poniedziałek, 11 marca 2019

Pomorze: Szlak Doliny Łupawy

Pomimo prognozowanego katastrofalnego pogorszenia pogody zdecydowaliśmy się z kolegą Michałem wyruszyć na Kaszuby celem przejścia Szlaku Doliny Łupawy z Czarnej Dąbrówki do Gardny Wielkiej. 

Łupawa to typowa rzeka Pomorza, ma górski charakter, wartki nurt i kamieniste dno, wije się wśród polodowcowych moren, a jej brzegi są porośnięte lasami, przeważnie sosnowymi. Szlak Doliny Łupawy wiedzie przede wszystkim lasami, wzdłuż rzecznej doliny, od czasu do czasu zaglądając nad samą rzekę, a także jeziora. Liczy 68 km i jest znakowany kolorem niebieskim.

W nadspodziewanie ciepły marcowy poranek wylądowaliśmy z Michałem w Czarnej D...ąbrówce, a nie mogąc znaleźć początku szlaku sportretowaliśmy się pod urzędem gminy.





Po okrążeniu ronda udało nam się jednak znaleźć szlakową kropkę na słupie, jest namalowana od strony chodnika, dlatego jej najpierw nie spostrzegliśmy. Pomorskie spisało się!


Szlak niemal od razu wyprowadził nas w las, a wiejski asfalt zamienił się w piaszczysty leśny trakt.




Chwilę przerażenia przeżyliśmy pierwszy raz widząc nurt szerokiej już tutaj Łupawy, bo droga zanurzała się w rzece i wyglądało na to, że czeka nas lodowate brodzenie, ale zaraz był mostek dla pieszych wykonany z drewnianych bali; bardzo ładny.









Droga poprowadziła nas nad torfowiska, przez które prowadzi też ścieżka przyrodnicza, a potem zeszliśmy nad Jezioro Karweńskie Duże. W letni dzień stanowiłoby na pewno wspaniały widok, ale nawet w tak szary dzień miło było popatrzeć na lśniące lustro wody, po którym sunęły łabędzie, a przy brzegu falowały trzciny.





Po niebie przesunął się klucz gęsi.



Niedaleka wieś Karwno była całkiem przyjemna, wioski kaszubskie są przeważnie zadbane, a Karwnu naprawdę nie brakowało fantazji.








Krótki odcinek polny, znowu trochę lasu, malutkie Soszyce i znowu las, a tam rozświetlone słońcem sosny i soczyście zielone runo leśne. Zrobiło się całkiem przyjemnie, więc nie tylko my byliśmy w lesie, spotkaliśmy aż troje spacerowiczów!








Za lasem weszliśmy do wsi Łupawa. Na samym początku był ceglany młyn i jaz, a po drugiej stronie cmentarz, bardzo już zarośnięty. Ledwo udało nam się wypatrzeć jeden nagrobek, wszystko inne porastał bujnie barwinek.






Łupawa to świetna rzeka kajakowa, na pewno wielu z Was ją zna. Ma sporo infrastruktury, pola namiotowe i wiaty. Wiaty to niedaleka przyszłość Michała - już za dwa tygodnie wyrusza na Appalachian Trail.





W Łupawie był też stary poniemiecki kościół. Dawniej był oczywiście ewangelicki, obecnie jest katolicki, natomiast to co napisano na ten temat w opisie na tablicy informacyjnej woła o pomstę do nieba.





Wnętrze chłodne i surowe, nieliczne zabytki i ładne stare organy, tylko ta podłoga z lastriko...



Cała dolina Łupawy to Obszar Natura 2000, nie zawsze to widać, ale nie jest źle, lasy łęgowe i podmokłe olsy są w dość naturalnym stanie.



Przez cały dzień mieliśmy świadomość, że prędzej czy później musi nadciągnąć gwałtowne pogorszenie pogody, bo Norweg (yr.no) zapowiadał ulewy i porywisty wiatr. Nawałnica nadeszła akurat kiedy przechodziliśmy przez most na krajowej 6-ce (z grubsza rzecz biorąc Szczecin - Gdynia). Szybkie zdjęcie młyna i umknęliśmy pod most. To, że akurat w tym momencie mieliśmy się gdzie schronić uznaliśmy za pierwszy Cud Nad Łupawą. Huknął grom, ziemię dźgnął zygzak błyskawicy, a my spod bezpiecznego okapu obserwowaliśmy jak ołowiane chmury chłoszczą asfalt gradem.







Burzy towarzyszył silny wiatr i w dalszej drodze mogliśmy obserwować jego skutki. Ubrani w stroje przeciwdeszczowe poszliśmy dalej w kierunku pałacu w Poganicach. Na szlaku leżało drzewo, które przed chwilą padło pod naporem wiatru. Kolejny Cud nad Łupawą to to, że to nie tam zaskoczyła nas burza.



Wkrótce się rozpogodziło i wyrok wędrówki w deszczu został odroczony. W szpalerze brzóz także był świeży ubytek - brzoza złamana na pół.


Otaczające nas wzgórza morenowe kryły małe jeziorka, a po polach przechadzały się skrzeczące żurawie.





Szlak był na ogół dobrze oznakowany, ale na jednym z polnych skrzyżowań źle zinterpretowaliśmy skręt i nadłożyliśmy w sumie 3 km idąc do Głuszyna i z powrotem, ale przynajmniej zaopatrzyliśmy się w sklepie w wodę pitną. Wracając na feralne skrzyżowanie załapaliśmy się na zachód słońca.





Niebawem zaczęliśmy się rozglądać za miejscem biwakowym. Rozważaliśmy dojście na pole namiotowe w Łebieniu, ale ostatecznie kiedy zaczęło zmierzchać zalegliśmy w zagajniku nieopodal bagna i blisko torów kolejowych, którymi mknęło nadspodziewanie dużo pociągów. Ich reflektory co jakiś czas rozświetlały nasze obozowisko.

Wichura szarpała wysokimi drzewami. Kiedy rozstawiłam tarp poczułam że przy każdym silniejszym powiewie drzewo podejrzanie skrzypiało, pukało, a grunt niepokojąco drgał. Namiot Michała stał tuż obok. Po chwili namysłu postanowiliśmy przenieść obóz w inne miejsce, nie chcąc prosić się sami o Cud nad Łupawą numer trzy.

Wkrótce zaczęło padać. Spod tarpa wychyliłam nos tylko po to żeby umyć zęby i radośnie wykrzyknąć, że oto mogę wreszcie obcharać pastą namiot i żaden grizzly tu nie przyjdzie, bo go tu nie ma!

Tarp rozbiłam w formie "diamentu" (wzięłam ze sobą dużą Grozę UL Lesovika, 3x3 metry). Schronienie zdało egzamin, było sucho i do środka nie dostawało się zbyt wiele wiatru, bo wejście zasłaniał pień drzewa. Po pniu płynęła woda, ale nic mi nie zamokło. W tej konfiguracji nie ma jednak zbyt wiele przestrzeni życiowej, ze względu na duży skos.






Deszcz nie ustawał i nie zanosiło się żeby miał ustać. Wyruszyliśmy o 7:15. Aparat przez większą część dnia tkwił w torebce strunowej w kieszeni kurtki i wyjmowałam go tylko w szczególnych okolicznościach. Pierwszą było koryto Łupawy pod starym wiaduktem w Łebieniu.



W lesie było jeszcze znośnie, ale na otwartych polach wiatr szarpał nas bardzo, mokliśmy i marzliśmy... Na chwilę wstąpiliśmy do sklepiku w Bobrownikach, gdzie bardzo towarzyska pani sklepowa ucięła sobie z nami pogawędkę. Michał zaopatrzył się w profesjonalny sprzęt w postaci rękawic wodoodpornych firmy Kuchcik.




Pogoda bez zmian, brnęliśmy przez błotniste pola i tylko w lesie było trochę lepiej, bo drzewa osłaniały nas od wiatru. Wizyta w wiosce to okazja do spoczynku pod wiatą, choć większość wiat miała akurat wystawę zachodnią i zachęcała tylko deszcz do chłostania wnętrza. 



Aparat ostatecznie powędrował do plecaka... Wyjęty na chwilę w mokrym, bardzo mokrym lesie.





My tymczasem zbliżaliśmy się coraz bardziej do morza. Minęliśmy Żelkowo, sondując wzajemnie swoją chęć kontynuowania wycieczki, bo wieś była przy główniejszej drodze, z której pewnie mógłby nas zabrać jakiś autobus, ale przecież tak niewiele już nas dzieliło od zakończenia wędrówki. Poszliśmy dalej, żałując trochę, że nie wstąpiliśmy do sklepu się ogrzać, aż tu nagle nastąpił kolejny Cud nad Łupawą - zauważyliśmy uchyloną bramę i zrujnowaną przetwórnię ryb, do której wkradliśmy się w celu spożycia lunchu. Z sufitu kapało, ściany były pokryte łuszczącym się tynkiem, który pokrywał wciąż jeszcze sprężysty tapczan. Na podłodze rozrzucone były wyblakłe kartki pornograficznego periodyku z lat 90. Tytuł jednego z opowiadań brzmiał "Daczka Horror Story". Zrobiło nam się nieswojo.


Po pół godzinie podnieśliśmy się i ruszyliśmy dalej. Na północ od Żelkowa dolina Łupawy rozszerzała się i wędrowaliśmy jej skrajem. Zobaczyliśmy kilka saren, które jednak nie odbiegły bardzo daleko, nie chcąc się pewnie narażać na przemoczenie sierści. Na polach było już całkiem grząsko, ale na horyzoncie pojawił się Rowokół. Gdzieś w tej okolicy przekroczyliśmy granicę Słowińskiego Parku Narodowego.




Podejście na Rowokół (115 m n.p.m.) było dosyć strome, ale wspinaliśmy się mozolnie i wreszcie naszym oczom ukazały się pozostałości obwarowań średniowiecznego grodziska, a dalej wieża widokowa (zamknięta). Na Rowokole znaleziono też pozostałości starszych kultur, w tym kultury amfor kulistych z epoki neolitu. Były też nędzne wiatki, pod którymi się na chwilę schowaliśmy, tak żeby ostatni odcinek pokonać już jednym ciągiem.



Po 17 dotarliśmy do centrum Gardny Wielkiej. Miejscowość jest położona nad Jeziorem Gardno, oddzielonym od Bałtyku wąskim pasem wydm dawnej mierzei. Łupawa uchodzi do jeziora, po czym przecina skrawek lądu i wpada do morza w Rowach.

Kropkę kończącą szlak odnaleźliśmy na słupie naprzeciwko nieczynnego obiektu PTTK, przy przystanku autobusowym, który wcale nie był czynny, żeby wsiąść w autobus do Słupska musieliśmy wrócić się pod kościół.



Pomimo naprawdę parszywej pogody byliśmy zadowoleni z wycieczki i tego, że udało nam się szlak przejść w całości, choć nasz wypad przechrzciliśmy ostatecznie na Szlak Głupawy... ;-)

Na pewno warto będzie przy okazji znów wybrać się na Pomorze i Kaszuby, szlaki tu są bardzo malownicze, krajobraz piękny, oznakowanie dobre. Dobra rozgrzewka przed sezonem!

Dla Michała to ostatnia polska wędrówka przed wyruszeniem na Szlak Appalachów. Pocieszam go, że gorzej już nie będzie :-) Jego postępy możecie śledzić na blogu Coolish Outdoor.