sobota, 14 września 2019

Pacific Crest Trail: Snoqualmie Pass - Monument 78, granica USA i Kanady (Washington)

Moi drodzy: koniec! Po 132 dniach od rozpoczecia wedrowki i 119 dniach na szlaku 11 wrzesnia 2019 o godzinie 21:24 dotarlam do granicy kanadyjskiej i zakonczylam przejscie Pacific Crest Trail, tym samym zdobywajac Triple Crown of American Hiking. Moje wielkie marzenie sie spelnilo!

Czeka Was teraz lektura ostatniej juz relacji ze szlaku, z odcinka, ktory byl wspanialym ukoronowaniem tej ponad 4-miesiecznej wedrowki.

 

Ostatni etap rozpoczelam wracajac z Kazikiem na Snoqualmie Pass, skad powedrowalismy razem 6 mil w gore, na przelecz z pierwszym swietnym widokiem, gdzie tez zrobilismy sobie pamiatkowa fotografie.


Pozniej Kazik zszedl z powrotem na parking, a ja ruszylam na polnoc. Ostatnie trzy odcinki, jakie skladaly sie na polnocna polowe Waszyngtonu mialy byc wymagajace, a i pogoda w tej czesci Stanow bywa bardzo kaprysna. Bylam wiec zmotywowana aby pokonac tego dnia przynajmniej 10 mil. Wybor miejsca biwakowego ograniczal skalisty teren, wyszlo wiec wlasnie te 10, a po drodze wiele punktow widokowych na gory o skalistych graniach, jeziorka, klebiace sie ponad szczytami chmury. Najwazniejszym punktem programu tego wieczoru bylo jednak osiagniecie 2400-ej mili.






Osiadlam na oslonietej od wiatru przeleczy, skad rano rozpoczelam kolejny trawers, bladzac wzrokiem po dalszych pasmach i wypatrujac wylaniajacej sie z oparow Mt Rainier.




W piargach buszowaly swistaki, niebo sie przecieralo, a dzien zapowiadal na piekny. Jak sie pozniej okazalo, juz nie tak wiele mnie takich czekalo.





Inny gatunek gorskiego gryzonia, ktorego czesto spotykalam w zeszlym roku w Kanadzie, gdzie nazywano go "pika lub pika pika".



Pomimo wielu zmudnych podejsc udalo sie wyciagnac ladny dystans, a wedrowke zakonczyc przy swietle czolowki w dosc ciasnym miejscu biwakowym nad malym strumykiem.


Nastepnego ranka pogoda takze dopisywala, a krajobraz zgodnie z zapowiedzia Kazika byl naprawde piekny. Skonczyly sie wulkany, wokol bylo wiecej nagich skal, co bardziej odpowiadalo moim upodobaniom.






Widok jesiennych jarzebin, dojrzewajacych na skraju alpejskich lak dawal jasno do zrozumienia, ze ida chlody. Po poludniu znad oceanu nadciagnely chmury i zrobilo sie zimno.




Wieczorem zdobylam jeszcze jedna przelecz z jednym z najbardziej urokliwych widokow na gleboka doline i okragle jezioro. Minelam stado section hikerow, ktorych na tym odcinku bylo szczegolnie wielu. Zageszczenie turystow wzrasta wprost proporcjonalnie do dlugosci odcinka - ten mial tylko 70 mil od asfaltu do asfaltu.



Wlasnie ku asfaltowi zmierzalam kolejnego dnia, mijajac wyciag narciarski dotarlam na przelecz Stevens Pass.



Stamtad bardzo szybko pojechalam autotopem do miesciny Skykomish, gdzie spojrzalam na rzeke Skykomish i zrobilam zakupy na stacji benzynowej oraz naladowalam baterie w pizzerii. Wielu hikerow jechalo do wiekszych, ale bardziej oddalonych miejscowosci, ale Skykomish mialo jak dla mnie wystarczajaca oferte.




Po trzech godzinach bylam znow na szlaku. Plecak byl przyciezki, a pod wieczor nioslam jeszcze duzy zapas wody na biwak i nastepne przedpoludnie.




Po noclegu w kotlince pod grzbietem wedrowalam dalej kluczac z jednej jego strony na druga.





Okolica obfitowala w krzaki borowek, wiec czesto sie zatrzymywalam - nie moglam sie powstrzymac. Rosnace na sloncu jagody byly teraz najlepsze, slodkie i soczyste.




Jakis Europejczyk (a moze Kanadyjczyk?) ulozyl z szyszek 4000 km.





Po kazdym pobycie w miescie spotykam zawsze nowa grupe hikerow, tak tez bylo i tym razem. Za kazdym razem jest tak samo - mijaja mnie, myslac, ze wlasnie dogonili kogos wolnego. Pozniej ja mijam ich wieczorem, spotykamy sie nastepnego dnia, kiedy znowu mnie mijaja i tak przez kilka dni, az wreszcie zostaja w tyle. Wtedy przychodzi pora odwiedzic nastepna miejscowosc i historia zaczyna sie od nowa...








Caly ten dzien byl bardzo przyjemny, gory rosly, szlak poprowadzono rozsadnie, a ja czekalam na wieczor, kiedy to osiagnelam 2500-a mile! Ulozylam ja z owocow jarzebiny.



Pedzilam chcac jeszcze zobaczyc zachod slonca z przeleczy, ale zanim tam doszlam, zorze zbladly niestety. Rozbilam sie na grzbiecie, w poblizu nocowalo jeszcze kilka osob, a gdzieniegdzie blyskaly swiatla czolowek.


Nocleg byl udany tym bardziej, ze zdarzylam zwinac manatki przed deszczem, ktory nadszedl znienacka. Zjadlam sniadanie chowajac sie pod duzym iglakiem, a potem ruszylam chowajac glowe pod kapturem niezbyt juz wodoodpornej kurtki.




Deszcz jednak niebawem ustal. Zdobylam jakas przelecz i zeszlam w bardzo juz polnocna w charakterze doline, podbawiona wegetacji o wiekszych gabarytach. Dopiero nizej zaczal sie wilgotny iglasty las.







Wiecej niz jeden dzien zajelo obejscie wielkiego masywu Glacier Peak, obwieszonego ze wszystkich stron lodowcami. Splywalo stamtad mnostwo lodowcowych strumieni, ale zadnego nie trzeba bylo przechodzic w brod, wszedzie byly mosty. Jeden co prawda zawalony.








Dojrzewajace na halach owoce przyciagaly zwierzyne. Wszystko co zylo, paslo sie na borowkach. Co chwile ploszylam swistaka, spod nog uciekaly mi ptaki i wreszcie takze on, krol tutejszej fauny - czarny niedzwiedz. Wspanialy okaz, wielki samiec, fuknal tylko na mnie niezadowolony i wrocil do swoich zajec, a ja moglam go jakis czas obserwowac. Bylo to niesamowite przezycie, niedzwiedz klebil sie wsrod krzwinek, chcac zgarnac do pyska jak najwieksze ilosci w jak najkrotszym czasie. Byl bardzo blisko.




Szlak serwowal niezliczona ilosc serpentyn, ostatnia zakonczyla sie na przeleczy, z ktorej widac bylo, jakzeby inaczej, znowu gory - wyszczerbione, z lodowcami, ale i trawiaste pasma i glebokie waskie doliny. W jedna taka doline nalezalo zejsc i choc wydawala sie byc na wyciagniecie reki, zejscie zajelo mi reszte dnia.








Nic nie zapowiadalo zeby sytuacja miala sie zmienic, rozpoczelam wiec dzien jeszcze zanim ciemnosci zastapil swit, tak zeby maksymalnie wykorzystac czas. Niebo zaczelo sie zasnuwac wysokimi chmurami, wiatr niosl wilgoc.





Widzicie maly lepek pardwy?


W dolinie bylo zacisznie, ale bardzo parno. Rosly tam rozne gatunki paproci i wielkie stare cedry, moje ulubione drzewa polnocnego-zachodu. Las ten dawno nie byl rabany, wiele dolin w tej okolicy wygladalo zreszta podobnie dziko.





Oczywiscie nie znaczy to, ze nikt tam nie chodzil, przeciwnie, a dla coraz wiekszej rzeszy zainteresowanych lasy panstwowe poczynily ostatnio inwestycje w drewniane sedesy z klapa. Spoczywajac na takim ma sie 360-o stopniowy widok na las.


Chmury zgodnie z przewidywaniem zgestnialy, a przepowiednia norweskiej prognozy sie sprawdzila - nadchodzila gwaltowna burza, a raczej cala ich seria. Z jakiegos powodu jednak omijaly szlak i przechodzily bokiem. Tylko wokol lodowcowej wielkiej gory rabalo caly czas. Deszcz pokropil, ale ustal i postraszyl jeszcze kilka razy, znim dotarlam na upatrzony z gory biwak. Nie bylo sensu isc wyzej w obliczu pogodowego kataklizmu, rozbilam sie wiec bardzo wczesnie - o 19. Wkrotce zapadly ciemnosci i ustaly takze szelesty spiworow i materacy w namiotach moim i jeszcze dwoch kolegow.




Juz po 22 obudzily nas grzmoty, a kolejne burze przetaczaly sie przez oba grzbiety wiszace nad nasza dolina az do 4 nad ranem. Krecilismy sie cala noc. Okolo pierwszej piorun walnal gdzies bardzo blisko, ale jakims cudem ulewa nas ominela i padal tylko drobny deszcz, ktory rano ustal. Ciemnosci nie chcialy sie rozejsc i poranne pakowanie odbylo sie w swietle czolowek. Koledzy znikneli zanim przelknelam ostatni kes bajgla z serem.


Niskie chmury i mgly zasnuwaly wszystko, opary wdychalam dyszac na podejsciu, ktore jednak okazalo sie krotkie. Pozniej na chwile sie przetarlo, tak abym zobaczyla kawalek otoczenia, zanim zejde znow w doline.





Wiele godzin szlam dolina Agnes Creek, a bylo to bardzo mile ze wzgledu na nazwe strumienia. Wszedzie widac bylo slady po ulewie i potokach wody, jaka plynela szlakiem noca. W miejscach biwakowych pozostaly suche plamy po namiotach.






Niewiele osob spotkalam tego dnia na szlaku, ale kiedy jadlam swoj tradycyjny drugi lunch nadszedl Shaun, Anglik, ktorego spotykam od polowy Oregonu. Okazalo sie, ze bedziemy lecieli do Londynu z Seattle tym samym samolotem.





Shaun spieszyl sie zeby zdarzyc na ostatni autobus, ktory odjezdza z parkingu do Stehekin, ale ja sie tam nie wybieralam. Dojazd kosztowny, a we wsi nie ma porzadnego sklepu. Zaplanowalam kolejny resupply nastepnego dnia z asfaltowki. Przekroczylam na gorskiej rzece plynace w glebokim kanionie granice ostatniego na trasie Parku Narodowego North Cascades. Wtedy objawil sie potencjalny klopot - zakaz nocowania bez zezwolen, a zezwolenia mozna dostac w Stehekin. Kolejny raz park narodowy chce utrudnic nam zycie i zmusic do szybkiego przejscia przez swoj teren (to tylko 16 mil skrajem parku), permity PCT nie sa honorowane. Postanowilam zignorowac zakaz, bo na tym etapie wedroki, ktora miala sie juz ku koncowi, nie moglam sobie pozwolic na opoznienia. Biwak parkowy zreszta kusil - bear box, wc, stol piknikowy. Pociagnelam wiec po raz kolejny z czolowka.



Obok biwaku byla tez wiata, ktorej nie dostrzeglam w ciemnosci, bo byla schowana za drzewami. Nie miala podestu sypialnego, tylko prycze z waskich dragow, a noca wysechl mi mokry namiot, wiec nie zalowalam bardzo.






Wczesnym popoludniem doszlam na Rainy Pass, przelecz z ktorej mozna zlapac stopa do Mazamy. Taki mini pomnik mowil o tym, ze cel jest juz bardzo bliski. Mazama z kolei byla dosc daleko - 22 mile. Szybko zatrzymal sie mily gosc, ktory mnie tam zabral. Okazalo sie jednak, ze sklepik oferuje tylko bardzo kosztowne towary i produkty rolnictwa ekologicznego, ale niewiele rzeczy, ktore moglyby mi sie przydac. Moj kierowca zaproponowal podwiezienie do nastepnego miasta, ktore jak dobrze pamietam nazywalo sie Winthrop i wygladalo jak zywcem wyjete z westernu. Deszcz zaczal padac jak tylko wsiadlam do auta, a teraz lalo jak z cebra. Zrobilam zakupy, pozniej podjechalismy pod biblioteke zebym mogla skorzystac z wifi, a nastepnie wciaz ten sam facet odwiozl mnie z powrotem na szlak cale 35 mil! Cala wyprawa zajela 3 godziny, a w samochodzie jeszcze naladowalam baterie.




Deszcz juz nie przestal padac, choc jego intenstwnosc byla zmienna. Podeszlam juz tylko niecale 4 mile i poddalam sie, rozbijajac namiot na kawalku suchej sciolki na skraju blotnistego biwaku. Mialam tego wieczoru ze soba same przysmaki, ktorych konsumpcja zamierzalam uczcic ostatni resupply na PCT: butelke mleka i lody o smaku mango. Mleko podgrzalam, a tymczasem lody rozmarzly (nie lubie zamarznietych).

Chmury noca obnizyly sie i osiadly, padala niezdecydowana mzawka. Sniadanie zjadlam w namiocie, a pakowanie zajelo mi mnostwo czasu, ale wreszcie sie wygrzebalam.



Niestety juz po godzinie rozpadalo sie na dobre. A wlasnie wtedy przyszedl czas ulozyc z kamykow ostatnia 100-ke: 2600 mil za mna, do konca tylko 52,6!


Ulewa ustapila przed poludniem, kiedy juz dobrze przemoklam. Podejscie pozwolilo sie podsuszyc, ale wyraznie sie ochlodzilo.



Pod wieczor ukazaly sie charakterystyczne dla polnocnych Gor Kaskadowych widoki na kolejne pasma, jedne lagodniejsze, a inne wyszczerbione. Lesne doliny wygladaly bardzo zachecajaco. Byloby fajnie zwiedzic wiecej w tej okolicy, zapuscic sie gdzies dalej od glownego szlaku.








Chmury nadciagaly od oceanu nieprzerwanym lancuchem, wydawalo sie, ze juz sie to nie zmieni - nadchodzila jesien, a wraz z nia szarugi i wkrotce snieg. PCT nalezy zakonczyc do polowy wrzesnia, pozniej warunki gwaltownie sie pogarszaja. Bywaja lata z bezsnieznym wrzesniem, ale w pazdzierniku snieg jest juz gwarantowany. Tym bardziej wiec dziwi, ze wiekszosc hikerow planuje zakonczyc wedrowke dopiero w pazdzierniku wlasnie.





Deszcz padal wybiorczo, bardziej na stokach, na ktorych zawisaly chmury. Wieczorem zawisly juz nad wszystkim rowno. Znow szlam z czolowka, na camping na Harts Pass, gdzie obozowal Trail Angel i kilku hikerow, w tym tacy, ktorzy skonczyli szlak w przeddzien i wrocili sie ta sama droga, chcac uniknac przekraczania kanadyjskiej granicy. Co ciekawe nie wygladali na szczesliwych, tylko na wymeczonych.




Moj plan poczatkowo nie zakladal pokonania ostatnich 30,6 mil szlaku w jeden dzien - oznaczaloby to wczesne wstawanie, ktorego chcialam na koniec uniknac i nacieszyc sie ostatnimi chwilami na szlaku oraz tak czy owak finisz z czolowka. Wygrzebalam sie wiec pozno, zajelam fotografia mokrych roslin i podziwianiem widokow, ktore tego dnia szczegolnie mnie zachwycaly. Tak zwykle bywa w przedostatni dzien, ktory jest jeszcze takim zwyklym szlakowym dniem, ktory i na szlaku sie skonczy, ale jednoczesnie wiadomo, ze nastepny taki nie bedzie.










Drugie sniadanie zjadlam na skale, wpatrujac sie w dal. Widok byl bajecznie piekny, a dolina zdawala sie ciagnac w nieskonczonosc, moze dlatego ze znikala we mgle.


Po drugim sniadaniu, ktore trwalo 45 minut (!) zmienilam zdanie i postanowilam, ze nacieszylam sie juz wystarczajaco i bedzie to moj ostatni dzien. Wiedzialam, ze przede mna jest kilku hikerow, ktorzy maja zamiar pokonac ostatnie 50 km tego dnia, wiec dlaczego ja mialabym sie ociagac? Przeczucie mowilo, ze to jest ten wlasciwy dzien na finisz, niech bedzie nawet po ciemku.

Postanowic bylo latwo, ale teraz trzeba bylo jeszcze postanowienie zrealizowac. Na drodze stanelo jeszcze calkiem sporo podejsc, pod Woody Pass opadlam z sil i zatrzymalam sie na polgodzinny drugi lunch, pozniej juz bylo mniej wspinania.




Niebo wygladalo niepokojaco. W wysokich chmurach zablysnela tecza halo i tzw. slonce poboczne.


W odwrotna strone szlo wielu hikerow, ktorzy wlasnie skonczyli szlak. Usmiechal sie tylko jeden. Wszyscy pisza w rejestrze, znajdujacym sie przy pomniku na granicy o niesamowitych przezyciach na koniec, o wspanialym doswiadczeniu, a prawda jest taka, ze kazdy jest zmeczony i ma dosc. Ale pisza o tym tylko niektorzy.

Ja tez, prawde mowiac, nie odczuwalam poki co niczego niezwyklego. Czekal mnie kolejny wieczor w biegu, wieczor wedrowki przez ciemny las z czolowka o 5 lumenach mocy. Baterie zmienialam na PCT juz dwa razy!






Minelam ostatnie jeziorko, przy ktorym mialam zamiar biwakowac (slyszalam dobiegajace z dolu glosy obozujacych tam znajomych) o 19:15. Stad az do samej granicy mialo juz byc z gorki - 6 mil.



Ostatni widok podziwialam o zmierzchu. Pozniej las ciagnal sie juz niemal nieprzerwanie. Byly ze dwie przerwy, gdzie szlak szedl przez zarosla, widzialam wtedy zarys przeciwleglego grzbietu. Na chwile pokazal sie ksiezyc, blysnal zza chmury. Zahukala sowa. Las byl tego wieczoru jakis nieco straszny, ciemny, wilgotny i ponury. Cos zaszelescilo mi nad glowa i nie byla to wiewiorka, bo nie ucieklo, tylko wspinalo sie wyzej. Jeszcze nigdy nie przeszlam 50 km z taka latwoscia, stopy wydawaly sie lekkie jak piorka. Mialam ochote isc szybciej, ale sciezka byla kamienista i zarosnieta malinami, z borowki drapaly nogi. Zeby zorientowac sie gdzie jestem liczylam strumyki, przecinajace szlak i porownywalam z mapa. Z ostatniego nabralam wody. Dalej szlak zakrecal gwaltownie. Napiecie roslo. Wiedzialam juz, ze granica jest bardzo blisko. Jeszcze dwa zakrety, jeszcze jeden i nagle, niespodziewanie, moje 5 lumenow trafilo na cos blyszczacego. Byl to Monument 78, slupek graniczny, bedacy polnocnym krancem Pacific Crest Trail. Poswiecilam w prawo, w lewo - z prawej ciemnosc, ale z lewej drewniany pomnik i dwie znieruchomiale flagi. Jedna w gwiazdki-paski, druga z czerwonym lisciem. A wiec to naprawde tutaj, tutaj jest koniec!

Sprawdzilam czas na zegarku - 21:24, 11 wrzesnia 2019. Potem poklepalam pomnik i wydalam z siebie tryumfalny okrzyk. Koledzy, ktorzy skonczyli wczesniej, a spali na niedalekim kanadyjskim biwaku, pewnie obudzili sie przerazeni... Wyjelam z plecaka zlota korone, ktora co prawda nioslam juz od Snoqualmie Pass, ale moglam zalozyc dopiero teraz, ukonczywszy przejscie ostatniego z trojki szlakow Triple Crown of American Hiking. To byla piekna chwila. Wlozylam sobie korone na glowe ze szczerym usmiechem satysfakcji. Zadanie wykonane, Korona moja!



Pora byla juz pozna, swietowanie lepiej bylo odlozyc na dzien nastepny. Jakie lepsze ukoronowanie trzech lat wedrowek w kierunku Kanady mozecie sobie wyobrazic niz spedzenie nocy wlasnie na granicy? Granica przebiega na stoku, ale znalazlo sie plaskie miejsce, z ktorego zmiotlam kamyki. Tam wlasnie rozbilam namiot, pod samym pomnikiem, wbijajac sledz od przedsionka w kanadyjska glebe. Pierwsza rzecza, ktora zobaczylam, kiedy sie obudzilam rano, byla kanadyjska flaga.




Poranek byl cudowny. Mglisty, zimny, ze splywajaca po wewnetrznej stronie tropiku woda, ale co tam, teraz to juz niewazne! Nie spieszylam sie za bardzo, zjadlam cieple sniadanie, powoli zwinelam biwak i przystapilam do robienia zdjec w swietle dziennym.





Po 9 nadeszli pierwsi hikerzy finiszujacy tego ranka. Nadchodzili po kolei, w rownych odstepach. Do 11 zebralo sie 11. Niektorzy odchodzili szybko, byl nawet jeden taki, co tylko podszedl, stwierdzil, ze ok, to tyle, i odwrocil tak ze musielismy mu powiedziec zeby chociaz symbolicznie przelozyl noge przez granice. Ktos inny mial lzy w oczach, jeszcze inny natychmiast przystapil do gotowania. Wszyscy studiowali rejestr i wpisy poprzednikow. A ja wreszcie znalazlam kogos, kto moglby mi zrobic wiecej zdjec. I jeszcze wiecej zdjec :-)




Tak wyglada granica. Tak samo wygladala w Quebecu, kiedy po Appalachian Trail konczylam Long Trail i tak samo w Albercie, kiedy konczylam Continental Divide Trail.


Przybyl tez moj znajomy Shaun i zrobilismy sobie na pozegnanie wszyscy grupowa fotke.





A potem trzeba sie bylo faktycznie zbierac. Najblizsza cywilizacja to Highway 3, do ktorej trzeba bylo 14 km przejsc przez kanadyjski Manning Park. Tak wlasnie zrobilam. Najgorsze dla wszystkich bylo to, ze koniec PCT byl w dolku i znowu musielismy isc pod gore, na przelecz i dopiero potem zejsc. Dalo sie to oczywiscie zrobic... Cala droge do cywilizacji pokonalam w swojej zlotej koronie, tak jak nakazuje tradycja.






Manning Park Lodge to stacja przeladunkowa dla hikerow, pare osob mialo paczki, wielu cos przekasilo, wszyscy probowali niedzialajacego wifi... A ja poprosilam o karton. Wybieralam sie natychmiast z powrotem do USA, do Kazika.



Po kolei wszyscy stawali na drodze, koledzy byli tam wczesniej niz ja i jechali do Vancouver, wiec kiedy zatrzymal sie samochod, ktory mial tylko dwa miejsca puscilam ich przodem, myslac ze szybko zlapie kolejna okazje.


Tak jednak nie bylo. Na drodze byl bardzo powazny wypadek, zamknieto ja i teraz kazdy kto jechal na zachod udawal sie wlasciwie na wschod, wracal do najblizszego skrzyzowania zeby jechac inna droga. Wiec i autostopowicze zostawali na tym skrzyzowaniu. Wyladowalam krotko mowiac na srodku autostrady, w ulewnym deszczu, ktory tymczasem nadciagnal. Trudna sobie wyobrazic gorsza autostopowa mizerie. Dreptalam wzdluz betonowej rampy w poszukiwaniu jakiejs zatoczki az zobaczylam druga hikerke w tej samej sytuacji za mna. Byla Kanadyjka i mieszkala tylko 60 km dalej, wracala do domu po przejsciu ponad polowy szlaku (odpuscila m.in. Sierre). Postanowilysmy podejsc do odleglego o 4 km Hope (pamietacie, bylam tam w zeszlym roku w czasie samochodowej wycieczki po Kolumbii Brytyjskiej). Przelazlysmy cale w deszczu az do zjazdu na autostrade transkanadyjska. Stanelysmy na niewlasciwym zjezdzie z powodu blednego oznakowania, ale w pore to odkrylysmy. Na wlasciwym zjezdzie juz bylo dobrze, zatrzymal sie bardzo porzadny gosc, kolezanke zawiozl pod sam dom, a mnie na granice USA. Przejscie przez granice nie sprawilo zadnych problemow, mimo ze wygladalam jak ostatni obdartus, nikt nawet nie chcial sprawdzac zawartosci mojego plecaka ani ogladac biletu do Polski. Pod stacja benzynowa poczekalam az nadjedzie Kazik.

W domu Kazika rzucilam plecak i natychmiast wskoczylam prysznic. Teraz dopiero odczulam, ze naprawde jest juz po wszystkim, naprawde skonczylam szlak. Az ogarnelo mnie wzruszenie i wielka rozkosz, kiedy po glowie splywal mi goracy strumien wody. Szampon pachnial cudownie i mydlo pienilo sie tak pieknie. Szlakowy kurz splywal do kanalizacji.

Przed pojsciem spac jeszcze kolacja - pierogi produkcji Iwony, ruskie, chyba bylo ich z 50...


I to juz wszystko - mozecie puscic kciuki. Dziekuje, ze je trzymaliscie, mam nadzieje, ze nie dorobiliscie sie odciskow!

Z pozdrowieniami,
Agnieszka "Zebra" Dziadek :-)