środa, 24 stycznia 2024

Pieszy trawers Japonii: Matsuida - Bandai (Mount Hotaka, Park Narodowy Oze)

Wczesnym popołudniem wróciłam na szlak w Matsuidzie. Bez przedłużenia, ale co robić, pozostało mi jeszcze jakieś 27 dni to podróży na Tajwan. Istniało oczywiście ryzyko, że nie wpuszczą mnie ponownie do Japonii i z tego względu chciałam dojść jak najdalej, idealnie byłoby na sam koniec Honsiu, ale zostało mi jeszcze dużo do przejścia i nie wydawało mi się to realne. Myślałam raczej o Hachinoche. Ale i ono jeszcze było daleko. Pogoda w górach nic się nie zmieniła w ciągu trzech dni. Chwilowo nie padało, ale zasnuwały je gęste chmury. To właśnie był szczyt pory deszczowej. Podobno podczas każdej pory deszczowej jest taki tydzień, że pada codziennie. W Tokio jeszcze to nie nastąpiło, ale tutaj właśnie tak. Było jednak o wiele chłodniej niż w parnym i dusznym Tokio.

Poszłam do toalety. Byłam bardzo ciekawa co stało się z pijawką, która odpadła od mojej skóry. Zostawiła po sobie wielkiego siniaka, tyle krwi wypiła. Mam po niej bliznę do dzisiaj, a minęło już pół roku. Nie było jej w klozecie... Były ślady krwi, ale przypuszczałam, że nie mojej, tylko kogoś, kto miał okres.

Zapowiadano opady, ale skoro jeszcze nie nadeszły ruszyłam prędko na szlak. Znalazłam duże drzewo morwowe, które miało jeszcze owoce i naskubałam sobie dwie garści. Na mój widok zatrzymała się starsza rowerzystka i bardzo chciała ze mną porozmawiać. Udało mi się powiedzieć jej, że wszystko super, z wyjątkiem pijawek, które mnie pogryzły - pokazałam plastry. Odparła na to, że tak, to paskudztwo i ją też gryzą. Była w japonkach i pokazała, że pijawki wgryzły jej się między palce u nóg. Masakra! Życzyła mi powodzenia i wręczyła puszkę słodkiego napoju z kawałkami owoców, który wychyliłam godzinę później, znalazłszy jakiś daszek - zaczęło padać.







Bałam się pijawek, ale szłam szlakiem, nie drogą. Szlak biegł zresztą głównie zapomnianymi drogami leśnymi, gdzie prawdopodobieństwo złapania pijawki wydawało mi się odrobinę mniejsze. Żadna pijawka się nie przyssała, nawet na ścieżce. Widocznie akurat tam ich nie było. Wieczór zapadł jeszcze szybciej niż zwykle, tak grube były chmury. Mgła i siąpiący deszcz skierowały moje myśli ku poszukiwaniom jakiegoś daszku. Zmierzałam do świątyni. Do parkingu przed nią dotarłam już całkiem po ciemku. Była zbyt duża żebym mogła tam spać, ale przy parkingu było WC, wybite boazerią. Fotokomórka była bardzo czuła, a oświetlone drzwi wychodziły wprost na ulicę, ale poradziłam sobie tak, że ułożyłam materac pod umywalką, o nią oparłam jakąś deskę i jeszcze powiesiłam chustę, tak że fotokomórka przestała mnie zauważać i mogłam spać w ciemności. Na kolację zrobiłam sobie zimny makaron w sosie bolońskim z jajkami na twardo.






Deszczowy front przeszedł nocą, a rano nie było po nim śladu, z wyjątkiem mokrej ziemi. Przed świątynią był znak, że otwierają o 7, ale nie czekałam. Po prostu zadowoliłam się przejściem szlaku, który szedł przed teren świątynny, ale do samej świątyni nie wchodziłam.








Szlak był ładny i wydeptany, zawierał naturalnie schody, ale biegł początkowo wzdłuż szemrzącego strumienia. Potem było już trudniej - wyprowadził mnie na krawędź krateru, która była mocno wyszczerbiona, przez co trzeba było wchodzić ciągle po schodach w górę i w dół. Ale widok na jezioro kraterowe Lake Haruna był bardzo piękny. Był tam kolejny Quasi Park Narodowy. Masyw wulkaniczny posiadał więcej mniejszych kraterów, ale już bez jezior. Miejscami ziemię porastały trawy, z których wyzierały kwitnące azalie.















Zszedłszy na druga stronę masywu zawitałam do jakiejś dość zabytkowej i turystycznej osady, która zaczęła się od małej świątyni.






Oldschoolowe mydełko w siatce przywiązanej do kranu zrobiło na mnie wrażenie! Co poniektórzy obserwujący relacje na Instagramie zdradzili, że w ich przedszkolach takie też były :-) Ja sobie w ogóle nie przypominam mydła w swojej zerówce...





I znowu czekał mnie odcinek pomiędzy masywami. Wyrastają one z dolin, jak to wulkany, ale dookoła są wsie i drogi. Szkoda, że nie ma szlaku w całości górskiego w tej okolicy. Na północny wschód rozciągał się Park Narodowy Nikko, ale był mi nie po drodze i musiałabym strasznie kluczyć drogami, żeby tam zajrzeć. Bardziej sensowna trasa z większą ilością szlaków była przez Mount Hotaka i Park Narodowy Oze. Bardzo mi się ten plan udał i mogę go szczerze polecić. Doszłam więc do podnóży Mount Komochi, a potem szłam prosto na północ aż do przedmieść Numaty. Był tam oficjalny szlak Metropolitan Nature Trail. Iść tam główną 17-ką to był fatalny pomysł. Myślałam, że dlatego jest tam szlak, że będzie chodnik, ale chodnik się urwał i większość trasy była bardzo niebezpieczna. Był to jeden z tych odcinków, kiedy liczyłam się z utratą życia. Droga była wąska, pełna zakrętów i nie miała pobocza, bo zarosło krzakami, które wypuszczały gałęzie na drogę. Kiedy nadjeżdżała ciężarówka, nie miałam się gdzie schować. Raz dosłownie przylgnęłam do barierki i tylko zobaczyłam jak koła ciężarówki przejeżdżają 20 cm od mojej lewej stopy. Kierowca nie widział mnie, bo krzaki zasłaniały. Potworne były też krótkie tunele, również pozbawione pobocza. Musiałam wchodzić nieco na jezdnię i wychylać się zza zakrętu, żeby mnie widziano. Używałam wtedy migającego czerwonego światła czołówki, ale było ono dość słabe (w końcu był dzień). Osobowe auta zwalniały i omijały mnie, ale z ciężarówkami było gorzej. No cóż, przeżyłam. 

Pojawił się jeszcze jeden problem - alergia, i to straszliwa. Na proszek do prania. Często mam alergie na chemię: pestycydy i kosmetyki, a proszki do prania i płyny do płukania to najgorsze co może mnie spotkać. Niestety w Japonii używa się bardzo silnych detergentów w połączeniu z zimną wodą - w pralkach w ogóle nie ma ciepłej, nawet zimą, więc chemia musi być mocna. O szkodliwości takiego rozwiązania dla środowiska nic się nie mówi, a jak tam u nich z alergiami nie wiem. Widziałam już w Polsce reklamę jakiegoś proszku, który piesze nawet w zimnej wodzie - trzymajcie się od tego syfu z daleka. Wszystkie ubrania wyprałam w Tokio, a po jednym dniu cała byłam pokryta piekącą czerwoną wysypką i opuchnięta. Następnego ranka odkryłam jeszcze opuchnięte i bolesne węzły chłonne, które dochodziły do siebie przez kilka dni. Musiałam ubrania wyprać ponownie, póki co wyprałam koszulkę, spodenki i bieliznę w toalecie na małym dworcu. Nie było mydła, ale długo je płukałam. Dopiero po drugim takim praniu chemia zeszła, getry i bluzę ogarnęłam następnego dnia. Alergia schodziła też kilka dni. 

Na noc ułożyłam się w WC obok szkolnego boiska. Nie było tam kabiny dla niepełnosprawnych, więc zamknęłam się w damskiej kabinie. Było ciasno, ale udało mi się ułożyć obok muszli, a żeby śpiwór nie wpadł do środka zasłoniłam muszlę pokrywą od kosza na śmieci (kosz tylko na artykuły higieniczne oczywiście). To był jeden z bardziej ekstremalnych noclegów, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Nikt nie przyszedł, a boisko było daleko od szkoły. Na słupie była kamera, więc nie chciałam rozbijać namiotu i w ogóle lepiej było nie rozbijać się na widoku.







Wstałam wcześnie około 4, a wychodząc zrobiłam znak: to już 1900 km.




Numata to spore miasteczko, ale supermarkety były gdzieś bardzo daleko. Pozostał mi najnędzniejszy ze wszystkich konbini: Family Mart. Niewiele tam było, ale kupiłam trochę paczkowanego jedzenia, ciasteczka, cukierki, chrupki i czekoladę, którymi miałam się żywić na następnym odcinku górskim. Widać było po klienteli sklepu, że okolica jest górska - wiele osób było ubranych na wędrówkę, małżeństwo w średnim wieku wypytywało gdzie się wybieram. Oni to Nikko, ja do Oze - życzyliśmy sobie miłego dnia.




To był piękny dzień. Z początku szłam bardzo długo prostą drogą w kierunku gór. Byłoby wspaniale, gdyby tam wypadł mi nocleg - przystanki autobusowe były zamykanymi domkami z toaletą, wodą, dostępnymi gniazdkami z prądem i szerokimi ławkami z poduszkami. No coś genialnego! Ludzie tam też byli mili, pytali czy idę na Mount Hotaka, co mnie bardzo podniosło na duchu, bo oznaczało, że jest szlak na szczyt. Pan pracujący przy udrażnianiu kanału zafundował mi colę z automatu na wieść, że zmierzam na Hokkaido.






Miałam w planie na parkingu napełnić wszystkie butelki z wodą, mając nadzieję, że gdzieś potem w końcu trafi się źródło. Tylko, że okazało się, że płynąca tam rzeka jest niedostępna, zarośnięta skarpa jest zbyt stroma żebym mogła nią zejść. Na parkingu było wiele aut, bo była niedziela. Przy jednym zauważyłam faceta na leżaku, który się opalał. Przywitałam się z pewnego dystansu, a on prędko się ubrał, dopiero potem mogliśmy rozmawiać. Pokazałam mu na ekranie telefonu zapytanie czy nie ma przypadkiem w samochodzie wody, czy nie ma nadmiaru którym mógłby się podzielić. Miał cały baniak, dopełnił moje butelki i jeszcze dał mi herbatę. Bardzo miły człowiek. Pewnie jego rodzina poszła w góry, a on postanowił odpocząć bez wysiłku. Ukłoniłam się grzecznie i ruszyłam na szlak. Tabliczka informowała o perspektywie spalonych kalorii (zapewne dla osoby bez dużego plecaka z zapasami). Było to nieliche podejście, bardzo długie, ale bez ekstremalnych odcinków. Straszyli w opisach osuwającym się żwirem, ale musiał być na innym, zachodnim szlaku.












Dzień był taki piękny, wiaterek umiarkowany, wyżej chłodniej. Widoki były bardzo rozległe i tak mało cywilizacji! Szlak był wykoszony z trawy bambusowej. Spotkałam wiele osób idących w dół, bo Japończycy wcześnie wychodzą na szlak i wcześnie schodzą. Pod pierwszą kulminacją zagadnęłam dwóch panów o wodę, tzn. o źródło. Wyjęli telefony i pokazali mi źródło w aplikacji, miało być za szczytem na grzbiecie. Bardzo mi ta informacja pomogła. Mogłam nieco więcej wypić w takim razie.









Na pierwszym grzbiecie, między Mount Kengamine a Mount Hotaka kwitły jeszcze ostatnie rododendrony. Pasma górskie wynurzały się jedno za drugim. Na wyższych leżał jeszcze śnieg. 










Słońce już się mocno zniżyło, kiedy dotarłam na Hotakę (2158 m n.p.m.). Nie mogłam siedzieć tam zbyt długo, bo jeszcze daleka droga była przede mną: wybierałam się do chatki, o której nie miałam żadnych konkretnych informacji. W dni z najlepszą przejrzystością nieba z Hotaki widać Mount Fuji, ale pomimo dobrej pogody nie udało mi się jej dostrzec. To była moja ostatnia szansa na zobaczenia najwyższego szczytu Japonii i niestety się nie udało. Dopiero po zakończeniu wędrówki była następna okazja.






Bóstwo strzegło grzbietu. W zagłębieniu terenu zalegała jeszcze gruba warstwa śniegu. Źródło nie zawiodło, było doskonałe, czyste, zimne i obfite.








Być może pasmo po przeciwnej stronie głębokiej doliny na zachodzie to była Mount Nikko-Shirane. Ale nie byłam tego pewna. Kolory bladły, słońce zachodziło. Robiło się chłodno, czas naglił, ale te widoki, które miałam przed sobą nie pozwalały mi biec do przodu. Zatrzymywałam się podziwiając panoramę tak dziką i piękną. Dawno czegoś takiego nie widziałam. To właśnie dzika Japonia. 









Zejście okazało się bardzo strome, zjeżdżało się po linach i łańcuchach ze skalnych półek prawie w pionie - nie zawsze było widać co się ma pod nogami. Po skale płynęła woda, plecak przeszkadzał. Czas leciał... Na szczęście skały się skończyły zanim zrobiło się ciemno. Jeszcze jakąś godzinę szłam z latarką, aż doszłam na rozwidlenie, przy którym miała stać chatka. I stała. Tylko że była bardzo nędzna i stara. Drzwi się nie zamykały, podest był zmurszały, mieszkały tam myszy i pająki. Przysłoniłam wejście plandeką i rozwiesiłam moskitierę. Zawsze to lepsze niż biwak.











Pospałam trochę dłużej, a na śniadanie były kanapki z gotową pastą jajeczną. Szlak dalej był właściwie idealny, i widoczny, i w ładnym lesie, i w ogóle. Tylko wody nie miałam, bo przy chatce źródła nie było. Musiałam zadowolić się pół literkiem, który mi pozostał. Ale wiedziałam, że w dolinie jest pole namiotowe z toaletą, a oprócz tego strumień. Na polu było pełno ludzi, ciekawie na mnie popatrzyli, ktoś pytał czy wyszłam w nocy żeby zdobyć szczyt i już schodzę.







Do granicy Parku Narodowego Oze musiałam iść asfaltem. Mijali mnie z rzadka motocykliści - wycieczki motocyklowe są w Japonii ogromnie popularne. Jakoś słabo się poczułam, podejrzewałam zmianę pogody. Od doliny w górę zrobiło się bardzo ruchliwie - na parkowy parking jechało ze 40 busików wypełnionych ludźmi. A na miejscu po prostu Sodoma i Gomora, dzień targowy w Jerozolimie. Dzikie tłumy jednym słowem. Nie umknęłam automatowi do liczenia turystów. Tabliczka nakazywała ruch prawostronny. Mimo tego, że grunt był twardy nie było tam ścieżki, tylko dwie równoległe drewniane kładki. Wiele osób wolno szło, trzeba było wyprzedzać, wyczekując aż nikt nie będzie szedł z naprzeciwka. Jakimś cudem udało mi się wysikać w momencie, kiedy nikt nie szedł, ale był tylko jeden taki moment. Troszkę lepiej zrobiło się przy pierwszym z kilku schronisk górskich. Ktoś już przy nim rozbijał namiot, wszyscy zatrzymywali się w restauracji.






Park Narodowy Oze składa się z gór, wynurzających się ponad granicę lasu oraz rozległych bagien pomiędzy nimi. To właśnie kładki na bagnach są takie atrakcyjne. Co chwilę przechodziły wycieczki, ale już było lepiej. Mogłam też przystanąć i przyjrzeć się kwiatom i licznym bagiennym jeziorkom.











Kolejne schronisko było na przesmyku, na niewielkim wzniesieniu. Nie zaglądałam do środka, ale wyglądało miło. Tylko cena nie zachęcała, bodajże 400 PLN. Potem był jeszcze kawałek płaski, a następnie przełęcz, nie bardzo wysoka. Na przełęczy spotkałam ostatnich wycieczkowiczów. Nagle się rozluźniło, tak jak myślałam, wszyscy odjechali o 17 ostatnim autobusem. Wieczorem park był mój. Teraz kiedy nie było wszechobecnych dzwoneczków (jakim cudem miałby się w tym tłumie objawić agresywny niedźwiedź nie miałam pojęcia), mogłam słuchać brzęczenia owadów i rechotania żab. Żab były tam setki! Tam gdzie mieszkam ten dźwięk już zniknął, żaby trafiają się pojedyncze i zaraz rozjeżdżają je auta. Skrzeku nie widziałam od 30 lat. Dobrze, że jeszcze gdzieś jest.




















Wędrówka kładkami z widokiem na jeziora była wspaniała, zwłaszcza duże jezioro Lake Ozenuma było bardzo ładne. Ani skandynawskie, ani amerykańskie, tamtejsze. Na koniec została mi ostatnia przełęcz i szlak do parkingu. Był bardzo wygodny, schodki niebolesne. Myślałam, że przenocuję na parkingu. Była tam zamknięta na głucho mała chatka i bardzo fajna toaleta, ale niestety obok stał budynek straży parkowej, a przy nim parkowe auto. Zabezpieczali się przed turystami w ten sposób, że zakręcali wodę w WC. Udało mi się nakapać dwie butelki. Zeszłam jeszcze pół kilometra i znalazłam doskonały biwak na małej cienistej polance pod bardzo rozłożystymi drzewami iglastymi. Tylko tam nie rosły trawy bambusowe. Nie lubią one cienia. Spłoszyłam jelenie, popiszczały na mnie i poszły. Rozbiłam namiot i usiadłam na zewnątrz. Smażyłam boczek, dołożyłam do niego ryż. Wieczór był bardzo miły, tęskniłam za dzikim biwakiem w ładnym miejscu i to było właśnie to.








Na polance rosły kwiaty bez chlorofilu zwane w Stanach indiańską fajką. Bardzo je lubię, a nie wiedziałam, że rosną też w Japonii. Wodę uzupełniłam na szlaku, w pięknym strumieniu, spadającym z góry wodospadami. Do drogi zostało kilka kilometrów. W poniedziałek rano już tłumów nie było, spotkałam tylko jednego starszego pana.










Główna droga wiła się wśród lasów, biegła doliną sporej rzeki. Przy parkingu było płatne pole namiotowe, potem jeszcze kilka prywatnych małych - ludzie po prostu udostępniali za opłatą swoje ogrody. Fajnie tam w sumie było. Była jakaś kawiarnia i skansen ze starymi budynkami. Najstarsze miały konstrukcję zrębową.








Były też fotografie ukazujące dawny wygląd wsi Hinoemata. Dużo się zmieniło... Nowe budynki obłożone plastikowym sidingiem, asfalt... Sądziłam że nie ma tam sklepu, tylko informacja turystyczna, ale sklep jednak był i to bardzo fajny. Zrobiłam zakupy, a potem przez dwie godziny ładowałam elektronikę i nikt mnie nie wygonił.









Musiałam przeciąć pasmo gór znajdujące się na wschodzie, niestety nie było tam żadnego szlaku. Na szczęście droga była pusta. Na niej wypadło moje 2000 km. Sądziłam że to jeszcze nie połowa drogi, ale jak się okazało później jednak połowa. Zobaczyłam oddalone jeszcze pasmo, w które wybierałam się następnego dnia. Zeszłam do jednej zapomnianej wsi, potem do drugiej. Był tam jakiś onsen, gorące źródła. Ale obawiałam się że nocleg tam byłby słono płatny, więc nawet nie zaglądałam.











Nie było lasu, tylko pola i domy. Wodę podkradłam z kranu przy pustym domu, ale biwak był trudniejszy do znalezienia. Las się wreszcie pojawił, był go tylko kawałek, a na dodatek na stromym stoku. Wciągnęłam się jakoś w górę i już wpadałam w rozpacz, kiedy odkryłam wypłaszczenie. Myślałam, że to droga, ale był to kanał nawadniający, płynący z góry i odrobina płaskiego przy nim. Dziwny robal wypełzł z liści, wrzuciłam go do wody, bo wyglądał na pływającego. Było tak mało miejsca, że odciąg musiałam przełożyć nad kanałem i wbić śledzia po drugiej stronie. W ten sposób kanał płynął pod moim namiotem. Mimo to nie miałam kondensacji, las był dość gęsty. Gdybym rozbiła się na otwartej przestrzeni na pewno wszystko miałabym mokre, bo noc była bardzo chłodna.





Gdybym nie znalazła biwaku pewnie rozbiłabym się gdzieś w Matsutoharze, było tam boisko na skraju lasu, które by się na ten cel nadało. W rzece ktoś łowił ryby - łowienie ryb jest w Japonii również szalenie popularne. Są i myśliwi - jeden się zatrzymał, był ciekawy gdzie idę i czy sama poluję (a może tylko pytam czy jem mięso jeleni?).










Wkrótce dotarłam do podnóża góry Nanatsugatake (1635 m n.p.m.). Chciałam iść szlakiem dookoła, ale przejeżdżający facet mi powiedział, że tamtędy na górę nie dojdę i żebym szła stokiem narciarskim. Były tam hotele i kilka wypasionych domków. W hotelu poprosiłam o wodę, wzięłam tylko trzy litry, nie chcąc za dużo nosić, ale był to błąd. Stok był stromy, ale droga dobra. Szła nią też wielka wycieczka szkolna, ale nie na sam szczyt. Jeszcze przed szczytem znalazłam szlak, na szczęście był, choć niezbyt uczęszczany. 






Sądziłam, że będzie tylko jedna kulminacja, tymczasem czekała mnie wędrówka granią z aż 15-oma szczytami pośrednimi. Wędrówka była wyczerpująca, było bardzo gorąco, a szlak coraz mniej przechodni, zarośnięty. Ale widoki były bardzo ładne.










Chwilami dość skaliście.





Na końcu grzbietu było rozwidlenie, lepszy szlak odbił do parkingu, mnie pozostał gorszy. Była to przecinka w lesie, nie ścieżka. Zasłana liśćmi i ogromnie stroma, tak że w pewnym momencie stwierdziłam, że nie jestem w stanie iść. Mogłabym się tylko sturlać. Zjeżdżałam nawet idąc pod górę, już po tym jak zdecydowałam o odwrocie. Poszłam jednak do parkingu. Tamtędy musiałam nadłożyć 2 km, ale to było lepsze.





Doszłam do górskiej drogi, ale zaraz był na niej zakaz wjazdu. Była zamknięta. Znowu. Zignorowałam zakaz i poszłam dalej. A żadnych trudności nie było, tylko jakaś pergola z widokiem. Dziwne. Łąki porastały paprocie. Zrobiła się 16, a moim największym kłopotem był brak wody. Wiedziałam, że nie dojdę już na miejsce planowanego noclegu. Wtedy zdarzył się cud - zza zakrętu wyłonił się domek, a przy nim wspaniałe mineralne źródło. Opiłam się szczęśliwa. Domek był otwarty, była to odpoczynkowa chatka dla nabierających wody (podjeżdża się oczywiście autem). W środku były ławki i stoły. Było to zbyt kuszące i postanowiłam zostać, odpocząć i się nawodnić. Wypłukałam ubrania, wykąpałam się i umyłam włosy. Wieczór minął zbyt szybko.









Rano wyszłam odrobinę później niż chciałam, słońce już grzało. Poranny las odżywał. Droga była w porządku, nie było na niej żadnych przeszkód. Trafiłam na kolejną pergolę, ale tym razem byli w niej ludzie. Byli bardzo mili, wręcz rozentuzjazmowani moim przybyciem. Zaprosili mnie na herbatę i ciasteczka. Sprzedawali coś, co nazywało się "nobuki", myślałam że to może pędy paproci. Może można było od nich też kupić pozwolenie zbierania pędów na łąkach? I dlatego zamknęli drogę? Mogło tak być.







Dolina była pełna pól ryżowych. Po kilku kilometrach doszłam do miasteczka Minamiaizu, gdzie zrobiłam upragnione zakupy. Podpięłam się też do gniazdka obok automatu.







Odcinek do Shimogo pokonałam główną drogą, potem przeszłam przez most na dużej rzece i zaczęłam podejście na następny masyw. Po drodze było kolejne źródło wody mineralnej, ale już bez chatki. W jednej z dwóch wiosek rósł ogromny buk, mający z pewnością 1000 lat. Zaraz się rozeszło, że pojawiła się turystka. Jeden pan spytał co robię, a potem wiedzieli już wszyscy. Ktoś specjalnie podjechał żeby mi zaproponować podwiezienie do hotelu, ale podziękowałam. Nie wiedziałam do końca czy zrozumiał dlaczego nie chcę być podwieziona, a moim celem na ten dzień nie był żaden hotel tylko przełęcz nad zaporą.









Byłam znowu na jakimś dawnym szlaku. Poznałam to dopiero po zabytkowej wsi-skansenie, całkiem turystycznej. Niby ludzie tam mieszkali, ale wszystko było zrobione pod turystów, a toaletę zamknięto o 17. Nie miałam skąd wziąć wody. Szczęśliwie powyżej wsi było jeszcze jedno źródełko. 











Obeszłam zaporę i skręciłam na szlak. Wiedziałam o jego istnieniu z Googla, a znalazłam go szukając noclegu. Wypatrzyłam bardzo ciekawą chatkę i miałam nadzieję, że będzie otwarta. W połowie drogi znajdowały się dwa kurhany, tak jak to bywało na Nakasendo i innych starych szlakach. Chatka była wspaniała i otwarta. Była to replika starej chaty na przełęczy. Musiałam ją wyzamiatać i wygonić pająki, ale ogromnie się z niej cieszyłam. Oddzieliłam się od nadchodzącego deszczu i niedźwiedzi. Urządziłam sobie ucztę ze schabowego i tempury z kukurydzy, a na deser miałam ananasa.








Deszcz zaczął padać rano, ale był drobny. Cieszyłam się bardzo, że ktoś świeżo wykosił szlak. Rzadko kto tam chodził, ale ktoś dbał. Szlak niezupełnie zgadzał się z mapą, ale to co zostało z dawnych czasów było odnowiono. Stary bruk wychodził w jednym miejscu, a poza tym widać było po prostu przebieg trasy. Zeszłam głęboko w jakąś małą dolinę w ciemnym lesie. Wynurzyłam się w osadzie złożonej z kilku starych tradycyjnych domów. Potem była jeszcze większa wieś, która miała mały park z wodą i toaletą. Niebawem zaczęło solidnie lać i pod parasolem doszłam do miasta Aizu.














W Aizu wypadło 2100 km. Był tam zamek, ale była to replika z lat 60. XX wieku. Człapałam przez całe miasto, musiałam je przeciąć w całości. Odwiedziłam ze dwa sklepy, pocieszając się butelkowaną herbatą i lodami.







Tempo miałam dobre. Nabrałam wody w parku w Bandai u podnóża Parku Narodowego Bandai-Asahi i podeszłam pod następny szlak. Lało okrutnie, ale  nie było gdzie się schronić, musiałam znaleźć biwak. Szlak zaczynał się od leśnej drogi, a tam postawione złowieszcze ostrzeżenie o agresywnych niedźwiedziach. Prawdopodobnie było przesadzone, ale kto wie. Gdybym miała w plecaku byle jakie jedzenie, ale tym razem niosłam aromatycznego wędzonego łososia, z pewnością wyczuwalnego z dużej odległości. Zastanawiałam się czy nie rozbić się od razu pod znakiem, ale postanowiłam wyjść na grzbiet, bo zasadniczo niedźwiedzie preferują doliny. Była też nadzieja, że na górze będzie jakiś budynek - był zaznaczony na mapie. Góra była święta i dawniej szlakiem pielgrzymowano dla przebłagania jakiegoś bóstwa. Robiły to kobiety. Wzdłuż szlaku było mnóstwo kapliczek. Zapadał zmrok, z drzew kapało. Było stromo, ale szłam jak najszybciej. W miejscu, gdzie miał budynek znalazłam tylko ruiny i rozwalone deski. Święte źródełko było suche. Tym razem mi się nie poszczęściło. Zrezygnowana rozbiłam namiot i zjadłam łososia. Noc przetrwałam, o czym świadczy zdjęcie namiotu i śniadania - kanapka z twarożkiem i szczypiorkiem to był strzał w dziesiątkę. Niedźwiedzie chyba też lubią szczypiorek...