wtorek, 21 maja 2019

Pacific Crest Trail: Big Bear City - Wrightwood/Inspiration Point (California)

Dlugoterminowe prognozy pogody na ten rok zapowiadaja najzimniejszy i najbardziej deszczowy rok w historii PCT. Jak na razie sie sprawdzaja. Zwaly sniegu leza w Sierra Nevada i ani mysla topniec, kazdy front znad Pacyfiku przynosi kolejne opady sniegu i to nie tylko na polnocy, ale takze tutaj, w poludniowej Californii. Nizsze partie sa chlostane lodowatym deszczem i wichrem - tak wlasnie bylo rano w Big Bear City, kiedy sie obudzilam. Ricky i Donna ugoscili mnie niesamowicie, zjadlam pyszne sniadanie, potem zrobilam zakupy i zjadlam lunch, a za oknem wciaz nawalnica. Ricky i Donna zachecali do pozostania, ale to oznaczaloby dzien zero - to absolutnie niemozliwe. Appalachian Trail i Continental Divide Trail przeszlam bez dni zero i chcialabym zeby tak pozostalo (jak to bedzie dalej zobaczymy). Koniec koncow stanelo na tym, ze Ricky podrzucil mnie na szlak zebym przeszla 2,5 mili i odebral mnie kawalek dalej. W ten sposob zaliczylam super nero day i przespalam jeszcze jedna noc w wygodnym lozku. Na szlaku byla to ponoc bardzo mrozna i wietrzna noc.




Slady mrozu bylo widac jeszcze rano - mnostwo szronu. Ricky postanowil przejsc ze mna 10 mil szlaku, rozstalismy sie okolo poludnia. Byl niezly widok na Big Bear Lake. Ricky bedzie teraz flipowal do Kennedy Meadows i szedl an poludnie do Tehachapi, a latem tez na poludnie od granicy kanadyjskiej, wiec calkiem mozliwe, ze jeszcze sie spotkamy.





Szlak tego dnia byl bardzo latwy, zawijasty i prowadzil raczej w dol niz w gore. Postanowilam wiec nadrobic troche "straconego" czasu i podkrecic tempo, przechodzac po raz pierwszy 30 mil (tak naprawde raczej 29,5).




Pod wieczor wedrowalam wzdluz przeslicznego strumienia otoczonego swieza zielenia. To byl bardzo mily widok po tych wszystkich burych pustynnych krajobrazach.





Minelam cale towrzystwo biwakujace nad rzeka z zamiarem biwakowania wyzej, bo wyzej oznacza cieplej, ale znakomicie wypoczawszy w Big Bear mialam tyle energii i ze kontynuowalam po, przepieknym zreszta, zachodzie slonca. Ksiezyc wlasnie zmierzal ku pelni i wlaczylam czolowke dopiero przed 20:30. Zapewne domyslacie sie, ze zmierzalam do jakiegos celu - do wiaty! Wiata piknikowa nad Deep Creek oferowala oslone od wiatru, wc w poblizu i samotnosc, ktorej mi bardzo ostatnio brakowalo (inni hikerzy biwakowali dalej nad rzeka). Spalo sie tam znakomicie.





Kolejny dzien od razu rano przyniosl cos milego - przekroczylam 300-a mile. Trasa byla naprawde piekna, caly czas trawersowalam wzdluz doliny Deep Creek. Strumien mial wodospady, jak i  glebokie baseny, nie brakowalo tez doplywow, z ktorych mozna bylo zaczerpnac wode.








W poludnie dotarlam do slynnych goracych zrodel, wokol ktorych usadowily sie tlumy jednodniowych wycieczkowiczow. Unosil sie tam nieodlaczny zapach dymu z licznych skretow, niektorzy plazowicze paradowali nago, zatrzymywali sie tez wszyscy thru-hikerzy. Znalazlam na szczescie mniej zatloczony basenik i posiedzialam w nim ze 20 minut - dluzej sie nie dalo, bo woda bardzo ciepla, a temperatura powietrza niewiele nizsza.




Po kapieli kontynuowalam wedrowke wzdluz rzeki. Byl ladny most, za ktorym jakis Europejczyk zaznaczyl 500 km.





PCT odlaczyl sie wkrotce od popularnego szlaku i skrecil obok wielkiej zapory. Tam juz mostow nie bylo i rzeke trzeba bylo przejsc na bosaka. Za zapora swoj oboz rozbil znany mi juz Papa Bear, ktory jedzie wzdluz szlaku oferujac trail magic w postaci napojow i owocow. Gadu-gadu i ktos z hikerow zaanonsowal mnie jako zmierzajaca po Triple Crown, Papa Bear powiedzial,  ze nigdy by nie pomyslal. Chyba nie posiadam odpowiedniej prezencji :-)





Takze i Azjaci ukladaja swoje znaki z kamieni. Ciekawe co tu jest napisane?


Pod wieczor zachmurzylo sie, co oznaczalo nadejscie kolejnego deszczowego frontu. Przeszlam jeszcze jedno pasmo i zabiwakowalam nad kolejna zapora.



Noca padalo, kropilo tez rano i wiatr byl bardzo silny. Rozpogadzalo sie tylko po jednej stronie gor - od strony Pustyni Mojave, tam chmury wyparowuja.





Trafiaja sie nowe kwiatki.





Zejscie w kierunku Cajon Pass bylo bardzo wietrzne, ale bardzo dobre widokowo (pomijajac liczne autostrady; jak na razie na PCT trudno znalezc jakikolwiek widok pozbawiony drog i miast). Za chmurami kryl sie zasniezony masyw Mount San Antonio.






Cajon Pass nalezalo osiagnac w porze lunchu, gdyz tam, przy autostradzie miedzystanowej nr 15 znajduje sie przyszlakowy McDonalds. Punkt obowiazkowy wycieczki. Autostrada ta jest mi bardzo dobrze znana - prowadzi z San Diego do Kanady, od Wyoming (Dubois) prowadzi wzdluz CDT przez Lime, Butte i Helene.




Oprocz autostrady trzeba bylo jeszcze przejsc kilka wiaduktow i torow kolejowych, co zaczynalo mi przypominac slynny trawers Gorzowa Wielkopolskiego na Szlaku im. Hetmana Czarnieckiego.





Dalej wszelako bylo cos bardzo ciekawego - uskok San Andreas, miejsce, gdzie stykaja sie dwie plyty tektoniczne: pacyficzna i polnocnoamerykanska i scieraja ze soba.



Minelam uskok i podeszlam jeszcze kawalek, biwakujac w zgieciu szlaku, a rano cieszylam sie, ze nie biwakowalam w dolinie, bo bylam ponad chmurami i deszczem (choc z masa kondensacji mimo wszystko).



Szlak wspinal sie coraz wyzej, a z chmur wyzierala od czasu do czasu Mount San Antonio. O ile w dole poprzedniej nocy padal deszcz to wyzej lezal juz swiezy snieg.




Podeszlam na ponad 8000 stop, snieg topil sie, ale bylo go duzo, wiec wszyscy hikerzy grzezli i buty predko przemokly. Z drzew spadal lod.






Opuscilam powiat San Bernardino i wkroczylam na teren powiatu Los Angeles, choc miasto znaduje sie bardziej na poludnie.





Sloneczny grzebiet sie skonczyl i reszta wedrowki odbyla sie w lodowatej mgle. Nie zrobilam nawet przerwy na drugi lunch, tylko wyjadlam nutelle prosto ze sloika.



Dotarlam do drogi asfaltowej prowadzacej do miejscowosci Wrightwood na tzw. Inspiration Point tonacej w gestej mgle. Szybko zlapalam stopa do miasta i poszlam do sklepu z narzedziami i sprzetem outdoor, ktory posredniczy w znajdowaniu noclegow u licznych tutaj Trail Angeli. Szybko znalazlam nocleg u Jeffa wraz z dwojka innych hikerow. W oczekiwaniu na transport zrobilam zakupy (wiele rzeczy mieli oznaczonych jako produkt dla wedrujacych PCT).






Cale popoludnie myslalam tylko o tym, ze niedlugo wezme goracy prysznic i zalegne w lozku - tak tez sie stalo...



Rano nie spieszylam sie z wyjsciem, bo biblioteke otwierali dopiero o 11. Wlascicielka tej zielonej bryki zawiozla mnie z powrotem do centrum, gdzie zaliczylam tez wizyte na poczcie. Poczta byla wypelniona paczkami hikerow i przesylkami z nowym sprzetem outdoor. Jak dotad w kazdym miejsce widzialam wielu hikerow, ktorzy wymieniaja nie sprawdzajacy sie sprzet i wymieniaja na cos bardziej stosownego (przewaznie lzejszego).


W miasteczku slonce, ale gory nadal w chmurach i kolejne opady sniegu juz czyhaja. Dzis czeka mnie podejscie na ponad 9000 stop - Mount Balden Powell. Nie bardzo cieszy mnie ta perspektywa - bedzie masa sniegu i zimno. Wzielam juz w paczki raczki i wodoodporne skarpety, co mam nadzieje ulatwi mi pokonanie tego odcinka.

Na nastepny wpis prawdopodobnie bedziecie musieli troche poczekac - nie wiem jak tam z komputerami. Na razie!