wtorek, 3 lutego 2026

Trawers Korei Południowej 3: Góry i błotniste wschodnie wybrzeże

Front nadszedł prawie jak w zegarku i w nocy zaczęło padać. Deszcz skapywał z wistarii, ale krzaki dość dobrze chroniły przed wiatrem. To co zapowiadano na następne godziny przypominało już tajfun, więc planowałam się stamtąd zwinąć i jeśli będzie to możliwe, schronić się w wiosce poniżej.






Deszcz lunął w połowie zejścia. Wariantów zejścia było dwa, ale stary szlak był już i tak na tyle zarośnięty, że nieprzechodni, więc pozostała gruntowa droga. Niżej było więcej drzew, ale i tak targało parasolem. Na samym początku wioski była wiata, ale przewiewna i deszcz przez nią przelatywał. Było mi zimno, więc postanowiłam pójść dalej. I zaledwie kilometr dalej była wspaniała oszklona wiata z gniazdkami elektrycznymi i kocykami, w które się owinęłam. Postanowiłam przeczekać ten armageddon, bo naprawdę był straszny. Podpięłam się do prądu i oglądałam filmy na YouTube :-). Zrobiłam też na tarasie znak z 200 km.







Po południu warunki się nieco poprawiły i szłam sobie różnymi małymi drogami między polami ryżowymi pod parasolem, aż do miejscowości Joseong, która na mapie wyglądała na dość sporą. Był tam sklep spożywczy, który mieli niebawem zamknąć i w sklepie usiłowałam się wywiedzieć czy nie ma gdzieś taniego noclegu, ale panowie powiedzieli że wieś jest bardzo mała i nie ma niczego takiego. Przy autostradzie miał być motel, ale bardzo drogi. Drążyłam dalej, miałam nadzieję że ktoś może zaprosi mnie do siebie, chociaż do garażu czy pod pergolę. Ale panowie z obsługi kompletnie nie wiedzieli co ze mną zrobić. Ostatecznie poszliśmy na policję zapytać czy oni wiedzą czy nie ma gdzieś oszklonej wiaty. Policja to dopiero była zdezorientowana. Pierwszy raz się spotkali z takim zapytaniem. Wskazali dwie wiaty, ale otwarte, zamkniętej nie było. Mówili, że nie ma problemu z noclegiem, obok jest toaleta publiczna i będzie bezpiecznie, bo nad wiatą jest kamera. Nie bardzo mi się tam podobało, bo podłoga była mokra, a wiata przy samej ulicy. Już się pogodziłam z losem, kiedy pojawił się jeden z panów ze sklepu i z bardzo poważną miną (oni wszyscy byli bardzo poważni) zaproponował, że zabierze mnie do motelu w swojej niedalekiej miejscowości i tam mi zafunduje nocleg. To była bardzo miła propozycja, ale początkowo odmówiłam, bo bałam się kłopotów z powrotem do Joseong. A przecież musiałam wrócić, żeby wędrówka była kontynuująca się. Wytłumaczyłam to nowo poznanemu znajomemu i wobec braku możliwości skorzystania z autobusu (trzeba było mieć lokalną kartę) zaproponował że rano mnie odwiezie. Rzeczywiście chyba chciał mnie zaprosić więc się zgodziłam. Najpierw poszliśmy do kawiarni, którą prowadziła jego żona. Ona mówiła trochę po angielsku. Mieli dwie córki, ale ich nie poznałam. Poszliśmy do restauracji na tradycyjną pikantną zupę, a potem do motelu. Był to dość dziwny obiekt, chociaż może wcale nie, tylko zrobił na mnie dziwne wrażenie, bo nie mam doświadczenia z azjatyckimi motelami. W każdym razie nie brakowało tam różowych akcentów, zapalało się czerwone światło, a na przezroczystych drzwiach do łazienki była mrożona naga postać kobieca. Mój dobroczyńca ulotnił się jak najszybciej :-)

Nie kąpałam się od początku wyprawy, do tego miałam mnóstwo zaległości w planowaniu, chciałam rozpracować rezerwacje w Parku Narodowym Jirisan, naładować elektronikę, zrobić pranie... Oczywiście nie poszłam wcześnie spać.





Rano spotkałam się z dobroczyńcą pod niedalekim sklepem i faktycznie zostałam odwieziona z powrotem. Gorąco podziękowałam i się pożegnaliśmy. Do Beolgyo, gdzie spałam, miałam teraz dojść z powrotem. Nie była to porywająca trasa, musiałam omijać ile się dało z dwupasmówki, ale i tak chwilę nią szłam. Ale za przełęczą trafiłam nad rzekę i potem szłam wzdłuż niej. Był tam remont brzegu, ale dało się przejść.






Centrum Beolgyo było nawet ciekawe. Na wystawach powywieszano typowe dla Azji "konserwatywne" sukienki w starym stylu, było kilka sklepików z owocami, więc zaopatrzyłam się w całą siatkę. Miałam wielką nadzieję na hamburgera, ale kiedy zamówiłam w Lotterii okazało się, że właśnie realizują jakieś duże zamówienie i na moje już nie mają czasu. Zjadłam więc bułkę z curry, którą kupiłam poprzedniego dnia.







Na moście na dużej rzece, która spływała tam z gór w kierunku można natknęłam się znowu na znaki szlaku dookoła Korei. Szlak obszedł dwa duże półwyspy, natomiast ja ścięłam je u podstawy górami.
W pobliżu była niewielka świątynia i ciekawe kapliczki. Zaczepił mnie jakiś czarnoskóry mężczyzna, prosząc natarczywie o numer telefonu. Dziwne!







Rzeźba małża - okolica słynie z małży. Wybrzeże  u ujścia rzeki było tak samo błotniste jak te, które widziałam dotychczas. Ale wzdłuż brzegu wybudowano bardzo długie odcinki spacerowych drewnianych kładek i bardzo dobrze się nimi szło.










Był jakiś ośrodek, w którym była sala z planszami o kulturalnych atrakcjach, m.in. dawnym sposobie pozyskiwania małży z mułu. Na zdjęciach były kobiety, które wspierały się na deskach żeby nie utonąć w błocie. A kawałek dalej zobaczyłam takie deski naprawdę zacumowane u brzegu. To znaczy że ta metoda jeszcze nie została zapomniana.







Minęłam pole namiotowe oblegane przez luksusowo biwakujących Koreańczyków, ale było jeszcze za wcześnie. Przeszłam jeszcze spory kawał wybrzeża i dopiero za jakiś czas zaczęłam myśleć o noclegu. Była po drodze fajna oszklona wiata, ale zaraz przy domach, a potem miała być druga w wiosce. Słyszałam śmiech dzieci na boisku i stwierdziłam, że tam też nie będzie dobrze. Niespodziewanie na szlaku była opuszczona świątynia (w Japonii rzecz niespotykana) i już chciałam rozbić się na trawniku przed nią, ale sprawdziłam jeszcze czy nie dałoby się zejść na plażę i to był strzał w dziesiątkę. Brzeg był skalisty, na szczycie skały znajdował się cmentarz. W zagłębieniach skał umieszczono buddyjskie rzeźby. To musiało być jakieś szczególne miejsce. Przeszłam dalej i znalazłam piękną zaciszną piaszczystą plażę. Plaża jako teren państwowy była idealna do legalnego zabiwakowania, nikt też mnie tam nie widział i nie wyglądało na to, żeby było to często odwiedzane miejsce. Odgarnęłam żwir i rozbiłam namiot pod osłoną sosnowych gałęzi. Trochę się stresowałam przypływem, bo woda podeszła dość wysoko, ale sprawdziłam prognozę pływów i kulminacja miała nastąpić po 20, więc kolejny przypływ dopiero o 8 rano, zresztą mniejszy. Odczekałam aż woda zaczęła się cofać, wtedy już mogłam się relaksować i spokojnie pójść spać.








Poranek był cudowny, słuchałam ptactwa i dalekich odgłosów łodzi motorowych. Piłam kawę i jadłam kiwi... W namiocie nie było kondensacji i to był jeden z moich najlepszych noclegów w Korei.








Wróciłam na szlak i trzymałam się go przez cały dzień. Zmierzał do centrum sporego miasta o nazwie Suncheon. Tutaj też były kładki nad mulistą rzeką, a do tego jakiś park rozrywki, który musiałam obejść (tam kładki były płatne). Jak tylko wróciłam nad rzekę spostrzegłam dwie białe dziewczyny, co już samo w sobie było wielką rzadkością. A jak zaczęłam słuchać ich rozmowy, przekonałam się że rozmawiają w moim własnym języku! Oczywiście zagadałam i porozmawiałyśmy chwilę. Dziewczyny mieszkały w Belgii, a do Korei przyjechały już któryś raz i tym razem zwiedzały południe. Narzekałam trochę na to, że Koreańczycy podchodzą do mnie z dystansem i nie chcą rozmawiać i dziewczyny potwierdziły - tak po prostu jest. Bardzo miło było poznać! Byłam bardzo ciekawa czy to będzie jedyne w Korei spotkanie z kimś z Polski. Dalej było jeszcze muzeum jakiegoś pisarza, ale nic nie zrozumiałam, skorzystałam tylko z wiaty i kosza na śmieci.









Suncheon udało się bardzo zgrabnie obejść spacerowymi alejami i parkami. Szłam nawet przez centrum olimpijskie. A potem zaczęły się regularne aleje ze ścieżkami o naturalnej nawierzchni, po której wiele osób chodziło boso. Robili tak dla zdrowia. W Korei bardzo dba się o zdrowie, widać wpływy chińskiej medycyny, masa ludzi spaceruje i takie naturalne masaże stóp są uważane za bardzo ważne. A najlepsze było to, że spacer odbywał się praktycznie w lesie, pomimo że z jednej strony było osiedle, a po drugiej ruchliwa szosa. Bardzo podobało mi się w Korei, że tak dużo jest zieleni i parków.








Ścieżka kontynuowała się aż do następnego miasta Gwangyang, wiodąc po starej linii kolejowej (tam już była ścieżka rowerowa). Był tam niezły supermarket, więc zrobiłam zakupy. Niepokoił mnie fakt, że już zaszło słońce, a przede mną jeszcze spory kawałek. Wybierałam się na kemping, który miał się znajdować na rzecznej wyspie.






Zanim doszłam na wyspę zrobiło się ciemno. Wzdłuż rzeki stały małe domy z ogrodami, wszędzie były uprawy i skrzekliwe alarmy na wypadek gdyby ktoś chciał ukraść paprykę czy kapustę (ale nikt nie kradł). Szczekały też psy - psy trzyma się licznie w Korei na łańcuchach, właśnie po to żeby dużo szczekały. Nie widać za bardzo psów trzymanych jako miłe zwierzaki domowe. W końcu jest to kraj, w którym wciąż spożywa się ich mięso (właśnie wprowadzono zakaz, ale producenci mają czas do 2028 na likwidację działalności).

Zlokalizowałam wyspę, weszłam na parking, stwierdziłam obecność publicznej toalety i nabrałam wody. W parku faktycznie były platformy na namioty, ale ku mojemu zdziwieniu nie było ani jednego biwakowicza. Zaczęłam podejrzewać, że pole namiotowe jest nieczynne, ale skoro jest miejsce o takim przeznaczeniu i jeszcze toaleta, to stwierdziłam, że nie widzę problemu i się rozbiłam. Rano zobaczyłam wielki baner z informacją, że pole namiotowe będzie czynne za kilka miesięcy. Ale nikt tam nie przyszedł i nie zobaczył, dopiero kiedy ze śniadaniem przeniosłam się na ławkę na parkingu

Na kolację był makaron z krewetkami, prawie jak w Japonii (choć prawie robi różnicę). Dołożyłam jajko na twardo, bo poskąpili krewetek.







Teraz wreszcie wybierałam się naprawdę w góry i w głąb lądu. Definitywnie pożegnałam ocean, aż do końcowego etapu przejścia. Kierowałam się prosto ku Parkowi Narodowemu Jirisan, przez przełęcz. Zdążyłam już zarezerwować noclegi w schroniskach przez internet i teraz musiałam trzymać się harmonogramu i zdążyć. Na razie szłam powoli w górę, ale muszę powiedzieć, że nie doceniłam podejścia - od poziomu morza na przełęcz było 850 m. Przełęcz nazywała się 한재.

Z atrakcji było kilka świątyń i mural z Jezusem (chrześcijaństwo jest powszechnym w Korei wyznaniem, takim nieco egzotycznym, więc pociągającym).











Kolejny baner ostrzegał przed niedźwiedziami - miałam szczerą nadzieję jakiegoś spotkać.




Na lunch była ciekawa potrawa wykonana ze sklejonych za pomocą omletu małych makaronów. Myślałam że to ryż, ale po bliższym przyjrzeniu zdiagnozowałam makaron. Polałam je ketchupem i spożyłam razem z kimchi, popłakując nieco z powodu obecności chili. Siedziałam z tym przy publicznym WC, gdzie tak jak wszędzie była kamera, a do tego automat który przy każdym najmniejszym poruszeniu się aktywował nagranie z jakimś ostrzeżeniem, pewnie o tym że się jest śledzonym.




Na przełęczy można było przenieść się z drogi na szlak, którym o wiele ciekawiej zeszłoby się na dół. Ja pozostałam na drodze z powodu rezerwacji i potem żałowałam. Miałam jeszcze iść wieloma szlakami, ale zawsze jest żal kiedy się idzie drogą a nie szlakiem. Na pewno był ładny. Ale też trudny. W dalszej części relacji zobaczycie jeszcze wiele szlaków. Tempo na nich jest kilkakrotnie mniejsze niż na drodze. Nie miałam szans zdążyć na permit jeślibym poszła teraz szlakiem. Szlak planowałam już na następny dzień i musiałam go zacząć wcześnie rano, bo był już w parku narodowym.



300 km.









Choć na drodze wijącej się w dół pojawił się asfalt, to w każdym razie nie było ludzi, widziałam pięknego węża, szłam wzdłuż strumienia i w połowie odnotowałam ładną wiatę. A na samym samiuśkim dole płynęła szeroka rzeka Seomjin, jedna z największych w Korei, spływająca z masywu Jirisan. Jest na niej niewiele mostów, a ten którym przeszłam był jedynym, który umożliwiał kontynuowanie wędrówki w kierunku północnym w tym rejonie. Stąd właśnie taki wybór trasy. W miejscowości Hwagae mogłam też zrobić zakupy - ostatnie w normalnym sklepie przed parkiem narodowym. Pomimo niewielkich rozmiarów wsi sklep był dobrze zaopatrzony, a oprócz niego było wiele restauracji i punktów usługowych. Było to turystyczne miejsce z hotelami, popularne z powodu parku i znanej świątyni.






Dolina była wąska, zabudowana i zagospodarowana rolniczo, wzdłuż niej kilka drogich hoteli. Perspektywy biwakowe były bardzo marne, ale los czy też któreś ze świątynnych bóstw zesłało mi cud w postaci wąskiej ścieżynki w bambusach, prowadzącej pionowo na stok. Prędko skręciłam, bo już zmierzchało. Ścieżka nie zniknęła. Prowadziła do bardzo starej mogiły, obok której było nieco płaskiego terenu porośniętego paprociami. Wysprzątałam opadłe gałęzie i rozbiłam się w paprociach, łapiąc tylko kilka kleszczy.




Rano zaczęłam się pakować jeszcze po ciemku, bo czekało mnie spore wyzwanie, a do tego zależało mi na przepisowym stawieniu się o odpowiedniej porze na początku szlaku, który przebiegał przez teren parku narodowego. Zaczęłam jednak od zwiedzenia świątyni Ssanggyesa, dużej świątyni z tradycjami, gdzie prowadzone są turnusy edukacyjne w nurcie buddyzmu zen. Takie turnusy są przeważnie dla kursantów z zagranicy, dlatego w świątyniach pracują osoby mówiące po angielsku. Jak tylko opuściłam mury świątyni spotkałam mnicha wraz z kimś z rodziny, z którymi mogłam parę chwil porozmawiać. Jak zwykle nastąpiła pomyłka "Poland - Holland", ale nie chciało mi się tego prostować.












Tablice i banery jak zwykle odstraszały turystów. Ale nie był to popularny szlak. Na początku był dość wydeptany, ale tylko do odgałęzienia, z którego szło się do wodospadu, odwiedzanego przez osoby zwiedzające świątynię i zostawiające samochody na parkingu. Schody w górę były już nieuczęszczane, nawet gdzieniegdzie ścieżka się obsunęła. Po drodze była skała, przy której niegdyś medytował jakiś dostojny mędrzec. Był w niej wyryty napis chińskimi znakami.











Dalej stało jeszcze kilka szamańskich posągów. Miało być miejsce biwakowe, ale kiedy sprawdzałam możliwość rezerwacji, okazało się, że zostało zlikwidowane (wraz ze wszystkimi innymi).








Szłam wzdłuż wodospadów, dolinką, potem szlak przeniósł się na kamienisty boczny grzbiet i w nawet dobrym czasie znalazłam się na szczycie. Był zalesiony, więc niewiele było widać, ale kwitły jasnoróżowe rododendrony. Ponieważ nie było możliwości spędzenia nocy w parku, a leżące dalej na grzbiecie szlaki zejściowe zostały zamknięte, pozostało mi tylko zejść na drugą stronę grzbietu. Z początku stromy i trudny trawers przerodził się w dobrą ścieżkę.












Szlak dochodził do strumienia, który przepływał przez jakąś świątynię czy inny starożytny obiekt. Ku mojemu zaskoczeniu obiekt był zamknięty i udostępniany tylko za biletami, a na parkingu stało wiele autobusów. Turyści ciekawie na mnie spoglądali z drugiej strony rzeki. Żałowałam, że nie mogę iść grzbietem, a zamiast tego muszę obchodzić park asfaltem. Skierowałam się ku tunelowi Samsingbong, nad którym biegł jeszcze inny szlak zamknięty przez park. Niestety obecnie polityka zarządzania parkami narodowymi polega na jak największym ograniczeniu dostępu i należy się spodziewać zamknięcia wszystkich szlaków.







Znalezienie biwaku przy drodze, która prowadziła już tylko ku cywilizacji w dolinie było kolejnym wyzwaniem. Wierzyłam, że coś się znajdzie, ale długo musiałam szukać. Przy zapomnianej świątyni było biedne gospodarstwo ze szczekającym psem, przy drugiej ścieżce do niego kolczaste zarośla. Na małym pagórku porośniętym sosnami brak płaskiego miejsca i przepaść. Wreszcie słup transmisyjny i ślad po drodze. Tam skręciłam i na stromym zboczu znalazłam wysepkę bambusów, między które wcisnęłam swój namiot. Z większym namiotem biwakowanie w Korei byłoby wręcz niemożliwe. A miejscówka była znakomita, nikt mnie nie mógł zobaczyć, chyba że ktoś by poszedł do lasu coś zbierać, ale nic takiego nie nastąpiło.