścia CDT Pustynna była przez cały czas podstawą mojego ubioru. Zależało mi na tym, żeby w trakcie wyprawy nie zmieniać zbyt wielu elementów ekwipunku i ograniczyć w ten sposób ilość bagażu, także tego przebywającego w mojej wędrującej paczce pocztowej. Miałam tam koszulkę Icebreakera na wypadek konieczności wymiany, ale założyłam ją dopiero w Kanadzie.
 
Przede wszystkim chciałam zadbać o możliwie najlepszą ochronę przed przegrzaniem się, o ochronę przed wychłodzeniem martwiłam się nieco mniej, należę bowiem do osób, którym w czasie wysiłku nigdy nie jest zimno, za to umierają z gorąca kiedy na zewnątrz jest powyżej 10 stopni Celsjusza. Postanowiłam więc, że Pustynna wystarczy jako podstawa na całą wyprawę, a jako warstwa termiczna w trakcie wędrówki będzie mi służyła bluza z Polartec Powerstrech. Zestaw sprawdził się doskonale.
 
Warunki pogodowe trafiały się różne, przeważnie było jednak gorąco i sucho, do 38 stopni Celsjusza w cieniu,  a zatem ponad 40 stopni w słońcu. Jedynie wysoko w górach Colorado oraz na północy Montany było zimno (lekki mróz). Bardzo mało padało, dni ze znaczniejszymi opadami było tylko 9.






Materiał

Pustynna jest wykonana z bardzo cienkiej i elastycznej odmiany Polartec Power Dry. Materiał ma fakturę drobnej kratki z mikroskopijnymi dziurkami, które mają wspomagać oddychalność. Jest miękki i miły w dotyku, nie jest śliski i nie robi wrażenia "plastikowego" jak niektóre materiały syntetyczne. Skład to 89% poliester i 11% spandex, zwany inaczej lycrą lub elastanem.

Materiał jest na tyle gęsty, że prawie całkowicie blokuje promienie słoneczne, które odbijają się od bieli. Przenika tylko odrobina, możliwe że przez dziurki. Różnica między opalenizną a skórą pod koszulką jest ogromna.



Krój i wygoda

Pustynna ma bardzo prosty krój. Materiał jest elastyczny i zadziwiająco dobrze dopasowuje się do sylwetki. Jest to model uniseks, nie ma żadnych specjalnych profilowań. Koszulka jest dość obszerna i nie przylega do ciała - tak być właśnie powinno w przypadku ubrań na pustynię, bo mają one przede wszystkim osłaniać przez słońcem, a skórze pozwolić odparowywać, zamiast odprowadzać cały pot. Dzięki temu, że koszulka powiewa na wietrze oraz jest bardzo cienka i przewiewna, mechanizm chłodzenia organizmu poprzez pocenie się może działać. Inaczej jest w przypadku ubrań przeznaczonych na niskie temperatury - te mają odprowadzać pot i szybko schnąć, tak żeby parująca wilgoć nie zdołała schłodzić naszego ciała.
 
 
Według tabeli rozmiar M jest na mnie za duży aż o 10 cm we wszystkich wymiarach, wcale jednak tak tego nie odczuwałam. Przy zakupie Pustynnej pamiętajcie żeby nie wybierać zbyt dopasowanego rozmiaru, ze względu na właściwości chłodzące.
 
 
Przy szyi jest dość szeroka lamówka. W tym miejscu koszulka zachodzi na szyję - to zrozumiałe, kiedy chcemy żeby osłaniała jak najwięcej. Metka nigdy mnie nie drapała i nie chciało mi się jej wyciąć.
 
 
Pustynna jest bardzo wygodna, nie krępuje ruchów i prawie jej nie czuć, tak jest lekka. Szwy są płaskie i poprowadzone w zwykłych miejscach. Można byłoby je trochę przesunąć, bo użyte nici są bardzo mocne, ale i bardzo sztywne. Na samym początku wędrówki miałam dwa drobne obtarcia od szwów. Zakleiłam je plastrem, a potem już nigdy mi to nie przeszkadzało.
 
 
Tak naprawdę jedyne mankamenty Pustynnej dotyczą jednak właśnie kroju. Faktem jest, że testowany model to uniseks, więc powinien także pasować na panów o muskularnej budowie ciała. Tym można byłoby może wytłumaczyć obszerny wykrój rękawów, które zwisają pod pachami. Nawet kiedy była nowa, marszczyła się w miejscu zetknięcia z szelkami plecaka. Osobiście lubię, kiedy koszulka bardziej przylega pod pachami i może pochłaniać wilgoć, chroniąc w ten sposób przed odparzeniami.

Kwark wprowadził zmiany w kroju Pustynnej i, jak się dowiedziałam, krój rękawów został zmieniony.


Drugi element, w którym jest nadmiar materiału to tył. Został on przedłużony, nie wiem dlaczego. Ze względów estetycznych wyrównałabym tył, tak żeby miał taką samą długość jak przód. W przypadku ubrania na pustynię nie ma mowy o potrzebie polepszenia termiki, bo tutaj im mniej izolacji tym lepiej. Przedłużony tył okazał się mieć wręcz odwrotny skutek, bo kiedy robiło się zimno i czasem koszulka była mokra, zwisający tył magazynował wilgoć i najwolniej ze wszystkich miejsc schnął. Kiedy koszulka wyciągnęła się zaczął nawet zwisać poniżej plecaka, a w czasie przerw na drugie śniadanie siadałam na nim. Było to irytujące.

W nowej wersji Pustynnej na szczęście nie ma już przedłużonego tyłu, więc problem zniknął.
 
Zdjęcie poniżej jest kiepskiej jakości (klatka wycięta z filmu), ale widać właśnie skalę zjawiska.



Termika i oddychalność

To właśnie te cechy były decydujące przy wyborze Pustynnej. Tak jak wspominałam, należę do osób, którym zawsze jest w ruchu gorąco, cóż dopiero na pustyni, dlatego niezwykle cienka Pustynna okazała się tak cennym nabytkiem.
 
Włókna materiałów syntetycznych nie pochłaniają wody (potu), dlatego ubrania z nich uszyte często powodują efekt sauny. Zwykle nie noszę ich jako pierwszej warstwy na gołą skórę, z tego właśnie powodu. Power Dry jest jednak inny, jego nitki są tak drobne, że wilgoć wsiąka pomiędzy nie i szybko odparowuje, w czym pomaga dziurkowana struktura. Choć Power Dry jest plastikowy, nie powoduje nieprzyjemnego odczucia.
 
Jedynym nieprzyjemnym zjawiskiem jest zakładanie wilgotnej koszulki - jeśli wieczorem pot nie zdążył wyschnąć rano jest zimny kompres. Zjawisko to dotyczy wszystkich syntetyków, a także w pewnym stopniu, choć nie tak dużym, ubrań z naturalnych materiałów.
 
Pustynna jest bardzo przewiewna, więc do skóry docierały powiewy wiatru. Na pustyni było to zbawieniem.
 
Grubość tej odmiany Power Dry jest tak niewielka że nie można właściwie mówić o tym, że grzeje, a jednak z powodzeniem nosiłam Pustynną w temperaturach około 10 stopni Celsjusza, dopiero poniżej tej wartości dokładając bluzę z Power Strechu.
 
Jestem wielbicielką koszulek z krótkim rękawem, ale tym razem nie miałam wyjścia, bo mam jasną skórę i chciałam uniknąć poparzeń. Obawiałam się, że będą mi przeszkadzać długie rękawy, ale wcale tak nie było. One także chroniły przed przegrzaniem, przepuszczały powiewy wiatru. Rękawy podwijałam sporadycznie, dopiero na samej północy. Materiał jest na tyle elastyczny, że rękawy można podwinąć na dowolną długość i nie zjeżdżają.
 
Power Dry, z którego uszyta jest Pustynna nie posiada wykończenia DWR ani włosków (włókien) jak np. wełna, dlatego woda nie perli się na jego powierzchni, tylko od razu wziąka w materiał. Na deszczu Pustynna przemaka błyskawicznie, dlatego mając ją na sobie, nie należy nigdy zwlekać z założeniem kurtki przeciwdeszczowej.


Smrodliwość, pranie i schnięcie

Choć Pustynną miałam na sobie każdego dnia wędrówki (było ich w sumie 128) nie odnotowałam nadmiernego łapania zapachów. Po materiale syntetycznym spodziewałam się, że po kilku dniach będzie śmierdział, ale bywał tylko nieświeży, mniej lub bardziej. Bez prania nosiłam ją zwykle 7 - 14 dni. Z pewnością dużą rolę odgrywał tu suchy klimat, bo bakterie rozwijają się w środowisku wilgotnym, a Pustynna bardzo szybko wysychała i tylko pod pasem biodrowym i na plecach bywała wilgotna. Miejscami, które najbardziej łapały nieświeży zapach był przedłużony tył, a także ramiona pod szelkami plecaka.
 
Pranie wykonywałam jak zwykle rzadko, nie mając do tego zbyt wielu okazji. Kilka razy będąc u kogoś w gościnie prałam ubrania w pralce, zwykle jednak robiłam to pod prysznicem w ramach oszczędności czasu i pieniędzy. Pranie pod prysznicem jest zresztą bardzo efektywne, tym bardziej im dłuższy jest prysznic...


W czasie najgorszych upałów, jeżeli tylko miałam okazję, Pustynną płukałam w górskich strumieniach bez użycia detergentów, tak żeby spłukać pył i sól z potu. Najczęściej robiłam to w ciągu dnia, zakładając mokrą koszulkę dla ochłody, na pustyni także wieczorem. Schła w tempie ekspresowym. Założona w gorący dzień nie potrzebowała pewnie więcej niż pół godziny, nocą na Pustyni także wysychała wywieszona.
 
 


Zużycie i wytrzymałość

Zmiana koloru była naturalną konsekwencją używania koszulki. Pustynna stopniowo nabierała koloru pustyni. Biała była zaledwie jeden dzień, po kilku następnych zaczęła przypominać całun turyński. Odbiły się na niej ciemne ślady moich pleców, ramion i bioder. Pył przynosił wiatr pędzący po pustyni, wcierałam go też na każdym postoju, często kładąc się na ziemi. Pranie oczywiście trochę pomagało, ale biel nigdy nie wróciła. Raz w Colorado wyprałam Pustynną w pralce z użyciem jakiegoś wyjątkowo silnego detergentu i wtedy była jaśniejsza niż zwykle, później już nigdy mi się to nie udało. Zmiany koloru nie odbieram jako wielkiego problemu, ponieważ po prostu niemożliwym jest aby ubranie noszone w takich warunkach zachowało biel. Nie wydaje mi się też żeby miało to znaczący wpływ na zdolność odbijania światła.


Zjawiskiem zaobserwowanym już wcześniej przez innych testerów jest trwałe rozciąganie się materiału. Następowało ono stopniowo, ale już od samego początku. Po miesiącu było już to wyraźnie widać. Nie wydaje mi się, żeby miało to jakikolwiek związek z praniem, bo koszulkę prałam rzadko. Myślę, że powiększyła się o dwa rozmiary (naturalnie w tym samym czasie moja osoba zmniejszyła się o jeden). Rozciągnięcie materiału nastąpiło zarówno wzdłuż, jak i wszerz. Rękawy, które zostały dla mnie skrócone ponownie zrobiły się za długie, a przedłużony tył zwisał jak potencjalna turniura.
 
 
Jeżeli chodzi o wytrzymałość mechaniczną jest bardzo dobrze. Dopiero po pokonaniu 2000 km zauważyłam pierwsze oznaki zużycia. Najpierw pojawiła się dziura na plecach, było to przetarcie na wysokości zapięcia biustonosza, które zdarza się we wszystkich moich koszulkach. Zdarza się jednak zazwyczaj o wiele wcześniej - w przypadku materiałów naturalnych jak wełna merino nawet już po kilkuset kilometrach. Materiał syntetyczny, nawet tak cienki, jest więc o wiele bardziej wytrzymały.
 
Nie spodziewałam się aż takiej wytrzymałości, bo dotąd na jeden długi dystans zużywałam po dwie koszulki, a jednak Pustynna wystarczyła na cały, nawet tak długi thru-hike jak Continental Divide Trail.
 
Oczywiście nie znaczy to, że po pokonaniu 4717 km nie było widać zużycia. Dziur było mnóstwo, niektóre z nich były ogromne, ale nie przejmowałam się tym, wręcz przeciwnie, nosiłam je z dumą, bo były świadectwem mojego wysiłku. Nie wymieniam ubrań natychmiast kiedy pojawią się uszkodzenia, czekam aż rzecz całkiem się rozpadnie.
 
 
 
Dziury pojawiły się głównie na plecach, wszędzie tam gdzie materiał tarł o plecak, na środku, na styku z pasem biodrowym i na łopatkach, a także pod szelkami. Z przodu na skutek kontaktu z kolczastą rośliną powstało tylko jedno małe zaciągnięcie z fragmentem wysnutej nitki.
 
Rzepy, które mam w stabilizatorach na kolanach i workach wodoszczelnych wyciągnęły nitki z nici w szwach, ale nie uszkodziły samego materiału.





Podsumowanie

Pustynna w najpraktyczniejszym na pustyni białym kolorze co dzień ratowała mnie od przegrzania. Okazała się wystarczająco wytrzymała żeby można ją było zabrać na długi trekking. Bardzo ją polubiłam i  chętnie zaopatrzę się w Pustynną ponownie, zwłaszcza że zmiany w kroju już zostały wprowadzone (usunięcie przedłużonego tyłu, inny krój rękawów).
 
Będzie odpowiednia nie tylko dla wędrowców wybierających się na pustynię, ale także dla osób wybierających się w wysokie góry i wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z bardzo intensywnym promieniowaniem słonecznym. W dostępnym również kolorze ciemnoszarym nada się do wszelkich podróży i wędrówek w miejscach bardziej cienistych.
 
Przy zakupie Pustynnej pamiętajcie jednocześnie o tym żeby nie wybrać zbyt dopasowanego rozmiaru, a z drugiej o tym, że koszulka z czasem się rozciągnie.

niedziela, 2 grudnia 2018

Sudety: Szlak zielony Szklarska Poręba - Wałbrzych

Znakowany kolorem zielonym szlak ze Szlarskiej Poręby do Wałbrzycha jest piątym co do długości szlakiem polskich Sudetów (jedenastym w polskich górach). Prowadzi skrajem Karkonoszy, przez Rudawy Janowickie, Góry Kamienne i Góry Wałbrzyskie, rejony, których nigdy wcześniej nie odwiedzałam. Miałam go na oku od dawna, a pod koniec października nadarzyła się okazja jego przejścia, z racji odbywającego się właśnie przy tym szlaku zlotu forum sprzętowego NGT.pl.

Ilekroć wybieram się w góry, zapowiadają nagłe pogorszenie pogody. To prawdziwe fatum. Tam gdzie się pojawiam zrywa się wicher, z nieba walą gromy, a podtopienia nie dotyczą jedynie mojego namiotu. Nie inaczej było tym razem, kiedy wybrałam się na pierwszą dłuższą wędrówkę po powrocie do Polski. Cóż zrobić? Wpakowałam się mimo wszystko do pociągu i z przesiadką we Wrocławiu dotarłam po południu do Szklarskiej Poręby.



Po chwili wędrówki szlakiem czerwonym znalazłam się na skrzyżowaniu, gdzie wypatrzyłam okazały rzeźbiony w "góralskim" stylu słup ze szlakowskazami. Początkowej kropki nigdzie nie widziałam, uznałam więc że to tabliczka z zielonym paskiem jest punktem startowym szlaku.






Kiedy opuszczałam Szklarską Porębę było już po 17 i w lesie zaczynało mrocznieć. Szlak był widać uczęszczany, bo ścieżka szeroka i wydeptana, a liście odgarnięte na bok. Płomienne barwy buków świadczyły o kulminacyjnym punkcie jesieni. Od razu zaczęły się skałki, tak rzadko spotykane w Beskidach, a tak częste w Sudetach, zupełnie jak w Appalachach, z którymi Sudety mają wiele wspólnego.




Szlak zielony prowadzi krawędzią Karkonoskiego Parku Narodowego. Karkonosze nie kończą się na głównym grzbiecie, mają jeszcze mniejszy grzbiet wysunięty ku północy. Ogranicza go rzeka Kamienna, wzdłuż której właśnie szłam, słuchając miłego szumu.



Odbiłam na chwilę od zielonego szlaku żeby zobaczyć Wodospad Szklarki - nie przypuszczałam żebym w najbliższym czasie miała być w tej okolicy ponownie, więc nie odpuściłam atrakcji. Mimo późnej pory było tam jeszcze wielu spacerowiczów.




Jeszcze chwilę szłam wzdłuż rzeki, a potem pięłam się pod górę aż do Michałowic, gdzie było już kompletnie ciemno, ale we wsi świeciły latarnie. Tu znów odbiłam z zielonego szlaku by znaleźć się w tętniącym życiem i bardzo tego wieczoru gwarnym Szkolnym Schroniskiem Złoty Widok, gdzie właśnie odbywał się zlot NGT-u. Bawiliśmy się doskonale, były pokazy slajdów i gra na gitarze, śpiewaliśmy do 3 nad ranem... A potem trzeba było wstać :-)




9:30 to dość późna pora na rozpoczęcie wędrówki w końcu października, ale tragedii nie było, zważywszy wydarzenia poprzedniego wieczoru :-) Ranek był chłodny i mglisty.



Popędziłam leśną ścieżką, szczęśliwa że znów mam przed sobą wiele kilometrów. Widok meandrującej ścieżynki był wręcz hipnotyzujący. Oby ciągnęła się jak najdłużej!




Szlak był tak zachwycająco dobrze oznakowany, że nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Oczywiście do czasu...



Dałam nura w dolinę Wrzosówki, przeskoczyłam asfalt i znowu w górę. Na szczęście póki co podejścia nie były forsowne.








Wokół mnie pojawiało się coraz więcej niedzielnych turystów, zastanawiałam się: co też tu może być? Po lewej miałam wysoką ścianę skalną, spodziewałam się na niej wspinaczy, ale nie widziałam żadnych zwisających lin. Aż tu patrzę, skrzyżowanie, schodki, myślę sobie - sprawdzę, zobaczę skałę z bliska. Po paru krokach mnie olśniło - na skale jest przecież zamek Chojnik, ten sam, który widziałam z okna pociągu. Nadarzyła się zatem okazja obejrzenia zamku. Tak to jest, jak się nie sprawdza przed startem gdzie się będzie szło, zawsze pełno niespodzianek.


Tym razem podejście było naprawdę strome, zasapałam się na niezliczonych stopniach. Między skałami zmyślnie wpasowano kawałek muru z kamieni z bramą. Ścieżka okrążała zamek, więc obeszłam go prawie dookoła (da się całkiem dookoła, ale drogę zagradzała barierka, więc zawróciłam). Wstęp na zamek tylko z biletami, a gdybym nabyła bilet pewnie siedziałabym tam z godzinę co najmniej, poprzestałam więc na chwili spoczynku na murach i z widokiem na góry zjadłam energetycznego batona.






Zeszłam tą samą drogą i wróciłam na zielony szlak. Długa prawie-prosta doprowadziła mnie do Przełęczy Różyckiego, a dalej szłam obrzeżami Zachełmia.



Ciekawostką na rozstaju dróg była skała z wyerodowanym zagłębieniem w kształcie ludzkiej postaci. Tablica informacyjna głosiła, że na kamieniu widoczne są też znaki pozostawione przez walońskich poszukiwaczy cennych kruszców, którzy byli w tej dziedzinie specjalistami w dawnych wiekach i licznie nawiedzali Sudety. Dlatego skała nazywa się "Kamień Waloński".


Następny odcinek obfitował w kolejne atrakcje. Pierwszą z nich był Wodospad Podgórnej, miał piękne kaskady i baseniki z czystą wodą, wydrążone przez wodę - tzw. kotły eworsyjne.





Kolejna strzałka wskazywała "Kaskadę Myi", ta nazwa już mi się kiedyś obiła o uszy, więc i tam zajrzałam. Po kilku minutach moim oczom ukazał się malutki wodospad, struga wody spływająca ze skały. Ładne miejsce, cieniste, pełne omszałych głazów. Z pewnością przyjemnie byłoby posiedzieć tam w czasie letnich upałów.



Tymczasem zrobiło się zupełnie ciepło i zupełnie dobrze wędrowało mi się drogami aż do Karpacza. Po drodze było mnóstwo poniemieckiej architektury, całkiem dobrze zachowanej. Podobały mi się zwłaszcza łupkowe dachówki i płytki, nie widziałam jeszcze czegoś takiego.





Główną atrakcją architektoniczną miał być jednak zabytkowy kościół z Vang w Norwegii, wybudowany na przełomie XII i XIII wieku. Świątynia została odkupiona przez pruskiego króla Fryderyka Wilhelma IV, by ostatecznie wylądować właśnie w Karpaczu w roku 1842. Nawet na dziedziniec obowiązują bilety wstępu.


Na horyzoncie widać już było wypiętrzenie kolejnego pasma - Rudaw Janowickich, którymi miałam wędrować w dalszej kolejności.



Zrobiło się bardzo zimno i po dotarciu do centrum Karpacza chciałam zatrzymać się gdzieś w cieple i zjeść podwieczorek. Okazja nadarzyła się natychmiast. W budynku dawnego dworca służącym teraz za lokal użyteczności publicznej różnej był lokal wyborczy, oświetlony, ogrzany, z krzesełkami. Spojrzano na mnie z uśmiechem, kiedy pałaszowałam kanapkę z serem topionym. Zagłosować niestety nie mogłam bez odpowiednich papierów.




Minęłam okazałą willę w bardzo ciekawym stylu, zamieszkiwaną przed wojną przez profesora Morgensterna, jednego z najsłynniejszych karkonoskich pejzażystów.


O ile ponad Karpaczem było zupełnie ciepło, to w głębokiej dolinie, w której miasto jest ulokowane było potwornie zimno. Całe zimne powietrze z gór spływa w podkarkonoską kotlinę, która na dodatek ma wystawę północną i rzadko ogląda słońce. Zaszło ono bardzo prędko.




Zaczęło już zmierzchać, więc rozglądałam się uważnie za miejscem noclegowym. Na mapie miałam zaznaczoną wiatę, ale bardzo blisko leśniczówki, więc nie bardzo chciałam tam akurat nocować. Szukałam też wody, bo nie nabrałam jej w żadnej z mijanych miejscowości, licząc na jakieś naturalne źródło. I faktycznie, kiedy weszłam w las po kilku chwilach wypatrzyłam malutki strumyk z czystą wodą, a zaraz obok świetną wiatę, której nie było na mapie. W dachu były jakieś nieszczelności, ale noc zapowiadała się na bezchmurną, więc nie było obaw o przemoknięcie, a skośne ściany wiaty chroniły od chłodnego powiewu. Poniżej była łąka i widok na zabudowania Kowarów, ale w oddali. Psy szczekały, ale także nie za blisko, liczyłam więc na spokojną noc. Na posadzce było trochę szkła, więc postanowiłam rozłożyć materac na wąskiej desce. Ostatecznie nie był to najlepszy wybór, bo całą noc bałam się, że spadnę.



Oprócz stresującego położenia nic nie zakłócało spokoju i rano zwinęłam się sprawnie. Poranek wstał zimny, a łąka była oszroniała.




Skrót do Kowarów był wielką pokusą, ale jednak postanowiłam dokonać ortodoksyjnego przejścia zielonego szlaku i do centrum dotarłam robiąc wielką pętlę. Nie żałowałam, bo odcinek prowadzący łąkami i skrajem zadrzewień śródpolnych był bardzo ładny.









Kowarska starówka składała się z kilku urzędowych budynków i głównej ulicy, a była zbudowana tuż nad strumieniem ujętym w wysokie mury. Bardzo urokliwe miejsce.




Miejscowość opuściłam idąc tzw. Starym Traktem Kamiennogórskim, z widokiem na główny grzbiet Karkonoszy. Dopiero w połowie drogi do szczytu Skalnika szlak odbił w leśną drogę, która była paskudnie stroma i wypłaszczyła się dopiero tuż przed kulminacją Małej Ostrej.




Na szczycie Małej Ostrej miał być punkt widokowy i skały o nazwie Konie Apokalipsy, ale przeoczyłam to wszystko i dopiero później odkryłam, że istnieje... Wspięłam się do skałki, którą zobaczyłam ze szlaku i na tym poprzestałam :-(



Ostatecznie okolice Czarnowa serwowały także ładne widoki, choć nieco przymglone.





Byłam już blisko asfaltu, kiedy na raz coś w obejściu jakiegoś domostwa zaczęło ujadać straszliwie, przemknęłam się więc chyłkiem, zerkając czy któryś z psów nie pędzi w moją stronę z wyszczerzonymi kłami, ale psy poprzestały na zaciekłym szczekaniu, najwyraźniej były przywiązane, wzruszyłam więc ramionami i poszłam dalej; ucieczka nie była konieczna.


Asfalt tylko przecięłam i wspięłam się na kolejne wzgórze, z którego było widać ładnie położony kościół w Rędzinach.








Podejście na Wielką Kopę nie należało do łagodnych. Tym razem postanowiłam zrobić kilka dodatkowych kroków na szczyt, lecz nie było tam nic do oglądania.



Na zachodnim horyzoncie nagle pojawiły się chmury, sunęły szybko i wnet zakryły całe niebo.
 
Po jakimś czasie zobaczyłam wydeptane przez turystów miejsca przy mocno rozjeżdżonej drodze, na której pracowali drwale (tabliczka o zakazie wstępu znajdowała się dalej). Udałam się tam i zobaczyłam suchy dołek... Było to Zielone Jeziorko, pierwsze z kilku pokopalnianych stawów, jakie utworzyły się w dawnych wyrobiskach i są teraz objęte rezerwatem Kolorowe Jeziorka.
 
Błękitne Jeziorko okazało się dużo ładniejsze. Przy pochmurnej pogodzie nie było może błękitne, ale można powiedzieć, że morsko-zielone, a nawet turkusowe jeśli bardzo wysilić wyobraźnię.




Cała dolina została dawno temu zryta i wydrążona, ścieżki prowadziły do wyrobisk i jam. W większych postawiono kraty, broniące turystom dostępu do mrocznych czeluści.





Purpurowe Jeziorko było bardziej bruntatne, jak torfowy stawek, ale miało ciekawy kształt, jego brzegi były z gładko ubitej gliny, co nadawało mu księżycowego charakteru. Niedaleko było jeszcze więcej wyrobisk i krótki tunel.



Po wyjściu z rezerwatu udało mi się nabrać wody ze źródełka ujętego w plastikową rurę - miałam więc już cały zapas.

Miejscowość Wieściszowice była bardzo cicha i spokojna, ktoś z podwórka długo wiódł za mną wzrokiem, tak jakby samotny turysta był tutaj rzadkością. W sezonie letnim musi tam być większy ruch.




Czekało mnie później dużo asfaltu, ale była od niego chwila wytchnienia, bo nad groblą (dalej było bagno i łąka) prowadziła przyjemna ścieżka.



Główną drogą szłam przez cały Marciszów, a na samym początku miejscowości przekroczyłam rzekę Bóbr po starym żelaznym moście. Mijałam się też z linią kolejową, którą przejeżdżały pociągi do Wrocławia... Kuszące, ale nie dałam za wygraną, pomimo coraz większego chłodu zwiastującego nadejście opadów.




Marciszów ciągnął się bardzo długo, tak jakby składał się z dwóch połączonych ze sobą miejscowości. Minęłam dwa kościoły, z których jeden, zabytkowy, był pewnie ewangelicki, a potem trafiłam na skrzyżowanie i kłopoty nawigacyjne.






Chciałam wesprzeć się mapą, ale ta niewiele mówiła, tyle że iść należy w stronę lasu i gdzieś tam będzie droga. Ano, była. Na wzgórze wdrapałam się przedzierając się przez gęste zarośla młodego i soczystego poplonu z rodziny kapustnych. Miło pachniał jesienią.



Zbliżając się do lasu zauważyłam dwa jelenie.


Udało mi się pokonać jeszcze kulminację Krąglaka z krótkim, lecz stromym podejściem, przeszłam porębę i akurat zaczęło się ściemniać, kiedy doszłam na skraj lasu. W Gostkowie miał być młyn i jakaś możliwość noclegu, ale do młyna miałam jeszcze dobre dwa kilometry, kiedy spadły pierwsze krople deszczu. Miejsce było ładne, funkcjonowało jako biwak i punkt widokowy. Zdecydowałam zrobić użytek z tarpu i przespać się na łonie natury.






Zaletą spania pod tarpem jest łatwość pakowania. Wystarczy usunąć zadaszenie i już nie trzeba się pod nie wczołgiwać, po prostu zbiera się rzeczy z ziemi. O ile nie pada, a rano już nie padało.


Wstałam o świcie i mogłam obejrzeć śliczny wschód słońca.



Tuż obok mojego biwaku znak szlaku wskazywał zejście w dolinę wzdłuż krawędzi pola, gdybym nie obozowała w tym miejscu, przegapiłabym skręt. Gostków był malutki, po pół godzinie widziałam już młyn, chyba było przy nim zadaszenie, ale nie zaglądałam żeby nie odczuć żalu.





 
Mapa wskazywała, że trasa tego dnia nie będzie łatwa, bo do zdobycia były trzy szczyty: Trójgarb, Chełmiec i Dzikowiec. Jak już się zdążyłam przekonać podejścia w tej części Sudetów potrafią być naprawdę strome, więc nie musiałam martwić się o to, że zmarznę, przynajmniej idąc pod górę.
 
Podejście na Trójgarb okazało się najłagodniejsze. Powoli zdobywałam wysokość idąc leśnymi drogami i tylko ostatni odcinek był bardziej wymagający.
 





Słyszałam już z dołu pracujące maszyny i zarys nowej konstrukcji, teraz natknęłam się na tabliczkę "zakaz wstępu - teren budowy", ale nie było żadnego problemu. Na Trójgarbie powstaje wieża widokowa, a pracujący przy niej robotnicy zaprosili mnie do swojego nowo postawionego domku, w którym w piecu palił się ogień i było szalenie przytulnie.


 
Zejście było bardzo przyjemne, ścieżka trawersowała zbocze, minęła ruiny dawnego schroniska i wyszła na drogę. Odcinka ruchliwej szosy za Lubominem nie wspominam dobrze, ale dałam sobie z nim radę dość szybko i znów znalazłam się w lesie.





Podejście na Chełmiec było upiorne. Dobrze, że było chłodno i wiał wiatr, bo chyba wyzionęłabym ducha... Zdążyłam już zapomnieć jak karkołomnie bywają poprowadzone polskie szlaki. Przez ostatnie pół roku tylko kilka razy pokonywałam coś podobnego, tym razem nie miałam jednak przed sobą żadnych przepaści ani śnieżnych nawisów, więc ostatecznie nie było tak źle.




Niestety ze szczytu nie było żadnych widoków, tylko na zejściu coś przezierało między drzewami, ale wiał taki zimny i porywisty wiatr, że ledwo się zdobyłam na zatrzymanie w celu uwiecznienia tego mętnego widoku.


Na dole było odrobinę lepiej, ale nadal zimno, najbliższe schronienie oferował sklep spożywczy w Boguszowie-Gorcach, przez których środek wiedzie zielony szlak. Miejscowość jest spora, ale jakby trochę wymarła, widać czasy świetności ma już za sobą.






Dalej był chyba najbardziej wątpliwy odcinek pod względem oznakowania. Musiałam ciągle patrzeć w mapę, a i tak udało mi się zgubić szlak. Okazało się, że zielony pasek nie ma nic wspólnego ze szlakiem pieszym, tylko rowerowym. Nie miałam tyle czasu żeby się wracać, więc podejście na Dzikowiec (bardzo strome zygzaki) wykonałam szlakiem niebieskim, ominąwszy Mały Dzikowiec.



Na Dzikowcu była wiata-taras widokowy - jeżeli chodzi o wiatę, to miała dziurawy dach z folii, o czym zdążyłam się przekonać, bo właśnie zaczęło padać, a z kolei z tarasu widokowego nie było nic widać, bo po pierwsze widok zarósł drzewami, a po drugie na niebie już tak zgęstniały chmury, że nie było nawet o czym marzyć. W tej sytuacji rozpoczęłam zejście...


Fragment ścieżkowy był pozawalany wiatrołomami, a dalej wycięto drzewa wraz z oznakowaniem. Tylko głębokie wczytanie się w mapę uratowało mnie przed zsunięciem się w głęboką dolinę. Poszłam drogą w lewo i po jakimś czasie trafiłam na znaki, które potem już prowadziły mnie bezbłędnie aż do skrzyżowania w Unisławiu Śląskim.



Rozpadało się na dobre, ale szlakowskaz wieścił tylko półtorej godziny marszu do schroniska Andrzejówka, więc wstąpiła we mnie nadzieja.


Deszcz jakby miał ochotę zgęstnieć w śnieg, ale póki co tylko bardzo wiało, zwłaszcza na polnym odcinku przed Sokołowskiem.


Sokołowsko jeszcze przed wojną było górskim kurortem i mieściło się tam zachowane do dziś sanatorium. Wieś jest naprawdę ładna, wiele budynków odnowiono.






Deszcz się nasilił. Gdzieś w połowie drogi natknęłam się na świetne wiaty noclegowe z podłogą do spania, ale wzdrygnęłam się na samą myśl o strugach deszczu chłoszczących dach lichego schronienia i z tęsknotą pomyślałam o ciepłych kaloryferach schroniska. Dałam za wygraną i tym razem udałam się w stronę cywilizacji. Kaloryfery były, w rzeczy samej, ciepłe.



Zafundowałam sobie żurek, wzięłam ciepły prysznic, pokoik był przytulny, a za oknem tak straszna nawałnica, że zupełnie nie miałam wyrzutów sumienia, porzuciwszy leśną wiatę.


Galeria polskich producentów sprzętu turystycznego, wspierających moje większe i mniejsze wycieczki :-)



Było nawet wifi i rano, kiedy mój telefon zdołał podeschnąć udało mi się sprawdzić rozkład jazdy pociągów z Wałbrzycha. Wyruszyłam po 10, mając na uwadze, że szlakowskazy pokazują absurdalne czasy przejścia, a na każdym odcinku PTTKowiec mierzący swoją prędkość miał inne tempo. Dałam sobie mały zapas, i słusznie.


Niewiele było do oglądania. Przeszłam obok odkrywkowej kopalni, na skrzyżowaniu w Rybnicy Leśnej sfotografowałam monumentalny globus, a potem schowałam głowę pod kaptur kurtki, bo zaczął padać śnieg.






Odcinek leśny minął szybko, choć znów miałam wątpliwości co do przebiegu szlaku, ale na szczęście za każdym razem wybierałam właściwą drogę. Na skraju lasu ujrzałam zabudowania Wałbrzycha. Zawsze chciałam zwiedzić to miasto, bo ma taką mroczną, poniemiecką, przemysłową aurę, ale szlak zielony akurat nie prowadził do centrum miasta, tylko kończył się na stacji Wałbrzych Główny, w trochę nijakich okolicznościach.


Na stację kolejową Wałbrzych Główny dotarłam tuż po 12. Powinna znajdować się tam PTTK-owska zielona kropka kończąca szlak, ale tak jak zazwyczaj kropki nie udało mi się zlokalizować, był jednak okazały 4-szlakowy szlakowskaz.





Podsumowanie

Szlak zielony okazał się bardzo przyjemny i polecam go wszystkim na jakiś długi weekend, wiosenny, jesienny czy letni. Przejście zajęło mi 3 pełne dni i dwie ćwiartki, pokonałam kolejno 6, 30, 31, 35,5, 7,5 km. Podejścia są dość strome, więc tempo może nie być najszybsze, asfaltu jednak nie jest bardzo dużo, widoki przyjemne, miejscowości ładne. Poniemiecka architektura miejscami nawet zadbana, nie zrujnowana. Lasy nie są wcale świerkową monokulturą, jak się tego obawiałam, przeciwnie - pełne sa buków, których listowie jesienią przybiera złocistobrązowy kolor. Szlak jest dobrze oznakowany, doskonale w części zachodniej, gorzej we wschodniej, gdzie znaków miejscami brakuje, zwłaszcza w miejscach, gdzie wycięto las. Na trasie jest tylko jedno schronisko PTTK, wiele wiat, z których większość jednak wydaje się nie mieć szczelnych dachów.

Film z wędrówki: https://youtu.be/caL244E97BM