czwartek, 8 kwietnia 2021

Szwecja zimą - podsumowanie sprzętowe

Długo kompletowałam sprzęt na zimowe wędrówki i wciąż jeszcze nie jest on idealny, jednak w tym roku, spędziwszy miesiąc w północnej Szwecji, doszłam do wniosku, że jest już prawie dobrze. Zebrało się przy tym trochę przemyśleń sprzętowych, którymi postanowiłam się podzielić z Szanownymi Czytelnikami. Jest to zestaw stricte skandynawski, zbyt rozbudowany i nieodpowiedni w polskich górach. Pamiętajcie przy tym, że to tylko mój zestaw, a nie zestaw uniwersalny i jedynie polecany. Każdy jest inny, każdy ma inne potrzeby, a zwłaszcza każdy ma inne odczucie temperatury.

Sprzęt narciarski

Ponieważ moje zimowe wędrówki nie są bardzo długie, wciąż używam tych samych nart Madshus Epoch z wiązaniami Hagan X-Trace. Wybierałam je długo, poszukując takich nart, jakich używałam jako małe dziecko - niezbyt długich, dość szerokich, bez taliowania, łatwych w manewrach i zakładanych na normalne buty. Wszystko to, z wyjątkiem braku taliowania, znalazłam w Epoch'ach. Mieszkam na pogórzu, gdzie jazda na nartach była zawsze ulubioną zimową zabawą. Pierwsze narty dostałam, kiedy skończyłam trzy lata. Później jeździłam dużo na biegówkach, ale prawie wcale na zjazdówkach. To wszystko pewnie sprawia, że podejścia czy wstawania po upadku nie sprawia mi trudności, natomiast profesjonalnych zjazdów wykonywać nie potrafię, zwłaszcza na taliowanych nartach. Na prostych skręty wychodziły mi same... Jednak wszystko zależy od rodzaju śniegu i praktyki - w tym roku udało mi się wykonać kilka świetnych zjazdów z pulkami. 

Narty mają 165 cm, ja 160 cm, są więc dość krótkie. Sprawdzają się na firnie, związanym śniegu, na trasach skuterowych. W głębokim śniegu nie mają wystarczającej nośności, mimo że jestem lekka. W lesie, w puchu, sprawdzają się bardzo długie, 250-300 centymetrowe narty. Nie są szerokie, bo trudno byłoby się z takimi przebijać, nie posiadają też krawędzi (szkoda). 



Wiązania X-Trace mają swoje ograniczenia - zwłaszcza używane z obszernymi butami. Nie są czułe na manewry użytkownika, ponieważ są masywne i zrobione z elastycznego plastiku. Choć więc ustawia się stopę do skrętu, narty niekoniecznie ten sygnał odbierają. W przyszłości chętnie spróbuję stabilniejszego rozwiązania.



Po doświadczeniach z Finlandii w 2019 zaopatrzyłam się w wosk. Wosk sprawia, że śnieg nie przykleja się do nart, co następuje zwykle przy temperaturze około 0°C, przy ociepleniu.

Kijki Fischer Variolite polecił mi kolega z forum NGT, Pim, kiedy poszukiwałam takich kijków narciarskich, które miałyby na stałe przymocowany talerzyk zimowy (zawsze je gubiłam), a do tego miały regulowaną długość, tak aby można było ich używać w różnych warunkach, przy różnej głębokości śniegu, ale także do pieszych wędrówek i chodzenia w rakietach śnieżnych. Variolite spełniły wszystkie moje oczekiwania i nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Dodatkowo mają bardzo wygodną, regulowaną pętlę nadgarstkową.


Obuwie, skarpety, VBL

Niestety bardzo trudno zdobyć odpowiednie zimowe obuwie. Wybór jest niewielki, pozostają tylko wysoko ogumione buty trekkingowe, które są dla mnie za wąskie w palcach i śniegowce, z kolei za szerokie w śródstopiu. Obecnie używam Soreli 1964 i czekam aż powstanie w nich dziura, bo ich guma jest miękka. Chętnie wróciłabym do butów Lundhags, gdyby nie to że są jednak za wąskie i mają duży drop.

Zimą zawsze korzystam z VBL, vapour barrier liner, folii zakładanej na cienką skarpetkę i odcinającej przedostawanie się wilgoci do butów, co zabezpiecza przed ewentualnymi odmrożeniami i ogólnie rzecz biorąc wszelkim dyskomfortem, jeżeli chodzi o stopy. Napisałam na ten temat cały artykuł.



Dla osób, które z jakiegoś powodu nie chcą korzystać z VBL przy wyborze obuwia bardzo istotna jest obecność wyjmowanych wewnętrznych botków. 

Nogawki spodni zabezpieczam przed przemoczeniem stuptutami Ootdoor Research Crocodile Gaiters M, chyba że jest bardzo zimno i śnieg nie topnieje w kontakcie ze spodniami.


Plecak i pulka, czyli pack-pulka

Wasze największe zainteresowanie wzbudził mój nowy plecak z przyczepianymi doń pulkami. Zimą szczególnie cenię sobie proste rozwiązania. Lubię sprzęt, który działa, który jest prosty w obsłudze i bezproblemowy. Od lat szukałam rozwiązania, które umożliwiłoby wygodne podróżowanie transportem publicznym. Wypróbowałam zwykły plecak, dużą torbę podróżną, zawijanie w namiot i w bivy bag. Wreszcie z pomocą przyszła mi nowotarska firma OnMyWay, która zajmuje się produkcją ultralekkich plecaków i z którą współpracowałam przy projektowaniu jednego z nich, Triple Crown. Pack-pulka (tak nazwał ten wynalazek jeden z czytelników) jest jeszcze bardziej uproszczoną, ale większą wersją Triple Crowna. Plecak ma 75 litrów, jest pozbawiony kieszeni, które zaczepiałyby o krzaki i nierówności terenu, ma za to pełnoprawny system nośny, umożliwiający wygodną wędrówkę. 




Całość jest jednym dużym rolowanym workiem, z miękkimi plecami, dzięki czemu cała bryła idealnie dopasowuje się do kształtu sanek, do których została zaprojektowana. Jedyną niedogodnością jest to, że plecak nie ma podklejanych szwów, a więc nie jest w pełni wodoodporny i przy roztopach wskazane jest użycie worka na śmieci w środku.

Sanek używam lekkich, wędkarskich, o wymiarach 82cm x 45cm x 16cm. Mają płaskie dno i wymodelowane płozy, co jest bardzo istotne dla równowagi. Zapakowane odpowiednio, z ciężkimi rzeczami na spodzie, rzadko się przewracają.

Wiem, że większości zimowych turystów tak małe pulki i tak niewielki plecak wydają się nie wystarczać. Cóż, mam już pewną praktykę w pakowaniu się na lekki i filozofię ultralight stosuję także zimą. Zabrany sprzęt pozwał na komfortowe noclegi do -25°C, miałam też ze sobą 12-dniowy zapas jedzenia. 




Pack-pulka umożliwia także przymocowanie nart po bokach plecaka, ponieważ można je zaczepić o gumę, którą przyczepia się sanki. Wędrówka z taką ilością rzeczy nie jest przyjemna ze względu na ciężar, jednak na krótkich dystansach działa doskonale. Robiłam tak kiedy miałam do pokonania odcinki asfaltowe albo zawalone wiatrołomami.



Cała konfiguracja gum i mocowań wraz z liną została wykonana przez Kasię Nizinkiewicz i jej znajomego. Hol jest miękki, z liny. Jest wielu fanów sztywnego holu, jednak w zróżnicowanym terenie lina jest wygodniejsza, a jej największą zaletą jest łatwość manewru i możliwość podejścia do pulek bez odpinania holu. Miękki hol wymaga większych umiejętności narciarskich, ale nie jakichś wyrafinowanych. Sanki na zjazdach mają tendencję do wyprzedzania narciarza, więc zawsze trzeba pilnować żeby jechać z taką samą prędkością. To czy pulka jest "posłuszna" zależy w głównej mierze od rodzaju śniegu - jeśli jest zbyt twardo nie zagłębia się i ślizga po powierzchni. 




Na ostrych zjazdach ogromnie przydaje się hamulec z liny. Używam kawałka liny na stałe przywiązanego do tych samych mocowań, do których przymocowany jest hol. W środku wiążę węzeł, albo dwa, zależnie od nachylenia. Obecna lina jest zwykła (to ta niebieska na zdjęciu poniżej) i już się strzępi, lepsza jest wspinaczkowa.




Pas do pulki był pierwszą rzeczą, w którą się zaopatrzyłam przed swoim pierwszym wyjazdem narciarskim. Nie wyobrażałam sobie i nadal sobie nie wyobrażam przypinania holu do plecaka. Pas ma odpowiednio mocne szlufki, jest bardzo wygodny, a przede wszystkim jest położony we właściwym miejscu - na biodrach. To jak łatwo podchodzi się pod górę ciągnąc pulki i  czy się przewrócimy zależy właśnie od tego, gdzie nas pulki pociągną. W biodrach mamy środek ciężkości, to nasze najmocniejsze miejsce. Jeżeli mocowanie będzie wyżej będziemy ciągnąć z krzyża, lędźwi, a wtedy narazimy się na kontuzję, nadwyrężenie mięśni grzbietu.


Bagaż dodatkowy - mały plecak i biodrówka

Mój zimowy ekwipunek nie mieści się w całości w pack-pulce, dodatkowo mam jeszcze mały plecak podręczny i biodrówkę. 

Dawniej wydawało mi się, że będzie bardziej poprawnie, bardziej "ultra", jeżeli wszystko będzie w głównym bagażu. Szybko jednak zrewidowałam ten pogląd - kilku rzeczy potrzebowałam stale w cięgu dnia i sięganie do głównego bagażu za każdym razem zupełnie nie miało sensu. Plecak podręczny to również produkt OnMyWay, również jest zwijanym workiem, ma 20 litrów. Nie ma żadnych kieszeni, żeby w razie wywrotki nic z nich nie wyleciało. Ma pasek z taśmy w roli pasa biodrowego, ale nie używam go. W środku trzymam kurtkę puchową, termos i butelkę, przekąski, dodatkowe rękawiczki, krem i wazelinę, apteczkę. Ważne jest żeby bagaż podręczny nie ważył wiele, bo to wpłynie na zpadanie się w śniegu i przemieści środek ciężkości.

Biodrówkę posiadam w celu przechowywania elektroniki - żeby baterie wytrzymały muszą być ciepłe, transportowane blisko ciała. W najcieplejszym miejscu na brzuchu noszę aparat fotograficzny, którego małe baterie nie mają szans z mrozem (zimą również używam Sony RX100). W cieple jest też telefon, na wypadek gdybym go potrzebowała do nawigacji oraz czołówka (Petzl Bindi), choć ta ostatnia zupełnie dobrze działa na mrozie. 




Biwak

Namiot Hilleberg Soulo mam od wielu lat. Rzadko go używam, głównie właśnie zimą, gdyż jest bardzo ciężki (2,4 kg). Jest to jednak doskonały namiot zimowy, o konstrukcji kopułowej, z trzema pałąkami, które sprawiają, że jest odporny na wiatr niezależnie od jego kierunku. Posiada dobrą wentylację, łatwo się go rozbija, w środku jest dużo miejsca. Ciekawe jest w nim to, że zamiast mieć podklejone szwy ma je zabezpieczone innym materiałem, jest też uszyty z nylonu o trzech warstwach silikonu (na zewnątrz, wewnątrz i od spodu), nie nasiąka więc wodą tak jak zwykłe sinylony. Może pokuszę się w przyszłości o recenzję.

Zwlekałam z zakupem kosztownych zimowych śledzi, ale w końcu się zdecydowałam i nie żałuję. Wzięłam śledzie Hilleberga (Sand and snow pegs, o długości 31 cm), które mają od razu wygodne mocowanie. Łatwo się je wbija bądź zakopuje, można przyczepić do odciągu (wtedy się nie zgubią). Namiot ma 12 punktów mocowania, śledzi mam 6, do tego dwie narty od nawietrznej. W razie czego można jeszcze użyć kijków i toreb wypchanych śniegiem, ale z tym jest jednak dużo więcej zawracania głowy. Na pulkę można odrobinę więcej załadować, więc uproszczenie pewnych czynności warte jest czasem paru gramów więcej. 



Materac dmuchany Thermarest NeoAir XTherm służy mi od początku zimowych wędrówek. Producent deklaruje komfort do -30°C, ale w obliczu prognozy zapowiadającej właśnie te -30°C wolałam dodatkowo zabrać karimatę (ulralekką z pianki EVA). Przydaje się ona też podczas noclegów w chatkach (które zdecydowanie preferuję), ponieważ materace będące na wyposażeniu chatek nie są ciepłe. Kładąc karimatę na materacu chatkowym zachowuje się jego wygodne wymiary, a podnosi termikę. 

Mimo że posiadam śpiwór zimowy, nigdy go nie używam. Wolę zimowe combo złożone ze śpiwora trzysezonowego, niezastąpionej Zebry Robertsa (opisanej najszerzej w podsumowaniu CDT), kurtki puchowej i spodni puchowych Roberts Rambler z botkami puchowymi oraz puchowej kominiarki-kaptura. Razem mają 1100 kg puchu. W tym roku wzięłam jeszcze dodatkowo cienki śpiwór Cumulus Magic 125 Zip, który narzucałam na wierzch.

Tego rodzaju combo to ukłon w kierunku filozofii ultralight, która skupia się na maksymalnym wykorzystaniu posiadanego sprzętu. Combo jest dużo bardziej praktyczne i zajmuje mniej miejsca niż zabierany osobno śpiwór zimowy i do tego kurtka i spodnie, niewykorzystywane nocą.

Mój obecny zestaw ma jednak podstawową wadę - nie jest odporny na wilgoć. Kurtka i spodnie pozostają suche, ale punkt rosy wypada w śpiworze, gdzie skrapla się para wodna, a suszenie jest możliwe tylko w chatkach i przy ognisku (w słońcu w bardzo ograniczonym wymiarze). Skutkuje to utratą części loftu. Przy niewielkiej ilości biwaków nie stanowi to problemu, ale w przyszłości zaopatrzę się w zimową wersję Zebry z wodoodpornym pokryciem oraz wypróbuję VBL w śpiworze. VBL bowiem można stosować także na całym ciele, jako wkładkę lub kombinezon z nieprzepuszczalnego materiału, ubierany na cienką bieliznę. Wilgoć może potem odparować w bieliźnie, zamiast gromadzić się w śpiworze.




Ubranie

Puchowe ubranie: kurtka, spodnie i botki uważam za niezbędne zimą. Kurtka ma 250 g puchu, spodnie około 200 g. Każdy turysta pamięta żeby zabrać kurtkę puchową, natomiast spodnie to temat lekceważony. A przecież znajduje się w nich połowa naszego ciała. Botki przypinane do spodni zamkami błyskawicznymi są bardzo wygodne, można je odpiąć i chodzić w butach, a przypiąć do spania. Są też wyposażone w ochraniacze, ale uwaga, gromadzi się w nich wilgoć. Podeszwa z karimaty nieźle izoluje - ochraniacze są doskonałe jako kapcie w chatce.




O ubraniach, które noszę zimą mogłabym, i pewnie to zrobię osobno, napisać wiele. Tutaj jednak opiszę tylko pokrótce swój aktualny zestaw:




Pierwsza warstwa jest wełniana, to bielizna merino Smartwool o gramaturze 250 g/m². Przy większym mrozie zamieniam getry na legginsy Kwarka z grubego polaru.

Druga warstwa, warstwa termiczna, to bluza Polarna Mini Kwarka. To świetna, bardzo ciepła bluza. Ma termikę dwóch polarów, jest dość odporna na wiatr. Przy braku wiatru było mi w niej zupełnie ciepło przy -27°C, z koszulką wełnianą pod spodem. Nie jest bardzo elastyczna, ale wystarczająco. Ma wysoki kołnierz i krótki zamek (maczałam palce w prototypie). Oddycha bardzo dobrze, ale przy większym wysiłku można ją zapocić, po zdjęciu bluzy woda w niej wtedy zamarza. W zwykłych okolicznościach na powierzchni osadza się szron, który można strzepywać. Nocą stanowi doskonałą poduszkę - spać w niej nie należy, bo izoluje "zbyt dobrze" i nie pozwala ciepłu przedostać się do śpiwora.

Oprócz tego miałam jeszcze koszulkę Kwark Brzydkie Kaczątko, jednak nigdy nie było tak zimno żebym musiała zakładać ją jednocześnie z wymienionymi wyżej warstwami. Używałam jej za to jako drugiej warstwy kiedy zrobiło się za ciepło na bluzę Polarną.




Od lat używam tych samych spodni Arc'teryx Gamma MX, softshellowych, z polarową wyściółką. Mają dużo kieszeni, są bardzo mocne i lekko elastyczne. Wygodę zwiększa panel w kroku.

Ponieważ mam problemy z niedokrwieniem marznę w uda i biodra. W tym roku dostałam do testów "etolę" Kwarka z syntetyczną ociepliną. Jest to rodzaj pareo zawijanego wokół bioder. Wynalazek sprawdził się nadspodziewanie dobrze, było mi w nim zupełnie ciepło nawet przy -27°C.




Zestaw dopełniała wiatrówka, obecnie Kwark Costabona. Jest dość obszerna żeby pomieścić wszystkie warstwy. Mam ją już rok i DWR wciąż działa, woda perli się przez jakiś czas na powierzchni materiału. Costabona sprawdza się przy niewielkim wysiłku fizycznym, jednak przy większym Pertex Microlight, z którego jest uszyta nie nadąża z oddychalnością. Szron osadza się po wewnętrznej stronie. Kaptur mógłby być obszerniejszy, mieć daszek i wyższą gardę. Przy silniejszym wietrze wolałam założyć starą kurtkę przeciwdeszczową Patagonia Alpine Houdini (już nieprodukowaną).

Długo nie lubiłam nosić buffów, ale ostatnio się do nich przekonałam. Cienki syntetyczny miałam na zapas w kieszni, a na szyi prawie cały czas wełniany Buff merino w wersji light. Wersja original jest dla mnie za ciepła, nawet przy niskiej temperaturze. Zdarzało się kilkakrotnie że buff zalodził i zaszronił się od oddechu, choć starałam się nie mieć go ani na ustach ani w zasięgu oddechu. Jest to pewien kłopot kiedy nie ma jak suszyć ubrań, aczkolwiek występuje tylko jeśli jest mniej niż -20°C. Pozostaje przekręcać buff od czasu do czasu tak żeby lód nie dotykał skóry (bo to może przyprawić o odmrożenie).

Czapki lubię nosić na cebulkę. Najpierw wełnianą Arc'teryx RHO AR Beanie (kiedyś uchodziła za najlepszą i najbardziej obszerną, ale z roku na rok szyją ją coraz mniejszą i niestety nie mogę jej już polecać), jako drugą wełnianą zakrywającą uszy, z materiału o strukturze Powerstrechu, czyli z meszkiem w środku, firmy Icebreaker, niestety nieprodukowanej. Myślę, że w przyszłości spróbuję jeszcze dołożyć trzecią, z Powerstrechu.

Pod czapki zakładam jeszcze daszek, ten sam co latem, Dynafit React Visor. Chroni od słońca i wiatru, dzięki czemu nie łzawią oczy.



Rękawiczki również noszę na cebulkę. Polecam artykuł o doborze rękawic. Jako pierwszą podstawową warstwę ubieram palczaste rękawiczki Kwarka z Powerstrechu, dalej idą rękawice polarowe tej samej firmy, a w razie opadów śniegu i silnego wiatru łapawice membranowe. Wypróbowałam podczas pobytu w Szwecji model Salewa Ortles PTX 3LOvermitt. Nie oddychają one aż tak dobrze jak poprzednie Arc'teryx Beta AR Mitt i mają drobny meszek pokrywający od wewnątrz materiał, który gromadzi wilgoć. Jednak nie miałam z nimi większych problemów.




Nie posiadam na razie gogli narciarskich, mam wątpliwości co do tego jak będą współpracowały z okularami korekcyjnymi. Przy silnym mrozie już na samych okularach pojawia się szron. Podobnie jak na pustyni, na śniegu zakładam na okulary magnetyczne nakładki przeciwsłoneczne. Co ciekawe w lutym słońce było jeszcze tak nisko, że nawet w bezchmurny dzień mogłam iść bez nich, ale to kwestia indywidualna.


Kuchnia

Palnik i gaz

Wybór palnika zależy od rodzaju paliwa, jakie jest dostępne. Ponieważ zimą albo wędruję po Polsce, albo wyjeżdżam do Skandynawii naturalną rzeczą jest, że wybieram najwygodniejsze w użyciu paliwo, czyli gaz (kartusze nakręcane). Palnik zimowy różni się od palnika letniego - powinien umożliwiać spalanie gazu płynnego, ponieważ gaz nie paruje w niskich temperaturach (butan -0,5°C, izobutan -10°C, propan -42°C). 

Za najpraktyczniejsze rozwiązanie uważam palnik z wężykiem i podgrzewaczem (dzięki niemu parowanie gazu następuje na końcu rurki). Pasuje do każdego rodzaju i rozmiaru garnka, można więc go używać w różnych sytuacjach. Ponieważ gotuję albo w chatkach albo w namiocie, a nie na zewnątrz, nie używam osłony przeciwwietrznej.



W kartuszach znajdują się różne mieszanki. Mieszanka letnia to propan/butan, przejściowa propan/izobutan/butan, zimowa propan/izobutan. Z tego co zauważyłam, w Skandynawii mieszanki letnie są rzadko sprzedawane. Kłopot polega na tym, że początkowego zapłonu dokonuje się na kartuszu postawionym normalnie, gwintem do góry, a tego nie da się zrobić dysponując tylko butanem. Po podgrzaniu ogrzewacza odwraca się kartusz i wtedy mieszanka spala się równomiernie, ściekając przez rurkę. W pewnym momencie jednak propan się kończy i pozostaje tylko butan, wymagający podgrzania (w śpiworze czy pod kurtką).

Istnieje możliwość użytkowania czystego propanu, jednak propan nie jest sprzedawany w kartuszach turystycznych - trzeba napełnić kartusz samemu. Przy podróżach samolotem, gdzie przewóz gazu jest niedozwolony, nie ma to sensu, dlatego nigdy tego nie praktykowałam, ale mam znajomych, którzy praktykują i są zadowoleni. Trzeba pamiętać, że czynność napełniania wymaga wiedzy i ostrożności.

Do odpalenia gazu używam zapalniczek Mini BIC, tak jak latem. W zapalniczce również znajduje się gaz, jest to przeważnie butan, więc wymaga kilkunastosekundowego podgrzania (za gumką od getrów).


Garnek i topienie śniegu, łyżka

Musimy pamiętać, że palnik zimą nie służy tylko do zagotowywania wody, ale też i do topienia śniegu. Czynność ta jest czasochłonna, a przy tym woda z topionego śniegu nie jest zdrowa - to woda destylowana, która wypłukuje z organizmu elektrolity.

Topiąc śnieg należy zawsze pamiętać żeby na dno nalać nieco wody, co zabezpiecza garnek przed przypaleniem. Jest to szczególnie ważne w przypadku garnków tytanowych, które w wysokiej temperaturze się odkształcają.

Zimą używam garnka Evernew Ti Ultra Light Pot ECA252R, który inaczej niż mój letni Evernew jest rondlem. Szersze dno lepiej współpracuje z szerszym palnikiem o większym płomieniu, ponadto łatwo operuje się długą rączką (także w ognisku i podczas pobierania wody ze strumienia). Jego pojemność to tylko 0,9 l, co może się wydawać mało, ale dla mnie wystarcza - pełen garnek to pełen termos.

W niezbyt surowych warunkach używam tytanowej łyżki, natomiast spodziewając się mrozów poniżej -20°C zabieram łyżkę plastikową na wszelki wypadek - przymarznięcie skóry do metalu powoduje jej oderwanie...




Termos i butelka

Jeżeli chodzi o spożywane płyny to trzymam je w dwóch pojemnikach: w termosie i butelce Nalgene z tworzywa. Oprócz tego mam jeszcze butelki PET, które w ciągu dnia są puste. Używam ich w chatkach, gdzie wiem, że nie zamarzną. Nie są niezbędne, ale na pulce nie przeszkadzają, a ułatwiają życie.

Termos to najlżejszy "Thermos", ma niecały litr. Nauczyłam się żeby zawsze wycierać zawsze wilgoć z gwintu, inaczej korek przymarza. Im mniej płynu i więcej powietrza tym też bardziej zasysa, dlatego nie należy go mocno dokręcać. Kubek również przymarza, ale jak się dowiedziałam nocując pod wiatą z Kasią i Edkiem, pomaga postukanie i rozbicie lodu.




Butelkę tym razem wzięłam z HDPE, a nie z tritanu (jest lżejsza), ale był to ostatni raz - wersja z HDPE chłonie zapachy i śmierdzi, a do tego odkształca się, bo jest bardziej elastyczna. Butelkę napełnioną ciepłym płynem w ciągu dnia trzymam zawiniętą w kurtkę puchową w plecaku. Nawet przy duzym mrozie zawartość pozostaje ciepła przez wiele godzin.


Łopata, zestaw naprawczy i surwiwalowy

Do prac obozowych, jak wyrównywanie powierzchni pod namiot, odkopywanie drzwi do chatek i toalet niezbędna jest łopata. Posiadam aluminiową łopatę lawinową z karbonowym trzonkiem Arva Ultra. Przez jakiś czas zastanawiałam się czy nie wystarczyłaby mi łopata plastikowa, jednak właśnie przekonałam się, że absolutnie nie. Kiedy najechałam na kałużę wody na zamarzniętym jeziorze i na ślizgach moich nart wyrosła momentalnie bryła twardego lodu, łopata była jedynym narzędziem, którym mogłam ten lód odłupać. Nóż uszkodziłby narty. Ponadto metalowa łopata przydaje się jako podstawka pod palnik w namiocie.



Zimą zabieram nieco bardziej rozbudowany zestaw naprawczy, zawierający dodatkowo srebrną taśmę i sznurek z dyneemy. Mam też trytytki, które jednak podobno pękają na mrozie - jeszcze nie używałam, więc nie potwierdzam, ale pewnie jest tak jak mówią.

Do kosmetyczki dokładam wazelinę do smarowania twarzy (myślę, że niezły byłby też linomag), krem filtrem, sztyft do ust i zestaw elektrolitów, które jednak nie są wystarczające, niestety.

W zapasie miałam plastry do tapingu, jakimi oklejają wystające części twarzy (nos, kości policzkowe) biegacze narciarscy - w założeniu powinny chronić przed odmrożeniami. Nie użyłam ich, ponieważ choć było bardzo zimno, to nie było wiatru.

Od niedawna zabieram zimą "prawdziwy" nóż, Roselli Carpenter, który bardzo ułatwia rozpalanie ognia, bo można nim strugać drewno w piórka. Przydaje się też do krojenia sera i innych rzeczy :-) Latem, na długi dystans, oczywiście bym go nie zabrała.

Zawsze noszę też parafinę na rozpałkę i świeczkę, jako chatkowe oświetlenie.




sobota, 27 marca 2021

Szwecja: Na nartach wzdłuż Öreälven

Ostatni etap zimowej podróży do Szwecji miał miejsce nad rzeką Öreälven. Biegnie nad nią szlak Öreälvsleden, który miałam od dłuższego czasu na oku. Zaczyna się on (lub kończy) nad morzem, u ujścia rzeki, całkiem niedaleko od Örnsköldsviku, w którym znalazłam się po zakończeniu zimowej przygody na Höga Kusten

Choć pogoda nadal nie sprzyjała, bo panowała odwilż i śnieg zrobił się niewiarygodnie grząski, postanowiłam spróbować wędrówki w górę rzeki. Choć wydawało się, że dojazd nie powinien zająć dużo czasu, to najpierw musiałam cztery godziny czekać na pociąg (nie udało mi się kupić biletu na wcześniejszy, bo w Szwecji również sprzedaje się tylko połowę miejsc), a potem jeszcze dwie na autobus z Nordmaling do skrzyżowania ze szlakiem (próbowałam łapać stopa zanim się ściemniło, ale bez skutku). Kiedy wysiadłam było już kompletnie czarno. Przystanek był niesamowicie oblodzony, jechałam na butach... Na drodze równoległej do szlaku żwir. Przeszłam kilkaset metrów i podążając za wskaźnikiem w telefonie zlokalizowałam szlak - pokrywał się ze skuterowym, choć istniał tylko na ekranie, nie było żadnych szlakowych znaków. Zeszłam w dolinę, kręciłam się długo w poszukiwania wiaty. Ani wiat, ani chatek, nie zaznaczono w nawigacji, miałam tylko ogólny plan, na którym naniesiono ich lokalizację w przybliżeniu. Zapadałam się nawet na szlaku skuterowym, a kiedy chciałam zrobić rekonesans stodoły, okazało się że muszę brodzić w śniegu sięgającym bioder. Stodoła była zawalona rupieciami, obok stał zamknięty kontener. Nieco dalej los się do mnie uśmiechnął - zauważyłam mały domek, lepszą stodołę, ale na pewno stodołę, bo w dziurawym dachu nigdy nie było otworu na komin. Drzwi były uchylone. Podłoga była z desek, ale usiana drobinkami szkła (miałam karimatę, którą podłożyłam pod materac. Udało mi się przymknąć drzwi, powiew wiatru dochodził więc tylko przez szpary i dziurę po rozbitej szybie w oknie. 




Lekki zapach stęchlizny nie przeszkodził mi w nocnym spoczynku. Doskonale się wyspałam. Śnieg nocą odrobinę stwardniał. Kiedy wychodziłam zaczął już mięknąć, ale póki co miałam przed sobą wyjeżdżoną trasę dla skuterów, biegnącą skrajem drogi.





Ślad skończył się niespodziewanie na sporej łące, gdzie skutery wywijały pętle, a ich właściciele wracali do domów. Tam też jednak zauważyłam pasek czerwonej farby, obłażący ze starego drzewa. To musiał być szlak! Prowadził dalej tuż nad wodą, przez łęgowy las. Rzeka płynęła bystro, nie była całkiem zamarznięta, choć jej brzegi były obwarowane zwałami kry. Lawirowałam między drzewami dość sprawnie, śnieg był jeszcze dość twardy. Jedyne ślady jakie napotykałam to były wielkie ślady zapadających się łosi. Musiało ich być sporo, bo co chwilę wpadałam też na legowisko, w którym łoś spał.







Z czasem robiło się coraz cieplej, słońce grzało jak wiosną. Podciągnęłam rękawy i... odkryłam, że zgubiłam zegarek! Mam go od bardzo dawna, przeszedł ze mną wszystkie długodystansowe szlaki, nie wyobrażałam sobie go stracić. A już mi się to kiedyś zdarzyło - zgubiłam poprzedni zegarek na Islandii. Akcja poszukiwawcza rozpoczęła się natychmiast. Zostawiłam pulki i pojechałam z powrotem, zaglądając w każdy zakamarek. Po 20 minutach dojechałam na skrzyżowanie, przy którym pamiętałam że było dużo przeciągania linek od pulek. Był tam, leżał w błocie pośniegowym! Ależ się cieszyłam...




Wróciłam, zapięłam uprząż i ruszyłam dalej. Zrobiło się bardzo ciepło i teraz śnieg rozmiękł na dobre. Musiałam omijać dziury po łosiach i jednocześnie starać się nie wkładać do nich kijków - znikały w czeluści aż po rękojeść.









Odcinek ścieżki nad rzeką nie był tak naprawdę długi. Znów wyszłam na drogę. Niestety warstwę lodu pokrywała warstwa żwiru. Powlokłam po niej pulki, ale czułam że szorują. Po jakimś czasie obok drogi pojawił się szlak skuterowy i szłam nim dość długo, ale potem znowu gdzieś skręcił. Szłam trochę bokiem, zaspą która się utworzyła na skutek odśnieżania. Prawdziwe problemy zaczęły się na głównej drodze, bo tutaj był goły asfalt, a bokiem iść nie było można, bo co chwilę pojawiała się wyrwa w postaci drogi dojazdowej do czyjegoś domu. Nie było innego wyjścia jak tylko załadować wszystko - dwa plecaki, sanki i narty przypięte do tego wszystkiego - na plecy. Czułam jak uginają mi się kolana...





Wkrótce pojawiła się alternatywa w w postaci skuterowej dróżki w głębi lasu. Okazało się, że to właśnie był szlak. Po kilkuset metrach przeskakiwał na drugą stronę i znów musiałam się przeładować, ale za skrzyżowaniem czekał wspaniały długi leśny odcinek. Płaski i z idealną nawierzchnią pod narty. Las nie był może rewelacyjny - sosnowy las gospodarczy - ale ładna pogoda i łatwy szlak zmieniają perspektywę.








W Torrböle szlak w niewiadomy sposób miał przekroczyć rzekę, spodziewałam się mostu wiszącego i chciałam go uniknąć. Nie było zresztą żadnej ścieżki, którą byłabym w stanie znaleźć - skuterowy szlak dochodził tylko do drogi. Przejechałam więc mostem drogowym, obok którego była grillowa wiata, z widokiem na wspaniałe bystrza. Droga dochodziła do głównej, na której znów spotykała się ze szlakiem. Ciągnęłam pulkę poboczem, tak żeby tylko boczną ścianą szurała o żwir.





Wieś była śliczna, zwłaszcza w chylącym się ku zachodowi słońcu wyglądała ślicznie. Konie stały na śniegu, chciałam zrobić zdjęcie, ale uciekały. Zjazd do doliny był stromy i zlodowaciały, musiałam założyć hamulec. W dolinie słońca nie było już widać, schowało się za drzewami. Wokół były łąki, latem pewnie wspaniale kwitnące. Było mnóstwo śladów skuterów, ale po słupkach poznałam który wybrać. Wszedł on w nadrzeczny las, gęsty, ale przecięty ścieżką. Po kilkuset metrach ścieżka się skonczyła, a skuter zawrócił, wplątawszy się w gałęzie. Widać było, że kierowca wysiadł żeby się wyplątać. Takie jest zawsze ryzyko podążania śladem skutera - albo się będzie kontynuował, albo nie, nie można tego przewidzieć. Próbowałam iść dalej, ale nie było to możliwe. Na rzece był ślad, ale stary, już pojawiła się na nim woda. Skarpa schodziła stromo, gąszcz krzewów nieprzebyty. Ani jednego znaku. A pozostało mi jeszcze ładnych parę kilometrów. Niestety musiałam zawrócić, wygramolić się na drogę, znów założyć wszystko na plecy i iść pieszo asfaltem.






Nie była to uczęszczana droga. Przejechały pędem dwa samochody, potem zrobiło się ciemno. Szłam z czołówką. Z ulgą przywitałam brzoskwiniowe światło latarni w Hummelholmie. Nie miałam już siły i znów spuściłam sanki na żwir. Wtedy nadjechał trzeci samochód. Starając się nie świecić kierowcy w oczy czołówką zamachałam. Auto się zamachało, starsza pani, jak zwykle w Szwecji, mówiła po angielsku. Wyjaśniłam skąd się tu wzięłam (widziała mnie już wcześniej, zastanawiała się któż to może być i co tu robi - widocznie stanowiłam egzotyczny widok) i gdzie chcę dojechać, a wtedy okazało się, że kobieta wraz z mężem opiekuje się chatką dla wędkarzy, która była moim celem na ten wieczór. Zaproponowali, żebym wrzuciła bagaż na skuter, to było takie połączenie quada i skutera, i dała się podwieźć do chatki, bo po nocy trudno mi będzie ją znaleźć, była w głębi lasu. Bardzo podziękowałam i zgodziłam się. Chatka była śliczna, widać że zadbana. Było w sam raz drewna żebym mogła rozpalić i żeby jeszcze zostało. Na stole obrus, świecznik. A ja taka zmęczona... Księżyc świecił tej nocy bardzo jasno.





Słońce zajrzało przez okna wcześnie, zapowiadał się kolejny piękny dzień. Oznaczało to też, że warunki narciarskie nadal będą fatalne... Na razie jednak zajęłam się tym, co najprzyjemniejsze, czyli śniadaniem.





Po śniadaniu wjechałam w las. Öreälvsleden ma miejscami różne przebiegi, jeden prowadził szlakiem skuterowym, a drugi nad rzeką. Spróbowałam tego nad rzeką, ale musiałam wrócić, bo był straszliwie stromy. Nie da się podchodzić schodkami, jednocześnie zapadając do kolan.

Na skuterowym szlaku było za to doskonale. Zaraz i on znalazł się nad rzeką i połączył z leśnym. Za jakiś czas znów się rozdzieliły, a potem znów połączyły. 








Dolina rzeki miała wybitnie urozmaicone ukształtowanie. Strome brzegi opadały, ale były jeszcze boczne doliny i niespodziewane wzniesienia. Ślad skutera dobił do skarpy... I zawrócił. Zawiedziona również wróciłam i pojechałam drogą do gospodarstwa, które wyłoniło się z pól.





Miałam szczęście spotkać tam bardzo miłych ludzi. Też się zastanawiali cóż to za pomysł... Dowiedziałam się, że choć Öreälvsleden na mapie wygląda płasko jest szlakiem wybitnie górzystym, zbyt stromym dla skuterów, dlatego nikt nim nie jeździ - i żebym nie liczyła na ślad. Miła dziewczyna zabrała mnie autem do wsi, w której mieszkała, na początek kolejnego szlaku skuterowego.




Ślad był szeroki i wyjeżdżony, widać bardzo uczęszczany, choć nikogo na nim nie spotkałam, dopiero kiedy rozgościłam się w drugiej z kolei chatce, nadjechał młody chłopak i długo z kimś konferował przez telefon, usiłując rozeznać się w schematycznym przedstawieniu okolicznych tras na tablicy informacyjnej. Do pierwszej chatki zajrzałam tylko na krótko, było jeszcze wcześnie, a przy drugiej miał być wodospad. Dawniej była jeszcze trzecia, we wsi, ale dowiedziałam się, że niedawno spłonęła, po jakiejś hucznej imprezie.




Wodospad, a raczej kaskada, rzeczywiście była imponująca. Woda huczała tak głośno, że słychać ją było w chatce. Standard tej chatki nie był wysoki, nie było wcale drewna, walało się trochę śmieci (pozbierałam). Widać było, że odwiedzają ją skuterowcy, a nie wędrowcy.








Choć nie było bardzo zimno, nie miałam ochoty siedzieć cały wieczór w chłodzie. Wzięłam cokolwiek tępą piłę i ruszyłam na poszukiwanie opału. Niedaleko leżało zwalone drzewo, sterczały z niego konary, wyglądające na zupełnie suche. Trudność stanowiło przepiłowanie ich na ukos. Wyglądało na to, że dobrałam się do smolnych szczap - pachniały żywicą, choć były suche. Udało mi się odpiłować jedną gałąź, porąbać siekierą też. Stwierdziłam, że to wystarczy, bo znalazłam też trochę suchych gałęzi, które silny wiatr strącił z drzew.






Rano zapodałam sobie ryż na mleku z orzechami i owocami, jak zwykle przygotowałam termos herbaty (imbirowej, czarna parzona na wodzie z topionego śniegu to katastrofa, a do rzeki bałam się wpaść).







W Agnäs (nazwa wsi brzmiała jak moje imię) szlak skuterowy definitywnie oddzielał się od pieszego. Tylko skuterowy był dla mnie osiągalny, a najbliższa miejscowość oddalona tylko o 11 km. Już od poprzedniego wieczora snułam plany odwrotu, a chmury, z których nagle zaczął padać deszcz ze śniegiem jeszcze bardziej zachęcały do zakupu biletu na pociąg i drugiego na prom.







Szlak do Bjurholmu nie był ciekawy, tylko końcówka przez las była niezła, poza tym trzymał się twardo słupów elektrycznych. Było też mnóstwo twardych muld, a lód rysował mi narty. Źle się po tym jechało.

Bilety kupiłam jeszcze zanim doszłam do miasteczka, bo bałam się, że zostaną wykupione i gdzieś po drodze utknę. Poszłam do obu sklepów spożywczych zaopatrzyć się na drogę i zasiadłam w poczekalni. Obok drzwi wisiała kartka z tekstem w języku polskim, ostrzegająca że sięga tam miejski monitoring i o wszelkich kradzieżach i rozbojach zostanie powiadomiona policja.

W autobusie natychmiast pożałowałam decyzji o powrocie. Mój los został przypieczętowany, co gorsza sama go sobie przypieczętowałam. Ogarnęła mnie niewypowiedziana żałość. W dal odpływały lasy, zaśnieżone wzgórza, szumiące rzeki i lampki w oknach czerwonych domków. W dal odpływała względna wolność i swoboda jedynego w UE kraju, który stanął okoniem wobec powszechnego szaleństwa.

Ponieważ jednak nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a udogodnienia, nawet tak upadłej jak nasza cywilizacji, mają swoje zalety, wsiadłam w Umeå do pociągu. W życiu każdego włóczęgi przychodzi taka chwila, że jest on gotów oddać wolność za mydło i ciepłą wodę.

Mam nadzieję, że nie na długo.

Pociąg sunął gładko, a że udało mi się dostać tanio leżankę, spałam całkiem wygodnie. Rano byłam już w Sztokholmie, gdzie szybko przesiadłam się w pociąg do portowego Nynäshamn. Naciągnęłam obsługę terminalu na przechowanie bagażu i kilka godzin spędziłam w mieście. Była cudowna, wiosenna pogoda, żaglówki kołysały się na morzu, kaczki przechadzały po brzegu.











W poczekalni spotkałam Włocha, który mieszka od 20 lat w Grecji, Alessandro. Okazał się szalenie ciekawą osobą, od razu rozpoznaliśmy w sobie bratnie dusze. Alessandro wybierał się do Polski żeby iść pieszo do Grecji - przez Słowację i Bułgarię, jak tylko to będzie możliwe. Niedługo prawdopodobnie zobaczycie go w kolejnej relacji, ponieważ aktualnie utkwił w Polsce...