niedziela, 18 listopada 2018

Puszcza Kampinoska - Szlak im. Aleksandra Janowskiego i wycieczka po Warszawie

Puszcza Kampinoska nie jest może miejscem, które większość z Was obrałaby jako cel pieszej wycieczki, zapewne będą to tylko mieszkańcy Warszawy lub osoby które akurat znalazły się tam przypadkiem i wybierają się przy okazji - a tak to było w naszym, moim i mojej mamy, przypadku. W Warszawie miałyśmy coś do załatwienia, a Kampinosu nigdy dotąd nie zwiedzałyśmy - na mojej parkowej liście w miejscu Kampinoskiego Parku Narodowego było puste miejsce.
Dolina Wisły na północ od Puszczy to dolina, którą spływały wody z topniejącego lodowca. Niosły one mnóstwo piachu, który osiadał na wielkiej powierzchni. Lodowca już nie ma, rzeka płynie w odwrotną stronę, pozostała jednak kotlina, piachy, wydmy, mokradła i rzadko penetrowane ostępy.
Przez całe tysiąclecia Puszcza była niezamieszkała i rzadko penetrowana przez ludzi. Niedostępne bagna broniły dostępu do mateczników Puszczy, a nieurodzajne piaszczyste podłoże nie kusiło potencjalnych osadników. Puszcza pozostała więc puszczą, pomimo prób melioracji, masowej wycinki drzew i powstaniu warszawskiej metropolii tuż obok.
Puszcza nadal pozostaje niedostępna, dostać się tam to prawdziwe wyzwanie. Większość szlaków zaczyna się w miejscowościach, do których nie dociera transport publiczny. Dlatego też nie zdecydowałyśmy się na przejście żadnego z dłuższych szlaków przecinających park ze wschodu na zachód, choć taki był pierwotny plan. Musiałyśmy skapitulować i wybrać szlak, na który zawiezie nas autobus. Wybrałyśmy 21-kilometrowy szlak żółty im. Aleksandra Janowskiego z Leoncina do Leszna, nazwany na pamiątkę pierwszej zorganizowanej wycieczki do Puszczy, którą prowadził właśnie Aleksander Janowski.

W Puszczy naprzemiennie występują pasy wydm i bagien o układzie równoleżnikowym, szlak żółty jest więc o tyle ciekawy, że przecinając Park na linii północ-południe, przechodzi przez wszystkie strefy, pozostałe po pobycie lodowca na obszarze dzisiejszego Parku Narodowego.

Wybrałyśmy się dosyć wcześnie, z Nowego Światu dojechałyśmy autobusem na Dworzec Gdański, skąd punktualnie o dziewiątej zabrał nas autobus do Leoncina.



Trzeba się było wpierw zorientować w topografii, ale prędko zlokalizowałyśmy odpowiednie skrzyżowanie, kościół, a obok niego słup i żółtą kropkę.




Pierwsze kilometry szlaku to dojście na skraj puszczy, okolica powoli się zabudowuje, ale w zarośli wyzierały dziksze widoki, zwiędłe badyle i bagnista struga. Wchodząc do lasu przekracza się od razu granicę parku narodowego




Szlak okazał się być perfekcyjnie oznakowany, nie stwierdziłam też zmian przebiegu w stosunku do tego, co było zaznaczone na mapie z początku lat 90., jedynej jaką mam w swoich zbiorach. Z mapy w ciągu całego dnia korzystałam tylko raz na dłużącym się, choć wcale nie długim odcinku asfaltowym.




Największe nasze obawy dotyczyły nawierzchni - bałyśmy się, że będziemy grzęznąć w głębokim piasku, ale tak nie było. Większość dróg jest ubita, jedynie pod koniec było kilka krótkich fragmentów piaszczystych.




Po drodze było kilka ciekawostek przyrodniczych, w tym paraboliczna wydma (taka klasyczna, księżycowata). Na tablicy widniała informacja, jakoby w okolicy grasowały wilki, lecz nie było nam dane przekonać się o tym naocznie.


W miejscowości Górki (to tutaj właśnie siegnęłam po mapę) był otwarty sklep, gdzie kupiłyśmy makaron na kolację. Pani sklepowa skojarzyła co chcemy kupić dopiero kiedy dodałam "świderki"  - zapomniałam, że w tym regionie kraju makaron nazywają kluskami.


Na skrzyżowaniu w Górkach było smutne miejsce pamięci - w czasie II wojny światowej wiele się tu działo. W wielu miejscach spotkać można stare kapliczki.



Ocalało trochę drewnianej zabudowy, jak to na Mazowszu raczej skromnej.





Po opuszczeniu wsi szlak poprowadził nas aleją olch - to rzadkość - przez łąki, osuszone dawniej bagna. Obecnie trwają prace nad przywróceniem bagnom dawnego wyglądu i funkcji, łąki kosi park narodowy. Na ich obrzeżach rosną wilgotne olsy.






Na końcu łąkowego odcinka postawiono kilka wiat, na nocleg się za bardzo nie nadają, ale były w sam raz na przerwę drugośniadaniową. Posiedziałyśmy na słońcu z godzinę, snułyśmy się trochę nad leniwą rzeczką, na której zrobiona była śluza i po łące. Szłyśmy raczej szybko, bo teren łatwy, więc miałyśmy mnóstwo czasu.








Opuściwszy łąki znów zagłębiłyśmy się w las, minęłyśmy jakieś uroczysko. Były skrzyżowania z innymi szlakami i jeszcze jedno miejsce odpoczynku.



Szlak nie zawsze prowadził drogami, czasem skręcał na dobrze wydeptaną ścieżkę i to była prawdziwa przyjemność tak sunąć po miękkim gruncie przez gęstwinę. Mama w pewnym momencie, kiedy ja byłam zajęta fotografowaniem kolejnego czerwonego listka dębowego, spostrzegła w mchu młodego podgrzybka. Chwila poszukiwań i już miałyśmy ich trzy, a później zebrało się w sumie pięć - w sam raz na jakąś jesienną zupę grzybową.




Trafiłyśmy na miejsce bitwy, a potem powoli robiło się mniej ciekawie, na skraju lasu zbudowano domy, były betonowe pozostałości nie wiadomo czego, ale raz jeszcze weszłyśmy w las i był tam śliczny czerwony domek z zielonymi oknami.







Długa prosta doprowadziła nas już do miejscowości Leszno, leżącej przy drodze z Sochaczewa, Żelazowej Woli i Kampinosu. Znaki wyraźnie wskazywały drogę. Przy niej stało kilka już nieco bardziej okazałych drewnianych willi, ale i biedniejszych domków z miłymi podwórkami, na które zaglądało popołudniowe słońce.







Ilość kropek w centrum Leszna całkowicie rekompensowała ich brak na innych znakowanych szlakach PTTK! Zdaje mi się, że samych żółtych było trzy, nie wspominając już o niebieskich.




Zlokalizowałyśmy szybko pętlę autobusową i miejskim autobusem z przesiadką na jakimś osiedlu wróciłyśmy do Warszawy. Było już ciemno i w Alejach Jerozolimskich świecił neon-globus, który bardzo mi się podobał, szkoda tylko, że jest wiecznie odwrócony Antarktydą.


Głównym punktem programu wycieczki następnego dnia było nadanie mojej mamie tytułu profesora nauk humanistycznych przez prezydenta RP :-)


Impreza nie trwała długo, więc po południu ruszyłyśmy na spacer po mieście. Dawno nie byłam w centrum Warszawy, już chyba 10 lat, więc ochoczo podeszłam do sprawy zwiedzania. Po kolei: Ogród Saski, Krakowskie Przedmieście, Kolumna Zygmunta i Zamek Królewski no i  rynek. Nic się tam nie zmieniło, Król Zygmunt stoi jak stał, szkoda tylko że nie ma żadnego szlaku turystycznego. Powinien być jakiś i zejść nad Wisłę. Wiślana skarpa była taka jak w innych położonych nad nią miastach, wysoka, nagrzana słońcem, z widokiem na niżej położone tereny zalewowe po drugiej stronie rzeki.










Godzina jeszcze była wczesna, więc na wieczorny spacer wybrałyśmy się do Łazienek. Chopin w otoczeniu tak dobrze mi znanych amerykańskich dębów, a pod nim przewodniczka opowiadająca coś znudzonym głosem szkolnej wycieczce, wiele osób się przechadzało, pary kryły się pod chińskimi pergolami. Pałac na wodzie odbijał się w spokojnej toni, tu i ówdzie jakieś rzeźby, tylko wiewiórek nigdzie nie było, a przecież zawsze były i kiedy wołało się do nich "Baśka" to przychodziły.







Przed odjazdem popołudniowego pociągu ostatniego dnia wycieczki wybrałyśmy się do Wilanowa. Pałac w Wilanowie z pewnością może się spodobać dzieciom (o ile zwiedzanie go nie jest przymusowym punktem programu wycieczki szkolnej) i turystom. Podobno we wczesnej młodości strasznie skrytykowałam kiczowaty wystrój wnętrz. Strusie pióra, złocenia i amorki śmieszą mnie nadal, ale w gruncie rzeczy Wilanów jest bardzo sympatyczny i zdecydowanie warto się tam wybrać.



Najciekawsza była kolekcja chińska, skompletowana w XIX wieku, pokoje były bardzo klimatycznie urządzone.



Reszta pałacu bez niespodzianek.




W cenie biletu był też wstęp do parku. Park był opustoszały, rzadko kto zapuszczał się wgłąb, my oczywiście zawędrowałyśmy w najdalsze chaszcze za "rzymskim mostem". Podobały mi się rabaty zrobione na naturalnie, takie usiłujemy mieć w ogrodzie, ale zawsze się zachwaszczają...








Park został "ozdobiony" oświetleniem, zafundowanym przez jakiegoś sponsora. Z lamp zwisają girlandy plastikowych kabli, żarówkami opleciono barierki ze złotego plastiku, powieszono je też na stelażach wzdłuż żywopłotów. Wygląda to koszmarnie i nie wiem jakim cudem ktoś wydał pozwolenie na takie zeszpecenie otoczenia pałacu.




Trzeba się było postarać, żeby wyciąć te okropności z kadru, a wtedy park ukazywał się taki jakim był dawniej...
Nadeszła pora powrotu do domu, zajrzałyśmy do restauracji, gdzie podawano przyzwoity "zestaw dnia" i udałyśmy się na dworzec centralny.