poniedziałek, 25 lutego 2019

Jak dbać o śpiwór puchowy

Wybór śpiwora puchowego wydaje się oczywisty - niska waga, świetna termika, trwałość wypełnienia. Śpiwór syntetyczny to już obecnie dość rzadkie zjawisko, rzecz co do której nie mamy zbyt wielkich wymagań. Śpiwór puchowy to spory wydatek, na który decydujemy się często z myślą o poważniejszych zastosowaniach, licząc przy tym na jego podstawowe zalety. Żeby jednak zachował swoje parametry i służył przez lata trzeba o niego dbać. 
 
Od lat używam puchowych śpiworów, aktualnie mam ich w sumie 7. Nawet sam producent dziwi, jak to możliwe, że śpiąc w śpiworze codziennie przez wiele miesięcy, nie doświadczam dużego spadku loftu, kompletnego zabrudzenia ani uszkodzeń mechanicznych.

Często dostaję od Was pytania czy aby na pewno puch sprawdzi się w trudnych warunkach, przy większej wilgotności i w czasie dłuższych wędrówek z noclegami pod namiotem. Jak zadbać o śpiwór puchowy tak aby służył długo i zachował swoją termikę? Mam nadzieję, że pomoże Wam w tym kilka wskazówek, zawartych w tym artykule.



Zagrożenia

To, czego się słusznie boimy najbardziej to utrata sprężystości i spadek loftu, czyli puszystości śpiwora. Wyższość puchu nad wypełnieniami syntetycznymi polega głównie na tym, że jego niewielka ilość ma dużą objętość, ale tylko puch w dobrym stanie będzie mógł tę właściwość zachować. 

Dobrej kondycji naszego śpiwora puchowego zagrażają:

Wilgoć - pochodząca z zewnątrz, a więc z pary wodnej zawartej w powietrzu, wilgoć również wilgoć, którą generuje nasz organizm oraz z naszego oddechu
Brud - pochodzące z naszego ciała zanieczyszczenia, tłuszcz oraz sól z potu oraz zwykłe zabrudzenia np. z jedzenia czy żywicy
Uszkodzenia mechaniczne poszycia - rozdarcia, zaciągnięte nitki
Zbyt duża kompresja odpowiadająca za uszkodzenie puchu i trwałą utratę puszystości


Transport

Transport śpiwora oznacza niemal zawsze jego kompresję, chyba że podróżujemy samochodem. O ile kompresję stosujemy rozsądnie, wkładając śpiwór do worka o odpowiedniej dla niego objętości, puch powinien dobrze to znosić. Jeżeli jednak przesadzimy zbytnio skompresowany puch zbije się, straci elastyczność, drobne nitki jakie składają się na poszczególne piórka (puszki) połamią się. Śpiwory syntetyczne są jeszcze bardziej wrażliwe pod tym względem, ale i śpiwory puchowe kompresja wykańcza.

Niestety, modzie na pakowanie się na lekko towarzyszy moda na pakowanie się do plecaka o małej objętości. Często obserwuję jak inni hikerzy ściskają swoje śpiwory do granic możliwości. Takie traktowanie sprawi, że przedwcześnie trzeba będzie zakupić nowy śpiwór (tudzież wymienić puch na nowy).
 
O dołączanych przez producentów workach transportowych możemy od razu zapomnieć i przeznaczyć je do czegoś innego, bo do transportu śpiworów w plecaku w trakcie wędrówki się nie nadają. Dlaczego? Oprócz tego, że często są za małe (nigdy nie wciskajcie do nich śpiwora na siłę) są one wykonane z materiałów, które nie są wodoodporne, nie są podklejone, a zamykają się tylko na sznurek. Powinno nam zależeć na tym aby nie dopuścić do przemoczenia na skutek dostania się do śpiwora wody deszczowej, ale także przenikania pary wodnej z otaczającego powietrza jeżeli nie pada.
 
Unikajmy za wszelką cenę worków kompresyjnych z taśmami. Owszem, skutecznie pomogą zmniejszyć objętość nawet największego "wiadra", ale wykończą puch w trybie ekspresowym.
 
Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest zakup worka wodoszczelnego, tzw. dry baga, czyli "suchego worka" z rolowanym zapięciem. Takie worki są najczęściej wykonane z silikonizowanego nylonu lub DCF (cubenu). Worki ściągane sznurkiem (widoczne na zdjęciu po prawej stronie) nie spełniają swojej roli, bo woda dostaje się do środka poprzez otwór pozostały po ściągnięciu sznurka.


Z mojego doświadczenia wynika, że dla śpiwora z 500 g puchu worek nie powinien być mniejszy niż 10-11 litrów, dla 250 g puchu odpowiednie będzie 6 litrów itd.
 
Worek nie może być za mały także po to żeby łatwo było go zrolować. Włożony do niego śpiwór dociskamy kolanem i rolujemy worek, dbając aby brzegi listwy dobrze do siebie przylegały.


Jeżeli nasz plecak nie jest wodoodporny to innym dość dobrym rozwiązaniem jest transport śpiwora luzem w plecaku wyłożonym dużym workiem na śmieci i gruz, co do którego jesteśmy pewni, że nie przecieka. Taki sposób jednak nie gwarantuje ochrony przed brudem, ponieważ cały nasz sprzęt i torba z jedzeniem także znajdą się w tym worku. W warunkach szczególnie wilgotnych najlepiej jest zabezpieczyć się podwójnie i śpiwór transportować w worku wodoszczelnym, ale jednocześnie w plecaku wyłożonym workiem lub osłoniętym pokrowcem przeciwdeszczowym.
 

Przygotowanie do użycia

Ważne jest aby czas spędzany przez śpiwór w worku transportowym był jak najkrótszy. Zwłaszcza, jeżeli mamy świadomość, że w plecaku tkwi niedosuszony śpiwór, który kiśnie w worku wodoszczelnym.


O ile wilgotność powietrza nie jest wyjątkowo duża, po dotarciu do miejsca obozowania śpiwór należy wyjąć z worka jak najszybciej. Wyjęcie śpiwora z worka i roztrzepanie puchu jest jedną z pierwszych rzeczy, które robię w obozie. W nabraniu loftu pomoże porządne przetrzepanie - trzepać śpiwór trzeba zraz po wyjęciu z worka, tak aby piórka nie pozostały sklejone w trakcie schnięcia; można oczywiście jeszcze poprawić.
 
 
Dbamy przy tym o to żeby puch był równomiernie rozmieszczony - ma on naturalną tendencję do zbijania się w większe kłęby i zdarza się, że wypełnienie przemieszcza się nierównomiernie, szczególnie jeżeli śpiwór był wilgotny. Jeżeli takie kłęby i łysiny są widoczne po przetrzepaniu możemy ręcznie poprzesuwać puch i wyrównać jego rozmieszczenie. To pozwoli nam uniknąć chłodnych miejsc i w pełni wykorzystać możliwości termiczne śpiwora.





Użytkowanie

Mogłoby się wydawać, że nie sposób użytkować śpiwór niewłaściwie, ostatecznie tylko się w nim leży. Jak już ustaliliśmy na wstępie, śpiworom szkodzi brud i wilgoć. O ile na dostęp wilgoci do śpiwora mamy wpływ ograniczony, to uniknąć brudu możemy dużo łatwiej.
 
Najzagorzalsi wyznawcy filozofii fast & light nie noszą ze sobą drugiego zestawu ubrań, w związku z czym do śpiwora wchodzą nago lub w mokrym, brudnym i przepoconym ubraniu. Nie jest to wcale dobry pomysł.
 
Brud, który zaszkodzi śpiworowi najbardziej nie pochodzi wcale z otoczenia, ale z nas samych. Tłuszcz i sól z naszego ciała będzie przesiąkać wraz z potem do materiału, a stamtąd do puchu. Kiedy zbierze się tego większa ilość, puch zacznie się kleić i zbijać, co w konsekwencji doprowadzi do utraty loftu.
 
Najlepiej zatem mieć ze sobą zestaw do spania w postaci koszulki z długim rękawem i getrów oraz skarpetek, a także czapki, bo kontakt tłustych włosów ze śpiworem także źle się kończy. Oczywiście taki zestaw musi być dostosowany do warunków, czasem jest po prostu zbyt gorąco, ale jeśli tylko to możliwe śpijmy raczej w ubraniu i rozpiętym śpiworze niż nago w zapiętym. Zestaw bielizny, który ze sobą noszę służy mi także w ciągu dnia jako warstwa termiczna, ale bluza jest drugą warstwą, a getry rzadziej używane, więc nie są nigdy bardzo brudne.


Alternatywą dla bielizny jest wkładka do śpiwora, ale nie uważam tego wynalazku za praktyczny, dlatego że ma on tylko tą jedną jedyną funkcję, więc stanowi niepotrzebny ciężar. 
 
Pamiętajmy też w miarę możliwości o tym żeby zmyć z twarzy sól i krem z filtrem.
 
Jeżeli chodzi o wilgoć sprawa jest trudniejsza i w wielu wypadkach jej nie unikniemy. Trzeba o tym pomyśleć jeszcze przed rozbiciem obozu, wybierając odpowiednie miejsce biwakowe. Znaczenie ma wybór odpowiedniego materiału w naszym śpiworze, ale 3-sezonowo większość z nas wybierze lżejsze i szybkoschnące materiały, zamiast odporniejszych na wilgoć, ale cięższych, które mają zastosowanie głównie zimą.
 
Wilgoć pochodząca z naszego oddechu to często największy kłopot. Zimą możemy używać kawałka materiału przypiętego do śpiwora, albo kłaść coś na nim (czasem w charakterze takiego "śliniaka" podsuwam sobie pod nos jedwabną chustkę, którą mam na głowie, można też użyć buffa, który wyschnie na nas w ciągu dnia).
 
Pod żadnym pozorem nie należy oddychać do śpiwora. Jeśli nie jest to konieczne, nie podciągajmy śpiwora pod sam nos.


Suszenie

W ciągu nocy z naszego ciała odparowuje ponoć około 0,5 litra wody, odparowuje oczywiście prosto do śpiwora.  Problem stanowi również wilgoć z zewnątrz, para wodna przenikająca z powietrza. W wyniku wystąpienia zjawiska kondensacji na materiale osadzają się kropelki wody.
 

Im cieńszy śpiwór tym większe prawdopodobieństwo, że wyschnie sam. Jeśli materiał ma dobre parametry oddychalności i przepuszcza parującą wilgoć śpiwór będzie na bieżąco podsuszany ciepłem naszego ciała. To tak jakbyśmy powiesili go na kaloryferze. W przypadku grubego śpiwora nie będzie już tak łatwo, ponieważ będzie on za dobrze izolował i nie dopuści do takiej szybkiej ucieczki ciepła.
 
 
Najwilgotniejsze miejsca na powierzchni śpiwora to te, które są najsłabiej ogrzewane - najczęściej śpiwór jest wilgotny w stopach, podobnie jest kiedy używamy wewnątrz śpiwora kurtki puchowej. Czasem pomaga tylko wyjęcie kurtki i śpiwór podsycha, jeszcze kiedy w nim jesteśmy. Oprócz tego śpiwór pobiera wilgoć z naszego oddechu, a więc pod brodą, wokół szyi i czasem też na kapturze, jeśli go mamy.

Warunki najodpowiedniejsze do suszenia to słońce i wiatr, korzystajmy z nich jak najczęściej. Tkaniny, które służą za pokrycie śpiworów schną bardzo szybko, puch też, po kilku minutach będzie już wyraźna różnica, po pół godzinie śpiwór będzie zupełnie suchy.



Nie warto wywieszać śpiwora zawsze - często bywa tak, że powietrze jest bardzo wilgotne, a tylko ciepło naszego ciała sprawia, że wilgoć ze śpiwora odparowuje. Jeśli wywiesimy tak podsuszony śpiwór ponownie nam on nawilgnie.

Jeżeli nasz śpiwór jest obity materiałem membranowym lub innym o zwiększonej odporności na wodę będzie trudniej pochłaniał mniej wilgoci z zewnątrz, natomiast utrudnione będzie usuwanie wilgoci z zewnątrz - w celu wysuszenia należy taki śpiwór odwrócić na drugą stronę. Najlepiej zresztą robić to też ze zwykłymi oddychającymi śpiworami.

Przyjrzyjmy się uważnie, gdzie rozwieszamy śpiwór do suszenia - gałęzie drzew iglastych mogą być powleczone żywicą, kolczaste krzewy mogą wydrzeć dziurę w dość jednak delikatnym materiale śpiwora.




Przechowywanie

Przechowywanie śpiwora w jego worku transportowym to prosta droga do skrócenia jego życia, znacznego zmniejszenia puszystości i trwałego uszkodzenia puchu. Śpiwory muszą być przechowywane luzem, rozwieszone lub rozłożone. W pewnych przypadkach akceptowalne jest przechowywanie w dużym bawełnianym lub siatkowym worku, jakie producenci niekiedy dołączają do swoich wyrobów, jednak lepiej unikać jakiejkolwiek kompresji i trzymać śpiwór całkowicie rozprężony.

Oczywiście śpiwór zajmuje dużo miejsca. Możemy trzymać go na szafie albo pod łóżkiem, a także rozwieszony np. w garderobie jeżeli taką posiadamy.

 
Na koniec jeszcze kilka słów o naturze puchu. Śpiwór nowy ma zawsze większy loft niż używany. Puch w nowym śpiworze nie był nigdy kompresowany, jest doskonale wywietrzony, wysuszony. Należy się liczyć z tym, że puszystość zmniejszy się już po pierwszym użyciu i nigdy nie wróci do stanu pierwotnego. Jest to niemożliwe, dlatego warto brać pod uwagę naturalny spadek puszystości przy zakupie śpiwora i nie wybierać granicznej temperatury komfortu. Warto też zauważyć, że loft będzie się różnił w zależności od wilgotności w pomieszczeniu, w którym jest przechowywany, a wiec nie panikujmy, jeśli śpiwór wygląda na sflaczały - jeżeli w naszym mieszkaniu jest wilgotno, prawdopodobnie jest to właśnie tym spowodowane (u siebie stwierdziłam różnice w wadze rzędu 12g w zależności od wilgotności powietrza w różnych pomieszczeniach i porach roku).

Pranie

Jak już wyżej pisałam, brud i tłuszcz oraz sól z naszego ciała to drugi obok wilgoci czynnik wpływający na spadek sprężystości puchu. W wielu przypadkach można sprężystość przywrócić za pomocą prania, potrafi ono jednak być prawdziwym wyzwaniem.
 
O ile mniejsze wyroby puchowe jak na przykład kurtki można prać w domu to śpiwory posiadające dużą ilość wypełnienia najlepiej oddać do specjalizującej się w praniu puchu pralni.
 
Moje doświadczenia z praniem puchu są niewielkie i złe zarazem. Jedyna próba wyprania kurtki zakończyła się trwałą degradacją puchu, który musiałam wymienić. Choć w gruncie rzeczy wydawało mi się, że wykonałam wszystko prawidłowo, najwyraźniej popełniłam błąd i więcej puchu prać w domu nie zamierzam. Wielu moich znajomych prało swoje rzeczy z powodzeniem, więc nie odradzam całkowicie.

Jak prać puch?
 
W dużej ilości wody o temperaturze nie przekraczającej 30 stopni Celsjusza, ręcznie lub w pralce na delikatnym programie. Jako środka piorącego należy użyć specjalnego płynu np. Biały Jeleń lub Grangers. Bardzo ważne jest wielokrotne płukanie. Nie należy odwirowywać. Suszenie należy wykonać w suszarce bębnowej z użyciem piłeczek tenisowych lub przy kaloryferze/na słońcu, stale przetrzepując i rozdrabniając kulki puchu, pilnując aby piórka się przy tym nie podarły. Trwa to z reguły co najmniej 2 dni.
 
Na forum NGT mamy cały temat o praniu puchu, polecam lekturę.
 


niedziela, 17 lutego 2019

Test: Spodnie Arc'teryx Palisade Pant Women's

Zakup spodni Arc'teryx Palisade Pant był owocem długich poszukiwań. Kryteria wyboru były bardzo ścisłe - minimalistyczne, cienkie spodnie, które chronią przed wiatrem, są wytrzymałe, posiadają dwie kieszenie na udach oraz zintegrowany pasek - po nieprzyjemnych doświadczeniach związanych z krwawymi ranami po wbijających się w ciało szlufkach pod pasem biodrowym plecaka to było najważniejsze.

Okazało się, że znalezienie takich spodni nie jest wcale łatwe. O ile w męskich spodniach trekkingowych niemal zawsze występują dwie kieszenie na udach, to w damskich w znakomitej większości przypadków jest tylko jedna. Dlaczego? Czyżbyśmy potrzebowały mniej rzeczy, a może miały mniej rąk? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

Szczęśliwie trafiłam wreszcie na odpowiedni model, który spełniał wszystkie wymagania. Palisade służyły mi przez ostatnie 5 lat na wszystkich krótko i średniodystansowych trekkingach 3-sezonowych. Na długich dystansach, gdzie klimat jest bardzo zróżnicowany preferuję krótkie spodenki do biegania.

Spodnie Palisade zagościły w mojej szafie sprzętowej jesienią 2013 roku. Lubiłam je tak bardzo, że kiedy ostatecznie się zniszczyły, zakupiłam nowy egzemplarz tego samego modelu. Nowy trochę się różni, ale na tyle niewiele, że test starego modelu jest wciąż aktualny. Uzupełniam go o zdjęcia porównawcze.




Dane techniczne i budowa

Rozmiar: 2 (obecnie odpowiada 6)                   
Długość nogawek: 31 cali (nowe 29 cali)
Waga: 246 g (nowe 248 g)  
Materiał: TerraTex™, 94% nylon, 6% elastan
Krój: dopasowany (trim fit), proste nogawki
Przeznaczenie: trekking, wędrówki piesze

Model: 22402



Palisade Pant to techniczne spodnie trekkingowe z kolekcji Traverse. Lekkie, szybkoschnące, wytrzymałe i odporne na wiatr. Wyposażone w cztery kieszenie. Wykonane z gładkiego, ściśle tkanego materiału nylonowego z domieszką elastanu. W pasie mają miękką podszewkę. W niektórych miejscach łączenia poszczególnych fragmentów zamiast szwów zastosowano łączenia zgrzewane.

Spodnie są opisane jako dopasowane mają jednak bardziej swobodny krój niż inne techniczne modele Arc'teryxa. Stara wersja ma dużo bardziej obszerne nogawki, w nowej zostały one zwężone, co zapewne wpłynie na bardziej nowoczesny wygląd.



Nie mają żadnych wzmocnień charakterystycznych dla outdoorowych ubrań, co akurat bardzo mi odpowiada.

Są produkowane w trzech wersjach długości: 29, 31 i 33 cale. Testowany egzemplarz to regular, czyli 31 cali, będąc niską osobą musiałam je skrócić (nie udało mi się wtedy zdobyć krótszych), ale nie obcinałam tylko podwinęłam. Moje nici nie były trwałe i rozpadły się na długo przed spodniami, więc potem je rolowałam. Nowy egzemplarz w wersji short ma nogawki o długości 29 cali i są idealne.
 
 

Użytkowanie

Spodnie nosiłam na rozmaitych trekkingach 3-sezonowo, co rozciąga się także na Skandynawię latem. Tam właśnie spędziłam w nich najwięcej czasu, przeważnie 5 tygodni w roku. Poza tym po kilka tygodni jesienią i wiosną na polskich i europejskich szlakach, od Beskidów, przez Alpy po Hiszpanię. Zdarzało mi się zakładać je też zimą, kiedy przewidywałam intensywny wysiłek, nie są to jednak spodnie zimowe.


W spodniach Palisade pokonałam z plecakiem na grzbiecie w sumie trochę ponad 3500 km. Warunki oczywiście trafiały się różne, lecz przeważnie była to wędrówka szlakiem w umiarkowanych temperaturach od około -10 do +25, najczęściej jednak od 0 do +20. W miarę cywilny wygląd i neutralny beżowy kolor pozwalał także na użycie Palisade jako spodni podróżnych. Zakładałam je też często na codzienne spacery.



Wygoda

Dzięki domieszce elastanu spodnie są lekko elastyczne i bardzo wygodne. Panel w kroku umożliwia swobodę ruchu. Można bez problemu poruszać się w nich w trudniejszym terenie, siedzieć po turecku czy wykonać ćwiczenia rozciągające.


Dobrze noszą się z bielizną termoaktywną pod spodem, niezależnie od tego czy jest to cienkie merino czy gruby Polartec Power Strech. Stare są obszerniejsze, a nowe bardziej dopasowane, szczególnie jeżeli chodzi o nogawki, ale wciąż pozwalają na założenie grubszej bielizny oraz stabilizatorów na kolana. Ze względu na stabilizatory, które noszę pod spodniami muszę wybierać mniej dopasowane spodnie (niektóre modele spodni softshell Arc'teryxa są bardzo dopasowane i nie mieszczą niczego pod spodem, np. Sylvite Pant).


Pas i kieszenie, elementy na których mi najbardziej zależało, zasługują na osobne omówienie.

Talia jest dość nisko - wysoki stan sprawia, że spodnie gniotą mnie w brzuch. Zbyt niski z kolei sprawia, że krawędź spodni wrzyna się w skórę dokładnie w miejscu, gdzie noszę pas biodrowy. Palisade są pod tym względem idealnie zaprojektowane.
 
Zintegrowany pasek odpowiada za to, że spodnie są gładkie w pasie; nie ma szlufek ani żadnych innych elementów, mogących powodować otarcia. Od wewnątrz jest dodatkowa warstwa bardzo cienkiego polaru dodatkowo chroniąca skórę. Zgodnie z oczekiwaniem skończyły się moje problemy z otartą skórą i krwawymi wybroczynami.
 
 
 
Sam pasek w moim starym modelu to syntetyczna taśma zapinana na plastikową klamrę. Niestety, pasek zawsze się luzował, co było o tyle kłopotliwe, że akurat trzysezonowe spodnie noszę o różnych porach roku, mając zupełnie różną wagę ciała. Jesienią, po letnich wyprawach, jestem szczuplejsza i potrzebuję mocniej zacisnąć pasek, wiosną z zimowym zapasem tłuszczu wcale go nie potrzebuję i problem znika, mam jednak nadzieję, że w nowej wersji pasek będzie działać poprawnie. Jest teraz grubszy, a klamra metalowa.

 

Spodnie są wyposażone w dwie kieszenie zwykłe i dwie na udach, dostęp do nich jest łatwy podczas noszenia plecaka. Kieszenie mają zakładki, które powiększają ich objętość, ale sprawiają że są płaskie, kiedy są puste. Dzięki temu unikniemy efektu wojskowych bojówek.
 
Rozmieszczenie kieszeni jak i ich funkcjonalność zmieniły się nieco w nowym modelu. Kieszenie zwykłe zyskały zamki. Jeszcze nie wiem czy to dobrze czy źle - głębokość kieszeni jest odpowiednia, więc nigdy niczego nie zgubiłam, za to w zimowych Arc'teryx Gamma MX mam zamki i nie tak zafundowały mi one zadrapania na dłoniach. Zobaczymy.


Kieszenie na udach w nowym modelu są umieszczone bardziej z tyłu, zamek jest położony ukośnie i otwiera się do tyłu, a nie do przodu tak jak w starych. Zakładki zwiększające objętość kieszeni pozostały, lecz same kieszenie są mniejsze, węższe w dolnej części. Nadal mieszczą mapę wszerz, jednak nie ma już szans na włożenie jej do kieszeni w całości i zapięcie zamka (w starych dało się to zrobić).



 
 

W testowanym modelu z 2013 wewnętrzna część kieszeni jest wykonana z tego samego materiału co spodnie, jednak w nowej wersji mamy miękką siateczkę. Niestety czepia się ona bardzo rzepów (mam rzepy w stabilizatorach). Jaka będzie jej wytrzymałość czas pokaże.
 


Wytrzymałość

Jak na tak cienki materiał i ogólnie rzecz biorąc mało pancerny wygląd spodnie wytrzymały dosyć długo. Wędrówka z plecakiem, nawet dużym i ciężkim, nie przyniosła żadnych uszkodzeń, nie przetarły się nogawki, długo nie było dziur pomimo przeciskania się przez zarośla karłowatych wierzb i siadywania na ziemi.




Pierwsze uszkodzenie przydarzyło się niedługo po zakupie, kiedy iskra z ogniska wytopiła małą dziurkę na kolanie. Spodnie są w 100% syntetyczne, więc należy być ostrożnym.
 
Pierwszym objawem zużycia był zepsuty zamek w lewej kieszeni, po 3 czy 4 latach użytkowania. Pomimo uszkodzenia nadal można było używać obu kieszeni. W zasadzie mogłam była spróbować zamek naprawić, bo uszkodzenie polegało na tym, że się wypruł, ale jakoś nigdy się nie zmobilizowałam.
 
 
W tym samym czasie zauważyłam pęknięcia nici, które zaczęły się wycierać, zwłaszcza na plecach pod plecakiem, początkowo nic się nie pruło, ale widać było coraz większe ubytki nici. Nastąpiło to moim zdaniem o wiele za wcześnie, szczególnie że materiał był wtedy wciąż w bardzo dobrym stanie.
 
Materiał zaczął ulegać degradacji najpóźniej, zetlał właśnie teraz, po 5 sezonie użytkowania. Kolor nie wypłowiał, na plecach spodnie lekko ściemniały od niespieralnego brudu, pojawiło się kilka małych odbarwień (zwykle pojawiają się po praniu w miejscu plam tłuszczu). Nylon, jakiego użyto był ogromnie wytrzymały i przez lata nie pojawiły się żadne uszkodzenia mechaniczne, rozdarcia czy pęknięcia. Żadne krzaki ani druty kolczaste nie robiły na Palisade wrażenia aż do stycznia 2019 kiedy przyszło mi przechodzić wiele drutów kolczastych w Hiszpanii, a spodnie nagle przestały sobie z nimi radzić.
 
 
Także szwy zaczęły właśnie puszczać, więc najwyraźniej żywotność użytych materiałów to właśnie 5 lat. Na zużycie ma pewnie wpływ utlenianie, promienie UV i dość intensywne użytkowanie.
 


 
Przyglądając się stanowi zużycia zauważyłam drobne zmechacenie w pasie, musiało ono powstać na ostatnim wyjeździe, pod wpływem ocierania o plecak.



Termika i oddychalność

Spodnie są jednym z elementów ubioru warstwowego, o którym pisałam szerzej w osobnym artykule.
 
Dzięki temu, że Palisade są cienkie nie dają zbyt wiele ciepła - mają chronić przed wiatrem i odrobinę poprawiać termikę, ale pozwalać poruszać się także w cieplejszych warunkach i przy większym wysiłku. Tradycyjne spodnie typu softshell z grubszej dzianiny są dla mnie za ciepłe. Kiedy potrzebuję ciepła, zakładam pod spód bieliznę. Jeżeli wciąż jest mi zimno, na wierzch idą spodnie przeciwdeszczowe.


Taki zestaw jest bardzo uniwersalny i działa w zakresie temperatur od ok. -10 do +25, z tym że w warunkach wietrznych jakie panowały np. w czasie arktycznego ochłodzenia w marcu w Drawieńskim Parku Narodowym (-7 C na termometrze) było już bardzo zimno, a powyżej 20 C jest już naprawdę bardzo ciepło - sytuację ratuje jednak podwinięcie nogawek, co jest bardzo łatwe ze względu na miękki i cienki materiał.


W przedziale od 0 do 20 stopni jest najzupełniej komfortowo, choć najczęściej do +5 noszę pod spodem bieliznę, a od +10 podwijam nogawki - to wszystko zależy od panujących warunków, wiatru i wilgotności oraz intensywności wysiłku.


 
Odporność na wiatr

Spodnie są dla mnie odpowiednikiem wiatrówki, nie mają być w żadnym razie ciepłe, ale ponieważ długie spodnie noszę w raczej surowych warunkach oczekuję od nich, że zachowując jak najlepszą oddychalność będą jednocześnie dobrze chronić przed wiatrem i jego działaniem chłodzącym. Palisade spełniają to zadanie bardzo dobrze. Nie są oczywiście 100% wiatroszczelne, ani nawet nie chronią przed wiatrem tak dobrze jak wiatrówka (Arc'teryx Squamish Hoody), ale jeżeli chodzi o dolną część ciała to mi wystarcza. Dzięki temu oddychają doskonale, czego nie można powiedzieć o wszystkich spodniach z nylonu, które często wywołują u użytkownika wrażenia przebywania w saunie.



DWR i schnięcie

Palisade schną błyskawicznie, porównywalnie do wiatrówki. Z tego powodu czasem opóźniam zakładanie spodni przeciwdeszczowych, jeżeli nie zanosi się na ulewę. Jeżeli są tylko lekko skropione deszczem ciepło ciała sprawia, że po kilku minutach wysychają. 

DWR był dobrej jakości i utrzymywał się dość długo, nie tylko do pierwszego prania, jednak po kilku praniach zanikł i woda przestała się perlić na materiale. Nie odnawiałam DWR ponieważ uważam ten dodatek za zbędny i szkodliwy dla środowiska.


Podsumowanie

Z reguły większą wagę przywiązujemy do zakupu kurtki czy bluzy, spodnie zaś traktujemy jako drugorzędną sprawę, jednak znalezienie wygodnych i funkcjonalnych damskich spodni to trudna sprawa.
 
Arc'teryx Palisade Pant to proste i skromne spodnie w neutralnym kolorze, pasującym do wszystkiego, nie rzucającym się w oczy. Są lekkie i bardzo wygodne, skonstruowane tak, aby można je było komfortowo nosić pod pasem biodrowym nawet ciężkiego plecaka. Znakomicie oddychają, szybko schną, nie jest w nich gorąco. To, że zakupiłam drugi egzemplarz mówi samo za siebie - to świetne spodnie, z których byłam bardzo zadowolona. Do wad należy poluzowujący się pasek w starym modelu i mniej funkcjonalne kieszenie w nowym. Wytrzymałość jest na dobrym poziomie, choć nici zdecydowanie mogłyby być trwalsze. Od lekkich materiałów nie należy oczekiwać długowieczności, liczyłam jednak na to, że spodnie wytrzymają jeszcze jeden sezon. Ich cena nie jest niska - 159 $ (w promocji można je obecnie kupić za 400 zł w zagranicznych sklepach, na testowany egzemplarz wydałam 5 lat temu 300 zł).

 

wtorek, 12 lutego 2019

Hiszpania: Dzień w Sewilli

Szybkie tempo na GR48 sprawiło, że udało mi się wygospodarować dodatkowy dzień, który mogłam poświęcić w całości na zwiedzanie Sewilli. Urokliwa architektura małych andaluzyjskich miasteczek, które odwiedziłam wędrując przez Sierra Morena, zapowiadała wspaniałości, jakie muszą się niehybnie znajdować w stolicy regionu. Sewilla tak bardzo mi się podobała, że postanowiłam poświęcić jej osobny wpis. Nie traktujcie go jako przewodnika - nie specjalizuję się w zwiedzaniu miast, robię to pobieżnie, raczej chłonąc klimat i zaglądając tam, gdzie akurat mam ochotę. Rzadko sprawdzam, co powinnam zwiedzić :-)

W Sewilli zjawiłam się wieczorem, wysiadłam z pociągu na głównym dworcu Santa Justa, zarezerwowałam najtańsze łóżko (10 euro), korzystając z wifi w MacDonaldzie. Tym razem miałam nocować w innym hostelu niż poprzednio (Traveller Box Hostel był tragiczny) - Sevilla Dream Hostel. Podreptałam tam pieszo, rozglądając się bacznie wokół, żeby wiedzieć już gdzie się udać następnego dnia. Pora była niesprzyjająca. Hiszpanie ożywają wieczorem i moim zdaniem jest to najmniej odpowiednia pora do włóczenia się po mieście. Co kto lubi, ale hałas i tłok działał mi na nerwy. Z wielką ulgą zaległam w hostelu, który tym razem okazał się zupełnie przyzwoity.




Nie miałam ochoty uganiać się po mieście przez cały dzień, wyszłam dopiero o 10:30 po niespiesznym śniadaniu złożonym z chleba, sera i kawy.

Nie zamierzałam też kierować się wskazówkami z żadnego przewodnika, choć nie mogę powiedzieć żebym całkowicie unikała atrakcji - raczej nie miałoby to sensu. Włóczyłam się na własną rękę, nawigując wśród ciasnych uliczek z pomocą papierowej mapy, jaką pozyskałam w informacji turystycznej na lotnisku i przeniosłam przez całe GR48. Było na niej zaznaczone wiele zabytków, choć np. nie było mojego ulubionego kościoła św. Antoniego przy ulicy Alfonso XII.
 
Wędrując przez stare miasto zaglądałam w każdą bramę w poszukiwaniu z arabska urządzonych dziedzińców (były w prawie każdym domu), do których można było zapuścić żurawia przez kratę lub oszklone drzwi. Zajrzałam też do kilku kościołów.



Wkrótce znów trafiłam na duży plac z fantazyjną budowlą (patrz wyżej, zdjęcie zrobiłam poprzedniego wieczora), służącą zdaje się turystom do robienia zdjęć miasta z góry. Często mam okazję oglądać świat z góry wędrując, więc tym razem bardziej interesowało mnie to, co było w podziemiach, ale o tym za chwilę.

Na parterze tej dziwacznej budowli znajdowało się targowisko, całkiem możliwe że nastawione raczej na turystów niż mieszkańców. Były tam najróżniejsze towary konsumpcyjne, wędliny, sery, świeże ryby i owoce. W dziale owoców szukałam fig i daktyli (mieli nawet świeże, tunezyjskie). W bogatym dziale suszonych owoców były nawet kandyzowane ziemniaki - wygląda na to, że nawet teraz, po grubo ponad 500 latach, które minęły od odkrycia Ameryki przez Kolumba, Hiszpanie nadal nie bardzo wiedzą co z nimi robić (poza chipsami).


Zrobiwszy zakupy na targu udałam się w kierunku wspomnianych wyżej podziemi. Znajdowały się tam ruiny rzymskiego osiedla z dobrze zachowanymi domostwami i mnóstwem mozaik. Turyści nie byli wcale zainteresowani zwiedzaniem starożytności, więc miałam je praktycznie dla siebie.











Było też kilka zabytków wczesnego chrześcijaństwa - baptysterium oraz fundamenty świątyni.





Sewilla jest najbardziej zachwycającym miejscem sprzedaży najróżniejszych towarów jakie widziałam w życiu (tak na pewno było również w XVI i XVI wieku, kiedy miasto miało monopol na handel towarami przywiezionymi z Ameryki). Każda witryna błyskała czymś, czego się natychmiast zapragnęło. Można było dostać oczopląsu od wszelakich błyskotek, ale były i sklepy dla malarzy, sklepy z kapeluszami, całe mnóstwo sklepów z akcesoriami do flamenco i tyle samo oferujących stroje do pierwszej komunii. Sklepy z dewocjonaliami, pasmanterie z bogatą ofertą wspaniałych koronek, sklepy muzyczne...







Nadmiar bodźców wkrótce przyprawił mnie o utratę zainteresowania tymi wszystkimi artykułami, wskutek czego zapragnęłam udać się w jakieś spokojniejsze miejsce.
 
Póki co nie było to możliwe. Ruszyłam w kierunku najsłynniejszych zabytków.


Na pierwszy ogień poszedł ratusz, a dalej ogromna gotycka katedra, straszliwie przeładowana zdobieniami i z okropnie długą kolejką do wnętrza. We wnętrzu znajduje się grobowiec Kolumba.





Tuż obok mauretański zamek Alcázar, rozbudowany zamek Wizygotów na założeniach rzymskich. Kolejka równie długa jak do katedry.



Błąkałam się po okolicy, krążąc wokół zamku i znalazłam kilka uroczych zaułków. Niestety do zamkowych ogrodów nie dało się wejść "na gapę" nijakim sposobem.




Później przyszedł czas na zwiedzanie pałacu przy Placu Hiszpańskim, monumentalnego kompleksu, wybudowanego specjalnie na okoliczność Wystawy Iberoamerykańskiej w 1929. Hiszpanie umieścili tam wszystko co mieli najlepszego - pomieszali renesans, barok, styl arabski, Art Deco i ozdobili wspaniałymi azulejos, czyli ceramiką.






Doskonałe miejsce na odpoczynek.




Wzorzyste azulejos rozbudziły mój apetyt jeżeli chodzi o podróże na Bliski Wschód, tak te sewilskie, jak i widziane wcześniej prowincjonalne.





Po przerwie i drugim śniadaniu (chipsy, winogrona) skierowałam się nad rzekę, mijając po drodze jeszcze kilka zabytków, takich jak arabską wieżę strażniczą Torre del Oro czy arenę walk byków.






Teraz miałam w planie zwiedzenie Triany, dzielnicy, a właściwie osobnego miasta, znajdującego się po drugiej stronie Guadalquiviru, słynącego z produkcji azulejos.
 
Tuż za mostem zauważyłam wejście do kolejnej hali targowej, kto wie czy nie lepszej od tej w centrum Sewilli. Mieli sporo towaru, ale już zamykali. Jeżeli nie ograniczacie swojej wizyty do zwiedzania jednego miasta, a zamierzacie zapuścić się bardziej na prowincję radzę robić zakupy w małych wiejskich sklepikach, gdzie towar na pewno jest najświeższy, a ceny dużo niższe (nawet o połowę). Oferta jest oczywiście mniej różnorodna.



To właśnie tędy, przez most, prowadzi Via de la Plata. W hostelu spotkałam Słowaka, który przewędrował właśnie 10-dniowy odcinek tej Drogi.


Popołudniowa pora sprawiła, że nie wszystkie zakłady produkujące ceramikę były otwarte, ale kilka udało mi się zwiedzić, bo to jednak turystyczne miejsce i rządzi się swoimi prawami.




 
Po tym wszystkim zmęczenie dało już o sobie znać, więc lekko głodna (stąd pewnie zdjęcia migdałowych ciastek) udałam się w okrężną drogę powrotną do mojego hostelu, gdzie zostawiłam biwakowe toboły i miałam zamiar spędzić kolejną noc.


Zajrzałam na swój ulubiony placyk, położony na uboczu (jeśli tak można nazwać tyły zamku), obsadzony drzewkami pomarańczowymi.




Wieża katedry o zachodzie słońca.


Na kolację zrobiłam sobie makaron z sardynkami z puszki i kawałkami suszonych pomidorów, a na deser pomarańcza oraz świeże daktyle (rewelacja).



Poranek spędziłam leniwie w hostelu. W drodze na dworzec autobusowy zajrzałam po raz ostatni do kościoła św. Antoniego, o którym już wspominałam jako o moim ulubionym. Przed wejściem jest dziedziniec, wieczorem tłoczno, ale w południe nie aż tak bardzo. Oprócz figur odzianych w królewskie szaty warto też rzucić okiem na sklepienie, na którym oprócz aniołków i przegrzebków widać girlandy pomarańczy.



Ostatni przystanek na placu przed muzeum. Kilka minut na ławce i w drogę. Autobus, samolot... i tak nastąpił koniec kolejnej podróży.