wtorek, 7 sierpnia 2018

Continental Divide Trail: Bannock Pass - Chief Joseph Pass (Idaho/Montana)

Leadore, jedyna miejscowosc w Idaho odwiedzana przed wedrujacych CDT, stalo sie moim ulubionym miasteczkiem na szlaku. Zupelnie nic tam nie bylo i to wlasnie bylo wspaniale - autentyczne miasteczko na Dzikim Zachodzie. 

Z tym ze zupelnie nic nie bylo to niezupelnie prawda - byl bar, ktory sie otwieral kiedy chcial, poczta ktora zamykano o 14:30, podrzedny camping, na ktorym mozna bylo wziac prysznic i stacja benzynowa, ktora sprzedawala wszystkie produkty potrzebne hikerom a ponadto pozwala rozbijac namioty na swoim trawniku. Cudowne miejsce :-)

Zgadnijcie kto mnie dogonil... :-) Bylismy umowieni z MacGyverem i Skunkiem, jak zwykle ja uciekalam, ale tylko na tyle zeby mogli mnie w miescie dopasc. Ruszylismy na podboj baru...






Porownalismy przy okazji stan swojego obuwia - Skunk ma swoje dopiero od 500 mil, moje maja juz za soba ponad 1100 mil, a jednak wygladaly o wiele lepiej. Niemniej jednak przestaly byc juz wygodne i podeszwa sie starla, zatem nadszedl czas na wymiane.


To wlasnie nasz biwak obok stacji benzynowej.


Leadore zalozono w 1850 roku i od tego czasu nic sie nie zmienilo... Tzn. zamknieto General Store. Mniejszy budynek to poczta, ktora zajmuje sie glownie przetrzymywaniem naszych paczek.





Rano otwarlam swoj bounce box i wydobylam z niego swieza pare Lone Peak'ow. Kiedy kupilam je zeszlej jesieni wiedzialam, ze to wlasnie w tych z zolymi sznorowkami chce dojsc do Kanady :-)


W Leadore spotkalam dziewczyne, ktora w zeszlym roku poznalam w Rutland, kiedy przesiadywalam tam po zakonczeniu przejsc Appalachian i Long Trail. Tym razem rowniez wedruje na poludnie, wiec juz sie nie zobaczymy...


Wiekszosc hikerow placila wlascicielowi campingu za podwiezienie z powrotem na szlak, ale ja wole oszczedzac na hamburgery, dlatego ponownie postawilam na autostop i w ciagu godziny udalo mi sie dostac na przelecz. Szlak natychmiast sie poprawil w stosunku do tego, co bylo na nim w poprzednim tygodniu. Pojawily sie drzewa - hurra! - a nawet las! To w zupelnosci wystarczalo mi do szczescia.





Pastwiska jeszcze sie pojawialy, ale na szczescie z rzadka.



Bardzo ciekawym miejscem byla przelecz Lemhi Pass, nazwana tak przez mormonskich osadnikow. Bylo to miejsce, ktore Lewis i Clark uznali za mozliwe do przeprawy na zachod w czasie swojej ekspedycji. Na tablicach edukacyjnych byly rozne ciekawe historie, w tym o bitwach jakie swego czasu toczyly w tej okolicy plemiona Saliszow i Czarnych Stop (ci drudzy byli ogromnie wojowniczo nastawieni). Przez reszte dnia mialam umysl zajety wyobrazeniami krwawych bitew :-)






Wyobrazcie sobie, ze ten grawerunek to nie dzielo pierwotnego czlowieka, kanaly wyzlobil kornik.


Pewnie zauwazyliscie, ze niebo ostatnio przymglone - to wiatr przywial dym z pozaru lasu. W Idaho jest obecnie 10 takich pozarow, ale dym, ktory zasnuwal ostatnio niebo przywialo az z Californii.

Tymczasem szlam tak sobie przez las, a dym czulam coraz wyrazniej i nie wierzylam ze pochodzi z Californii.


Slusznie! Kiedy wyszlam na skalisty grzbiet moim oczom ukazal sie klab dymu, a po chwili plomienie. Las plonal zaledwie pol kilometra od szlaku.



Wyobrazacie sobie jak sie przestraszylam! Na szczescie nie byl to duzy pozar. Wdrapalam sie wyzej, udalo mi sie zlapac siec i zadzwonic na numer alarmowy. Opisalam co trzeba, odnotowali moja pozycje GPS i to po ktorej stronie jest pozar, po stronie Idaho czy Montany (w znaczeniu kto bedzie placil za gaszenie...). 



Noc byla z przymrozkiem i bezwietrzna, wiec pozar byl nieco zduszony. Okolo poludnia uslyszalam helikoptery, wiec ktos w koncu sie zainteresowal, ale wiadomo, ze nikt sie nie bedzie spieszyl... Zwykle zwlekaja z gaszeniem az robi sie za pozno...

Kolejny etap wedrowki byl za to wyjatkowo przyjemny. Szlak wspial sie wyzej, bylo mnostwo pieknego lasu i mile doliny.





Biwak nad jeziorem. Jezior bylo potem coraz wiecej, ale nie kapalam sie, bo nagle sie ochlodzilo.






W najbardziej urokliwych zakatkach mozna bylo znalezc stare traperskie chaty, niestety juz w ruinie. Na graniach zalegaly resztki sniegu.



Ten mostek to zupelne kuriozum... Chyba chodzilo o zapobieganie erozji brzegu, ale dlaczego az tak poskapili desek?


Krotkie gorskie lato powoli sie konczy, kwiaty przekwitaja i wiedna, ale od czasu do czasu znajduje jeszcze jakis nowy gatunek.


Nie moglam sie zdecydowac gdzie umiescic napis obwieszczajacy osiagniecie 2200 mili :-)




Las w tej okolicy byl prawdziwie pierwotny. Porosty na drzewach maja bardzo jaskrawy zielono-kanarkowy kolor, wszystko wyglada bardzo soczyscie. 




Pogoda tylko nieszczegolna. Burze na szczescie przeszly bokiem, ale spadl pierwszy snieg tej zimy!




Za ostatnia przelecza ukazaly sie wspaniale widoki w dal na pietrzace sie wzgorza i skalista doline. Te gory byly naprawde skaliste, ich zbocza pokrywaly piargi, a szlak miejscami byl wykuty w skale i trawersowal stromo.





W glebokiej dolinie odkrylam w podszycie niewielkie klony. Musze przyznac, ze bardzo tesknie za lisicastymi drzwami.


Na tym nie koniec niespodzianek. Natknelam sie na resztki starych maszyn (musiano tu cos wydobywac), a kawalek dalej na chate w zupelnie dobrym stanie. Byla zamknieta, ale z tylu dalo sie otworzyc okno.



Dojrzewaja owoce czarnego bzu, sa drobne, ale smakuja tak samo jak polskie.


Wczorajszy dzien byl dosc meczacy. Szlak byl pozbawiony zygzakow i wciagle wspinal sie na kolejne szczyty wododzialu. Miejscami las byl wypalony i bylo goraco. Ledwo zipalam... Nadzieja na dojscie do drogi i dotarcie do miasta szybko prysla. Dojsc bym doszla, ale na zlapania stopa o zmierzchu nie bylo szans.





Rozbilam sie zatem wczesniej niz zwykle i poszlam spac.


Rano w ekspresowym tempie udalo mi sie dostac do Darby. Klimat jak najbardziej westernowy, wlasnie odbywa sie cotygodniowy jarmark, na ktorym sprzedaja rozne dziwne rzeczy...




Obok jest sklep z lalkami i wyposazeniem domkow dla lalek :-)




A tak wyglada wnetrze biblioteki - bardzo ladne.


Pozegnalam wlasnie Idaho, etap pograniczny juz zakonczony, a do przejscia pozostala juz tylko Montana i ostatnie 1000 km!