Poznym popoludniem opuscilam Abisko i udalam sie na wschod glowna szosa, wlasciwie nawet lekko poludniowy wschod, ale co zrobic! Postanowilam, ze przejscie bedzie takie jak powinno czyli piesze i bede szla tak dlugo az znajde kogos, kto przewiezie mnie motorowka na druga strone jeziora - do przystani we wsi Torneträsk mialam 46 km. Wreszcie zobaczylam Lapporten w calej okazalosci... Ogolnie rzecz biorac byla to piekna trasa ze wspanialymi widokami na gory i jezioro. I nie byla bagnista! Tego wieczora pokonalam jakies 18 km do popularnego parkingu. Byla tam autentyczna chatka, nie jakas tam wiata, z lawkami, ciepla (a noca temperatura juz bardzo zblizyla sie do zera). Pomimo zakazu nocowania spalo nas tam czworo - ja i trojka Estonczykow.
Reszta asfaltu nie dluzyla mi sie jakos specjalnie, drugie sniadanie zjadlam na skromniejszym parkingu. Przelotne opady straszyly teczami, ale to gory wyciskaly deszcz z chmur, a nad jezioro docieraly tylko ostatnie krople.
Dotarlam na przystan, rozejrzalam sie. Mnostwo samochodow! Ale na jeziorze pusto. Ktos przyjechal i zaraz odjechal... No coz, siadlam i czekalam. Zrobilam znak 2800-kilometrowy (wypadlo kilka kilometrow wczesniej, ale tutaj byl lepszy widok).
Po godzinie nadplynela lodz i jednoczesnie nadjechal samochod. Niesmialo podeszlam do starszej kobiety, zaczelam podpytywac czy nie wybieraja sie gdzies na druga strone. Czekali na jeszcze jedna kobiete - byli rodzenstwem i mieszkali w wiosce Kattuvuoma, do ktorej wlasnie sie wybieralam. Byli Saamami, hodowwali renifery - fajnie to zabrzmialo, kiedy kobieta mowila "We are Sami, we are reindeer..." tu nie mogla znalezc slowa, a zabrzmialo to tak, jakby Saamowie i renifery stanowili jednosc. Na poczatku zachowywali sie z rezerwa, ale potem sie rozkrecili, tylko mezczyzna nie odezwal sie do mnie ani slowem. To on decydowal czy mnie zabiora czy nie, panie tylko posredniczyly w negocjacjach. Sprawe przesadzilo napomknienie o tym, ze jestem jak najbardziej sklonna zaplacic za transport (cena byla bardzo niska, ale na pewno zwrocilo sie paliwo).
Jezioro bylo wzburzone, fale dosc wysokie, lodka rozbryzgiwala wode, a my sie hustalismy, ale Laponczyk wprawnie prowadzil lupinke pod wiatr. Niedlugo znalezlismy sie w zatoce, gdzie byly pomosty i parkowalo mnostwo od dawna nie ruszanych samochodow. Skad tam ich tyle? Kilka wiosek na polnocno-wschodnim brzegu laczyla gruntowa droga i samochody sluzyly do komunikacji miedzy nimi. Droga sie urywa, nie prowadzi do zadnej glownej, do zadnej cywilizacji. To miejsce jest odciete od swiata i mozna tam doplynac tylko przez jezioro. Co innego zima - pewnie wlasnie po lodzie przejechaly samochody. Ale juz nie oplacalo sie zlomu odwozic i tak stare gruchoty rdzewieja na parkingu...
Chcieli mnie podwiezc do Kattuvuomy, ale podziekowalam - jak wedrowka to wedrowka. 5 km minelo bardzo szybko. Wies byla ladna, polozona nad zatoka. W dziecinstwie rodzenstwo mieszkalo tu caly rok, choc to osada jesienno-wiosenna (letnia siedzibe maja w Norwegii), bo mamie sie tam bardziej podobalo.
Obawialam sie czy szlak ktory byl na mapie w ogole bedzie istnial, ale owszem, byly szlakowskazy. Poczatek byl wspolny ze szlakiem skuterowym, prowadzil stara droga dla quadow. Widac bylo rzadko uczeszczana sciezke, ale dosc swieze slady zgniecionych roslin wskazywaly, ze ktos tedy niedawno szedl. Trafialy sie kopczyki i farba. No i jesien byla juz wyraznie widoczna, kilka chlodnych nocy wystarczylo, zeby liscie brzoz zzolkly.
Mialam do wyboru isc prosto albo zajrzec nad jezioro, nie mogac sie zdecydowac rozbilam namiot przy moscie nad rzeka i zostawilam decyzje na dzien nastepny. Podobalo mi sie tam, bylo zacisznie, a rzeka szumiala. Przedsionek wystawiony do wiatru uchronil mnie przed kondensacja. Rano wywloklam sie pozno, bo planowalam krotszy dystans - do chatki.
To byl ostatni raz kiedy bylam w terenie porosnietym lasem, niedlugo mialam wyjsc wyzej i miec wokol tylko naga tundre. Kolejna chlodna noc jeszcze bardziej ozlocila las. Zdecydowalam sie isc nad jezioro, ale to byl blad, szlak byl skuterowy i przechodzil przez bagna (choc ogolnie bylo tutaj raczej sucho). Zmarnowalam czas obchodzac je a potem i tak musialam skapitulowac, poprawilo sie kiedy doszedl szlak z Laimoluokty. Znaki szlaku skuterowego w wiekszosci byly poprzewracana, farba wyblakla. Zeby tamtedy isc zima trzeba nawigowac na wlasna reke. Na pewno sa slady skuterow, ale one prowadza swoimi drogami.
Nie przewidziano przejscia przez plot reniferowy, jednak zawsze sa jakies mozliwosci pozostawione dla podroznych - deski i szczelina w siatce.
Jezioro bylo rozczarowaniem, wcale go ze szlaku widac nie bylo... Dopiero na skrzyzowaniu szlakow, gdzie i tak bym doszla wariantem pieszym.
Pogoda dopisywala. Droga wspiela sie na wzniesienie z pieknym widokiem, widac bylo wyzsze gory w Norwegii i szwedzkie wzgorza, ktory stopniowo opadaly na wschodzie. W kotlinie rybne jeziora i domki Saamow.
Po drugiej stronie wzniesienia otwarl sie widok, jaki najbardziej lubie - tundrowa wyzyna, urozmaicona niewielkimi gorkami i jeziorami. Las pojawial sie na wschodzie, tundra rozciagala ku polnocy. Tam wlasnie szlam. Nie zauwazylam miejsca, gdzie sciezka odbijala od drogi i niepotrzebnie nadlozylam kilka kilometrow. Musialam dobijac do szlaku wzdluz plotu. Wial zimny wiatr, zeby zjesc lunch musialam schowac sie za skalami. Korzysc jednak byla, oprocz widoku fajne znalezisko, okazaly rog renifera, ktory zabralam ze soba.
Znalazlam sciezke, kiedy laczyla sie z zimowym szlakiem. Byla bardzo mizerna, czasem znikala, ale miala kopczyki, ustawione z 50 lat temu. Niektore sie rozsypaly, inne zarosly, ale przechodzacy musieli je naprawiac. Ja tez dolozylam kilka kamieni.
O 19 doszlam do doliny, w ktorej bylo wiele domkow nad jeziorem. Zobaczylam helikopter, a potem nadbiegl pies. A myslalam, ze to bedzie ten dzien, kiedy nie spotkam zywego ducha! Mysliwi przyjechali polowac na pardwy. Byli bardzo zdziwieni moja obecnoscia i pytali jak tez sie tu dostalam. Finalnie zaprosili mnie na kolacje - gulasz z losia z ryzem. Byli bardzo mili, mieszkali na codzien w Kirunie i znali troche Polakow. Jeden byl Laponczykiem, domek w ktorym spali nalezal do wujka jego zony, bylego hodowcy. Ja spalam w ratunkowej chatce, juz po raz ostatni.
Pogoda miala sie utrzymac, ochlodzilo sie, wialo, ale deszcz byl tylko symboliczny. Sciezka bez zmian, czasem znikala, czasem sie pojawiala, ale zawsze trafialam na kopczyki. Krajobraz byl cudowny, martwilam sie, ze zdjecia nie oddaja jego urody, ale chyba nie wyszly najgorsze.
Caly ten teren to ladowisko rakiet, ale nie ma zadnych restrykcji w poruszaniu sie. Zadne rakiety tam nie laduja, idea chyba pochodzi z czasow zimnej wojny. Gdyby rakiety mialy ladowac pojawilaby sie informacja w skrzynkach i nalezaloby sie udac do schronu, byly gdzies dwa. Ale nie trzeba sie tego obawiac.
Dzien uplywal przyjemnie, choc marzlam w czasie przerw. Nie chcialo mi sie wyciagac puchowki, ale to juz byl ostatni taki dzien, ze nie bylo to konieczne. Jak tylko slonce chowalo sie za chmurami robilo sie lodowato.
Pod wieczor, zezloszczona znikajacym w bagnie szlakiem, zeszlam w doline pelna wspanialych utworow lodowcowych. Ciagi moren bocznych, kemy, ozy, wszystko co opisuja w podreczniku do geomorfologii wlasnie tam bylo.
Deszcz jak zwykle nadciagnal od Norwegii, granica byla bardzo blisko. Siapil niezdecydowanie, przestawal i zaczynal od nowa, a towarzyszylo temu zjawiskowe ukosne swiatlo zachodzacego slonca.
Tego wieczora rozbilam namiot - nad zatoka tuz przed Råstojärvi. Upatrzylam sobie to miejsce na mapie i miala nosa, ciesnina miedzy dwoma jeziorami z morena po srodku, nad zatoka piaszczysta plaza, a po drugiej stronie osloniete morena miejsce biwakowe na wypadek huraganu. Ale wybralam to bardziej widokowe nad jeziorem przy plazy, pal licho ewentualny wiatr - postanowilam raz biwakowac z widokiem. Wiatru wiele nie bylo, akurat tyle zeby nie bylo kondensacji. Tropik po wieczornym deszczu prawie wysechl.
A tak prezentuje sie wspomniany wyzej rog renifera, moje polnocne trofeum. I mozliwosci troczenia Triple Crown'a :-)
Morena bezposrednio przeszla w polwysep, szlak go przecial, pozwalajac rzucic okiem na szersza panorame jeziora. Przeparadowalo stadko reniferow, nie mogace sie zdecydowac w ktora strone mnie ominac.
Wiekszosc rzek, wszystkie z wyjatkiem jednej, mialy porzadne stalowe mosty. Mniejsze strumienie mialy drewniane mostki. Wiekszosc bagien kladki, choc te z kolei czesto sie pozapadaly. Widac bylo starania zeby szlak zaistnial, a w ksiedze gosci w chatce bylo troche wpisow - bylam 7a osoba w sierpniu. Podobno zima bywa wiecej ludzi, bo wtedy mozna przejechac przez jezioro. Tego dnia nikogo nie spotkalam, choc widzialam samolot na niebie.
Degradacja mostkow i kladek to najczesciej wina quadow, ktore po nich przejezdzaja i zatapiaja. Najgorzej jesli przejezdzaja w poprzek.
2900 km - ostatnia setka wedlug moich obliczen. Juz w powerstrechu, kurtce, czapce i rekawiczkach. Ostateczny kilometraz jest wielka niewiadoma, obliczenia sa moje. Znaki szlakowe pokazywaly jak zwykle dystanse z kosmosu i to kazdy inne. Nawet w prostej linii wypadalo po kilka kilometrow wiecej niz bylo napisane.
Za ostatnia chatka ratunkowa, do ktorej doszlam zbyt wczesnie zeby zostac na noc (na H) szlak opadl w brzozowa doline. Znow chwile popadalo, ale w lesie to juz nie takie przykre. Sciezka dolaczyla do drogi dla quadow, tym razem prawdziwej autostrady. Facet z psem na pace minal mnie w wielkim pedzie.
W Kummavuopio na mapie byla zaznaczona chatka, ale wcale jej nie bylo. Bylam bardzo rozczarowana. Poprzedniej nocy byl przymrozek i tej nocy takze sie na niego zapowiadalo. Obszukalam okolice i wsliznelam sie do czyjejs drewutni z zamiarem przeprosin gdyby pojawil sie wlasciciel, ale sie nie pojawil. Bylo calkiem przytulnie, choc zimno.
Nadszedl ostatni dzien wedrowki przez Szwecje. Zostalo mi tylko 29 km. Poranek byl sliczny, szron szybko topnial, brzozy zolkly w oczach.
Szlak w wiekoszsci byl droga, ale w wzniesieniach Duiobal odbil na slabo wydeptana sciezke. Lazurowe jeziora marszczyl arktyczny powiew. Po drugiej stronie widac bylo Finlandie i Käsivaren. Zlapalam finski zasieg z nadajnika nad Kilpisjärvi.
Na ostatniej gorce zobaczylam doline, to tam znajduje sie Trojstyk. Bardzo podobnie ucieszylam sie w zeszlym roku na PCT kiedy zobaczylam finalna doline na granicy z Kanada - tu juz tu, a wiec to tak wyglada...
Coraz blizej - robilam kolejne zdjecia chcac zapamietac ten moment zblizania sie.
W dolinie cumowal finski statek - pasazerowie mieli specjalne zezwolenia na przekroczenie granicy, ale mozna je uzyskac tylko w Kilpisjärvi. Finlandia wlasnie wprowadzila kwarantanne, a wiec nie bylo mowy o zejsciu wlasnie tam. W chatce po szwedzkiej stronie dokonalam ostatniego wpisu.
1,5 km!
Ostatnie metry pokonalam w wielkim pedzie i do granicy dotarlam o 17:08, 30 sierpnia, co dalo mi rowne 90 dni wedrowki i 2943 pokonane kilometry, Mysle, ze smialo moge je zaokraglic do 3000, majac na uwadze jak szybko mijal dystans na dobrze zmierzonych szlakach, a jak powoli na tych gorzej.
Slonce swiecilo akurat wprost zza monumentu (niezbyt urodziwego betonowego czegos...).
Spedzilam noc tuz obok i rano zrobilam nieco lepsze fotografie, choc nie bylo innego wyjscia jak tylko umiescic statyw na kladce - trojstyk znajduje sie w jeziorze i prowadza do niego kladki z finskiego cypelka.
Poniewaz Norwegia zezwala na przekroczenie granicy podroznym przybywajacym z regionu Norrbotten, a spedzilam tam jakis miesiac, nic nie stalo na przeszkodzie zebym udala sie wlasnie do Norwegii. Na plocie byla tylko informacja odnosnie koniecznosci rezerwacji lozek w chatkach DNT.
Norwegia od razu wydawala sie surowsza, renifery zdawaly sie miec grubsze zimowe futro, a wiatr byl jeszcze ostrzejszy. Musialam wdrapac sie na wzniesienie tuz ponizej 1000 m n.p.m.
Dotarlam okolo 13 do drogi E8, dosc pustej, ale wystarczajaco uczeszczanej zeby dalo sie z niej wydostac autostopem. Teraz czeka mnie powrot do Szwecji, ale nie tak od razu, skoro jestem w Norwegii to postanowilam cos tutaj zwiedzic - przyzwyczailiscie sie juz pewnie do tego, ze moje wedrowki maja swoje kontynuwacje "na deser". Pogoda zapowiada sie fatalnie, ale co zrobic... Kierunek: Lofoty.
Tak konczy sie opowiesc o przejsciu Szwecji. Oczywiscie bedzie podsumowanie wyprawy i podsumowanie sprzetowe - jak zwykle. Dzieki za trzymanie kciukow, mysle ze bylo calkiem skuteczne :-) Mam nadzieje, ze Szwecja Wam sie podobala - mnie ogromnie i nic z poprzedzajacego wyprawe entuzjazmu nie ubylo!
Jesli mieszkacie w Szwecji, a konkretnie w Sztokholmie zapraszam Was na premierowa prelekcje o tej wedrowce, odbedzie sie ona 20go wrzesnia o godz. 15, miejsce akcji zobaczycie w linku. Wydarzenie na FB: https://m.facebook.com/events/s/prelekcja-szwecja-wzd%C5%82uz-agnie/340076160697547/?ti=as
Pozdrowienia z Norwegii!