Biwak pod granicą Parku Narodowego Sobaeksan był kolejnym doskonałym biwakiem podczas przejścia Korei. Wszystko tam było tak jak powinno - płaskie miejsce, drzewa, szum rzeki i strumyk niedaleko. Woda była czysta i świeża, baseniki wyglądały jak czarodziejskie źródła ze starych rycin, z kwiatami jaśminu unoszącymi się na powierzchni wody. Nie żeby nie było kleszczy, ale był spokój. Słyszałam kogoś na ścieżce zanim wyszłam z namiotu, ale tylko przeszedł.
500 metrów dalej szlak dochodził do małej górskiej drogi. To tam był parkowy szlaban, choć do parku był kilometr. Ścieżki pilnowały trzy kamery, czujnik ruchu i coś jeszcze. A przecież biwakowanie na tym obszarze było legalne i spacery o każdej porze również! To było tak absurdalne, że postawiłam kamerę i w sumie przeszłam przez szlaban trzy razy. Czy nastąpiła jakaś reakcja? Nie, oczywiście żadna. Zatrzymałam się jeszcze przy mapie, pokazującej przebieg szlaku wszerz Korei - może kogoś z Was zainteresuje.
Przewodnik opisywał znajdującą się niedaleko świątynię, więc zajrzałam tam, ale było zamknięte.
Dalej wybrałam szlak wzdłuż brzegów zapory. Miał kładki i chodniczki ze słomy, a nawet wiatę z workiem na śmieci (skorzystałam ochoczo).




Później wspięłam się na przełęcz i znów spotkałam ze szlakiem wszerz Korei, którym szłam ścinając serpentyny drogi. Celowałam w dolinę, w której była większa wioska Chunyang. Google wskazywał w niej jakieś obiekty po wpisaniu zapytania "sklep". Była to jedyna szansa zdobycia pożywienia na następny odcinek. Przeszłam przez wieś nawet nie zauważywszy, że to ona. Tak była mikroskopijna. Myślałam, że mam jeszcze kilka km, a to było to - kilka domów i dwa małe bary. Zrozpaczona wróciłam się na skrzyżowanie - żadnego sklepu tam nie było. Zobaczyłam znak "kawiarnia", więc skręciłam myśląc, że kupię jakieś ciastka i to będzie mój prowiant, ale lokal był od dawna nieczynny. Pozostało mi tylko pójść do baru. Właścicielka rozmawiała ze mną bez uśmiechu, ale dało się z nią dogadać. Pokazałam, że szukam sklepu i zaprowadziła mnie na zaplecze, gdzie było kilka półek z podstawowymi artykułami - to był sklep. W przewodniku faktycznie pisali już w wielu miejscach, że można kupić puszki i zupki w proszku w barach. Dla mnie to była ostateczność. Pod ścianą stały kartony jajek, więc spytałam czy mogłabym kupić jajka ugotowane na twardo, ale właścicielka odmówiła. Mogłam kupić tylko to, co na półkach. Były to rzeczy, których bym normalnie nigdy nie kupiła, ale co zrobić, dobrze że w ogóle coś było. Suchy ryż do odgrzania, sztuczne biszkoptowe ciasteczka, dwie konserwy, dania gotowe na lunch i chrupki. Zjadłam też obiad w tym barze, poprosiwszy o coś, co nie jest pikantne i co zawiera mięso. Dostałam łagodną zupę z mięsem i tofu, którą później Koreańczyk spotkany w hostelu w Seulu określił jako japońską. Była całkiem dobra i dodatki też mi smakowały. Ryż był bardzo dobry, dobrze ugotowany, miękki i ciepły. Co to było za mięso nigdy się nie dowiedziałam. Czy było to mięso z psa? Nie jest to całkiem wykluczone, bowiem mimo że właśnie wprowadzono zakaz hodowli psów na mięso, producenci mają czas na zmianę profilu działalności do 2028. Właścicielka wreszcie się rozchmurzyła, zobaczywszy że wyjadłam wszystko do ostatniego ziarenka ryżu. Mogłam nabrać wody do butelek i skorzystać z toalety i kosza na śmieci. A wychodząc z miejscowości przystanęłam pod wiatą przy świetlicy wiejskiej, co zaowocowało tym, że przebywające tam starsze panie poczęstowały mnie sokiem pomarańczowym. Wskazywały w górę i pytały czy idę na jakiś "bong" czyli szczyt. Dokładnie.







Dom jak w Polsce - każda ściana inna.
Musiałam teraz wrócić na grzbiet. Nadłożyłam drogi, ale co robić. Grunt żeby dało się wrócić. Na mapy.cz ścieżka była, w przewodniku wyglądało to podejrzanie. Jakby co wyglądało na to, że mogłabym się wrócić kilka km i wyjść na grzbiet wcześniej. Trzeba było tak zrobić... Póki co było dobrze, były szlakowskazy i baner, który przetłumaczyłam, bojąc się że informuje o zamknięciu szlaku, ale chodziło tylko o pożary.



Droga stała się gruntowa i pięła się mocno w górę. Było przy niej kilka poręb, ale nie wyglądały one zachęcająco jako miejsca biwakowe. W jednym miejscu była jakaś budowa i stał tojtoj, a ze źródełka był podpięty wąż, ale nie było tam gdzie postawić namiotu. Chciałam zresztą dojść do początku ścieżki, żeby się naocznie przekonać że istnieje. Droga się skończyła, a właściwie rozdwoiła i były tam jeszcze dwa domki letniskowe. Skręciłam w lewo i trafiłam na podwórko, a potem był strumyk i nic. Wróciłam, już się robiło ciemno. Drugi domek miał jakieś alarmy. Przeszłam obok i znalazłam zaczątek ścieżki i starą tasiemkę turystyczną. Ścieżka nie była używana, kawałek zmyła powódź, ledwo widziałam gdzie idę i bardzo nie chciałam zjechać ze skarpy do strumienia. Zagrzebałam się w jakieś liście, ale za zakrętem zobaczyłam szlakowskaz. Uff. Ale kompletnie nie było gdzie się rozbić. Musiałam postawić namiot pod samym szlakowskazem. Cudem się zmieściłam. Zasnęłam martwiąc się o to, co miało nastąpić nazajutrz.
Rano wyglądało to trochę weselej. Ostatnia tasiemka była sprzed kilku lat, ale ścieżka jeszcze istniała. Niedługo zniknęła, ale zawsze pojawiała się tasiemka, a szlak prowadził po prostu korytem strumienia. Był trudny, w Polsce by nikt nie pomyślał, że coś takiego może być szlakiem. No ale dało się iść. Było bardzo stromo.





Szlak według tego co przetłumaczyłam miał dochodzić do jakiegoś urwiska czy skały. I faktycznie, była tam ściana skalna i nawet coś w rodzaju bushcraftowego obozu. Można było się tam wspinać, ale chyba niezwykle rzadko ktoś to robił. Bałam się, że dalej już szlaku nie będzie, ale jednak był szlakowskaz który jednoznacznie pokazywał półtora kilometra do szczytu. Spodziewałam się, że będzie jeszcze gorzej, ale faktycznie było lepiej, bo na zboczu ścieżka była wyraźniejsza, las suchszy. Z początku było wiele skał i liny, z których nie chciałabym się spuszczać w dół. Szybko zdobywałam wysokość, bo szlak był bardzo stromy. Dopiero pod koniec nachylenie było mniejsze i wśród sosen lepiej się szło. Wreszcie ukazał się grzbiet i nastąpiło skrzyżowanie z Baekdu Daegan. Były nawet ławeczki.
BD to była zupełnie inna jakość. Tym razem główny szlak był bardzo łaskawy, nawet nie wspinał się na każdą mikroskopijną kulminację.
Przy kamieniu była ostatnia szansa na biwak, bo tu zaczynał się następny park narodowy, Taebaeksan. Było za wcześnie, miałam zamiar jeszcze tego dnia pokonać cały park. Bardzo mnie ciekawił. Ta część nie była uczęszczana, ścieżka miała taką szerokość jak na Słowacji na szlaku grzbietem Povażskiego Inovca - cudo. Było wysoko i rosły tam brzozy, jak na Hokkaido i jak w Laponii - bardzo ciekawe połączenie.
W pewnym momencie zamajaczył widok na najwyższy szczyt, ale tego dnia mgiełka była bardzo gęsta. Dopiero będąc bliżej zobaczyłam więcej. Wyjątkowo nie było żadnych skał, grzbiet miał łagodne kulminacje. Może dlatego był taki szczególny? Rododendrony miały różowe kwiaty w ciepłych i chłodniejszych odcieniach, pojawiły się też wysokogórskie jodły.










Góry inne niż wszystkie. I pewnie dlatego było to miejsce kultowe, znane od tysięcy lat. Na grzbiecie głównego szczytu znajduje się kompleks szamańskich ołtarzy Cheonjedan. Ludzie wznieśli je, aby składać ofiary niebiosom. Stare kroniki donoszą, że w okresie istnienia Królestwa Silla (57 BC - 935 AD) organizowano rytuały na górze Taebaeksan, ponieważ uważano ją za świętą górę. Ołtarz Cheonjedan składa się z trzech ołtarzy: głównego ołtarza Cheonwangdan pośrodku; ołtarza Janggundan po stronie północnej; i ołtarza Hadan (dolnego ołtarza) po stronie południowej. Ołtarze budowano, układając kamienie w stosy, aby służyły jako święte fortece. Używa się ich nadal, szamani się na nich modlą i prowadzą pielgrzymów.
Legenda głosi, że ojciec Dangun, założyciel Gojoseon, pierwszego królestwa w Korei, zstąpił z nieba na ziemię w dniu „Taebaeksan”.
Jak podaje Encyclopedia of Korean Folk Culture Cheonjedan jest ołtarzem rytuałów kultu niebiańskiego boga (cheonje). Zwykle tego rodzaju ołtarz znajduje się na szczycie lub u podnóża góry i jest zbudowany bez konstrukcji dachowej, na terenie ograniczonym kręgiem skał i ma wejście z jednej strony. Góra. Ołtarz Cheonjedan znajdujący się na szczycie Góry Taebaek to starożytny ołtarz dużego rozmiaru zbudowany z naturalnych skał. W okresie Joseon (1391-1910) i pod okupacją japońską w pierwszej połowie XX wieku ołtarz nazywano także Taebaekcheonwangdang (Świątynia Niebiańskiego Króla), Taebaeksansa (Świątynia Górska), Taebaeksinsa (Świątynia Shinto) i Taekbaeksa (Świątynia Taebaek). Kult Cheonsin (Bóga Niebiańskiego) i Boga Gór Taebaek rozprzestrzeniły się po całym regionie, a wiele wiosek budowało podobne ołtarze na szczytach górskich lub pod grzbietami, aby czcić te bóstwa. W tych wioskach Cheonsin jest uważany za bóstwo o wyższej mocy niż wiejskie bóstwo opiekuńcze Seonang i jest czczony jako wyższy bóg w rytuałach deszczu (giuje) lub w rytuałach ulicznych (georije). Cheonjedan służy jako miejsce rytuałów wiejskich w Dongho-dong, Donghae, prowincja Gangwon. Podczas gdy większość ołtarzy niebiańskich bogów jest zbudowana wyłącznie dla Cheonsina, ołtarz Dongho-dong zawiera także ołtarze Tojisina (Boga Ziemi) i Yeoyeoksina (Ducha Plagi) po lewej i prawej stronie niebiańskiego bóstwa. Co roku pierwszego dnia pierwszego miesiąca księżycowego odbywa się tu rytuał wiejski.
Trafiłam najpierw na dolny ołtarz, po czym wspięłam się na szczyt, zwieńczony głównym ołtarzem. Widać stamtąd było trzeci. Najpiew byłam sama, ale potem nadszedł mnich w szarym buddyjskim ubraniu z grupą pielgrzymów, z których jeden przeszedł przez barierki i zaczął modlić się na ołtarzu, składając dłonie.
To było fascynujące miejsce, najbardziej interesujące ze wszystkich jakie odwiedziłam w Korei i bardzo polecam jego odwiedzenie.











Poniżej szczytu znajduje się buddyjska świątynia Manggyeongsa wzniesiona dla upamiętnienia posągu Bodhisattwy Mądrości. Została wzniesiona przez Jajanga, mnicha z dynastii Silla. Przy wejściu do świątyni wytryska „Źródło Smoka”, znane jest jako najwyższe źródło w Korei Południowej. Świątynia służy jako punkt wypadowy dla szamanów i pielgrzymów. Znajdują się tam miejsca noclegowe i według przewodnika dawniej można było uzyskać nocleg jako wędrowiec, jeżeli miało się szczęście. Ale nie liczyłam na to i jako że nikt nie spojrzał na mnie przychylnym okiem, nie pytałam. Skorzystałam z toalety oraz znajdujących się w niej gniazdek. Nabrałam też oczywiście wody ze świętego źródła. Schodząc widziałam szczyty kolejnych gór na mojej trasie. Z tej strony prowadził szlak uczęszczany, tędy wchodzą pielgrzymi. Przy wyłożonej kamieniami ścieżce (mnóstwo schodów) rosły starożytne jodły czczone jako drzewa kultowe.




Wszystko to było cudowne i pławiłam się w religijnym nastroju, natomiast zupełnie nie miałam się gdzie podziać na noc. Wraz z granicą parku zaczęły się domy, zaraz potem były szklarnie, pola i asfalt. Był tylko skrawek beznadziejnego lasku z modrzewiami podszytymi kolczastą roślinnością pomiędzy granicą parku a polem. Tam właśnie buchnęłam. Pomimo wszelkich starań nie znalazłam odpowiedniego miejsca poza granicą parku, rozbiłam się o trzy drzewa za daleko, ale liczyłam na to, że w razie czego zostanie mi to wybaczone, a też i na to, że nikt mnie nie wykryje. Pomimo szczekania psów rzeczywiście nikt nie wykrył. Kolacja była okropna, niedobry makaron z zupki (zupkę zakopałam, nie byłam w stanie przełknąć) ze strasznie pikantnym tuńczykiem (wyciągnęłam chili i też zakopałam).

Wstałam wcześnie i ruszyłam od razu w drogę bez śniadania, mając nadzieję, że mapa nie kłamie i na przełęczy będzie sklep. Niestety mapa kłamała. Był co prawda sklep, ale można w nim było kupić takie rzeczy jak gumowce i kijki trekkingowe. Owszem, były zupki w proszku i tuńczyk z chili. Podziękowałam. Weszłam do WC na parkingu i zjadłam ostatnie pół opakowania suchego ryżu z majonezem. Tylko to mi zostało.
I znów zamiast na szlak musiałam się skierować ku miejscowości i szukać sklepu. Tym razem miała to być większa miejscowość: Taebaek City. Faktycznie jedna z największych na mojej trasie. Czekała mnie dłuuuga droga w dół. Ale w dole było jedzenie.
Niedługo po opuszczeniu parkingu zauważyłam po lewej zabudowania z kolorowymi wstęgami zwieszającymi się z drzewa. Parę miesięcy wcześniej oglądałam film o koreańskim szamanizmie i dowiedziałam się z niego, że takie wstęgi oznaczają biuro szamana.
Szaman pracuje tak jak każdy, ma swoje biuro, usługi i cennik. Obecnie szamanizm przeżywa renesans i szamanów, a raczej szamanek jest całkiem sporo. Jedna nawet odniosła duży sukces na YouTube. Pomimo iż już konfucjonizm określał szamanizm jako przesądy w XIV wieku, wiara przetrwała do dnia dzisiejszego. Szacuje się, że w Korei praktykuje obecnie 200 000 szamanów, którzy kontaktują się ze światem duchów. W samej Korei Południowej istnieją dwa odłamy szamanizmu, praktykowane na północy i południu kraju. Na północy to bóstwo wzywa szamana. Szaman często doświadcza bólu, widzi we śnie. Uczy się rytuałów i komunikacji z duchami, a także odbywa pielgrzymki w góry. Na południu zostaje się szamanem na zasadzie dziedziczenia (Seseummu to szaman dziedziczny). Obecność ducha objawia się w wyglądzie i zachowaniu szamana. Duchy przemawiają przez niego. Zmienia się głos, ale też strój. Odbywa się specjalne próby takie jak chodzenie po brzytwach. Na południu praktyki są mniej intensywne.
Z szamanem można odbyć płatne konsultacje. Miejsce oznaczone jest flagą na bambusowej tyczce (albo na drzewie jak w przypadku, który miałam okazję oglądać). Wstęgi materiału są długie i mają 5 kolorów, które nawiązują do symboli buddyjskich. Istnieją świątynie, znajdujące się na uboczu, z szamanem na miejscu. Święte miejsca to raczej miejsca kontaktu niż miejsca zamieszkiwane przez bogów, np. prominentne skały. Można kupić dedykowane poszczególnym bogom kolorowe świece.
Manshin to szamanka kobieta, Baksu – szaman mężczyzna. Znakomita większość szamanów to kobiety.
Warto wspomnieć, że Koreańczycy wierzą w Dangun – legendarne bóstwo, które założyło Koreę. Dangun urodził się
w kraterze Góry Baekdu. Święta góra jest w związku z tym źródłem boskiej energii i Koreańczycy licznie do niej pielgrzymują. Znajduje się ona na granicy Korei Północnej i Chin, a dostać się na szczyt można tylko z Chin. To właśnie na niej teoretycznie kończy się Baekdu Daegan Trail.
Tuż poniżej szamańskiego zakładu usługowego ciąg szklarni, do których wodę odsysa się pompą prosto z rzeki, która niesie już bardzo niewiele wody.
Taebaek City od razu zrobił na mnie dobre wrażenie. Miejcowość była ruchliwa, pełna sklepów, choć z drugiej strony porządnego dużego supermarketu wcale tam nie było - chyba po prostu w Korei nie ma czegoś takiego. Odnotowałam dwa, poszłam do pierwszego, w którym znów nie aż tak wiele było do kupienia, ale to, co zwykle jadłam, udało się dostać. Przed sklepem pożarłam owoce, gotową zupę i coś tam jeszcze. Najśmieszniejszą rzeczą, jaką wykryłam była herbata z łupin cebuli w torebkach. Wielu Czytelników zna na pewno sposób farbowania wielkanocnych jaj za pomocą gotowania ich w łupinach cebuli. Wychodzą wtedy złocistobrązowe. To właśnie taka mikstura.



W mieście parę osób się do mnie odezwało, potęgując pozytywne wrażenie. Grupa chłopców wracających ze szkoły zapragnęła poćwiczyć swój angielski. Zrobiło na nich wrażenie, że przyszłam właśnie z Góry Taebaek, jeden z nich był tam kiedyś z rodzicami. Weszłam do jeszcze jednego sklepu, pospacerowałam po parku i wreszcie opuściłam nieduże w sumie miasto boczną uliczką, zasłaną czosnkiem.
Ulica Beakdudaegańska to tak jak Ulica Appalaska albo Ulica Łuku Karpat. Główny łańcuch górski Korei był stale obecny.


Przyznaję, że znów nie weszłam na grzbiet w pierwszym możliwym miejscu, ale podeszłam do drugiej przełęczy, ze względu na brak wody. Musiałabym nieść na dwa i pół dnia, a tak tylko na półtora. To też oczywiście niemało, zwłaszcza że zrobiłam duże zakupy. Ciężko mi się szło. Ale cieszyłam się z 800 km. Zapas wody pozyskałam w ostatniej wiosce, zachodząc do szkoły. Była tabliczka z zakazem wstępu osób powyżej 19 roku życia, ale kran był tak blisko na podwórku, że zaryzykowałam. Przywitałam się z dziećmi na placu zabaw. Popatrzyły na mnie, po czym zajęły się swoimi sprawami. Miałam do wyboru posterunek policji, ale nie chciało mi się tam iść i tłumaczyć, że chcę tylko wodę. Na koniec pozostało mi jeszcze wyrzucić plastikową butelkę. Był oczywiście zakaz korzystania z kosza dla osób nie posiadających zezwolenia, ale po prostu wcisnęłam butelkę do znajdującego się tam worka. Śmietnik był obstawiony kamerami, a automat robił zdjęcie każdej osobie, która się do niego zbliżyła. Stwierdziłam, że jeśli kogoś to faktycznie interesuje, to policja ma tak blisko, że już bliżej się nie da. Ale tak jak zwykle moje poczynania zostały zignorowane.



Wdrapanie się na przełęcz zajęło mi godzinę, choć było to tylko kilkaset metrów. Tylko że nie prowadziła tam droga. Prowadziła z drugiej strony, za tunelem. Ale nie chciało mi się przechodzić tunelem po to, żeby się potem wracać. Na mapie była ścieżka, może kiedyś faktycznie istniała, ale teraz zanikła pod linią elektryczną. Kierowałam się na słupy, ale krzaki coraz bardziej gęstniały. Na koniec weszłam w las, bo inaczej się nie dało. Jakoś się przecisnęłam po śladach saren i z ulgą trafiłam na ścieżkę BDT. Była mało wydeptana, widocznie nie był to popularny odcinek.




Na kolację był udon z pulpetem. Śniadanie wyglądało znacznie lepiej. Spożyłam je spędziwszy noc na przełęczy. Rozbiłam namiot w uroczym miejscu obok kapliczki, niestety zamkniętej. Kiedyś była otwarta, nie miała przedsionka w pleksiglasu. Teraz na drzwiach jest numer telefonu do kogoś, kto na życzenie może ją otworzyć. Było mi szkoda, że nie mogę spać w kapliczce jak w Japonii, ale i tak było tam bardzo klimatycznie. Spałam dobrze, ale obudziłam się z bólem gardła. Tak niewielu spotykałam ludzi, a jednak ktoś zdążył mnie zarazić. Niedobrze...
Szło mi się źle. Poruszałam się bardzo ślamazarnie i męczyłam na schodach. Do drugiego śniadania zdołałam przejść tylko 4 km. Naprawdę fatalnie...
Pierwsze kilka szczytów było pomniejszych, później wysokość nad poziomem morza była wybitniejsza. Był to bardzo ciekawy rejon pod względem geologicznym. Z prawej grzbiet urywał się, tworząc przepaście, tu i ówdzie wystawały skały. W głębi ziemi znajdowały się głębokie jaskinie pełne nacieków. Można je zwiedzać, ale wejścia znajdują się w głęboko w dole. Musiałabym pokonać 2000 m, a przeziębienie tylko się rozwijało i nie miałam siły. Wyobrażałam sobie tylko te jaskinie.
Jaśmin.
Po południu zerwał się silny wiatr. To był już kolejny raz, chyba panował tam jakiś stały układ wymiany powietrza, bo w dzień zawsze było spokojnie, a w nocy wiał huragan. Brakowało mi wody, wyglądało na to, że nie uda mi się pokonać przewidzianego odcinka i dotrzeć do źródła. Zaczęłam wzywać górskie bóstwa i wizualizować porzuconą przez kogoś butelkę. Szlak wyszedł na pola, stały tam jakieś maszyny i zbiorniki z wodą, do których nie można się było dostać. Szumiały wiatraki. Ktoś mógł wyrzucić trochę wody... Zajrzałam na wzniesienie, widziałam że auta tam docierają i... Znalazłam butelkę z resztką wody! Musiała tam długo leżeć, czuć ją było plastikiem, ale zabrałam ją, bo mogłam chociaż wykorzystać do mycia zębów i zachować na czarną godzinę.




Potem szło mi się trochę lepiej, kawałek gruntową drogą, potem znów szlakiem, na którym szalał wicher. Szukałam biwaku wśród traw bambusowych i kolczastych bylin. W ostatnich chwilach przed zapadnięciem ciemności znalazłam dobre gołe miejsce na małej przełęczy. Wiatr przez nią przelatywał, ale dobrze się zakotwiczyłam i rozbiłam namiot ciasno przy ziemi. Rano wiatr jak zwykle zaczął się uspokajać i jak wychodziłam już prawie nie wiało. Przeziębienie zaczęło przechodzić, odporność widocznie wciąż mam dobrą, bo organizm pokonał chorobę. Może to ta magiczna woda.
Nie było tym razem pełnego kubka kawy na śniadanie, ale zawsze coś. Raźno ruszyłam w kierunku przełęczy. Pod koniec spotkałam parę na jednodniowej wycieczce i ładnego węża.






Parking nie zawiódł. Był pełen ludzi, oferował osobno WC i kran z wodą. Co za radość! Wychlałam na miejscu ze dwa litry. Wszyscy na parkingu wybierali się na Dutasan (1352 m n.p.m.), ale z mapy wynikało, że można iść szlakiem równoległym, prowadzącym doliną wzdłuż strumienia i to wydało mi się o wiele atrakcyjniejsze. Znaki pokazywały, że fragment drogi był prywatny, ale nie było problemu i zaraz znalazłam się znowu w lasach państwowych. Szłam gruntową drogą, obok szumiała rzeka - super. Po kilku kilometrach nagle spostrzegłam zaparkowane auto. Rodzina zachowywała się całkiem swobodnie, myli garnki w rzece, piknikowali no i gotowali na kuchence. Bardzo się przestraszyli na mój widok, bo myśleli że się schowali w ustronnym miejscu. Zaraz jednak stwierdzili że jestem niegroźna i nawet wypowiedzieli parę słów. Było dla nich naprawdę zadziwiające, że tamtędy idę. Biała osoba i nie na szczyt, tylko dziką doliną. Dolina zrobiła się dzika zaraz potem, i to jeszcze jak. Kiedyś bardzo dawno temu droga musiała się kontynuować dalej, ale obecnie była całkiem praktycznie wymyta. Ścieżka była widoczna i przeskakiwała z jednego brzegu na drugi. Nie było żadnego oznakowania, nawet tasiemek turystycznych, więc trzeba było zgadywać kiedy przejść strumień. Przy jednym z dopływów należało odbić i wędrować wzdłuż stromej odnogi. Była tam stara kapliczka ułożona z kamieni, a w niej kłębek nici i papier. Kolejne magiczne miejsce. Uznałam to za dobry znak. Potrzebowałam go, bo dalej już ścieżki nie było w ogóle widać, zaczęły się kamienie i pokrzywy. Nie można się było zgubić, bo dolina była wąska. Po prostu należało iść suchym obecnie korytem.








Na końcu trochę się wypłaszczyło, przedzierałam się tak żeby wyjść w widniejsze miejsca i od czasu do czasu znajdowałam jakieś pozostałości szlaku, coś plastikowego, starą puszkę, wreszcie tasiemkę. Zostało 100 m. Tutaj znów jakieś ślady ścieżki, bardziej zadziałał instynkt, ale udało się, ostatnie kilka metrów stało się szlakiem i na końcu była lina i informacja, że szlak jest zamknięty. Na dole takiej informacji nie było. Ale teraz to już nieważne, znowu byłam na Baekdu Daegan. Czy moja wersja była krótsza? Oczywiście nie, ale w każdym razie była przygodowa. Od razu musiałam znowu zacząć się wspinać, czekał na mnie szczyt Cheongoksan, a pod nim źródełko. Było odbicie, zgadzało się z mapą, a źródło było czynne. Woda płynęła bardzo wolno, zdążyłam zgłodnieć, więc wciągnęłam tam kanapkę z mielonką i ketchupem.





Odcinek za Cheongoksan był szalenie widokowy, jeden z najlepszych na szlaku. Trochę przypominał Appalachy, tylko był jeszcze bardziej karkołomny. I jak tam wiało! Ale nie odmówiłam sobie wejścia na punkt widokowy. Coś fenomenalnego, tylko zieleń, tylko góry, ani śladu cywilizacji. Potem musiałam wejść na widoczną na trzecim zdjęciu piramidę. Na szczycie przechodziło się przez skałę. Pomagała barierka, inaczej musiałabym się czołgać. Wiatr szarpał ręką tak, że nie mogłam zrobić ostrego zdjęcia. Skały były wielkie, musiałam się podciągać, coś strasznego.
Słońce już zaszło, o biwakowaniu na szczycie nie było mowy, a na dół od razu prowadziły schody. Szłam dalej w nadziei, że coś się musi trafić. Ale nie chciało się trafić i w końcu rozbiłam się centralnie na ścieżce, w takim miejscu gdzie było względnie płasko i teren nie opadał od razu w przepaść, tylko dalej za drzewami. Przywiązałam odciągi do młodych drzewek. Wicher jeszcze się wzmógł, łopotał tropikiem...
A rano znowu spokój. Przyjemnie śniadanie, nawet doniosłam kawałek papryki.
Zastanawiałam się czy nie mogłabym pójść gruntową drogą niżej i próbowałam się do niej dostać ścieżką nie zaznaczoną na mapie, ale ścieżka ta prowadziła do źródła, o którym z kolei nic nie wiedział przewodnik. Także wróciłam się stamtąd na grzbiet i kontynuowałam. Było trochę mnie skaliście niż poprzednio, a punkty widokowe całkiem niezłe.
Prototyp naszego ogrodowego bzu.



Nie spodziewałam się nikogo, aż tu nagle pojawiła się cała wycieczka. Peleton był rozłożony, ale wszyscy poruszali się żwawo. Akurat zrobiłam sobie odpoczynek przy innym, suchym źródle. Niektórzy odpowiadali na powitanie, inni nie, ale byli też tacy, którzy się zatrzymali zagadać. Niewiele pogadaliśmy, ale panowie dali mi do spróbowania kilka przekąsek, orzeszki, ciastko i mleko sojowe (strasznie słodkie i smakowało jak woda z mąką, ale bardzo miło, że mogłam spróbować, bo to bardzo popularny napój w Korei). Panie wydawały się mniej przyjazne. Nie uśmiechały się tylko coś natarczywie mówiły. Może niekoniecznie chodziło o natarczywość, teraz myślę, że taka po prostu jest melodia koreańskiego języka, że się tak trochę warczy na ludzi. Ale nie wiem. W każdym razie panie usiłowały mnie do czegoś przekonać i dźgały mnie w ramię, co nie było zbyt miłe. Potem pomyślałam, że muszą być zaskoczone, a może nieco oburzone tym, że nie osłaniam się przed słońcem tak jak one, noszę krótkie spodenki i mam podwinięte rękawy koszulki, nie wspominając o spalonej słońcem twarzy. Chyba było to dla nich nie do pomyślenia. Kobieta powinna dbać o swoją urodę, a uroda to blada skóra, która nigdy nie widzi słońca. Dziwna kultura. Mam przecież otwarty umysł, a jednak tutaj ta dziwność mnie pokonała.

Jeszcze trochę i szlak doszedł do tej gruntowej drogi, o której myślałam rano. Wiła się ona kilometrami, schodząc powoli w dolinę. Na końcu pojawiły się pola, a potem wioska.
Nie miałam siły nosić wielkich zapasów jedzenia, wspinanie się z takim ładunkiem było niemożliwe, dlatego znów celowałam w miejscowość ze sklepem, Songgye. Doszłam tam wieczorem asfaltem, pokonawszy serpentyny. Tutaj okolica wyglądała inaczej, pola nie były starasowane i prawie nie było ryżu. Widocznie osadnictwo było nowsze i postawiono na inne uprawy.
Zanim dotarłam do Songgye skręciłam na niewielkie wzniesienie, gdzie prowadził lokalny szlak. Schody były upiornie strome, ale na zakręcie było płaskie miejsce, z którego skorzystałam i rozbiłam namiot. Było bardzo ciepło i parno, czuć było, że zaczęło się lato. W dole kumkał cały chór żab, a w górze bzyczały komary. Włożyłam tylko nogi do śpiwora.