Nikt nie wybrał się na poranny spacer i nie niepokojona spakowałam się, po czym zeszłam na zakupy do wsi Songgye. Był tam chyba niewielki supermarket, ale było jeszcze wcześnie, więc otwarty był tylko CU (Żabka). Znalazłam tam to, czego potrzebowałam, trochę owoców, mleko na śniadanie, fermentowany napój i jajka na miękko. Śniadanie zjadłam przy WC na dworcu autobusowym, nie wiedząc że jest tam poczekalnia. W WC było gniazdko, a przed wejściem przepierzenie, za którym się schowałam, ale wkrótce zaczęłam budzić zainteresowanie i przyszli pracownicy dworca żeby mi objaśnić, że to nie jest odpowiednie miejsce na śniadanie. Pokazałam kabel od telefonu, a oni pokazali poczekalnię, tylko że nie zrozumiałam o co chodzi. Dali spokój, kiedy pokazałam szczoteczkę do zębów. Z jednej strony pociesza mnie zawsze fakt, że już nigdy się w danej miejscowości nie pojawię, ale z drugiej nie bardzo lubię robić z siebie widowisko i robić złego wrażenia jako turysta, bo przecież mogą się pojawić kolejni. Także wyszorowałam zęby i szybko się stamtąd zwinęłam, a odchodząc starałam się wyglądać cywilizowanie (ciekawe czy było widać, że mam mokre ubranie, bo właśnie je wyprałam w umywalce).
Blog Agnieszki "Zebry" Dziadek - podróże i szlaki długodystansowe w stylu ultralight
niedziela, 12 kwietnia 2026
Trawers Korei Południowej 8: Pyongchang i Park Narodowy Odaesan (Bakdu Daegan Trail 5)
Długo szłam na północ, kierując się na Przełęcz Dakmokjae celem powrotu na Baekdu Daegan. Dolinę otaczały góry, w dole intensywnie uprawiano ziemię. Uderzyło mnie jak rolnikom udało się całkowicie wyeliminować wszelkie chwasty. Jak ogromne musiało być użycie herbicydów. Ziemia była idealnie brązowa, nie wybijał się z niej ani jeden zielony listek. To, czemu pozowolono rosnąć tkwiło w czarnej folii. Kawałek dalej grupa pracowników (są dowożeni busami z sąsiednich miejscowości) pracowała wyrywając coś z ziemi, pewnie żeby przerzedzić uprawę, bo nie wierzyłam, że mogło tam rosnąć coś niepożądanego.
Na niewielkiej przełęczy dawnego porządku strzegła kapliczka. Pamiętała czasy, kiedy to siły natury rządziły urodzajem i nieurodzajem, czasy kiedy prosiło się bóstwa o opiekę i przychylność. Wydawało mi się, że dawno tam nikt nie zaglądał, sterta przykurzonych i zardzewiałych misek na ofiary leżała w kartonie. Papier był poszarzały od brudu. A jednak ktoś przyniósł wino i woda wyglądała na świeżą.
Przerwę na lunch zrobiłam w Daegi. Była to bardzo niewielka miejscowość z przystanekiem autobusowym, do której przewodnik po Baekdu Daegan zalecał się udać celem pozyskania wody. Miało być WC przy jakimś obiekcie sportowym, ale było zamknięte. Nie było gdzie usiąść, więc rozłożyłam się pod sosnami. Rano udało mi się kupić jedną wędzoną rybę. Ładowałam elektronikę z panelu. Udało mi się znaleźć niezakręcony kran za jakąś stertą gruzu.
Do grzbietu prowadziła stroma droga, zasapana stanęłam na ścieżce i od razu zaczęły się schody. I tam padło 900 km. Koniec wędrówki był już blisko.
Wprawdzie podejść było niemało, ale to było przyjemne popołudnie na szlaku. Nikogo nie spotkałam, wąchałam magnolie i obejrzałam zachód słońca, przesłonięty przez słup energetyczny. Jak w Appalachach trzeba się było postarać, żeby uchwycić oczyma dalszą perspektywę. Lubię takie miejsca, w których na widok trzeba zasłużyć.
Planowałam ściąć łuk szlaku schodząc do miejscowości Daegwannyeong, ponieważ dalej był Park Narodowy Odaesan i początkowa część BD była w nim zamknięta. Szlak, który wybrałam był zamknięty, musiałam się wrócić do innego, ale postanowiłam to zrobić rano, bo nie zanosiło się na płaskie miejsce. Rozbiłam namiot na grzbiecie obok stosu kamieni. Miał być w okolicy jeden bardzo, stary, średniowieczny stos usypywany przez pielgrzymów, ale to raczej nie był ten.
Wiatr był akurat taki, żeby zapewnić wentylację. Nocleg był dobry, aczkolwiek oblazło mnie doprawdy zbyt wiele kleszczy. Śniadanie królewskie.
Puściłam się w dół szlakiem, którego nie było na mapie, ale który wyprowadził mnie w bardzo dogodne miejsce spotkania lasu z rosnącym miastem. Wyłaniało się nagle między gałęziami, co za dziwny widok. Widać było dźwigi, nowe wieżowce, jakby ktoś nagle zdecydował, że na ziemniaczanych polach teraz będą osiedla.
Jeszcze dziwniejsze wrażenie miałam, kiedy już doszłam do centrum. Nie była to zwykła wieś. Było dużo przestrzeni i nagle wieżowce, hotele, ale wszystkie puste. Co to za miejsce? Zobaczyłam flagi, znaki kierujące do obiektów sportowych. Czyżby to było Pyongchang, miejsce gdzie odbyła się zimowa Olimpiada w 2018 roku? Nigdy bym nie przypuściła, że się tam znajdę, nie miałam w ogóle takiego zamiaru. Miasteczko olimpijskie było całkiem wymarłe. Bywali tam jacyś turyści i chyba tylko dlatego funkcjonowały tam jakieś sklepy. Ale dlaczego budowano nowe hotele i wieżowce, skoro nikt tam nie mieszkał? Bardzo postapokaliptyczny charakter miało to miejsce.
Trafiłam do dwóch sklepów, oba były całkiem dobrze zaopatrzone, nie licząc garmażerki - znalazłam tylko pustą ladę. Najbardziej cieszyłam się z jagodowego jogurtu i śliwkowego napoju fermentowanego.
Próbowałam za pomocą sztucznej inteligencji dociec czy na zdjęciu był któryś z polskich skoczków, ale nie dostałam jednoznacznej odpowiedzi.
Za miastem byłam zmuszona wędrować kilka kilometrów główną drogą, co było dość mocno nieprzyjemne, ale po tym jak skręciłam ku parkowi narodowemu zrobiło się bardziej turystycznie i w CU znalazłam nawet zielone lody herbaciane. Drugi i ostatni raz w Korei.
W nawigacji znalazłam kemping, więc myślałam, że raz zaszaleję i zabiwakuję z prysznicem, ponieważ nie było w zasadzie innej możliwości - wieś kończyła się na granicy parku narodowego i nie było żadnego niczyjego lasu. Na miejscu okazało się, że nawigacja kłamała i nie było w okolicy żadnego kempingu. Było jednak biuro straży parkowej. Tam się więc udałam z uśmiechem zapytać gdzie mogłabym spędzić noc. Dowiedziałam się że biwakować nie wolno, najbliższy kemping znajduje się 24 km z powrotem, a w ogóle to w Korei kempingi nie są dla takich osób jak ja - są tam stanowiska do glampingu, a nie spędzenia nocy w prostych warunkach. Jeden ze strażników mówił trochę po angielsku i poprosiłam go w takim razie o inną radę. Zasugerował pensjonat, ale sama nie byłam w stanie żadnego znaleźć ani się skontaktować z obsługą, bo wszystko było po koreańsku. Strażnik sam zadzwonił i umówił mnie z właścicielem. Cena zawrotna, jakieś 150 PLN, ale nie miałam innej możliwości. I naprawdę potrzebowałam się umyć. Właściciel podjechał po mnie, ale mu na migi pokazałam, że dojdę, bo nie mogę dawać się podwozić. Dotarłam w ciągu kwadransa. Czekał mnie mnie bardzo wygodny pokój z łazienką, a na dole była jeszcze ogólnodostępna kuchnia. Byłam bardzo zadowolona.
Oczywiście z takiego lokalu nie wyszłam przed świtem, ale byłam zregenerowana i w dobrej formie. Brama parku narodowego stała otworem. Odaesan to niewielki park, jego punkt kulminacyjny to szczyt Birobong (1566 m n.p.m.), ale są też i bardzo znamienite świątynie oraz wysoko położona kaplica, w której znajdują się zakopane w ziemi relikwie Buddy. Nie ma możliwości przenocowania na terenie parku, więc musiałam go przejść w jeden dzień. Byłam zmuszona dokonać wyboru pomiędzy zdobyciem szczytu a zwiedzaniem świątyń. Jak pewnie się domyślacie, wybrałam świątynie. Był to chyba dobry wybór. Już przed wejściem do pierwszej świątyni, Woljeongsa, spotkałam Czecha, który pomachał do kamery, kiedy nagrywałam film. Zaczęliśmy ze Zdenkiem rozmawiać i okazało się, że jest tam na turnusie rozwoju duchowego wraz z całą grupą. W świątyni jest klasztor i zajęcia prowadzą mnisi - muszę koniecznie zobaczyć. Czekała mnie niespodzianka - był tam też ktoś z Polski. Tym kimś okazał się Andrzej Stec, o którym dopiero parę miesięcy później dowiedziałam się, że to sława polskiego buddyzmu. Zacytuję biografię:
Andrzej Stec, Ji Do Poep Sa Nim, uzyskał tytuł magistra architektury na Politechnice Gdańskiej w swojej rodzinnej Polsce. Spotkał nieżyjącego już Mistrza Zen Seung Sahna podczas wykładu Dharmy na swojej uczelni i rozpoczął praktykę zen w 1981 roku. Następnie został mnichem zen w Korei, gdzie praktykował przez trzynaście lat. Otrzymał inka (pozwolenie na nauczanie) od Mistrza Zen Seung Sahna w 1998 roku i od tamtej pory naucza w Europie, Azji i Stanach Zjednoczonych. Pełnił również funkcję opata w Szkole Kwan Um w Polsce oraz w kilku ośrodkach zen na całym świecie. Był drugim nauczycielem przewodnim w klasztorze Su Bong Zen w Hongkongu w latach 2009-2016. Mieszka w Korei i jest nauczycielem przewodnim w grupach Kwan Um Seoul Zen i Kwan Um Daejeon Zen.
Nasze spotkanie było krótkie, ale Andrzej zechciał pozdrowić widzów mojego kanału :-)
Sama świątynia była duża i ciekawa w zwiedzaniu, miała nawet sklep z dewocjonaliami, a najważniejsze, że faktycznie byli tam mnisi, którzy się modlili. Osoby z grupy szkoleniowej miały dużo różnych zadań i rozeszły się do pracy. Ja również oddaliłam się celem realizacji swoich zadań.
Moim zadaniem było dojście do następnej świątyni, Sangwonsa. Prowadził tam znakomity szlak, z małą ilością schodów, wzdłuż rzeki, naprawdę bardzo piękny. Pod względem jakości to był najlepszy szlak, na jakim byłam w Korei.
Piernik posypany sezamem okazał się absolutnie znakomity, dawno nie jadłam czegoś równie dobrego.
Szlak skończył się na parkingu, można też w to miejsce dojechać specjalnym autobusem, bo oprócz szlaku jest droga. Świątynia Sangwonsa jest chyba jeszcze ważniejsza niż poprzednia, ponieważ znajduje się tam najstarszy dzwon w Korei Południowej. Nie został zabrany do muzeum, ale znajduje się w gablocie. Pochodzi z roku 771 i nosi nazwę Świętego Dzwonu Wielkiego Króla Seongdeoka.
Moją uwagę zwróciły prastare rzeźby z kamienia, w tym wspaniała rzeźba tygrysa.
Nie zabrakło też Wiecznego Ptaka.
To właśnie dzwon i odlane w nim rzeźbienie.
Powyżej tej świątyni znajduje się jeszcze jedna, być może raczej kaplica, przy której spoczywają relikwie Buddy. Wejście tam zajmuje dużo czasu, potem pozostaje Birobong. Idąc tam, nie dałabym rady opuścić parku przed nocą, więc nie poszłam, czego obecnie nieco żałuję. Zamiast tego poszłam innym szlakiem. Ten też wspinał się stromo. Skrót był zamknięty, ale ludzie nim nadal chodzili, spotkałam jedną parę. Zamknięcie nastąpiło, bo kilka lat wcześniej ktoś widział na tym szlaku dzikiego kota w rodzaju rysia. Tak jakby ten ryś tam na stałe bytował i miał swoją gawrę (a nie ma). W okolicy było dawniej jeszcze dużo więcej szlaków, w tym takich, które prowadziły do licznych kapliczek, ale zostały one wszystkie pozamykane przez park.
Nie wiedziałam, że minę jeszcze jeden klasztor. Nowoczesny i niezbyt ładny, ale ze źródłem pod murem (nie musiałam nieść wody, ale tego też nie wiedziałam). Na przełęczy spotkałam się ze szlakiem wiodącym z Birobonga, były tam kamery pilnujące czy turyści mieszczą się w godzinach zwiedzania. Dalsza część szlaku była rzadko uczęszczana. Część prowadziła starą gruntową drogą, która w dawnych czasach służyła jako trakt komunikacyjny między klasztorami, a odległymi miejscowościami. Dużą serpentynę ścięto, drogę zarasta las, a wędrowcy mają zamiast niej długą serię bardzo stromych schodów, zaopatrzonych w antypoślizgowy papier ścierny (nawet działał).
Szlak schodził w dolinę, gdzie płynął bardzo malowniczy strumień. Szumiał przeciskając się przez kaskady i tworzył zachęcające do kąpieli baseniki. Władze parku wprowadziły w związku z tym zakaz zbliżania się do wody.
Udało się. Osiągnęłam granicę parku narodowego tuż po zachodzie słońca. Zaczynało się robić ciemno. Od razu za szlabanem była wieś i w żadnym wypadku nie mogłam się tam rozbić. Szłam więc dalej, ale nawet tam gdzie akurat nie było żadnego domu, zbocza były strome i nie dało się znaleźć płaskiego miejsca. Doszłam do skrzyżowania, a wtedy jeszcze do tego zaczęły na mnie szczekać psy. Pojawił się chodnik przy drodze, taki bardziej planowany niż istniejący, bo tylko posadzono drzewa i zrobiono mostki, a nie było nawet ścieżki. Doszłam do wniosku, że rozbiję się pod mostkiem, ale ze skoszonej trawy pozostały kłujące badyle i nie dało się na tym ułożyć podłogi namiotu. Ale skusiła mnie sterta kamieni, zrzucona z drogi. Może za nią coś by się znalazło? Znalazło się. Rozbijałam się po ciemku, odrzucając kamienie, jakimś cudem wcisnęłam namiot i w sumie było to wspaniałe miejsce. Miałam rzekę i nadbrzeżne trzciny tuż obok, sosny nad głową i fajne podłoże. Rano pozyskałam wodę w parku jakiegoś obiektu typu szkoła albo ośrodek kolonijny. Była tam też wiata, kto wie czy nie dałoby się przenocować.
Byłam więc teraz znów bardzo nisko w dolinie, a moim zadaniem było wdrapanie się na grzbiet i wejście na Szlak Baekdu Daegan już za parkiem narodowym (po prostu musiałam obejść fragment nieosiągalny do przejścia). Oznaczało to spory kawałek wspinania się serpentynami, ale akurat na drugie śniadanie byłam na szlaku. Znajdowało się tam nie zaznaczone w przewodniku źródło. Spotkałam małą grupę, która przeszła się kawałek szlakiem żeby zobaczyć jak wygląda. Wyprzedziłam ich od razu na pierwszych schodach.
Był to kolejny wspaniały odcinek, z widokami z grzbietu i nawet ławeczką. Podobały mi się bardzo szeleszczące trawy bambusowe i mocne pnie dębów. Już niedużo pozostało do końca i niebawem miałam się pożegnać z azjatyckim lasem, czego było mi trochę żal.
Nie ma co opisywać, po prostu wspaniały odcinek. Ale jak zwykle kleszczy była obfitość.
Znów magnolia.
Jeżeli chodzi i biwak to też był idealny. Tuż obok strumyka, do którego trzeba było zejść z grzbietu, ale niedaleko. Prowadziła do niego ścieżka i widać było, że bywali tam od czasu do czasy koreańscy amatorzy biwakowania w tradycyjnym stylu. Był nawet ślad po ognisku! Strumyk niósł świeżą i czystą wodę, namiot dało się postawić na wypłaszczeniu, na którym stała kiedyś jakaś konstrukcja. Na ziemi leżała jeszcze stara plandeka. Może było to jakieś bushcraftowe schronienie, a może stała tam kiedyś kapliczka. Rozbiłam się po ciemku, rano jeszcze bardziej doceniłam tę miejscówkę. Wieczorem szeleściły jeleniowate i należało się spodziewać kleszczy. Oczywiście były, jeszcze wieczorem wyrwałam jednego w panice z karku, a drugiego z policzka. Rano wykryłam jednego, którego przegapiłam na nodze. Też go wyrwałam, ale tak jak to czasem bywa kiedy wyciąga się kleszcze palcami, urwałam mu jeden kleszcz i musiałam wydłubać igłą. Dobrze zrobiłam, że wzięłam kilka nasączonych alkoholem chusteczek. W takcie tych zabiegów zdążył na mnie wpełznąć kolejny wstrętny pajęczak.
Niebo, podobnie jak poprzedniego dnia, było przejrzyste. To zawsze było bardzo miłe, można było dostrzec korony drzew na przeciwległym paśmie. Przede mną był kolejny, już ostatni park narodowy na mojej trasie: Seoraksan. Ten park słynie z bycia bardzo skalistym. Jeden z grzbietów górskich, znajdującym się na jego terenie nosi nawet nazwę grzbietu dinozaura, bo skały na nim piętrzą się jak wypustki stegozaura. Oczywiście grzbiet ten leży na Baekdu Daegan Trail. To trasa prawie że wspinaczkowa. A niestety pogoda miała się zepsuć. I tak miałam dużo szczęścia, bo letni monsun był opóźniony i długo cieszyłam się idealną pogodą. Podczas monsunu wędrówka po górach byłaby niemożliwa. Tak niewiele brakowało do końca i właśnie teraz miał nadejść wielki deszcz, tajfun przez którym ostrzegano w prognozie pogody. Zaklinałam bogów deszczu i ciągle sprawdzałam prognozę, ale nic się nie chciało zmienić. Musiałam więc bardzo się pospieszyć i przeciąć park narodowy najkrótszą trasą. Postanowiłam tego dnia zejść doliną i wejść na grzbiet ponownie, bo tak wychodziło krócej niż pełnym "wypustek" grzbietem. Z grzbietu, na którym była granica parku chciałam zejść w dolinę, w której był asfalt i tam gdzieś zanocować, najpewniej znów w jakimś pensjonacie. Wtedy następnego dnia wcześnie zaczynając doszłabym do schroniska, a w deszczu już bym tylko schodziła. Apogeum deszczu mogłam już gdzieś przeczekać po drugiej stronie parku. Taki był plan. Dokonałam rezerwacji w schronisku. Były miejsca, bo w obliczu takiej pogody nikt się w góry nie wybierał.
A więc znów skręciłam na inny niż BD szlak. Na szczęście okazał się być bardzo dobry.
Zeszłam w dolinę, przeszłam most i znalazłam się na drodze, która była w remoncie, ale i tak był na niej ruch, w tym autobusów turystycznych. Domyśliłam się, że miejsce w które zmierzam to popularny punkt wypadowy. Na końcu był parking z WC i, jak mi się wydawało, kilka szlaków do wyboru. Wkrótce zostałam wyprowadzona przez bardzo życzliwego hikera, który pomimo bardzo szczątkowej znajomości angielskiego chciał mi pomóc. Zobaczył, że idę prosto i zawołał żebym zawróciła - park zamknął szlak, który był moją jedyną szansą, ten którym chciałam przeciąć grzbiet i dojść w dolinę. Wytłumaczył, że postawili kamerę i bardzo pilnują. Kamera nie działa w nocy, więc mogłabym się prześliznąć przed świtem, ale byłoby to nielegalne. Hiker poszukał numeru telefonu do dyrekcji parku i zadzwonił zapytać czy w drodze wyjątku nie mogłabym przejść. Tłumaczył, że jestem w Polski, wędruję przez całą Koreę, to tylko 5 km, a pozwoli mi dojść do schroniska, które mam zarezerwowane przed tajfunem. Strażnik był nieugięty i odmówił. Wtedy teoretycznie istniała jeszcze druga możliwość - pójść jedynym otwartym szlakiem, dobić do głównego grzbietu i iść naokoło, oryginalnym przebiegiem Baekdu Daegan, ale tego nie dało się też zrobić legalnie, bo wypadłby mi po drodze nocleg, a nie było gdzie przenocować. No i nie było wody. Obecnie cały odcinek Baekdu Daegan Trail w południowej części Parku Narodowego Seoraksan jest już zamknięty. Z parkingu wychodzi się na najbliższy szczyt i wraca innym szlakiem, robiąc pętlę. Autobusy woziły po prostu ludzi na ostatni dozwolony szlak. Byłoby niewiarygodnie przykro, byłam bardzo rozczarowana i zła, bo to oznaczało koniec mojej przygody z Beakdu Daegan Trail. Mogłam tylko pójść kilka kilometrów z powrotem i wspiąć się na grzbiet gruntową drogą przed granicą parku, a potem zejść już po drugiej stronie pasma, po stronie morza. Podziękowałam bardzo za pomoc, hiker chciał mnie nawet podwieźć, ale to mi nie pasowało, wolałam po prostu wrócić po swoich własnych śladach. Nabrałam wody w WC i siadłam na chwilę z panelem słonecznym, ale tam mnie niemiło potraktowała sprzątaczka i pan parkingowy. Jadłam kanapkę, kiedy sprzątaczka podeszła i podniosła mój panel razem z podpiętym na kablu telefonem żeby wyrzucić go do kosza na śmieci. Tak jakby nie widziała że jest mój i że na kablu wisi mój telefon. Podeszłam natychmiast i zabrałam rzeczy z jej rąk, na co zaczęła coś burczeć. Siadłam tuż przy panelu, pokazując telefon: "ŁADUJĘ". Zaraz potem przyszedł parkingowy i zaczął pokazywać zegarek i mówić "17". O 17 zamykali parking, ale przecież była dopiero 16:40. Chyba myślał, że mam zamiar się tam rozgościć na noc, czy co? Odpowiadałam tylko, że nie rozumiem o czym mówi, aż wreszcie dał mi spokój. Doładowałam telefon do końca i ruszyłam dalej.
Czyżby to był 38-y równoleżnik?
Wpełzłam na grzbiet akurat na zachód słońca. Szlak dochodził do drogi odgrodzony siatką przeciwko dzikom. Rzeczywiście widziałam kilka miejsc zrytych przez dziki, ale akurat nie tutaj. Myślałam, że przenocuję w miejscu piknikowym, gdzie był jakiś pomnik i ławeczki, ale zobaczyłam kamerę i się cofnęłam. Dobrze zrobiłam, bo jak weszłam na szlak za siatką usłyszałam, że ktoś idzie drogą. Zawsze to lepiej nie spotkać nikogo wieczorem.
Musiałam przejść grzbietem spory odcinek, zanim znalazłam miejsce które choć udawało płaskie. Chyba ktoś tam już kiedyś był, bo znalazłam skorupki z jajek. To było fajne miejsce, fajny las ze śpiewającymi ptakami. Mój ostatni biwak na grzbiecie Baekdu Daegan. Przewodnik już nie był mi potrzebny. Najśmieszniejsze było to, że znajdowałam się ledwie 11 km na północ od mojego poprzedniego biwaku. Zrobiłam sobie uroczyste zdjęcie z monumentem i skierowałam się ku morzu.
Kiedyś gruntowa droga była po obu stronach grzbietu, obecnie po wschodniej stronie jest już mocno zarośnięta, ale jest tam ścieżka i da się przejść. Jak doszłam do asfaltu, uświadomiłam sobie, że przy monumencie wypadło moje 1000 km. Musiałam zrobić znak przy drodze. Potem zeszłam serpentynami w głęboką dolinę, którą wiodła jakaś główniejsza droga i pierwsze co tam zobaczyłam to był sklep. Kupiłam sobie napój i lód, było bardzo gorąco. Po wschodniej stronie gór było już lato i zupełnie inny klimat. W międzyczasie prognoza pogody się zmieniła i ostatecznie tajfunu miało nie być, tylko zwykły długi deszcz.
Ciekawe po względem architektonicznym WC.
Kluczyłam tego dnia drogą, wijącą się w dół aż do Yangyangu, sporej miejscowości położonej jeszcze przed ujściem dużej rzeki o niezrozumiałej dla mnie nazwie do morza. Poszukiwania noclegu prowadziłam już kilka kilometrów dalej, ale od spotkania z morzem zacznę kolejny odcinek relacji.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)