wtorek, 18 lipca 2017

Appalachian Trail: Lincoln - Stratton (New Hampshire/Maine)

Witajcie! Nie mialam ostatnio szczescia z trafieniem w godziny otwarcia zadnej biblioteki, wle wlasnie sie udalo! Spiesze relacjonowac...

Z Lincoln wydostalam sie pozno, gdyz na autostradzie trudno bylo trafic w to samo miejsce, w ktorym opuscilam szlak, ale jak wiadomo nie odpuszcze zadnego znaku i wkoncu sie udalo. W White Mountains byl problem z noclegami - wiaty i specjalne miejsca pod namioty byly platne, wiec musialam zanocowac na dziko, wspinajac sie pod gore podziwialam zachod slonca.





Nazajutrz zaczele sie widoki - Franconia Notch przy wspanialej pogodzie, przyjemna gran, ale zejscie z niej bardzo trudne, te gory rzeczywiscie do latwych nie naleza. Kilka dni pozniej dowiedzialam sie, ze Forrest, ktory mnie wyprzedzil tuz przed tym odcinkiem przewrocil sie tam i ma kontuzje kolana - prawdopodobnie nie wroci na szlak do wrzesnia. Ja sie na takich odcinkach niezbyt komfortowo czuje, wiec szlam bardzo ostroznie i powoli przez cale pasmo White Mountains.












Tempo spadlo, ale bylo przyzwoite, widoki wynagradzaly strome podejscia, a od czasu do czasu trafialy sie odrobine latwiejsze odcinki, na ktorych mozna bylo odetchnac. Moim ulubionym zakatkiem byl Zealand Pond, jeziorko do ktorego zeszlam w poszukiwaniu wody.








Specyfika White Mountains sa gorskie schroniska, strasznie drogie, ale czesc z nich przyjazna dla thru-hikerow - w zamian za drobne prace udalo mi sie dwa razy przenocowac na glebie. W tym ponizej dostalam ciastka w zamian za pozamiatanie podlogi. Do schronisk pracownicy po staremu nosza zapasy zywnosci na drewnianych stelazach.










Widokow ciag dalszy, a pomiedzy zejscia na sam doliny, po czym wspinaczka na kolejny grzbiet.







Roslinnosc gorska, polnocna, las swierkowy, wyzej karlowate swierki i takie jak w Europie welnianki i maliny polarne.




Tak wygladalo jedno ze schronisk w ktorych nocowalam, kolacja i nocleg. Znakomicie sie bawilismy, do roboty mialam uporzadkowanie zapasow zywnosci.





Najbardziej spektakularny odcinek White Mountains to Presidential Range - kolejne szczyty zostaly nazwane nazwiskami amerykanskich prezydentow (na szczescie na razie nie ma Mount Trump ;-)) Poczatkowo widoki wspaniale, ale wraz z uplywem dnia sie zachmurzylo i nalezalo spodziewac sie deszczu.












Deszcz nadszedl kiedy bylam na najwyzszym szczycie, Mount Washington, uciekalam z niego natychmiast po zrobieniu pamiatkowego zdjecia, bo zrobilo sie przerazliwie zimno. Kolejni prezydenci mineli mi we mgle, ale mialo to swoj urok. Na koniec zaliczylam bieg po piargu na odcinku jednej mili, bo wlasnie szla burza i chcialam sie schronic w dolinie. Schronisko bylo bardzo mile, wzieli nas wszystkich hikerow, choc teoretycznie wolno im brac tylko dwoch dziennie.







Nastepnego dnia potwornie wialo, a mnie zostal ostatni prezydent, no ale czepiajac sie glazow jakos przebrnelam,a  potem juz dolina, w ktorej spotkalam pare mowiaca po polsku - ale milo bylo pogadac w ojczystym jezyku!  Oni byli w gorach tylko na weekend, a ja dalej pod gore!








Ostatnie schronisko nie bylo mile, kazali mi zabiwakowac, ale oczywiscie nie mialam na to ochoty i przespalam sie pod dachem nielegalnie, potajemnie... Przede mna byla juz ostatnia czesc White Mountains, a zejscie juz lagodne i w miare, choc bardzo dlugie.





Po drodze dywany kwaitow i biale storczyki, ktore widzialam po raz pierwszy,





Wieczorem czekala atrakcja - wiata byla nad rzeka, ktora przeciskala sie przez skaly tworzac piekne kaskady i baseny. Wykapalam sie, ale woda byla okropnie zimna. Piekne miejsce, bede miec je w pamieci jako jedno z najpiekniejszych na calym szlaku.





Wizyta w miescie Gorham byla krotka, odnowilam zapasy zywnosci i dalej w droge. Niestety teren wcale nie byl latwiejszy, ale czekalo na mnie 1900 mil!






Widok z wiaty to rzadka rzecz, a wieczorem wymienilam wkladki, ktore znalazlam w hiker boxie niechciane,w  sama pore bo stare juz dziurawe.



Noca obudzil mnie chlopak, ktory sie zgubil i pytal o droge - okazalo sie ze probuje pobic rekord przejscia szlaku, i o ile wiem udalo mu sie. Nazywa sie Knotts. 


Nazajutrz wiecej kwiatkow...




Wiecej widokow i wreszcie granica New Hampshire/Maine - ostatni, 14ty stan! Tuz obok zaszelescil niedzwiedz, ale niestety gho nie zobaczylam.



Poludniowe Maine charakteryzuje bardzo trudny teren, zaczely sie piargi,, skaly, jeszcze bardziej zwolnilam. Pogoda tez sie zepsula, co wcale nie pomagalo!









W deszczu przyszlo mi pokonac najtrudniejsza mile Appalachian Trail - Moohosic Notch, zawalony bulderami wiekosci malego fiata kanion. Przeciskalam sie 2h50min i wlasciwie sweitnie sie bawilam, co widac po mojej minie :-)







Ktos jednak nie byl zadowolony i obrzucil nazwe tego odcinka na tablicy blotem :-) Potem ciag dalszy mizerii, zimno, mokro i niesamowicie strome podejscie na Arm, ktore chcialam tylko pokonac i nie zrobilam fotki.




Po deszczu jakz wykle wyszlo slonce i cieszylam sie widokami, okolica wyglada inaczej, bezkresne lasy i jeziora.










Kontynuuje w jedynie wlasciwym kierunku...



Z ciekawostek botanicznych pojawily sie drzewa iglaste podobne do tuj, to chyba sa wlasnie tuje, Indianie robili rozne rzeczy z ich wloknistej kory.




Na deszcz nie trzeba dlugo czekac, znow pada codziennie, a moja kurtka juz dawno utracila pozory wodoodpornosci. Brrr.






Maine jednakc alkiem mi sie podoba, szczegolnie jeziora.




Spotkalam Norma, ktory dobrze mnie pamietam, choc ostatni raz widzielismy sie w Polnocnej Karolinie. Wlasnie zdobyl Triple Crown, a AT tak mu sie spodobalo, ze na szczycie Katahdin odwrocil sie i teraz idzie na poludnie, czyli robi tak zwane jojo. 




Wiewiorki na polnocy sa rude prawie jak u nas, choc nadal nie maja pedzelkow na uszach.




Trafil mi sie darmowy nocleg w hostelu, co po 20 dniach bez prysznica bylo wybawieniem. Hiker, ktory ma kontuzje chcial zrobic cos milego dnia innego hikera :-)







Wczoraj byly takie widoki, a na przeleczy, w malo widokowych krzakach spotkalam Grzeska i Macka, ktorzy wlasnie zaczeli wedrowke na poludnie. Chlopaki miny mieli nietegie, ale beda musieli polubic marsz przez lasy, bo nic innego jak las ich nie czeka :-). Od jakich dwoch tygodni mijam codziennie kilkunastu hikerow idacych na poludnie i znowu na szlaku sa tlumy!




Dzis tablica upamietniajaca otwarcie ostatniego odcinka AT w 1937 roku.


Strome zejscie, a aobok osuwiska, ale to nie Te Araroa - szlak nie prowadzi prosto w dol osuwiskiem :-)



Pojawily sie rzeki do rpzejscia, ale nie trudne, nawet przerzucono deske.


Na koniec wreszcie 2000 mil!


A teraz jestem w Stratton, czekam az ta burza na horyzoncie sie przemiesci wracam na szlak :-)


Pozdrowienia dla wszystkich i do nastepnego razu!

8 komentarzy:

  1. Nie znamy się, ale czytam Cię już bardzo długo i zacząłem się martwić, że tak długo nie piszesz... Trzymaj się i powodzenia :)

    Paweł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam zbyt wiele czasu "wolnego" i nie wyrabiam sie ostatnio, a na dodatek rozminelam sie z godzinami otwarcia bibliotek. Na kolejny wpis trzeba bedzie znowu poczekac z tydzien, ale cierpliwosci, bedzie :-) Dziekuje i pozdrawiam!

      Usuń
  2. a na mapie te góry wyglądają tak niewinnie... Trzymam kciuki za finał! gekon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak sie je widzi w oddali tez tak wygladaja, dopiero jak sie czlowiek w nie zaglebi to wylaza te wszystkie skaly, korzenie i bloto :-) Dzieki, final juz niedlugo!

      Usuń
  3. Podziwiam i wyobrażam sobie, że podróżuje z Tobą jako pasażer na gapę ;)

    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki tym wpisom mialam ze soba spore towarzystwo, dzieki!

      Usuń
  4. Jedno ze zdjęć wylądowało na pulpicie :) Mam nadzieję, że to nie problem - Artur

    OdpowiedzUsuń