poniedziałek, 10 czerwca 2019

Pacific Crest Trail: Tehachapi Pass - Kearsarge Pass (California)

Tak jak przewidywalam odcinek bezkomputerowy byl dosyc dlugi, wiec i relacja bedzie dluga i roznorodna... Ale zacznijmy od poczatku, czyli od Tehachapi, gdzie spedzilam popoludnie i noc. Tehachapi obfituje w Trail Angelow, wystarczylo ze zaczelam w bibliotece pytac o droge juz jakas pani zaoferowala podwiezienie, poczekala az zrobie zakupy i odwiozla pod drzwi domu Brendy, kultowej Trail Angelki, ktora w sezonie thru-hikerskim udostepnia wedrowcom caly swoj dom. Wlasnie u Brendy spotkalam rodakow, Karole i Bartka. Ucieszylismy sie ze spotkania i nagadalismy - dla mnie to jedyna okazja wypowiedzenia sie w ojczystym jezyku w ciagu ostatniego (ponad) miesiaca. Karola i Bartek zaczeli wedrowke PCT trzy tygodnie przede mna, sledzilam ich w ksiegach gosci i zakladalam ze dogonie ich przed Kennedy Meadows. Tak tez sie stalo :-)



Brenda podrzucila mnie do punktu wyjscia, czyli wiaduktu na autostradzie, skad rozpoczelam wedrowke ostatnim odcinkiem pustynnym. Wiedzialam, ze niedlugo za pustynia zatesknie, ale upal dawal sie we znaki, kiedy pielam sie zygzakami pod gore z plecakiem najciezszym od poczatku wedrowki - zapakowalam prowiant na szesc dni, do Kennedy Meadows, choc okazalo sie ze az tyle nie potrzebowalam (jak zawsze).





Ten etap nie obfituje w wode, takze i tutaj trzeba bylo sie nadzwigac. Wieczorem pobralam wode ze zrodla i zostawialam za soba kolejna grupke osiadla wokol wodopoju. Lubie wedrowac wieczorami i ogladac zachod slonca, bedac jeszcze na szlaku, a rozbijac sie o zmroku. Wiekszosc wedrowcow biwakuje juz o 16 czy 17.



Pustynia szybko sie skonczyla i znow zaczely lasy karlowatych debow, a nawet sosen. Kwitna lubiny, wsrod ktorych uwijaja sie owady.





Tamten tydzien byl tygodniem awarii sprzetowych - tasmy w kijkach, ktore zaczely sie przecierac jeszcze na CDT pekly niemal rownoczesnie. Naprawilam je prowizorycznie i na razie trzymaja dobrze. Victorinox Classic kolejny raz okazal sie niezwykle uniwersalnym narzedziem.



Kolejny odcinek okazal sie przyjemnym wytchnieniem, byl lesny, widokowy, widoki przypominaly mi pasma Appalachow.



Od czasu do czasu PCT prowadzil gruntowymi drogami i akurat w takim miejscy wypadla 600-a mila z wielkich sosnowych szyszek.


O awariach sprzetowych pisze w liczbie mnogiej - zaliczylam bowiem dziure w materacu. Ubywanie powietrza spostrzeglam wczesniej, ale zwalilam to na roznice temperatury, jednak przeciek byl coraz wiekszy i ostatniej nocy obudzilam sie na ziemi. Na szlakach dlugodystansowych mowi sie, ze "trail provides", czyli "szlak da ci to, czego potrzebujesz". Tak wlasnie bylo - kolejne zrodlo wody bylo zaopatrzone w blaszana balie, w ktorej zanurzylam materac i znalazlam dziure, po czym nakleilam latke. Okazalo sie, ze to nie bylo przebicie przez kolec jakiegos kaktusa, ale przetarcie na zgieciu. Uzywalam materaca jako panelu w plecach plecaka, ktory nie ma stelaza, teraz juz wiem ze to fatalny pomysl, bo skladany tak samo material w koncu sie poddaje. Odtad zwijam amterac klasycznie i prawde mowiac nie czuje roznicy, pod warunkiem ze nie poloze sledzi od namiotu w kierunku kregoslupa :-)


Na szlaku wciaz ogromne tlumy. Musze powiedziec, ze to wlasnie jest najwiekszym wyzwaniem tutaj. Bedac przyzwyczajona do samotnosci na szlaku mam z tym problem. Na CDT spotkanie innego hikera bylo ciekawym wydarzeniem, na AT duzo ludzi bylo tylko przez pierwsze dwa tygodnie, po czym spotykalam tylko kilka osob dziennie, przewaznie przy wiatach. Tutaj ludzie sa wszedzie, a kazde plaskie miejsce ma juz wydeptane miejsce pod namiot, przy kazdym zrodle wielkie zebranie. Nie ukrywam, ze jest to meczace.






Wsrod anonimowych tlumow spotykam czasem kogos znajomego - oto Pippin, AT 2017, ktorego spotkalam w Rutland, po przejsciu Long Trail. Pamietal mnie, bo bylam ta osoba ktora przyniosla okulary do ogladania zacmienia slonca.


Biwakowalismy przy skale, z ktorej rano podziwialam wschod slonca. Mialo to byc miejsce, z ktorego widac Sierra Nevade, ale poki co nic sie nie wyroznialo.



Dalszy etap jest teoretycznie najsuchszy jak dotad, bo az 42 mile bez wody, ale depozyty z woda byly na biezaco uzupelniane, a butli bylo tak duzo, ze zadne tlumy nie bylyby w stanie wypic calej wody, a wiec komfort byl zapewniony. Najdluzszy odcinek bez wody mial 18,8 mili.




System metryczny ma sie dobrze - 1000 km :-)




Pustynia po raz kolejny poczestowala mnie deszczem. Tym razem bylo kilka dni burzowych z gwaltownymi ulewami. Raz udalo mi sie przesliznac pomiedzy chmurami, ale wiedzialam ze predzej czy pozniej dopadnie mnie ulewa.



Grzechotnik obzarty tak, ze nawet nie chcialo mu sie grzechotac!


I wreszcie, spomiedzy chmur, blysnal snieg Sierry! Szczesliwy moment, choc niezbyt zachecajaca perspektywa. A widoki nieba wciaz zachwycajace, to podoba mi sie tu najbardziej.





Biwak wsrod drzew - wymarzony!


A nastepnie kolejny burzowy dzien. Pierwszy deszczyk juz w poludnie, znajomi dumnie zaprezentowali sprzet przeciwdeszczowy, po czym udali sie do najblizszego miasta i przeczekali to, co dzialo sie pozniej, a z czym ja musialam sie skonfrontowac. Za przelecza Walker Pass szlak szybko zdobyl wysokosc, a mnie dopadla dwugodzinna ulewa z polgodzinnym gradobiciem, ktore przeczekalam skulona pod zwalonym drzewem. Tecza jak most laczacy pustynie z gorami.







Nastepnego ranka o 7 osiagnelam punkt 1/4 szlaku. 25%!


Krajobraz zmienial sie niepostrzezenie, gory stawaly bardziej skaliste i roslinnosc odrobine sie zmieniala. Malutkie jary byly bujnie zarosniete i wilgotne.





W tym roku pada tak duzo, ze kaktusy wydaja sie pekac w szwach od nadmiaru wody w organizmach :-)






Tak fantastyczny kolor przybrala chmura deszczowa i zachodzie slonca. Podziwialam ja rozbijajac oboz na wielkiej polaci wypalonego lasu.


Sniegi Sierry coraz blizej, a tu niespodzianka i mile spotkanie z Ricky Bobbym, moim Trail Angelem z Big Bear. Robil wlasnie odcinek z Kennedy Meadows to Tehachapi.



Kennedy Meadows coraz blizej. Laki i osada leza w gorskiej kotlinie, w ktora wplywa wezbrana rzeka Kern. Myslalam, ze bedzie trzeba ja przejsc, cos mi sie na szczescie pomylilo.





700-a mila juz w calkiem gorskich okolicznosciach!




Osiagniecie tego punktu i dojscie do Kennedy Meadows to kamien milowy dla kazdego wedrujacego PCT. Oznacza koniec pustyni i poczatek Sierra Nevada. Jest to mala wioska na koncu swiata, w sezonie zaludniana przed wedrowcow. Sklep i bar w jednym, General Store sa w jednym miejscu, a drugi bar Grumpy Bear i kontener ze sklepem outdoorowym kilka mil dalej. Nie planowalam tam noclegu, ale zmienilam zdanie. Najpierw mialam klopot z poczta - wyslalam niedzwiedziodporna beczke wraz z zapasem jedzeniem na adres sklepu, ale jej tam nie bylo. Z wielka ulga odnalazlam ja w barze. Tymczasem spotkalam dobrego znajomego, Ketchupa, z ktorym spotykalismy sie na AT bodajze od Connecticut. Fajny gosc z Georgii, milo bylo znow sie spotkac, wiec ostatecznie zostalam na noc, biwakujac przy sklepie (to juz po hamburgerze i prysznicu i pol litrze lodow).







Spakowanie bear canistra jest dla kazdego wielkim wyzwaniem. Rzecz jest tak naprawde bezuzyteczna, bo zaden thru-hiker nie zmiesci w beczce swojego zapasu jedzenia na kilka dni. A kiedy jedzenia ubedzie i juz by mozna i tak trzyma sie go dla wygody w namiocie, miejscu najbardziej dla niedzwiedzi niedostepnym. Duzo lepiej byloby moc nadal niesc jedzenie w lekkim worku niz wazacej grubo ponad kilogram beczce. Moj plecak zaprojektowalismy z OnMyWay tak, zeby miescil kanister w srodku poziomo, dzieki temu przynajmniej moge go wygodnie niesc, nie wbija mi sie w plecy i nie zaburza srodka ciezkosci (inni musza troczyc go u dolu plecaka, albo na samej gorze). Wiele osob kupuje mniejsze beczki i trzeba bylo tak zrobic, ostatecznie przepisy mowia tylko o tym, ze trzeba miec beczke.


Z 8-dniowym zapasem jedzenia oczywiscie nie bylam w stanie zamknac plecaka. Ale i to zostalo przewidziane i tasma sciagajaca jest na tyle dluga, ze nic nie wypadnie :-) A waga... No coz, z pewnoscia przekroczylam 15 kg.


Teraz jednak skonczyly sie problemy z woda. Od razu widac bylo efekty topnienia sniegu. Z nieba tradycyjnie tez woda lala sie strumieniami, pierwszy dzien w Sierrze i od razu burza. Teraz jednak pogoda miala sie zmienic. A takze warunki.







Podobaly mi sie ladne stare znaki w lesie. Szlak caly czas pial sie w gore, sosnowym lasem.



Biwak w ostatnim miejscu przed linia wystepowania sniegu. Ladny widok i brak kondensacji. Odkad opuscilam pustynie nie borykam sie juz z tym parszywym zjawiskiem.




Snieg zaczal sie pojawiac stopniowo. Najpierw male laty, potem wieksze, na zacienionych stokach i w lesie. Bardzo latwo bylo zgubic szlak, trudniej bylo go znalezc. Kto zbladzil zostawial slady na sniegu, a wszyscy inni szli po sladach. Z ciezkim plecakiem podejscia byly bardzo nuzace, a ja jakos kiepsko sie czulam i wedrowka byla dosc powolna.








Mulkey Pass, gdzie biwakowalam przed wejsciem w strefe stalego sniegu. Rano juz tylko snieg, chrupiacy po mroznej nocy.





Szlak generalnie pozostawal w lesie, ale czasem zblizal sie do granicy jego wystepowania, a tam czekaly wspaniale wprost widoki. Nie bylo zimno - nadeszla wlasnie fala upalow. Na pustyni bylo nieznosnie, a w snieznych gorach bardzo komfortowo, w sloncu wrecz goraco.









Ze sniegu wytapiaja sie rozne rzeczy, zywe owady i skrzydelka motyli (monrachow?)


Szlak jest raczej przedeptany, wiec nawigacja nie jest az tak problematyczna, ale wedrujacy scinaja wszystkie zygzaki (to zrozumiale, nie jest mozliwe trzymanie sie letniego przebiegu), niekiedy wybierajac okropnie strome zejscia.


Najwiekszy problem to oczywiscie wezbrane rzeki. Ryczacy Rock Creek na szczescie dalo sie przejsc po pniu drzewa.




Wiele osob wychodzi juz o 5 rano zeby jak najbardziej wykorzystac twardy poranny snieg. Okolo 10 robi sie juz miekki, a po poludniu zupelnie grzaski. Ciepla pogoda sprawila, ze zaczelo sie topnienie - o caly miesiac pozniej niz powinno.





Oto Crabtree Meadows, miejsce z ktorego wychodzi sie na Mount Whitney, najwyzszy szczyt USA poza Alaska. Jest to popularna wycieczka, na ktora wyskakuje sie z PCT i wiele osob nawet teraz w zimowych warunkach decyduje sie na wejscie. Tez mialam taki zamiar... Ale szybko go zweryfikowalam. Na gorze jest bardzo zimowo, potrzeba rakow i czekana (na szlaku wystarczaja mi raczki), ktos wlasnie tego dnia zwichnal bark i zostal odtransportowany helikopterem. Na skrzyzowaniu bylam dopiero po 10, nie bylo wiec mowy o wspinaczce, trzeba byloby poczekac do nocy - nalezy zaczac nad ranem, nawet o 1. Widoki z gory sa fenomenalne, ale ja nie czuje sie zbyt dobrze w takich warunkach - wolalam podjac rozsadna decyzje. Wedrowalam wiec nadal szlakiem.





A szlak, jak to szlak, wybieral raczej lagodniejsze miejsca, a sniegu byly ogromne ilosci. To dziwna sprawa, wedrowac po dwu czy trzy-metrowej warstwie sniegu w 30-stopniowym upale. Granitowe szczyty, ktore pietrza sie wokol robia wspaniale wrazenie.







W niektorych miejscach sa jeszcze mosty sniezne, pozwalajace przejsc wezbrane strumienie. Inne trzeba przejsc na wlasnych nogach - oczywiscie z tych nie mam zdjec... Jedne latwe, inne nie tak bardzo, nigdy nie wiadomo. Raz zdarzylo mi sie czekac pol godziny na pojawienie sie innych hikerow, z ktorymi przeszlismy strumien trzymajac sie za plecaki. 


Noc poprzedzajaca wejscie na Forester Pass, najwyzszy punkt PCT spedzilam na lekko pochylym placku gruntu wytopionego spod sniegu. Rano trzeba bylo wstac bardzo wczesnie, tak aby zdazyc zdobyc przelecz i zejsc kiedy snieg nie jest jeszcze grzaski. Ktos szedl juz o 3 nad ranem, ja wstalam po 4 i wyszlam po 5.


To byl piekny poranek. Na niebie pojawila sie blada luna wschodzacego slonca i zabarwila drobne chmurki na pomaranczowo. Potem na przeciwleglych szczytach pojawil sie alpen glow, plomienne swiatlo dnia. Na przelecz wchodzilo ponad 20 osob, widac bylo w oddali zygzaki i stromy zleb, po ktorym przesuwaly sie male punkciki ludzi z plecakami. Byl nawet i pies.









Podejscie budzilo o wiekszosci wielkie obawy. Z daleka wygladalo strasznie, ale okazalo sie dosyc latwe. Bylo to zasluga tych, ktorzy zalozyli slad, widac ze znali sie na rzeczy, bo zrobili to bardzo dobrze. Na twarzach hikerow, ktorzy po raz pierwszy byli w gorach widac bylo przerazenie. Wykonywali dziwne ruchy, machali czekanami, wygladalo to dziwnie. A slad byl doskonaly, glebokie stopnie wybite pod odpowiednim katem, dobrze zmrozone.


Szlak pod sniegiem jest szeroki, przystosowany dla koni, wiec jest duzo miejsca i mozna zrobic szeroki slad. W porownaniu z zalodzonymi sarnimi sciezkami, ktore musialam pokonywac na CDT byla to bulka z maslem. Jak mowia Nowozelandczycy "easy peasy lemon squeezy". Zlebik po prostu przeszlam, pozniej maly odcinek ze wspomaganiem rekami, bo trzeba bylo ominac sniezny nawis i juz bylam na szczycie.






"Szczycie", nie szczycie oczywiscie, bo to tylko przelecz, otaczajace gory sa duzo wyzsze. Ale w kazdym razie, po raz 11-ty weszlam powyzej 4000 m n.p.m. - Forester Pass ma 13153 (13200?) stop, czyli 4009 m n.p.m. Tradycyjnie - teraz juz z gorki :-)





Przed switem bylo bardzo zimno, staralam sie isc szybko, zeby jak najszybciej wejsc na przelecz i ogrzac sie w sloncu. Noca trzymalam mokre buty w namiocie zawiniete w worek foliowy zeby uchronic je przed zamarznieciem, ale po kilku minutach wedrowki w lodowatym wietrze zamarzly na kamien. Pierwszy raz zdarzylo mi sie zeby buty zamarzly mi na nogach... Mialam na sobie wodooporne skarpety, inaczej nabawilabym sie odmrozen, ale w srodku skarpetki byly wciaz wilgotne po tym jak poprzedniego dnia nalala mi sie woda przy przekraczaniu rzek. Nie udalo mi sie ich calkiem wysuszyc pod ubraniem. Szybko stracilam czucie w palcach, ale to znajome uczucie, wiedzialam ze nic mi nie bedzie, ze zaraz ogrzeje sie w sloncu.

Tak tez bylo, po drugiej stronie bylo juz przyjemnie cieplo, nalezalo jednak zaraz zaczac zejscie zanim snieg zmieknie. Wygodnie zeszlam grzbietem, ale potem byl stromy odcinek, ktorego nie dalo sie pokonac inaczej niz zjezdzajac na tylku. Cala ekipa zjechala po kolei. Nie lubie zjezdzania, ale poszlo mi swietnie, cala sztuka polega na tym zeby nie skrecic i zjechac prosto. Ci ktorzy juz zjechali wydawali entuzjastyczne okrzyki majace dodac odwagi tym, ktorzy dopiero mieli zjechac. 





Dosc szybko zeszlismy w doline i wszsycy sie rozproszyli. Niektorzy doszli do pierwszego bezsnieznego miejsca i tam rozlozyli oboz, ale ja poszlam dalej. Szlak przechodzil przez dosc swieze lawinisko, posiekane drzewa pachnialy zywica.





Zgubilam szlak ze dwa razy, pielam sie miedzy glazami szukajac zygzakow, tracac cenny czas. Ten dzien mial dosc napiety plan - wejscie na dwie wysokie przelecze. Oprocz Forester Pass mialam w planie przejscie na Kearsarge Pass, przelecz nie lezaca na trasie PCT, ale lezaca na trasie niemal kazdego wedrujacego PCT, bo tylko tak mozna sie dostac do cywilizacji, czyli parkingu w dole. Opuscilam PCT na 790 mili i weszlam na przelecz, dyszac ciezko i zatrzymujac sie co kilka metrow. Snieg zmiekl, slady rozlazly, dodatkowo zrujnowane przez schodzacych. Widok byl oczywiscie swietny, a po drugiej stronie pustynia. Zejscie bylo okropnie dlugie i strome, po jeszcze grzaskim sniegu, staralam sie oszczedzac kolana, ale i tak cos tam klulo. Na mysl o tym, ze mam wrocic ta sama droga robilo mi sie niedobrze.






O 19 dotarlam do parkingu i dopisalo mi szczescie, nie sadzilam ze uda mi sie jeszcze stamtad wydostac tego samego wieczoru, ale ojciec z synem, bedacy na wakacjach zabrali mnie najpierw do Independence, a potem zdecydowali sie podrzucic jeszcze 40 mil do Bishop, gdzie znajduje sie hikerski hostel, przechowalnia dla hikerow.

Oczywiscie ta sytuacja nie jest zadna niespodzianka, wiedzialam ze ten moment nadejdzie, bylo wiadomo ze to wyjatkowy rok, choc dopiero w ostatnich tygodniach okazalo sie jak bardzo. Planujac przejscie PCT nie spodziewalam sie, ze w Sierrze moga byc jeszcze gorsze warunki niz w 2017, kiedy sniegu byla rekordowa ilosc, ale szybko stopnial. Zimna wiosna sprawila, ze snieg nie zaczal topniec i obecnie pokrywa sniezna siega 350% normy. Kiedy to wszystko stopnieje? Moze w sierpniu? Nastepne kilkaset kilometrow jest pokryte jego gruba warstwa. To najbardziej sniezne lato od 30 lat... 2/3 hikerow przenioslo sie na inna czesc szlaku juz z Kennedy Meadows, czesc zrezygnowala calkowicie, najbardziej zawzieci zamierzaja kontynuowac przez Sierre.  Inni lecza kontuzje i odmrozenia. Jeszcze inni schodza ze szlaku zeby w oczekiwaniu na topnienie zwiedzic inny kawalek kraju.

Co poczac w tym przypadku? Wedrowka zasniezonym szlakiem jak na razie nie byla bardzo trudna, ale uciazliwa. Wezbrane rzeki strasza, strome przelecze rowniez. To, ze jedna byla latwa nie znaczy, ze inne takie beda. Dlugo zastanawialam sie co robic - naprawde chcialabym przejsc szlak w kierunku polnocnym, w sposob kontynuujacy sie, tak jak moje poprzednie wedrowki. Ale chyba lepiej bedzie pojsc za glosem rozsadku i zdecydowac sie na flip-flop, czyli zmiane polozenia i rozpoczac wedrowke w innym miejscu szlaku, po czym wrocic w Sierre. 

Dzis po raz pierwszy od marca 2016 mam dzien zero, nie przejde ani jednej mili PCT. Nie tak planowalam...

O ostatecznej decyzji poinformuje Was w nastepnym wpisie, nie przestawajcie trzymac kciukow :-)