niedziela, 16 grudnia 2018

Łódzkie: Szlak Młynów nad Grabią

Przejście 46-kilometrowego znakowanego kolorem żółtym Szlaku Młynów nad Grabią było od jakiegoś czasu moim wielkim marzeniem. Trafiłam na niego przypadkiem, studiując mapę województwa łódzkiego. Natychmiast nabrałam wielkiej ochoty na jego przejście, bo nazwa skojarzyła mi się z jednym z moich ulubionych opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza "Młyn nad Utratą". Jest to historia trzech facetów poszukujących sensu życia itp. rzeczy, bardzo nastrojowa. Bohaterowie prowadzą egzystencjalne rozmowy i takież wiodą rozważania, fabuła zresztą to rzecz drugorzędna i nie należy się na niej zbytnio skupiać. Iwaszkiewicz swoim zwyczajem opisał polskie niziny tak, że czytelnik od razu marzy żeby te płaskie połacie przemierzać, błąkać po polach, zatapiać wzrok w rzecznej głębinie.

Utrata płynie na zachód od Warszawy, na południe od Puszczy Kampinoskiej, i nie ma nad nią żadnego szlaku. Jak się okazuje Szlak Młynów nad Grabią to jedyny szlak w Polsce z młynami jako motywem przewodnim. Grabia płynie przez Ziemię Sieradzką, największe miasto przez jakie przepływa to Łask, a tamte okolice szczególnie lubię, bo mam z nich miłe wspomnienia. Zelów, Szadek i Łask były to miasteczka, przez które jeździliśmy z rodzicami nad morze "na skróty", chcąc uniknąć przejeżdżania przez centrum Łodzi.

Późna jesień to bardzo nastrojowa pora, nie nastraja ona jednak do zbyt długich wędrówek. Dwa - trzy dni to jeszcze można wytrzymać, a i tak trzeba mieć trochę fantazji żeby pod koniec listopada na pytanie "chcesz powędrować w weekend w łódzkim?" odpowiedzieć "tak". Towarzyszem wycieczki, który tak pozytywnie zareagował na moją propozycję był, podobnie jak w marcu w zachodniopomorskim i lubuskim, mój kolega Michał. Podobnie jak ja do Łodzi jechał nocą, spotkaliśmy się w poczekalni dworca Łódź Fabryczna (nie polecam noclegu, kategorycznie zabraniają kłaść się na ławkach z żelaznych prętów, a ławki mają podłokietniki, uniemożliwiające położenie się w pozycji horyzontalnej).

O 6:20 wsiedliśmy w bus PKS Łódź zmierzający w kierunku Wielunia (to może innym razem) i po niemal dwóch godzinach wysiedliśmy w Grabnie. Spotkaliśmy tutaj od razu nasz żółty szlak i jeden z jego niewielu znaków, ale chcieliśmy zacząć na początku, a więc na stacji kolejowej Siedlce Łaskie. Oddzielał nas od niej tylko kilometr asfaltu, a nie miał to być to jedyny odcinek, który na Szlaku Młynów nad Grabią przemierzaliśmy dwukrotnie, więc bez szemrania poszliśmy na stację, na której od dawna nie zatrzymują się żadne pociągi pasażerskie.



Kropki rozpoczynającej szlak nie było, nie było też żadnego znaku, za to przejechał długaśny pociąg towarowy i odtrąbił początek naszej wędrówki. Wróciliśmy na skrzyżowanie.




Początkowo próbowaliśmy iść według mapy, ale musieliśmy wrócić, bo dawny przebieg szlaku ginął w szczerym, zaoranym polu. Wróciliśmy na szosę, przy której było kilka odświeżonych znaków. Poprowadziły nas one w las i nad bagno, które według mapy powinniśmy byli przejść w całości. Nawet i ta ścieżka, która była na brzegu zarastała, więc cieszyliśmy się z chwili przebywania na łonie natury. Wczytaliśmy się też w listę chronionych gatunków, żyjących w bagiennym rezerwacie.








Bagno było piękne, doprawdy nie spodziewałam się takiego matecznika w łódzkim. Już nam się podobało! Spoczęliśmy na skarpie żeby pogrzać się na słońcu jedząc drugie śniadanie.





Z mokradeł wyszliśmy na miejscowość Grabica, której skrajem płynęła płytka struga o piaszczystym dnie. Bardzo mnie dziwi widok takich strumyków - górskie strumienie wrzynają się głęboko w grunt, a to płynie sobie tak zupełnie na wierzchu, jakby ktoś puszczał wodę z węża!


Architektura na terenach bliższych przemysłowej Łodzi różni się wyraźnie od drewnianego Mazowsza - często spotyka się ceglane budynki, dosyć fantazyjnie ozdobione.


Niedługo po tym, jak odnowiono znaki szlaku w jego południowej części, słupy, na których tak pracowicie wymalowano żółte paski runęły i zostały zastąpione przez potężniejsze konstrukcje.



Asfaltem doszliśmy do mostu na Grabi. Znajdował się tam jeden z lepiej zachowanych młynów "Krzywda" z 1867 roku. Obok młyna było spiętrzenie, część wody płynęła jako młynówka, a drugi kanał obok, po czym łączyły się one jeszcze przed mostem tworząc coś na kształt stawu.




Za mostem skręciliśmy w polną drogę, wiodącą tuż nad rzeką. Jak tam było pięknie i na jak cudowną trafiliśmy pogodę!









Mieliśmy nadzieję nie rozstawać się z rzeką i rzeczywiście, po tym jak zgubiliśmy znaki pozostaliśmy jak najbliżej wody, poszliśmy ścieżką lesistym brzegiem i znów znaleźliśmy zatarty znak.


Rzeka wcinała się zakolem w piaszczystą skarpę morenowego wzgórza, a z góry był wspaniały widok i niezłe miejsce biwakowe, a pewnie i do kąpieli.





Później był kawałek asfaltu przez wieś Grabię, ale niebawem wróciliśmy nad Grabię rzekę. Nie mieliśmy się przez nią na szczęście przeprawiać, ale zajrzeliśmy nad bród z ciekawości. Był dość głęboki, a woda zimna.



Nawigując "na oko" trafiliśmy do następnej wioski, tam czekał nas znów dłuższy kawałek twardej nawierzchni.



Ponownie przekroczyliśmy Grabię po moście drogowym, podziwiając kolejny XIX-wieczny młyn.





Dalej z kolei weszliśmy w pola, które przypominały nam wiosenną wędrówkę na Pomorzu. Szybko się one jednak skończyły i znów byliśmy w lesie. Minęliśmy miejsce pamięci i kapliczkę pozostającą od jakiegoś czasu w fazie konstrukcji...




Nie oddaliliśmy się zbytnio od rzeki, Grabia znów płynęła tuż obok drogi, był na niej bród, ale szlak nas tam nie prowadził - całe szczęście, bo był głęboki, umocniony polodowcowymi granitowymi głazami.



Wyszliśmy na obrzeża Lichawy. Dalej kombinowaliśmy trasę sami, bo stary przebieg z mapy zmusiłby nas do dwukrotnego brodzenia przez rzekę na odcinku z Lichawy do Kustrzyc - może spróbowalibyśmy latem, ale nie w obliczu nadciągającej mroźnej nocy. Znaków nie było. Do Marzenina doszliśmy asfaltem równolegle do szlaku z mapy, tyle że po drugiej stronie Grabi.



Po dotarciu do Marzenina poszukiwaliśmy chwilę następnego młyna, który odnaleźliśmy za zabudowaniami jakiegoś gospodarstwa. Parkowały przed nimi ciężarówki, a w podwórku, pod narodową flagą i tabliczką oznaczającą obszar chroniony leżała sterta pociętego drewna drzew o wymiarach pomnikowych - pewnie poległa jakaś starożytna aleja. Prawdziwy symbol naszych czasów.



Słońce schowało się za horyzontem, zrobiło się natychmiast zimno, a my byliśmy już myślami na leśnym biwaku. Musieliśmy jednak oddalić się najpierw od miejscowości i przejść pod wiaduktem drogi krajowej S8.


Bardzo krótki epizod asfaltowy, bo sięgający tylko 100 metrów po obu stronach wiaduktu zakończył się w przyjemnym sosnowym lesie. Z jednej strony był wilgotny ols i jego chcieliśmy z oczywistych względów uniknąć, z drugiej sosenki z dywanem mchu w runie. W takich właśnie sosenkach wypatrzyliśmy idealne miejsce biwakowe nieopodal sporego jeziora o półkolistym kształcie.
 
Rozbiliśmy szybko namioty i ruszyliśmy na poszukiwanie opału, marzyliśmy bowiem o ognisku. Nie mieliśmy żadnych narzędzi, którymi moglibyśmy się wspomóc przy rozniecaniu ogniska, jedynie zapalniczkę. Pierwsza próba spełzła na niczym – małe patyczki zapłonęły, po czym ognisko zgasło. Poszłam zlustrować sosnowe pnie z pomocą czołówki w poszukiwaniu żywicy, a tymczasem Michał spróbował po raz kolejny i tym razem się udało. Małe, wesołe ognisko grzało nas przez cały długi, późnojesienny wieczór. Od strony pleców czuliśmy nieco chłodu płynącego znad jeziora, ale ciepło, jakie biło od żaru sprawiało, że było nam zupełnie dobrze. Ugotowaliśmy kolację, dorzucając co chwilę kolejne patyki – większych konarów nie było szans pozyskać bez narzędzi.



Michał obudził się jeszcze przed świtem, usłyszałam jego kroki, kiedy wracał po siódmej znad jeziora, a ja dopiero się obudziłam. Na wewnętrznej stronie namiotu było nieco szronu, najwięcej pod okapem, czyli wentylacja działała prawidłowo. Woda częściowo zamarzła, ale jako że wieczorem włożyłam litr zimnej w nogi śpiwora miałam teraz litr letniej. W nogach była też elektronika i kartusz z resztką butanu. Odpaliłam go i udało mi się doprowadzić do przyjemnie ciepłej temperatury wodę na mleko kokosowe w proszku, po czym palnik zgasł. Widocznie resztki butanu nie miały już dość ciśnienia, choć trochę mnie to zdziwiło, bo zawsze udawało mi się wykańczać kartusze do zera.



Wyszliśmy jakoś po 8:30, zapomniałam sprawdzić. Szlak poprowadził nas wzdłuż brzegu jeziora, które było skute lodem na grubość kilku centymetrów. Tylko na jego północnym końcu, gdzie przygrzewało niskie, zimowe słonce, była wytopiona kałuża, a w niej stadko kaczek i trzy łabędzie.





Zwiedziliśmy gruntownie ruiny leśnego gospodarstwa. Budynek mieszkalny spłonął, ale stodoła jeszcze nadawała się na nocleg.




Przez pomyłkę zamiast skręcić, wyszliśmy na zmarznięte pola. W ciągu nocy wszystko jak okiem sięgnąć pocukrował mróz. Po kilkuset metrach coś zaczęło nie pasować - musieliśmy wrócić do Zielęcic, gdzie dawniej również stał młyn i rzeka wciąż przelewa się przez spiętrzenie. Były tam kiedyś ruiny dworu, lecz teraz pozostały tylko drzewa, które je zarosły i jakiś nowszy budynek gospodarczy, również się rozpadający, ale na nocleg byłby jeszcze zdatny.




Niespodziewanie znów pojawiły się stare znaki, a jeden wyglądał jakby był namalowany w biało-żółtą zebrę, tak się rozciągnął kiedy drzewo rosło.


Później mniej już było dzikiej przyrody, bo szlak okrążał od północy miasto Łask. I tutaj domy były z cegły, okna pozasłaniane i tylko czasem zaszczekał jakiś pies na straży, bo Orchów był jeszcze pogrążony we śnie w ten zimny, niedzielny poranek. Pogoda zaczęła się psuć i niebo zasnuło się chmurami. Na popołudnie zapowiedziano opady śniegu.



Prawie przegapilibyśmy ciekawostkę archeologiczną - w Orchowie znaleziono pozostałości osadnictwa ze wszystkich epok począwszy od neolitu. Szkoda, że nie napisano gdzie, ale przypuszczam, że odkrycia dokonano w czasie budowy linii kolejowej ze Zduńskiej Woli do Łodzi.


Drugi dzień wycieczki nie zaskoczył nas dotąd żadnym pięknym widokiem, ale teraz miało się to zmienić, bo od głównej drogi odbiliśmy w coś, co niegdyś było ścieżką na wale przeciwpowodziowym. Grabia była tutaj ujęta w kanał, a płynęła tak spokojnie, że trudno sobie wyobrazić by mogła wylewać. Wał był wykoszony, więc szło się bardzo dobrze, a im dalej od zabudowań tym lepiej. Zrobiliśmy sobie przerwę w zaciszu tuj, okalających ostatnie zamieszkałe parcele. Woda która nocą zamarzła wcale nie chciała odtajać.





Lekko zmarznięci poszliśmy dalej, oglądając smętne widoki na późnojesienne pola, nagie drzewa i przelatujące kaczki. Woda odbijała szare niebo i była zupełnie sina, choć czysta i przejrzysta.







Zaczęliśmy się już zbliżać do końca wędrówki. Przecięliśmy las, w którym był ostatni znak, a potem przez dłuższy czas szlak prowadził wzdłuż torów kolejowych, którymi gnały kolejne chińskie kontenery.


Ostatnie kilometry szlaku były zupełnie pozbawione oznakowania, zgodnie z przewidywaniem także na stacji kolejowej Kolumna, gdzie miał się on zakończyć nie było kropki (na drzewach występowały za to w obfitości odnowione czerwone znaki Szlaku Wokół Łodzi). Cóż, trudno, zrobiliśmy sobie pamiątkową fotografię pod rozkładem jazdy pociągów i przejście uznaliśmy za dokonane.


Dworzec kolejowy w Kolumnie zasługuje na chwilę uwagi. Jest to budynek wybudowany w czasie okupacji przez Niemców. Stary drewniany okazał się za mały tuż po wybudowaniu i jeszcze przed wojną było mnóstwo na ten temat dyskusji.



Do odjazdu pociągu do Łodzi Kaliskiej mieliśmy jeszcze masę czasu, a drzwi do poczekalni zdawały się być zamknięte (próbowałam otworzyć, głowę bym dała, że były naprawdę zamknięte), więc udaliśmy się do miasta. Trudno powiedzieć czego się spodziewaliśmy - albo przemysłowych ruin, albo zwykłej wioski, tymczasem Kolumna okazała się być miejscowością pełną przepięknych drewnianych willi, należących zapewne do bogatych mieszkańców Łodzi, którzy mieli tu swoje siedziby w otoczeniu lasu.





Kolumnę przeszliśmy wzdłuż, wszerz i na ukos, ale coś nie mieliśmy szczęścia. Kiedy trafiliśmy na pizzerię było już mało czasu, a kiedy zaczęliśmy dygotać z zimna na peronie i nadjechał pociąg z poczekalni wyszli wcale nie zmarznięci inni pasażerowie... A więc był jednak sposób na to, żeby się tam dostać! Trochę nas to podłamało... Dalej już bez kłopotu dojechaliśmy do Łodzi i rozjechaliśmy się każdy w swoim kierunku.


Podsumowanie

Szlak Młynów nad Grabią jest bardzo piękny, warto go przejść, nawet jeśli trzeba dojechać z odleglejszych rejonów kraju. Niestety niewiele na szlaku jest młynów - widzieliśmy tylko 3, choć miało być ich 6 czy nawet 7. Z bliska nie widzieliśmy żadnego, na ruiny w ogóle nie trafiliśmy, a do młynów w dobrym stanie broniły dostępu płoty prywatnych posesji. Mogliśmy jednak zobaczyć je z pewnej odległości, a także urządzenia wodne, spiętrzenia i w ogóle rzekę, która sama w sobie jest warta przejścia szlaku. Zaskoczyła mnie swoją urodą – spodziewałam się zwykłej leniwej nizinnej rzeki, a Grabia ukazała swoje zarówno meandrujące, spokojne oblicze, jak i wartki nurt oraz głębie i piaszczyste skarpy.
 
Długość szlaku to wielka niewiadoma. Podawane przez PTTK 46 km to przesada, gdzie indziej można znaleźć 36 km, to znowu za mało. Trochę się nakrążyliśmy, ale też ścięliśmy coś na bagnach, myślę więc, że szlak ma około 40 km.

Szlak jest bardzo źle oznakowany, na odcinku południowym zdarzały się odnowione znaki, później już tylko z rzadka widywaliśmy stare, zatarte. Szliśmy tak jak nam się wydawało, że powinniśmy i często w końcu pojawiał się jakiś znak. Do nawigacji służyła nam mapa wydawnictwa Compass „Łódzkie, część południowa” w skali 1:100 000, przebieg szlaku na mapie był jednak nieaktualny. Wiele dróg, jakimi dawniej prowadził szlak zostało zaoranych bądź jest zarośniętych. Możliwe, że daniej były to odcinki bardzo malownicze, bo prowadzące przez łąki i mokradła. W chwilach kompletnego zwątpienia wspomagaliśmy się lokalizacją GPS, ale nie dysponowaliśmy śladem, bo go nigdzie nie znaleźliśmy. Nie zawsze byliśmy w stanie trzymać się szlaku, czasem pobłądziliśmy, zdarzyło się też, że wiedzieliśmy, że szlak powinien przekraczać rzekę, ale że nie ma na niej kładki, a na przeprawę w bród w listopadzie, w przededniu zimy, nie mieliśmy ochoty. Uznaliśmy, że nie ma wielkiego znaczenia czy będziemy się tym razem w 100% trzymać szlaku.
 
Pomimo utrudnień nawigacyjnych i odcinków asfaltowych szlak uważam za bardzo ciekawy i polecam go na weekend o każdej porze roku. Jeśli macie do dyspozycji samochód będziecie mogli obejrzeć jeszcze kilka młynów znajdujących się w okolicy, np. w Talarze.

Film z wędrówki szlakiem: https://youtu.be/99qs5JK0xeQ

12 komentarzy:

  1. Rzeka i jezioro jak na filmie "Daleko od szosy". Bardzo pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, trzeba będzie sobie odświeżyć "Daleko od szosy"!

      Usuń
  2. Świetna relacja! Tak malowniczy ten opis że chyba bym się skusił nawet w listopadzie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co nie powiesz :-) No cóż, malowniczy krajobraz to i malowniczy opis się starałam zapodać :-)

      Usuń
  3. Od dawna z przyjemnością czytam wpisy, dzisiaj dziękuję za łódzkie inspirację, szukałem dalej informacji o Mieście Las Kolumna.

    Ps. czy planujesz może wyprawę przez Pireneje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się! Wybieram się niedługo do Hiszpanii, ale trawers Pirenejów na razie odkładam na przyszłość. Najpierw chcę zrobić jeszcze kilka dłuższych tras, a Pireneje niestety dostępne są tylko latem i nie starczy mi czasu.

      Usuń
    2. Szkoda bo marzę o gr10/11 (albo Lycian Way w Turcji) tak w 2020 roku i myślałem ze wcześniej może uda się prześledzić tutaj relacje. Szerokiej drogi, pozdrowienia

      Usuń
    3. Obawiam się, że do 2020 się nie wyrobię. Stawiam na GR11, więcej podchodzenia, ale wyżej i mniej deszczu, mgieł. Dzięki i pozdrawiam.

      Usuń
  4. mam złe wspomnienia sprzed kilku lat dotyczące nocowania w namiocie w lesie ( pod lasem) . nie było noclegu, żeby mnie leśniczy czy inne służby leśne zdemaskowały. i za każdym razem kara. jak Ty to robisz że spokojnie biwakujesz w lesie na dziko ;) ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? To niedobrze. Może wybierasz nazbyt odsłonięte miejsca, blisko uczęszczanych leśnych dróg? A może za wcześnie się rozbijasz i za późno wychodzisz? Jeszcze nigdy leśniczy nie złapał mnie na gorącym uczynku, zawsze staram się schować w głębi lasu, tak żeby nie widać mnie było ze szlaku, to klucz do spokojnego snu i nie chodzi tylko o leśniczych, ale w ogóle o jakichkolwiek ludzi. Tym razem martwiliśmy się trochę o to czy ktoś nie zauważy ogniska, bo nad jeziorem wieczorem byli wędkarze, ale rozjechali się kiedy zrobiło się całkiem ciemno.

      Jak nie widzę dobrej opcji to pukam do drzwi leśniczówki :-)

      Usuń
  5. Super sprawa- to to że wędrujesz też po naszym kraju. I to nie tylko po tych "sławnych" szlakach w górach, ale również po nizinach, na mniej znanych kierunkach. Dzięki Tobie wielu ludzi może zobaczyć jak ładna jest nasza Polska, ile piękna kryją w sobie lasy, stawy, wzgórza. Że warto wybrać się chociażby na kilka dni, na weekend, aby rodzinny kraj poznać. Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Bardzo lubię nasze nizinne szlaki, choć wędrówka stanowi często spore wyzwanie ze względu na brak infrastruktury i problemy z nawigacją. Wielu moich znajomych jedzie przez pół Polski w góry na weekend, kiedy ja z gór wyruszam na niziny :-)

      Usuń