niedziela, 31 marca 2024

Pieszy trawers Japonii: Hakodate - Furano (południowa część Hokkaido - Onuma Quasi National Park, Shikotsu - Toya National Park)

Tym razem zacznę relację od powtórki - jeszcze kilku zdjęć z popołudnia w Hakodate i przejścia drogami na obrzeżach miasta na biwak w pierwszych lepszych krzakach, te bowiem zdjęcia pochodzą z aparatu, który nagle i niespodziewanie zaczął znowu działać, po tym jak ziarna piasku, które utkwiły w obiektywie same się wysypały po tygodniu. Jeszcze nie wierzyłam własnym oczom i nieśmiało, rzadko go włączałam.










Ten ostatni widok mnie bardzo ucieszył, wreszcie coś naturalnego, wielkiego, coś co dawało nadzieję na znalezienie się wkrótce na górskim szlaku. A jeszcze bardziej ucieszyło mnie, że mogę zrobić to swoje zwykłe pamiątkowe zdjęcie. Bo nie było mi żal żadnego dzieła sztuki, moje zdjęcia nimi nie są, ale wspomnień, których nie mogłam utrwalić. A teraz to jeziorko i wulkan Komagatake nad nim górujący były na zawsze moje, o ile nie zepsułaby się karta i nie padł dysk (ha ha).

Noc była parna i gorąca, nie wiał w ogóle wiatr, a jeśli wiał to nie docierał do dna gęstego lasu, w którym spałam. Jakieś zwierzę się szamotało, ale nie miałam siły z nim pertraktować. Chciałam tylko spać i spałam długo, obudziłam się kiedy już od dawna było jasno. Przeżyłam nalot żarłocznych świerszczy, które próbowały się dostać do wnętrza namiotu przez dziury w powłoce. Z tego względu, a także przez komary, jadłam śniadanie w środku. Bardzo polubiłam kanapki ze świeżym ogórkiem. Ogórki były niewielkie, nie bardzo drogie i sprzedawane na sztuki, więc zawsze mogłam jednego przygarnąć. starczał na dwa dni przy oszczędnym gospodarowaniu.






Nie miałam za dużo wody, ale niedaleko była stacja Onuma, wyglądała jak zamrożona w latach 80. Skorzystałam ze wschodniego WC i zrobiłam pranie, choć dzień był pochmurny.




Onuma Quasi National Park brzmi lepiej niż wygląda - obszar parku jest niewielki i nie ma w nim za bardzo szlaków. Jest tylko kilka krótkich. Skleiłam z nich jak najdłuższą trasę. Dały mi z godzinę spaceru po miękkiej nawierzchni. Jezior jest kilka, usianych wysepkami. Na płyciznach kwitły lilie wodne.










Myślałam, że będę mogła wejść na wulkan Komagatake i zejść po drugiej stronie. Szczyt wystawał wysoko ponad granicę lasu. Na Hokkaido znajdowała się ona wyraźnie niżej niż w ostatnich górach na Honsiu, w których byłam. Niestety, okazało się, że z powodu aktywności wulkanicznej wierzchołek jest zamknięty dla turystów, a szlak został zniszczony w czasie erupcji. Można tylko podejść pod szczyt i wrócić do parkingu. To nie miało dla mnie żadnego sensu, więc małymi drogami szłam po zachodniej stronie masywu. W polach wybierano już ziemniaki, najwyraźniej lato miało się ku końcowi. A jednak nadal było bardzo gorąco. Po południu zeszłam do sklepu w miasteczku Mori nad morzem, przeciąwszy cały południowo-wschodni cypel wyspy. Ucieszyłam się, bo mieli mój ulubiony makaron z owocami morza, prosto z lodówki.







Szłam wzdłuż wybrzeża, tak jak prowadziła jedyna droga. Na Hokkaido nie było już żadnego wyboru, jeśli chodzi o drogi. Była tylko autostrada i główna droga do wyboru. A wzdłuż niej cały czas były wioski rybackie, co prawda opustoszałe, ale zamieszkałe. Bardzo marne tam były perspektywy biwakowe. Obczaiłam istnienie jakiejś świątyni, liczyłam na kawałek leśnej drogi. Próbowałam zdobyć wodę dzwoniąc do czyichś drzwi, ale właściciel nie wyszedł, tylko przez domofon odpowiedział, że niczego nie chce. Wobec tego przy którymś innym domu nalałam sobie sama wody i modliłam się, żeby jakieś kami zesłało mi miejsce do spania. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Świątynię minęłam, postanowiłam sprawdzić raczej cmentarz, a najwyżej wrócić się do niej. Cmentarz był gęsto zastawoiny grobami i nie było tam płaskiego miejsca, chyba że przy... kaplicy. Kaplica! Miała postać raczej garażu, ale okazało się, że drzwi są otwarte. Weszłam do środka i podziękowałam niewidzialnej istocie, która zaprowadziła mnie do tego lokalu. Pierwszy raz spałam w kaplicy cmentarnej. Mój materac wypadł akurat w miejscu, gdzie zwykle stał katafalk. Obawiałam się czy czasem ktoś tam nie przyjdzie, ale ludzie w nocy nie chodzą na cmentarze, bo się boją. Ponoć Japończycy spanie na cmentarzu uważają za objaw braku szacunku, ale ja przecież byłam daleka od braku szacunku. Przeciwnie, wizytę rozpoczęłam od modlitwy za spokój dusz zmarłych, spoczywających na cmentarzu. Odmówiłam jedyną modlitwę za zmarłych, jaką znam, chrześcijańskie "wieczne odpoczywanie". Jestem przekonana, że zmarłym nie robi różnicy w jakiej wierze jest wypowiadana modlitwa, raczej jest im miło, że ktoś się do nich zwraca i prosi o schronienie. 

Dowodem na to było to, że nocleg był znakomity, a kaplica ochroniła mnie przed dwoma porannymi burzami z ulewami. A czy zbłąkana dusza przyszła poczęstować się plasterkiem ogórka z mojej kanapki? Nie jest to wykluczone.










Japończycy wierzą w obcowanie dusz zmarłych i składają im ofiary. Nie tylko w domowych kaplicach, na cmentarzach, ale i w miejscach zgonu - następnego ranka miałam okazję obejrzeć miejsc niedawnego wypadku śmiertelnego, do którego ludzie przynosili orzeźwiające napoje.





Ja sama cieszyłam się, że jestem nadal wśród żywych, choć upał wysysał ze mnie resztki energii. Na starego typu stacji kolejowej zauważyłam gniazdko, więc zaległam tam na dobre dwie godziny, otworzywszy wszystkie okna dla zapewnienia jakiegoś minimalnego przewiewu. Wtedy właśnie przyszła kolejna ulewa, więc jeszcze na chwilę się schroniłam. Na kolejną przerwę przyszedł czas w sklepie w Otoshibe. Trasa była nudna, cały czas szłam drogą. Alternatywnie udało mi się zejść na wiejską drogę bliżej morza. W małym parku nabrałam wody. Rozmawiałam chwilę ze starszą panią na wózku, która coś do mnie intensywnie mówiła, i to o dziwo bez uśmiechu. Próbowałam jej wyjaśnić, że idę do następnej miejscowości, że robi się późno. A potem ruszyłam w kierunku wypatrzonej na Googlu kapliczki. Myślałam, że zabiwakuję na plaży, ale miejscówka okazała się o wiele lepsza niż się spodziewałam. To był jeden z moich w ogóle najfajniejszych noclegów w Japonii, a może i w ogóle. Kapliczka była malutka, ale znajdowała się na dużej plaży, na szczycie jednej ze skał, jakie się tam wynurzały z piasku. Na sąsiedniej skale była pergola z ławkami, a obok kilka sosen. Dojazd był tam tylko piaszczystą dróżką, od drogi asfaltowej oddzielały ten zakątek tory kolejowe, więc było bardzo kameralnie, a jednocześnie była tam też toaleta (bez wody). Rozłożyłam się więc na podłodze pergoli z legowiskiem, a siedziałam na ławce, słuchając szumu morza i patrząc jak z mgiełki zaczynają mrugać gwiazdy. Wieś była zaledwie 200 metrów dalej, ale to nie przeszkadzało. Zjadłam pyszny makaron, poprawiłam grejpfrutem i zieloną czekoladą. Dzięki bliskości morza był przewiew, wiaterek wdzierał się nawet pod moskitierę. Efektem ubocznym było to, że wszystko bardzo przesiąkło wilgocią. Ale i tak było tam cudownie.














3200 km zalegało mi z dnia poprzedniego, więc pierwsze co zrobiłam rano, to ułożyłam znak. Z białych muszli, które zebrałam na plaży. Jakaś pani z psem przechadzała się już o 4:30, ale do pergoli nie zajrzała i nie przyszła się modlić w kaplicy.





Hokkaido mnie zadziwiała. Mówiono mi, że jest tam jak w Polsce i że można odetchnąć od "ciasnej" Japonii. Tylko, że ja wcale nie miałam ochoty otrząsać się z japońskiej atmosfery, która mi odpowiadała. Chcę jeszcze do niej kiedyś wrócić. Hokkaido była rzeczywiście inna, ale z Polską nie miała nic wspólnego. Roślinność, owszem, była bardziej północna i nieco bardziej nasza, europejska, z racji wspólnego kontynentu - Eurazji. A więc brzozy, dęby. I też rolnictwo - już nie pola ryżowe, ale dużo łąk i pastwisk, hodowle bydła. Jednak to co najbardziej się rzucało w oczy to pustka i poczucie opuszczenia. To nie była dzicz, ale miejsce, które zostawiono. Rdzenni mieszkańcy Hokkaido, Ainowie, nie będący skośnookimi Azjatami, są obecnie w wielkiej mniejszości. Odzyskali nieco praw utraconych w wyniku kolonizacji, ale trudno sobie wyobrazić żeby mieli wrócić do życia z łowiectwa i zbieractwa ani do szamańskich rytuałów. Ten świat został utracony. Japończycy zaś najwyraźniej poprzestali na pozyskaniu terenu i zaprowadzeniu rolnictwa. Wyraźnie dawniej działo się tam więcej, a obecnie trwa regres, stąd tak wiele opuszczonych budynków. Wszystkie te rudery i puste wybrzeże przywodziły bardziej na myśl już nie tak daleką Syberię i Sachalin.













Rozmyślałam o tym wszystkim, patrzyłam na morze i na budynki. Dystans mijał szybko, uciekałam przed burzą i chciałam mieć czas żeby dojść gdzieś, gdzie będę mogła spać. Tym razem nie miałam na to żadnego pomysłu. Droga prowadziła prosto jak strzelił, można byłby zwariować, koncentrując się tylko na tym. Wieczorem przyciągałam myślami kogoś, kto mógłby mnie gdzieś zaprosić. Zatrzymał się samochód, ale po chwili rozmowy kierowca się pożegnał. Zaczęło się robić ciemno i niebezpiecznie. Droga już nie była prosta, ale wiła się zakrętami w głębi gór. Nie było chodnika i musiałam schodzić w trawę jeśli nadjeżdżała ciężarówka. Myślałam, że rozbiję się na parkingu, ale zaraz za asfaltem było urwisko, nie było się gdzie schować. Na parkingu stało auto, kierowca mnie zagadnął. Nie był tutejszy, nie potrafił pomóc, chyba że miałby mnie odwieźć na kemping - chciał, ale nie mogłam się zgodzić. Wyjaśniłam dlaczego, a wtedy dał mi hamburgera z MacDonalda. Na to przystałam chętnie i podziękowałam. Poszłam szybko dalej, licząc na cokolwiek. Zeszłam jakąś konstrukcyjną drogą pozostałą po remoncie po osuwisku, ale nic tam nie było, jeśli spadłby deszcz wylądowałabym w bajorze. Myślałam, że nie będzie padać, ale i tak nie chciałam spać w takim miejscu.

Zrobiło się całkiem ciemno i jeszcze bardziej niebezpiecznie. Nie było pobocza, ciężarówki mnie nie widziały. Musiałam awaryjnie uciekać na barierkę, przyklejać się do niej. Na chwilę zrobiło się lepiej, bo pojawił się tunel, a tam światło i kawałek chodnika. Za tunelem znów tir minął mnie w odległości 30 cm od stopy, to było koszmarne. Musiałam bezwzględnie wciskać się w krzaki. Doszłam do skrzyżowania dróg 37 z 266. Myślałam, że może będzie tam przystanek autobusowy, ale skoro nie było miejscowości to nie było i autobusów, a skoro nie było autobusów, to nie było i przystanków. Była wieża transmisyjna z ogrodzonym budyneczkiem, a za nim skrawek trawy i błotnista droga w las. Było już bardzo ciemno, byłam wykończona, więc na tej trawie się rozbiłam. Jakieś zwierzę mnie ofuknęło i wcale nie odbiegło wystraszone. Ja też nie chciałam go straszyć i nie podchodziłam - kto wie co to było. Dałam mu spokój, mając nadzieję, że odwzajemni się tym samym i poszłam spać.

Obudziłam się nagle o 3 nad ranem. Gdzieś blisko łupnął piorun. Od razu przystąpiłam do działania. Musiałam się w te pędy spakować - tropik mojego namiotu nie wytrzymałby ulewy, tak był dziurawy, a na dodatek byłam przecież pod samą wieżą transmisyjną. Pakowałam się tak szybko jak się dało, ale deszcz przyszedł bardzo szybko. W namiocie wrzuciłam wszystko do plecaka, ale na zwinięcie samego namiotu brakło już czasu, więc go zostawiłam. Jedynym miejscem w którym mogłam się schronić była budka telefoniczna na skrzyżowaniu. W Japonii budki są wciąż bardzo popularne i powszechne. Nie ma tam wiele miejsca, tyle żeby stanąć, ale to zawsze coś - dach jest. Wlazłam do budki w strugach deszczu. Pioruny waliły raz po raz, rozświetlając okolicę. Była jeszcze czarna noc. Burza szła dokładnie w moją stronę i w pewnym momencie, jak na zamówienie, piorun strzelił w wieżę. Ziemia się zatrzęsła, natychmiast huknął grom, a ja się zastanawiałam czy wieża ma dobre uziemienie czy też mój namiot będzie już stopiony. Po tym incydencie burza zaczęła się oddalać, ale lało w sumie dobre dwie godziny. Wstał dzień, powoli zrobiło się jasno. Widziałam jak błotnista droga zamieniła się w mulistą rzekę i jak wokół budki tworzy się jezioro. W środku było duszno i wilgotno, ale nie mogłam otworzyć drzwi, bo wtedy deszcz lał się do środka. Jakoś się w tej ciasnocie uczesałam, zjadłam śniadanie, a wtedy przestało padać. Woda zaczęła powoli gdzieś odpływać. Nurzając się w błocie podpełzłam do namiotu - stał tak jak go zostawiłam. W środku było wilgotno, ale nie było kałuży na podłodze, widocznie z tropikiem nie było aż tak źle jak sobie wyobrażałam. Jednak gdyby śpiwór został w środku z pewnością byłby kompletnie przemoczony. Spakowałam mokry namiot i wreszcie, późno, wyszłam.










Po jakimś czasie zobaczyłam w dole kemping, do którego pan od burgera chciał mnie podwieźć. Znajdował się w dolinie. Ktoś już się pakował. Nie był to darmowy kemping, miał recepcję i domki. Dobrze więc że nie przyszło mi do głowy iść tam przez pół nocy.

Poprosiłam o wodę w pierwszym napotkanym budynku, było to gospodarstwo ogrodnicze. Akurat wtedy zaczęło znowu lać. Rozpięłam nad sobą parasol i założyłam pomarańczową kurtkę dla lepszej widoczności, bo między górami zaległy gęste chmury, ograniczające widoczność. Droga była wąska i pozbawiona pobocza, nawet tunele nie miały mini-chodników, więc było bardzo niebezpiecznie.

Jak tylko pojawiła się taka możliwość skręciłam w mniejszą drogę przez Toyoura. Wieś była przyjemna, przy ulicy poustawiano skrzynki z kwiatami. Złapałam jakieś wifi i siadłam na ławce, ale zaczęło kropić. Przy plaży było pole namiotowe, bez choćby jednego drzewa, ale biwakowicze samochodowi byli chyba zadowoleni. Stało tam kilka wielkich namiotów.








Prognoza zapowiadała dalszy ciąg deszczowej pogody. W Toyako miałam wreszcie skręcić z głównej drogi, wprost do Parku Narodowego Shikotsu-Toya. Widać było od razu, że to bardziej turystyczny rejon. W sklepie co prawda niewiele było, ale do tego należało przywyknąć na Hokkaido. Również do wysokich cen. Przed dworcem była toaleta, wyraźnie tam zaznaczono że umywalka z ciepłą wodą jest przeznaczona wyłącznie dla osób ze stomią - wielu turystów z nich korzysta tak jak ja, ale bezprawnie.









Na noc schowałam się w opuszczonym parku. Znalazłam go w googlu, widziałam na zdjęciach że jest tam wiata. Ktoś narzekał, że nikt się parkiem nie zajmuje, że rosną tam wiśnie i wiosną to spora atrakcja, ale zupełnie zapomniana. Dla mnie to było bardzo dobrze. Tyle że musiałam przebijać się przez wysokie trawy na zboczu, żeby dojść do wiaty. Nie wiedziałam gdzie się dokładnie znajduje, ale znalazłam ją pod latem. Była fajnie osłonięta od wiatru, więc deszcz nie wpadał do środka. Podłoga była z płytek, a pod sufitem było gniazdo os. Myślałam, że to szerszenie, ale nie miałam ochoty się przeprowadzać. Wieczorem owady szykowały się do snu, a do rana może się do mnie przyzwyczają? Deszcz stukał delikatnie o dach przez całą noc.






Niestety deszcz miał padać dalej. Park narodowy zapowiadał się bardzo ciekawie, na mapie widziałam wiele jezior, więc jeszcze w Polsce postanowiłam, że muszę iść tamtędy, bo powinno być pięknie. Niestety, powinnam była lepiej sprawdzić. Ale sądziłam, że muszą tam być piękne górskie szlaki. Pierwszy zaczynał się niedaleko parku. Lało mocno, ale co zrobić. Zbadałam sprawę - szlak miał pokazywać skutki wybuchu wulkanu sprzed parku lat. Dawniej miasto siegało wyżej i pięło się po jego zboczach. Wybuch wulkanu zniszczył tę część miasta, a ruiny pozostawiono jako rodzaj muzeum. Szlak wiódł więc obok ruin przedszkola i rozwalonych autobusów. Dalej było ciekawie pod względem geologicznym - utworzyły się nowe małe kratery, a drogi popękały w specyficzny sposób, spękania były w formie schodków.









Za tymi wszystkimi ruinami był większy krater i jeziorko. Niby nie było można po nim chodzić, ale oczywiście weszłam sobie, widząc w błocie ślady innych osób. Nikogo tam jednak nie spotkałam. Potem schodziło się w dół ku innym ruinom, do miasteczka Sobetsu nad Jeziorem Toya. To jezioro było największą atrakcją, ale nie było tam żadnego szlaku, można było ewentualnie popłynąć promem. Byłam rozczarowana. Oczywiście był też wulkan, ale co się okazało? Szlak na nim był, piękny, wokół krateru, ale nie dało się do niego dojść, bo jedyna droga w górę to płatna kolejka gondolowa. Płatność bym przebolała, ale nieciągłość przejścia już nie, nie wolno mi było przecież korzystać z transportu, jeśli nie było to konieczne. Musiałam więc odpuścić. Poszłam do informacji turystycznej zapytać o mapy i szlaki, ale było jak zwykle, nikt tam nie słyszał o niczym takim. Jeden człowiek się bardzo starał, pokazał mi że zupełnie inny szlak gdzieś indziej ma nieco dłuższy przebieg, ale prowadził on z Shiraoi, miasta odległego o 70 km na wschód. Miałam jeszcze nadzieję na szlak na szczyt Mount Tarumae, bo było tam schronisko, dojazd, a na mapie kilka ścieżek. Pan w informacji powiedział, że któryś ze szlaków został dawno temu zamknięty, ale nie pamiętał który. Mówił, że góra jest popularna, ale że oczywiście wjeżdża się tam samochodem. Ech... I jeszcze ten deszcz. No ale chciałam chociaż tam wejść.





Gorące źródełko do mycia rąk w mieście.




Nad Jeziorem Toya był wąski skrawek zieleni z alejką, która ciągnęła się jakiś czas. Także i tam było takie beznadziejne pole namiotowe. W parku zaś wiele zakazów biwakowania po angielsku.










Skręciłam w niepozorny szlak wiodący do kaplicy na szczycie górki z widokiem na jezioro. Miał się kontynuować po drugiej stronie i nawet była tabliczka, ale stara leśna droga zarosła i zamiast zejść w kwadrans przez godzinę walczyłam z wybujałą roślinnością i skończyłam na czyimś polu. Rolnik patrzył na mnie ze zdziwieniem.








Znowu doszłam do głównej drogi. Był tam jeszcze jeden sklepik, z jeszcze mniejszą ofertą, ale właściciel był tak miły, że zabrał moje śmieci. Wody nabrałam na boisku szkolnym, kran pokazali mi chłopcy grający w piłkę (były już wakacje, które w Japonii trwają chyba tylko miesiąc). Kawałek dalej była stacja dla podróżnych, ale nie było gniazdek, a w łazience specjalnie wyszczególnili wśród czynności zakazanych mycie włosów. Poszłam więc czym prędzej przed siebie. Okolica była rolnicza, z stopniowo zwężającej się dolinie były pola, rosły nawet słoneczniki. Nagle przypomniało mi się, że przecież minęłam już 3300 kilometr.







W górę rzeki coraz mniej było pól, aż wreszcie zastąpił je las. Musiały żyć tam pstrągi, bo widziałam wędkarzy i zejścia do wody. Droga oczywiście wąska, ograniczona barierkami i niebezpieczna. Dopóki było jasno jakoś dawałam radę, choć jak mijając mnie jednocześnie mijał się tir z autobusem w ogóle mnie nie widząc to serce podeszło mi do gardła. Nikt tam się po prostu nie spodziewał pieszego. Po zachodzie słońca wymieniłam baterię w czołówce i włączyłam czerwone mruganie, a przed ciężarówkami uciekałam. Podobały mi się resztki starego mostu z czasów, kiedy nie było tam w ogóle drogi - to musiało być tak niedawno! Nieliczni mieszkańcy mieli tam cudowne życie na łonie natury. Teraz jednak pojawiły się hotele obok gorących źródeł.








Długo szłam po ciemku. Widziałam fajne przystanki autobusowe, ale chciałam iść jak najdalej i znaleźć taki, który by nie był  w pobliżu domów albo zabiwakować na terenie parku przylegającego do ośrodka sportowego. Myślałam, że bez problemu znajdę tam wodę. I tak rzeczywiście, bingo, na skrzyżowaniu był odpowiedni, zamykany przystanek. Za to ośrodek był duży, oświetlony, byli tam jacyś ludzie i o biwaku nie było mowy. Więc woda... Obeszłam cały teren, nawet rozważałam zapukanie, ale pozapalały się światła i jakoś nie miałam śmiałości. Długo łaziłam szukając jakiegoś kranu czy toalety. Była tam zamknięta szkoła. Na Hokkaido jest bardzo wiele zamkniętych szkół, bo miejscowości nie mają już tylu mieszkańców co dawniej. Wreszcie znalazłam kran, minęłam go wcześniej nie zauważywszy. Był przy wejściu do szkoły, tam gdzie być powinien. A wtedy stała się rzecz bardzo dziwna - pod ośrodek podjechał wóz strażacki na sygnale i policja. Przestraszyłam się, że to ja jestem przyczyną tego zamieszania, że to przez światła, które się zapaliły i teraz jest jakiś alarm, będą mnie szukać. Spakowałam wodę i przemknęłam w cieniu krzaków, a potem przez cienistą stronę boiska. Z mostu przy skrzyżowaniu już mnie nie było widać, prędko pobiegłam na przystanek i się tam schowałam. Po chwili przejechał kolejny samochód policyjny, również na sygnale. Zaczęłam myśleć, że może to jednak nie o mnie chodziło, bo coś słabo szukają, jeśli mnie jeszcze nie znaleźli. Ostatecznie po prostu zjadłam kolację i powoli się uspokoiłam, a wozy rozjechały. Wreszcie położyłam się spać.

Mieć takie schronienie było wspaniale, szczególnie że nad ranem rozpętała się znowu straszliwa burza z wielką ulewą. W momencie kiedy zabrałam się za śniadanie przyszła kolejna. Wyszłam szczęśliwa, że deszcz minął, policji nie ma, a tymczasem po 5 minutach znowu strasznie lało i w panice ubierałam strój przeciwdeszczowy pod parasolem. Szłam fajną ścieżką rowerowo-pieszą wybudowaną na starych torach kolejowych (wiele linii na Hokkaido zamknięto tak jak szkoły).









Cały czas szłam drogą, szkoda gadać. Fajnie trafiło mi się źródło i stacja dla podróżnych starego typu, gdzie jakimś cudem był kosz na śmieci w toalecie. Wszyscy wrzucali tam swoje śmieci, choć był chyba przeznaczony tylko na odpady łazienkowe. Tak to już jest w Japonii, że jak się widzi kosz, to trzeba korzystać, bo nie wiadomo kiedy trafi się następny.






Nie przestawało padać, znów ubrana w bezpieczny jaskrawy strój pięłam się serpentynami w górę i w dół. Chciałam zrobić sobie przerwę na placu budowy, bo mieli tam parasol, ale pan zajmujący się wyłącznie pilnowaniem wjazdu nie pozwolił mi wejść. Musiałam gdzieś przysiąść na skraju drogi żeby się pożywić. Po południu wreszcie dotarłam w miejsce, gdzie miał się zaczynać szlak. Wyglądało to podejrzanie. Jakaś ruina baru, parking zamknięty szlabanem. Weszłam w krzaki w poszukiwaniu ścieżki. Nic. Poszłam kawałek dalej, przecinając teren, gdzie potencjalnie mogła się znajdować. Dalej nic. Pojawiła się jakaś gruntowa droga - może tutaj? Ale zupełnie nie pokrywała się ze śladem, skręcała gdzieś w inną stronę. Nie było też żadnej wstążki ani znaku, śladu żeby chodzili tędy ludzie w celach turystycznych. Miałam już i tak mało czasu, bo podejście miało mieć kilkaset metrów w pionie. I jeszcze ten deszcz. Wróciłam na drogę. Widocznie to był ten szlak, który dawno temu zamknięto i góra była dostępna tylko z drogi dojazdowej po drugiej stronie masywu. Co za szkoda. Byłam załamana. Taki park narodowy i w ogóle nie da się po nim chodzić. Japończycy nie mają takich potrzeb. To tak różne podejście od naszego - u nas w górach wszędzie są jakieś szlaki, a na każdą górę można wejść z wielu stron i wyjść po innej niż się weszło.





Przeczłapałam jeszcze kilkanaście kilometrów asfaltem do drugiego jeziora, Shikotsu, które wyglądało na dziksze, choć kryło się we mgle i deszczu. Na plaży było pole namiotowe, chciałam skorzystać. Trzeba było się po prostu rozbić nie pytając nikogo, ale chciałam być w porządku i zapytałam ludzie, którzy się rozpakowywali czy pole jest darmowe czy nie (tak wynikało z opinii w googlu, ale tłumacz tłumaczył różnie). Oni coś sami nie wiedzieli, ale chyba mieli rezerwację. Kobieta zadzwoniła do właściciela, bo recepcja była zamknięta. Właściciel chyba nie zrozumiał albo miał jakieś zastrzeżenia, bo powiedział, że nie mogę tam nocować. Wzięłam więc tylko wodę z łazienki. Mogłam się rozbić na dziko, widziałam nawet dziką plażę, ale ten okropny deszcz i mój nieszczelny namiot nie zachęcały. Pokręciłam się po okolicy i w malutkim barze poprosiłam żeby pozwolono mi przenocować na werandzie. Deszcz tam spływał na podłogę, kapał z daszku, ale dali mi wycieraczkę i jakoś się ułożyłam, szczęśliwa. Do toalety i tak poszłam na kemping.





Rano poszłam na plażę się wykąpać. Była niedziela, więc na polu namiotowym był tłok. Ludzie rozbili się na piachu, jak najbliżej jeziora. Nie chciałam nawet myśleć o tym jak wszystko mieli oblepione piachem i mokre. Brrr... Było ciepło, ale woda dość chłodna. Shikotsu to wielkie i głębokie jezioro kraterowe o bardzo czystej wodzie. Rzuciłam graty na piach i zanurzyłam się w wodzie. Było cudownie. Nikt z dorosłych oprócz mnie się nie kąpał, parę dzieci się pluskało. Długo pływałam zadowolona. Wreszcie coś dla przyjemności. Chociaż tyle miałam z tego całego parku narodowego.







Z Shikotsu do samego centrum miasta Chitose prowadziła ścieżka rowerowo-piesza. Nie musiałam więc tego dnia iść drogą z autami. Zupełnie nie było gdzie usiąść i drugie śniadanie zjadłam w tojtoju. Szlak prowadził nad dużą czystą rzeką, a po drodze było bardzo ciekawe stanowisko archeologiczne, gdzie było pozostałości chat, prawdopodobnie Ainów. Miejsce było obronne, osada była na stromym brzegu rzecznym, pewnie obok brodu. Po drogiej stronie rzeki było fajne miejsce piknikowe, gdzie byłby fajny nocleg, ale szłam do Chitose, gdzie też było darmowe pole namiotowe w parku miejskim.












Pierwsza zapowiedź jesieni.














Kogo boicie się bardziej?




Przed Chitose szlak kawałek prowadził chodnikiem wzdłuż drogi, ale była tam ciekawa farma pstrągów i fajne kamienne kładki przez strumień.






Zaszłam do sklepu, tym razem był to wreszcie pełnowymiarowy supermarket, w którym nakupiłam produktów garmażeryjnych i oczywiście lody, które zdążyły się roztopić zanim doszłam na biwak. Pole namiotowe było w najdalszym zakątku parku, ale było bardzo ładne. Teren był zalesiony, rosły tam modrzewie, z których z cichym szelestem opadały igły. Parę namiotów stało nieco dalej, rozbiłam się tak żeby nie rzucać się w oczy. Pole było jednak płatne, ale recepcja otwierała się dopiero o 10, więc tak jakby było darmowe.






Z powodu komarów śniadanie zjadłam w toalecie.






Następny dzień od rana obfitował w miłe wydarzenia. Chitose dopiero się budziło, na ulicach mijałam tylko biegaczy. Ale już parę km dalej przy jakimś warsztacie ktoś mnie zagadnął i zafundował colę na drogę. Martwiłam się tylko co zrobię z butelką, bo na Hokkaido przy automatach nie było już w ogóle koszy na śmieci, nawet na recykling butelek i puszek. Nie minęła godzina, kiedy błękitny samochód, który miał mnie minąć zatrzymał się na środku drogi. Wyjrzał z niego raczej młody facet i łamanym angielskim wytłumaczył, że obserwuje mnie na Instagramie! 






Zdążałam w kierunku Yubari, powoli opuszczając płaską dolinę i zbliżając się na powrót do gór. Nie było tam zbyt wielkiego ruchu, szło się dobrze. Pola pachniały latem, w rowie nawet kwitły lilie. Przyszedł czas na 3400 km.









Szłam 274-ką, wzdłuż linii kolejowej. Nie spodziewałam się sklepu, mając już wyobrażenie na temat rozmiarów tego odludzia. A jednak w Oiwake był mały sklep. Nic nie potrzebowałam, więc tylko siadłam sobie na ławce odpocząć. Wtedy podeszła do mnie starsza pani i zaczęła wypytywać kim jestem i gdzie idę.  Nie wiem czy to dlatego, że wyglądałam dość marnie w brudnym ubraniu czy z jakiegoś innego powodu, ale zaczęła mnie bardzo intensywnie zapraszać do siebie. Było jeszcze bardzo wcześnie, 14, więc podziękowałam. Zależało mi żeby przejść planowany dystans, ponieważ chciałam następnego dnia nocować w górskiej chacie i przy wodzie. Zaproszenie było bardzo miłe, miałam nadzieję, że kobieta wie że jestem wdzięczna za nie, tylko mam inne plany. Stanęło na tym, że kupiła mi butelkę kawy w sklepie. Kawę Japończycy też piją zimną, jak herbatę. Na tym się jednak wcale nie skończyło. Przeszłam może kilometr, byłam właśnie na moście, kiedy ta sama pani podjechała samochodem. Zatrzymała się na środku mostu, mówiłam jej że to może niebezpieczne, może porozmawiamy za mostem, ale nie chciała. Ucieszyłam się, że jest taka miła, ale trwałam w swoim zamiarze kontynuowania. Kobieta zrobiła się natarczywa, nie chciała mnie puścić, aż się to zrobiło dziwne. Robiła wrażenie niezrównoważonej i zaczęłam się jej obawiać - kto wie kim jest i czym się zajmuje. Po bardzo długich pertraktacjach już chyba zrozumiała, że chcę iść dalej. Dałam jej swój adres mailowy. Wtedy wyjęła portfel, a z niego aż 10000 jenów, co się przeliczało na 320 PLN. Kupa forsy! Było mi trochę głupio, no ale wzięłam - ofiarami materialnymi nigdy nie pogardzam. Tego samego popołudnia inna starsza pani, o wiele normalniejsza i szalenie miła zatrzymała mnie przed swoim domem i przyniosła mi kawałek słodkiego i soczystego melona. Był właśnie na nie sezon, a okolice Yubari słyną właśnie z melonów, mają tam całe centra sprzedaży i wokół melonów kręci się biznes turystyczny (oczywiście nie wielki).








Wodę wzięłam na stacji kolejowej i doszłam aż do mostu na dużej rzece. Obok był parking dla aut, nie przedstawiał żadnych wartości biwakowych. Ale po przeciwnej stronie była wysoka skarpa. Weszłam na nią i rozbiłam się na skraju opuszczonego poletka. Niedaleko była rudera, pozostałość po kiosku z melonami. Spłoszyłam kilka saren, a oznaczało to, że raczej panuje tam spokój. Wiał trochę wiatr i miło chłodził wnętrze namiotu. Pierwszy raz od bardzo dawna nie było mi gorąco w nocy.







Rano miałam straszny kłopot z rozsupłaniem plątaniny nici, w które zaplątał się chrząszcz. Udało mi się go jakoś uwolnić. Tak wyglądała już od dawna moja podłoga...






Mijając kolejne stragany z melonami dotarłam do Shimizusawy, gdzie był nieduży supermarket. Zaopatrzyłam się tam na trzy następne górskie dni. Planowałam teraz wędrować przez masyw Yubari Dake, bardzo wybitną górę wulkaniczną ze szlakami po obu stronach.









W tej okolicy mieszkali chyba tylko dobrzy ludzie. Znów dostałam Trail Magic i znowu z samochodu. Większość tych osób najpewniej widziała we mnie pielgrzyma w białej koszuli, który może być narzędziem uzyskania dobrej karmy. Albo po prostu byli mili. Dostałam znowu kawę i napój izotoniczny, strasznie słodki. A że było gorąco to od razu jeden wypiłam.






Wioseczka, ostatnia przed zaporą, była mizerna. Większość domów była opuszczona. Musiałam tam zaczerpnąć wody, bo następne źródło było dopiero przy schronisku. Spostrzegłam człowieka w ogrodzie i już miałam pomachać, ale on się odezwał pierwszy i na migi zapytał czy chcę "mizu" (było to jedno z kluczowych słów, których się już dawno nauczyłam, a oznaczało wodę). Właśnie o mizu mi chodziło, więc ochoczo podbiegłam. Mężczyzna otwarł drzwi i zniknął w domu z moimi butelkami. Po chwili wyjrzała jego żona i zaprosili mnie do środka. Zaraz w drugim zdaniu zapytali czy chciałabym wziąć prysznic - oczywiście! Tak dawno się nie myłam i wiedziałam, że jest to wskazane. A skoro prysznic, to może pranie? No tak, czemu nie... Zostałam więc na dłużej. Było z tym wszystkim trochę zamieszania, musiałam bronić zaciekle biustonosza przed praniem w pralce, potem z kolei wynikł problem braku ubrania na zmianę - wyszłam spod prysznica w ręczniku. Miła kobieta spytała czy nie mam jakiegoś kimona. No nie, nie noszę kimona... Przyniosła mi zaraz swój dres. 

Opisałam im swoje zamiary, że chcę wejść na Yubari Dake i potem iść do Furano. Ale wtedy mężczyzna pokręcił głową i powiedział, że to niemożliwe. Jak to niemożliwe? Dlaczego? Ano dlatego, że most na zaporze jest w remoncie, stary rozebrano, budują nową drogę i jest tam zakaz wstępu. A innej drogi nie ma. Wtedy myślałam, że się załamię. Znowu nie mogłam iść szlakiem. Góry Hokkaido wyraźnie mnie nie chciały. Żal mi było strasznie musieć znowu iść drogami, kiedy tam stały takie piękne góry, którymi wędrowałabym dwa lub trzy dni, cały czas w lesie, z niedźwiedziami. Dostałam zaproszenie na noc, na odpoczynek, a że ludzie ci byli tak mili, chętnie się zgodziłam. Tak już widocznie musiało być.

W czasie kiedy się kąpałam poprzekładali moje rozrzucone rzeczy i zaczęli sprzątać i czyścić. Wyczyścili pleśń z moich butelek! Mówiłam, że wiem, że są obrzydliwe, ale że potrzebuję ich jeszcze przez dwa tygodnie. Kiedy zbierałam rzeczy odkryłam, że brakuje butelki z paliwem do kuchenki. Udało się ją znaleźć, ale już niestety pusta, starsi państwo myśleli, że to stara woda i wylali alkohol do zlewu. Był to spory kłopot, nigdzie nie było sklepów ogrodniczych ani paliwa, więc oszczędzałam tę resztkę na ostatni etap górski, trawers Parku Narodowego Daisetsuzan, gdzie spodziewałam się że będzie zimno i mokro. Przeprosili, wyraźnie było im bardzo przykro. Pocieszyłam ich, że pewnie uda mi się kupić paliwo w Furano.

Zanim siedliśmy do kolacji gospodarz zabrał mnie na krótką wycieczkę objazdową i pokazał mi całą zaporę. Podjechaliśmy też do mostu i faktycznie było pozamykane. Mówiłam, że może bym poszła, ale powiedział że nie powinnam, przyjedzie policja i będą kłopoty.











Spędziliśmy bardzo miły wieczór, to chyba była najlepsza gościna w Japonii. Wjechały klasyczne dania, bardzo smakowała mi zupa rybna i cukinia z boczkiem, wyhodowana przez gospodarza. Śmiałam się, że w każdym domu japońskim, w jakim byłam to mężczyzna zajmował się ogrodem.







Kiedy przyszła pora iść spać zapytali czy nie mam nic przeciwko temu żeby spać w pokoju, gdzie znajdują się kapliczki. Oczywiście nie miałam nic przeciwko, wręcz przeciwnie. Jedna kapliczka była dla jakiegoś nieokreślonego bóstwa, a druga dla zmarłych z rodziny. Ich dusze trzeba było karmić, dlatego przed kapliczką stały różne smakołyki: słodycze, owoce, wśród nich oczywiście melon. Teraz zrozumiałam do czego służą najpiękniejsze i najdroższe owoce w sklepach. Nie do jedzenia przez śmiertelników, ale do ofiarowywania duszom zmarłych.

Powiedziałam moim gospodarzom, że właśnie zastanawiałam się czy mają domową kapliczkę, a wtedy zaprowadzili mnie do drugiego pokoju i pokazali kapliczkę domowego kami. Znajdowała się na szafie, na swoim właściwym miejscu. Domowe duchy doglądają mieszkańców z wysoko położonego miejsca w domu. Zostawili mnie na chwilę żebym mogła się przywitać i pomodlić, co też uczyniłam.








Rano stawiłam się na śniadaniu. Dostałam i kawę, i herbatę. Podano grzanki, sałatkę i oczywiście melona, którego ze smakiem pożarłam. 






Wzięłam od nich adres i telefon, może kiedyś wrócę wejść na Yubari Dake? Oni też się czegoś ciekawego dowiedzieli, rozmawialiśmy o tym, że u nas jelenie nie mają kropek, a wiśnie mają białe kwiaty. I chyba nie nudzili się ze mną. Ruszyłam wreszcie w swoją stronę, tunelem i drogą wzdłuż zapory. Martwili się czy nie będzie mi gorąco. Oczywiście było, ale starałam się iść cienistą stroną drogi. Zrobiłam sobie przerwę i zeszłam do rzeki. To były całkiem dzikie góry już bez żadnych domów. Jaka szkoda, że nie było innych szlaków. Wstałam i ruszyłam dalej. Po minucie nadjechał samochód i się zatrzymał. Pomyślałam sobie: co u licha? A to byli moi gospodarze! Wiedzieli którędy idę, więc pojechali do innego miasta, kupili alkohol i dogonili mnie! Nie chcieli pieniędzy, dorzucili jeszcze trochę jedzenia. Byli cudowni, nie wiedziałam jak dziękować. Tak widocznie miało być, że to właśnie z tej gościny miałam skorzystać. Jednak wszystko się zawsze samo układa.












Obiecałam iść dalej po cienistej stronie drogi, jeśli tylko będzie to możliwe. Było ze 37 stopni w cieniu, męczył się pewnie i lisek, który nie bał się i wychodził na drogę. Często widywałam lisy w tej okolicy.






Masło się całkiem rozpuściło... Budowano nową drogę, spoczęłam na placu budowy, bo nikogo tam nie było. Teraz szłam już wzdłuż innej rzeki i innej zapory, do której wpływała. Yubari Dake zostawiłam z tyłu. Przy jakimś budynku związanym z generowaniem prądu była otwarta toaleta. Woda miała nie nadawać się do picia, ale innej nie było, a filtrować mi się słusznie nie chciało.










Nad zaporą miało być pole namiotowe, ale okazało się, że podwyższenie zapory i budowa nowej drogi wymagało jego zamknięcia i zatopienia. Jeszcze nie było zatopione, ale już był zakaz wstępu, wykopy i stojące maszyny. Jakieś auta podjeżdżały i odjeżdżały rozczarowane. One mogły jechać gdzieś indziej, ja nie. Rozbiłam się więc na tym, co pozostało z parkingu. Nawet był tam tojtoj, chociaż tyle.







Na asfalcie kilometry mijały szybko, we wczesnych godzinach rannych padło 3500 km.





Musiałam ominąć cały wielki masyw Yubari Dake i okrążyć go szerokim łukiem. Jedyną atrakcją na trasie były wodospady. Była to też moja jedyna szansa na wodę tego dnia. W małym WC był mikro kranik z niepitną wodą (w tej okolicy nie było wodociągów, skoro nie było ludzi i domów). Złapała mnie tam ulewa. Przeczekałam ją pod wiatą, drzemiąc. Frontowa pogoda sprawiła, że strasznie chciało mi się spać. Kiedy pogoda się poprawiła niechętnie ruszyłam dalej. Niestety kwadrans później przez przełęcz przecisnęły się kolejne kłęby czarnych chmur i znowu lunęło. Tak szybko, że nie zdążyłam się nawet całkiem ubrać. Woda nie spływała z drogi, na poboczu utworzyły się jeziora, głębokie do kostek. Tak szłam człapiąc w wodzie. Minęło to w końcu jakoś. Przeszłam bardzo długi tunel, a zanim zaczęłam już schodzić z gór w dolinę. Miałam nadzieję znaleźć tam jakikolwiek biwak, ale nie wyglądało to dobrze. Wszystko niedostępne, jakiś gąszcz. Doszłam po ciemku aż do samej wsi i  tam już sobie powiedziałam, że wszystko jedno, rozbiję się w pierwszym płaskim miejscu. Szczęście mi sprzyjało. Gospodarstwa były rzadko rozmieszczone i nie było całkiem płasko. Zapuściłam się w pole gruntową drogą i znalazłam świetne miejsce w koniczynie na skraju pola. Rozbiłam się szczęśliwa, drzewa nawet trochę osłaniały od bardzo silnego wiatru, który się nagle zerwał. Zauważyłam traktor na światłach i bałam się, że będzie orał po nocy moje pole, ale na szczęście to było gdzieś dalej.









Poranek, choć wietrzny, był bardzo przyjemny. Uroczyście wymieniłam gumkę od kijka, która przetrwała całą drogę z Sata Misaki. Widać ile ubyło gumy! Starła się aż do metalowego krążka. Zawsze wkładam patyczek pomiędzy kijek a gumkę, kiedy gumka wyciera się do dziurki i trochę jeszcze używam, ale jak widać istnieje taki moment, kiedy trzeba ją wymienić :-)