wtorek, 23 sierpnia 2016

Chřiby i Velka Moravá - wycieczka historyczno-przyrodnicza

Ja i moi nowozelandzcy przyjaciele Lukaš i Annette powiedzieliśmy sobie w kwietniu "do zobaczenia w Europie". Obietnicy dotrzymaliśmy, spotkanie odbyło się w Czechach, a dokładniej na Morawach, skąd pochodzi Lukaš. Annette musiała dojechać z Freiburga i miała najdalej, mnie podróż wygodnym pociągiem do Ołomuńca z Cieszyna zajęła tylko dwie godziny.
 
 
Plan wycieczki został ułożony przez Lukaša i zakładał zwiedzenie Ołomuńca, a potem przemieszczenie się do jego rodzinnego Starego Mesta u Uherskeho Hradiste (sama nazwa zawsze brzmiała dla mnie niezwykle romantycznie) i trzy i pół-dniowa wycieczka w Pasmo Chřiby, zachodni skrawek Karpat.
 
Wbrew mojemu wcześniejszemu wyobrażeniu Karpaty nie kończą się na rzece Moravie, ale kontynuują się na jej zachodnim brzegu w postaci Karpat Środkowomorawskich. Jednym z czterech tworzących je pasm są Chřiby, charakterystycznie wypiętrzone niewysokie góry, widoczne z linii kolejowej łączącej Ostravę z Breclaviem, a w szerszej perspektywie Polskę z Austrią. Kto kiedykolwiek jechał pociągiem z Polski do Wiednia na pewno widział je po drodze. Sama zawsze z ciekawością spoglądałam w tamtą stronę i miałam ochotę wybrać się tam na wycieczkę.

Kiedy znalazłam się na zatłoczonym ołomunieckim dworcu usłyszałam skądś "Agnes!", odwróciłam się w tamtym kierunku i oto byli tam Lukaš i Annette, wcale się nie zmienili od naszego ostatniego spotkania, a ja zapiszczałam z radości :-). Udaliśmy się tramwajem do centrum i pokręciliśmy się po zabytkowym centrum, rozpoczynając zwiedzanie od katedry św. Václava, a kończąc na podziwianiu panoramy z wieży widokowej kościoła św. Marcina. Podobnie jak inne miasta na Morawach zabudowa Ołomuńca stanowi specyficzną, wręcz egzotyczną i dla mnie bardzo miłą mieszankę klimatu autro-węgierskiego i socrealistycznego.
 
  
 
 
 
Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na grilla do taty Lukaša, mieszkającego w pobliskiej miejscowości, w której też zostaliśmy na noc, a rano pojechaliśmy pociągiem do Starego Mesta u Uherského Hradiště (kocham tą nazwę!) i zamelinowaliśmy się u dziadków Lukaša.
 
 
Byłam niezwykle uradowana tym, że umiałam się dogadać z dziadkiem i babcią, wykrztusić umiałam niewiele, ale rozumiałam wszystko i sama byłam rozumiana. Meruňkova slivovice je nejlepší! Mój czeski jest coraz lepszy :-).
 
Mieliśmy ambitniejsze plany, ale skończyło się tego dnia na zwiedzaniu miasta. Ruiny prastarej świątyni były już niestety zamknięte, ale nie miała to być ostatnia świątynia, więc bez większego poczucia straty zajrzeliśmy do muzeum przez szyby i powędrowaliśmy do miasta.
 
Moją uwagę zwróciły typowo morawskie żółte elewacje budynków, takiego odcienia żółtego koloru nie ma nigdzie indziej na świecie :-). Miasteczko ma 20 tysięcy mieszkańców, więc jest dwa razy mniejsze od Cieszyna. Ma za to dwa rynki i dworzec kolejowy, który wygrał konkurs na najładniejszy dworzec w Czechach (jest to dworzec Uherskim Hradištu, a nie ten główny w Starym Meście).
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Następnego dnia około południa rozpoczęliśmy wędrówkę, kierując się na Velehrad. Pierwsze kilka kilometrów podążaliśmy wyasfaltowaną ścieżką rowerową, wzdłuż której ustawiono słupy Drogi Krzyżowej. Jako że zaczynał się weekend i była ładna pogoda co chwilę musieliśmy schodzić na bok i iść gęsiego, tylu było rowerzystów. Annette wyznała mi, że irytują ją moje nowe stuptuty - nie są niebieskie jak poprzednie, tylko wściekle kolorowe i nie może się przyzwyczaić do patrzenia na nie, kiedy idę przed nią :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Okolice, które przemierzaliśmy były zamieszkiwane już od Paleolitu, a szczególny rozkwit przeżyły we wczesnym średniowieczu, wtedy w miejscu gdzie obecnie jest Stare Mesto funkcjonowało rozległe osiedle, a gród był centrum Państwa Wielkomorawskiego. Wzdłuż Moravy przebiegał Szlak Bursztynowy. Zabytków z tego okresu jest całe mnóstwo.
 
W Velehradzie zwiedziliśmy najpierw skansen, całkiem sympatyczny, z domami zbudowanymi na kształt różnych okolicznych znalezisk. Ze szczytu drewnianej wieży dostrzegliśmy Białe Karpaty na horyzoncie, a ja także wyimaginowanych węgierskich najeźdźców :-). Czym prędzej opuściliśmy wieżę... 
 
 
 
 
Po zwiedzeniu skansenu wdrapaliśmy się wyżej na pagórek, na którym były pozostałości kościoła z IX wieku, podobno najstarszego kościoła w Czechach. Obok zbudowano jego replikę. Tam urządziliśmy sobie przerwę, a na dalszym planie zobaczyliśmy już cel naszej wycieczki - charakterystyczne szczyty Chřibów.
 
 
 
 
 
Następnie ruszyliśmy w kierunku bazyliki św. Cyryla i Metodego, w której właśnie odbywało się nabożeństwo. Poszliśmy jeszcze na lody i okrągłe wafle z cienką warstwą orzechowego nadzienia - oplatky.
 
 
 
Z radością sfotografowałam znaki naszego czerwonego szlaku. Choć nie planowaliśmy się go trzymać to nie oddalaliśmy się od głównego szlaku Chřibów. Wywiódł nas niebawem znów na rowerową ścieżkę, w las. Ku mojemu zaskoczeniu zupełnie jak w Polsce po wsiach i przy ścieżkach dużo było kapliczek.
 
 
 
 
 
W głęboki las skręciliśmy kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Nazwy zdobywanych wierzchołków wieściły obecność różnych dziwów i strachów, więc i nam zrobiło się trochę straszno...
 
 
Mieliśmy zamiar zanocować w przestronnej wiacie z paleniskiem, ale była już okupowana przez hałaśliwych młodych ludzi, więc zdecydowaliśmy się zdobyć najwyższy szczyt Chřibów Brdo (586 m n.p.m.), a tam również znaleźliśmy wiatkę, pod którą rozłożyliśmy się po krótkiej naradzie. W plecakach mieliśmy kiełbaski i pomimo jasno wyrażonego na tabliczkach zakazu palenia ognisk postanowiliśmy rozpalić ogień minimalnych rozmiarów, akurat taki na trzy kiełbaski. Bawiłam się przy tym świetnie, podsycając ogień tak żeby spłonęły wszystkie patyczki, aż Lukaš stwierdził ze śmiechem, że wyglądam jak "kromanionec", czyli człowiek z Cro Magnon :-P Tak też się czułam!
 
 
 
Wieżę widokową otwierano dopiero o 10, a my nie umieliśmy być gotowi później niż o 9, poszliśmy więc dalej bez oglądania panoramy. Szlaki były wyśmienicie oznakowane, małych wiat było więcej, a nawet coś takiego jak informacja do sczytania smartfonem przy błotnistym źródełku. Czyżby była dostępna lista żyjących w nim pierwotniaków?
 
 
 
 
 
Po jakimś czasie otwarł się przed nami sympatyczny widok na pagórki. Pierwszą atrakcją tego dnia były ostańcowe skałki: Velký i Malý Buchlovský Kámen. Zwiedziliśmy ciekawe formacje skalne, próbując z większym lub mniejszym skutkiem się na nie wdrapać.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Zeszliśmy potem do wsi Staré Hutě. Liczyliśmy na zakupy, ale sklep był już zamknięty i dopiero w następnej miejscowości Stupava znaleźliśmy otwartą gospodę. Tam zjedliśmy obiad testując nieznane potrawy i kupiliśmy pół bochenka chleba.
 
 
 
 
 
 
Chwilę później znaleźliśmy się w dzikich ostępach, tzn. do niebieskiego szlaku wiodącego grzbietem doszliśmy z doliny nieoznakowaną leśną dróżką. Na szlak trafiliśmy, a kawałek dalej znajdowały się ruiny dawnego zamku Střílecký Hrad. Przysiedliśmy na skale, z której widać było spory kawał kraju.
 
 
 
 
 
 
Następny punkt programu do kolejny zamek - Cimburk. Okazał się być w remoncie, ale był dostępny dla zwiedzających, więc zakupiliśmy bilety i weszliśmy na mury. Praktycznie od razu zaproponowano nam, że w zamian za wykonanie drobnych prac przy konserwacji zamku możemy zostać na noc. Wahaliśmy się trochę, ale ostatecznie postanowiliśmy zostać. Jak to zwykle bywa u naszych południowych sąsiadów, kolacja była zakrapiana. Ja poprzestałam na degustacji morawskiego wina, natomiast reszta towarzystwa preferowała lokalne piwo i śliwowicę. Na noc ułożyliśmy się pod przestronnym brezentowym namiotem, stwierdziliśmy jednak brak WiFi na wieży :-D
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Poranek rozpoczęliśmy od skrobania murów, zostaliśmy jeszcze na lunch (podobnie jak na kolację dostaliśmy tajską zupę), a następnie pożegnaliśmy ekipę i powędrowaliśmy w swoją stronę.
 
 
 
 
 
 

Pierwszym celem było grodzisko i ruiny innego kościoła z IX wieku, będącego prawdopodobnie ośrodkiem misyjnym św. Cyryla i Metodego - Grodzisko svatého Klimenta. Przy ruinach zbudowano małą kapliczkę, była tam księga gości, do której nas wpisałam. Wskutek podjęcia się prac remontowych na zamku mieliśmy trochę mało czasu, w dodatku gonił nas deszcz. Szlak prowadził nas w kierunku okazałego zamku Buchlov, ale musieliśmy jeszcze pokonać kawał lasu.

 
 
 
 
 
Podejście było ostre, ale zgodnie stwierdziliśmy, że tutaj, w Europie, jeśli idzie się pod górę, to jest po co się wspinać: na górze czeka zamek albo chociaż świetny widok. Na Te Araroa wspinaliśmy się na każdą górę, ale na szczycie z reguły nic nie było :-)
 
 
Niedługo potem podeszliśmy pod szczyt wzniesienia i ujrzeliśmy mury zamku Buchlov. Początki zamku sięgają XIII wieku, ale oczywiście od tamtej pory był wielokrotnie przebudowywany. Ze zwiedzaniem musieliśmy się niestety streszczać, bo właśnie zamykali. Zasiedliśmy więc pod zamkiem i wcinaliśmy lody zakupione w podzamkowej gospodzie, też właśnie zamykanej. Zbierało się na deszcz, było zupełnie cicho, ani jednego turysty. Z ławeczki przy lepszej pogodzie mielibyśmy piękny widok na Białe Karpaty, tym razem jednak nic z tego, tylko mglista równina w dole. Popędziliśmy żwawo w nadziei, że we wsi dostaniemy jeszcze coś do jedzenia - udało się!
 
 
  
 
 
 
W malutkiej wsi dostaliśmy jeszcze obiad, cieszyliśmy się szczególnie, bo właśnie rozpadało się na dobre. Kiedy odmaszerowaliśmy w kierunki domku letniskowego brata Lukaša chwilowo przestało. Domek był fajnie położony pod lasem, na dworze znów zaczęło padać, a my sączyliśmy Kofolę :-)
 
 
 
W nocy szumiał deszcz i rano nadal siąpił, więc wyjście wymagało przezwyciężenia niechęci wobec taplania się w błotku, im więcej kilometrów mamy na koncie tym większą niechęć żywimy wobec takich rzeczy :-) Czekał nas ostatni etap wycieczki - przejście do Velehradu (zatoczyliśmy pętlę) i z powrotem do Starego Mesta, tak aby w południe być już w pociągach. Pomimo mokrej pogody bardzo mi się podobał ostatni odcinek, wiejski krajobraz we mgle ma swój urok. Z pagórka nad Velehradem był piękny widok na wieś i bazylikę.
 
 
 
 
 
 
Dziękuję Annette i Lukašowi za udaną wycieczkę, a Lukašowi z osobna za ogarnięcie całej sprawy. Díky, ty vole!
 
Filmik z wycieczki znajduje się tu https://youtu.be/yfAquEzdvbs

2 komentarze:

  1. Nice article Agnes! Next time i will teach you how to drink Slivovice like Kromanonec :)

    OdpowiedzUsuń