czwartek, 1 czerwca 2017

Appalachian Trail: Harper's Ferry - Duncannon (Zachodnia Virginia/Maryland/Pennsylvania)

Kilka dni a trzy rozne stany! I sporo wydarzen. Wroce jeszcze na chwile do Harpers Ferry - tak wygladam udokumentowana w segregatorze, cos mi niestety nie chce sie to zdjecie przekrecic :-) Miasteczko bylo zabytkowe i urocze, a tuz za nim most na rzece Potomac wyznaczajacy granice Zachodniej Virginii i Maryland. Nie mialam szczescia do pogody - trafilam na burze i straszliwa zlewe. Za wszelka cene chcialam uwiecznik Potomac, co sie skonczylo aparatu, ktory nie wytrzymal takich ilosci wody, jakie spadaly z nieba. Pare dni nie dzialal lub dzialal tylko czasami. Juz myslalam ze bede kupowac nowy, ale zaczal znow dzialac i sie wstrzymalam. Niestety musialam niektore zdjecia robic telefonem.










Maryland nie byl zbyt ciekawy, ale za to krotki i szybki, kolejny 40-kilometrowy dzien trafil sie wlasnie w tym stanie. Przeszlam wiele autostrad, ale szlak trzymal sie w lesie, chocby tylko jedno pasmo wzgorz bylo porosniete lasem. Zaczely sie problemy z woda, bo okolice cywilizowane, nosilam kranowe na sporych odcinkach, a potem pozalowalam nie zabrania filtra, bo jedno ze zrodel bylo fatalne. Aktualnie mam problemy zoladkowe i zywie nadzieje, ze to nie pamiatka po tym paskudnym zrodelku.





Po drodze duzo pamiatek historycznych, pola bitew z Wojny Secesyjnej, pomniki, w tym taki ogromny i niezbyt piekny pomnik Jerzego Waszyngtona. Ladny widok z gory.







A potem juz niedlugo kolejna granica, granica Maryland i Pennsylvanii, a jednoczesnie Poludnia i Polnocy.





Pennsylvania od razu wygladala i pachniala (sosnami) inaczej, pare fajnych wiat i bardziej plasko, jednak ten stan slynie z tego, ze szlak jest w nim kamienisty i przez to trudno sie wedruje. Hikerzy Pennsylvanie nazywaja Rocksylvania :-)





Kilka razy szlak szedl przez parki, a na ogol znow lesnymi sciezkami, akurat zaczyna sie pelnia kwitnienia krzewow mountain laurel.











Kilka wiat mialo osobista opieke entuzjastow, ktory odwiedzali je codziennie.



No i wreszcie - polowa szlaku! Kazdego roku jest w innym miejscu, w tym roku w takim:





W poprzednich latach byla tutaj...





Tego samego dnia minelo 1100 mil!



Ostatnio padalo kazdego dnia, przez dwanascie dni wliczajac dzisiaj. Nie pada caly czas, wiec czasem da sie cos podsuszyc, ale wszystko jest nasiakniete wilgocia i smierdzi jak stare szmaty :-)



Tak wygladalo uroczne muzeum Appalachian Trail, fajne eksponaty, stare buty pierwszych thruhikerow itp., aparat wlasnie nie dzialal...



Jeden odcinek byl ekstra fajny, kluczacy miedzy skalami, jeszcze powinno byc wiecej takich.








Zapomnialam ostatnio wspomniec, ze wymienilam w polowie drogi buty i skarpetki na nowe,



Kolejna polowa drogi, tym razem z pomnikiem, a potem zaczely sie tereny rolnicze, zupelnie jak u nas. Pola, zagajniki, miedze. W srodku tego odcinka miejscowosc Boiling Springs, zalozona w XVIII wieku, ze sztucznym jeziorem zasilanym zrodlami.

















To pnacze to slodko pachnacy wiciokrzew, bardzo pospolity, zwisajacy z wielu drzew. Czesc kwiatkow jest zolta, a czesc biala.











Jak wspomnialam wczesniej, wciaz jest mega wilgotno. Dzis mialam w planie dluzszy dystans, ale zlapaly mnie te problemy zoladkowe i po 12 milach osiadlam w Duncannon. Miasto jest polozone nad moja ulubiona rzeka Sasquehanna, jak wszystko pojdzie tak jak zaplanowalam to jeszcze zobaczycie jej zrodla.





















Wraz z kolezanka Two Steps zostalysmy zgarniete przez Trail Angel, kobiete ktora akurat robila zakupy w tym samym supermarkecie i zaproponowala nam nocleg. Wreszcie jest okazja wyprac ubrania i wysuszyc puch!

Trzymajcie kciuki za moja forme, mam nadzieje, ze juz jutro bede znow smigac. Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Krajobrazy zrobiły się takie "swojskie", a odcinek nad autostradą bardzo podobny do tego między Mercer a Huntly w NZ:-) Jeśli "medykamenty" zawiodą i żołądek dalej będzie się buntował to może pora wreszcie "zalać robaka";-)
    Może nie tak dosłownie jak Twój aparat, ale kieliszek czegoś "mocnego" czasami lepszy od całej "chemii farmaceutycznej";-) Bo teraz kiedy masz już bliżej niż dalej, to chyba nie wymiękniesz?

    Zdrowia i lepszej pogody:-)

    Paweł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grypa zoladkowa zwalczona, aparat wysechl, ale zaliczyl upadek na skaly... Ja to amm pecha z tymi aparatami :-( No ale oczywiscie, ze nie wymieklam!

      Usuń
  2. trzymam kciuki mocno! Gek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę dobrą i wielokrotnie sprawdzoną metodą, jest kieliszek bardzo mocnej wódki z 1/4 łyżeczki drobno zmielonego pieprzu. Żołądek dostaje takiego kopa, że momentalnie wraca do roboty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moze i rzeczywiscie, choc nie wiem co na to wirusy grypy zoladkowej. To prawdziwa epidemia tutaj niestety, no ale na szczescie po paru dniach mija. Jestem juz w pelni sprawna i pozdrawiam z NY!

      Usuń