wtorek, 6 lutego 2018

Finlandia: Peuranpolku i Park Narodowy Salamajärvi na rakietach śnieżnych

Ogromnie stęskniłam się za Finlandią, krajem ludzi, którzy pomimo cywilizacyjnego zaawansowania wciąż czerpią przyjemność z rozpalania ognia i przebywania w lesie. W lesie - no właśnie! Jeszcze nigdy nie spędziłam w lesie tyle czasu co w ostatnim roku, ale to wcale nie znaczy, że jestem nasycona.

Peuran Polku, czyli Szlak Reniferowy to 78-kilometrowa trasa, biegnąca przez nakrapianą jeziorami, porośniętą sosnową tajgą równinę w środkowej Finlandii. Jego południowy odcinek przechodzi przez Park Narodowy Salamajärvi. Okolice te są siedliskiem leśnych reniferów.
 
 
W planie miałam przejście całej trasy na rakietach śnieżnych w 5 i pół dnia, z północy na południe. Niestety, planu nie udało mi się zrealizować z powodu fatalnych warunków śniegowych. Zapadając się nie byłam w stanie zrobić więcej niż 10 km jednego dnia. Przeszłam tylko 56 km, a część obeszłam. Wyjazd jednak mogę uznać za udany, a dlaczego, dowiecie się czytając poniższą relację.
 
Korzystne ceny lotów z Gdańska do Turku skłoniły mnie do rozpoczęcia wycieczki w tym właśnie portowym mieście nad Bałtykiem. Turku to dawna stolica Finlandii i najstarsze miasto w tym kraju. 
 
Po przylocie (który opóźnił się godzinę, bo z powodu nagłych opadów i gołoledzi musieliśmy czekać z lądowaniem aż odśnieżą) dojechałam do centrum miejskim autobusem i czekając na nocny autobus przechadzałam się po mieście. Na początek zajrzałam na rynek, kupiłam gaz w outdoorowym sklepie Parttioaitta, po czym udałam się na nadrzeczny bulwar, gdzie można było przeprawić się na drugi brzeg Aurajoki tradycyjnym promem.
 
 
 
 
Cumował tam też wielki żaglowiec Suomen Joutsen, zbudowany w 1902 roku, atrakcja w rodzaju Daru Pomorza w Gdyni.
 
 
 

U ujścia Aurajoki do Morza Bałtyckiego zlokalizowano w XIII wieku zamek obronny. W XVI wieku, za panowania Gustawa Wazy został znacznie rozbudowany. Jest najstarszą zachowaną średniowieczną budowlą w Finlandii. 

 
 
 
Kiedy zrobiło się ciemno zapalono światła, a ja zwiedziłam jeszcze miejską halę targową (pasternak za 7,65 Euro/kilogram! Mogłabym zostać milionerką).
 
 
 
 
Potem poszłam zwiedzić majestatyczną średniowieczną katedrę. Był to jeden z tych kościołów, do których wydaje się właściwym pielgrzymować. Surowe i mroczne wnętrze kryło stare nagrobki i malowidła na ścianach.
 
 
 
 
 
Przed odjazdem autobusu OnniBus, kolejnego, po nowozelandzkim ManaBusie, brata bliźniaka Polskiego Busa, zaopatrzyłam się w fińskie przysmaki: czekoladę Fazer i leśny kisiel. Z nieba padał deszcz, było ciepło, co nie wróżyło dobrze na przyszłość...
 

 
 
W OnniBusie pogrążyłam się we śnie. Jechaliśmy na północ, wzdłuż wybrzeża, im dalej tym rzadziej były przystanki, a z okien było widać tylko zaśnieżony las. O 4 nad ranem wysiadłam w nadmorskiej miejscowości Kokkola, odległej od Turku o 450 km. Fińskie dworce autobusowe nocą są zamknięte, więc założyłam swoje puchowe ubranie i zwinęłam się w kącie przy zamkniętych drzwiach. Dopiero o 6 rano ktoś mnie uświadomił, że jedno pomieszczenie dworca kolejowego pozostaje na noc otwarte, więc się tam przemieściłam.
 
 
Kiedy o 8:30 zrobiło się jasno podjęłam próbę złapania stopa do Sievi i dalej Haapajärvi. Droga i chodniki były pokryte grubą wartwą lodu. Próbowałam na zjeździe do dwupasmówki, ale nikt tam nie jechał, więc przeniosłam się na skraj centrum handlowego. To miejsce również było fatalne, nie było właściwie gdzie stanąć, bo brzegi drogi były zawalone hałdami brudnego śniegu. Znów zaczął padać deszcz. Miałam dość.
 
Wróciłam do centrum Kokkoli i o 11:45 wsiadłam w autobus do Haapajärvi. Na miejscu deszcz był mniej intensywny i tym razem już szybko złapałam okazję i to od razu na szlak! Wreszcie coś dobrego tego dnia. Na starcie była symboliczna brama i fajna zamykana wiatka z paleniskiem, ale dach w niej przeciekał.
 
 
 
 
Nałożyłam kupione tuż przed wyjazdem w Decathlonie rakiety i ruszyłam w drogę. Pozostała mi tylko godzina dnia, więc było oczywiste, że będę szła z czołówką. Na tą okoliczność włożyłam do niej nowe baterie.
 
 
Pierwszy kilometr pokrywał się z biegową trasą narciarską, więc szybko go pokonałam. Potem jednak szlak skręcił w las. Pod grubą pierzyną puchu widać było niewyraźny ślad ścieżki, zapadając się szłam dużo wolniej. Kiedy szlak przechodził przez porębę zaspy były większe, zapadałam się jeszcze bardziej. Zaczął padać deszcz, zrobiło się ciemno... Było ciężko. Śnieg kleił się do rakiet od spodu, podnosiłam go też przy każdym kroku. Najgorzej było na bagiennych kładkach - warstwa śniegu była szersza niż sama kładka i balansowanie po takiej konstrukcji w rakietach nieuchronnie kończyło się upadkiem.
 
 
Po 5 kilometrach dotarłam do kompletnie zasypanego miejsca na ognisko. Nie chciałam tam zostawać, bo do chatki miałam jeszcze tylko 3 kilometry. Jak się okazało dopełzłam tam dopiero po 3 godzinach kompletnie wykończona. Po drodze natknęłam się na maszynę pracującą w lesie. Zaświeciłam czerwonym światłem i jej kierowca mnie dostrzegł. Zapytał o coś, ale nie zrozumiałam. Pomachałam mu i powiedziałam, że idę dalej...
 
Chatka nad zamarzniętym jeziorem była spełnieniem moich marzeń. Bardzo prosta, miała piecyk, stół pod oknem i piętrowe łóżko. Obok była sauna. Rozpaliłam ogień w piecu i topiłam na nim śnieg. Rano okazało się, że niepotrzebnie, bo kawałek dalej była niezamarznięta struga wypływająca z jeziora.
 
 
Świtało po 8:30. Nad lasem pojawiła się różowa łuna, a potem powoli zrobiło się jasno. Bardzo nie chciało mi się tego dnia wstawać i wyszłam za późno.
 

 
 
 
Za chatką szlak był zupełnie nieprzetarty, stare ślady skręciły na gruntową drogę. Podążyłam za nimi i dołączyłam do szlaku dwa kilometry dalej. Szlak prowadził dalej do innej chatki i ścieżka była częściej używana. Zaraz za chatką jednak znów była nieprzetarta, a słońce sprawiło, że śnieg rozmiękł i znów zaczęło się mozolne brnięcie. Dzień był piękny, okolica cicha i spokojna. Cieszyłam się wędrówką przez zimową tajgę.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Po południu szlak prowadził przez chwilę drogą, na której mniej się zapadałam, tylko do pół łydki. Minęłam miejsce biwakowe i poszłam dalej, mając jeszcze nadzieję na dojście do wiaty, ale nie było na to szans. Następny odcinek był koszmarny. Szłam nawet wolniej niż 1 kilometr na godzinę. Poznałam jak różnie wędruje się przez lasy o różnym składzie: w ciemnym lesie świerkowym woda skapująca z igieł zamarzła i utwardziła śnieg, tak że szło się zupełnie dobrze; w sosnowym było już gorzej - przeważnie do kolan; w brzozach, które nie dają cienia nie było żadnego oparcia, ale najgorzej było na porębach, tych zaś było najwięcej. Nie było widać żadnej ścieżki, a między wykrotami były głazy i młode drzewka, przysypane śniegiem. Takie ukryte pułapki to duży kłopot - wokół nich tworzą się zaspy, a tuż przy nich doły, bo nagrzewają się i wytapiają śnieg. Kilka razy upadłam, a raz zapadłam się do pasa, klinując przy tym rakietę pod kątem. Musiałam odkopać nogę żeby wyjąć ją ze szczeliny, dźwignąć się na położonych kijkach. Miałam dość.
 
 
 
Nie mam nawet z tego odcinka zdjęć, taka byłam zła. A zresztą robiło się ciemno. W końcu doszłam do miejsca, w którym szlak przecinała nieoznakowana droga skuterowa - pierwsza, jaką napotkałam. Spróbowałam iść nią dalej, krzyżowała się jeszcze raz ze szlakiem, po czym doszła do główniejszej drogi leśnej. Ona jednak prowadziła donikąd i musiałam się wrócić. W kopnym śniegu trudno byłoby mi rozstawić tarp, więc cieszyłam się, że przynajmniej mam dobre miejsce. Rozbiłam tarp na środku skuterowej ścieżki, gdzie śnieg był zbity. Mogłam w nim zakotwiczyć letnie śledzie, przybijając je do ziemi kulkami z mokrego śniegu. Na drodze znalazłam małą kałużę, z której wzięłam wodę.
 
Był to mój pierwszy nocleg pod tarpem - Solo Lesovika dostałam tej zimy do testów. Przyszło mi go użyć w dość trudnych warunkach. Powietrze było nieruchome, było bardzo wilgotno. Padał mokry śnieg, który zamienił się w deszcz. Krople zamarzły na powierzchni tarpa, a rano materiał śpiwora był nieco zawilgocony. Folia, którą miałam w charakterze podłogi powinna mieć większą powierzchnię. Spałam jednak głęboko, śniło mi się, że byłam znów w Appalachach i cieszyłam się widokiem, siedząc na skale w wieczornym słońcu.
 
 
Tutaj ostatecznie zrezygnowałam z przejścia całego szlaku. Zostało mi jeszcze 4 czy 5 kilometrów do asfaltowej drogi, którą mogłam ominąć następny odcinek. Przebijanie się przez zaspy było takim samym koszmarem jak poprzedniego dnia. Zdjęcia niezupełnie oddają to jak głębokie zostawiałam ślady. Warczałam pod nosem i zaciskałam zęby. W pewnym momencie szlak prowadził przez gęste krzaki przysypane śniegiem, które musiałam przydeptywać.
 
 
 
 
 
Nad małym leśnym jeziorkiem była otwarta wiata. Szkoda, że nie mogłam tam dotrzeć poprzedniego wieczoru. Niedługo potem szlak dobił do leśnej drogi. Tam śnieg nie był tak głęboki i szło się znacznie lepiej. Jeszcze trzy kilometry i koniec mordęgi.
 
 
 
 
Było tak ciepło, że obudziły się pająki.
 
 
Asfaltowa droga okazała się zupełnie pusta. Złapanie stopa na niej nie było możliwe. Podeszłam jednak kawałek i trafiłam do restauracji, która była wyjątkowo otwarta, więc byli tam ludzie, którzy latem prowadzą tam kemping. Ojciec i córka, byli bardzo życzliwi. Kobieta dała mi mapę, a jej ojciec podwiózł ponad 10 km na skrzyżowanie za miejscowością Kinnula. Stamtąd miałam 18 kilometrów odśnieżoną drogą do schroniska i dyrekcji Parku Narodowego Salamajarvi w Koirasalmi - tam był drugi koniec Peuranpolku i tam chciałam się dostać. przeszłam przez wioskę, przekraczając most na wartkim strumieniu, a potem zagłębiłam się w las. Było tam przyjemnie i dziko, widziałam ślady leśnego renifera. Na odcinku 25 kilometrów tej drogi nie ma żadnych innych zabudowań niż schronisko, więc w pewnym sensie nic nie straciłam, był to ten sam las, przez który bym szła szlakiem.
 
 
 
 
 
  
 
Pomimo twardych zimowych butów na nogach pokonanie tych 18 kilometrów nie zajęło mi przesadnie dużo czasu - po czterech godzinach, już po ciemku, dostrzegłam światło. Zadzwoniłam do drzwi i otworzyła mi Marit, właścicielka schroniska. Zaprosiła mnie do środka, a ja poprosiłam o wodę, wspominając o zamiarze spania pod niadaleką wiatą. Marit najpierw napomknęła o możliwości przespania się w saunie, a potem doszła do wniosku, że równie dobrze mogę spać w łóżku. Fińska trail magic!
 
 
Rozgościłam się w pokoju, a potem siedziałam w kuchni. Zrobiłam sobie herbatę, zalałam liofa. Było nawet wifi. Mój uśmiech mówi sam za siebie.
 
 
 
 
Następnego ranka ruszyłam znów na szlak. Koirasalmi to główny punkt wypadowy wycieczek po parku, więc jest uczęszczany. Budynek był dawniej używany przez pracujących w lesie robotników, a tablice informacyjne opowiadały o dawnych mieszkańcach.

 
 
 
 
Koirasalmi jest pięknie położone na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami. Zajrzałam nad jezioro i do wiaty, w której miałam spać.

 
 
 
 
 
Liczyłam, że ktoś chodzi szlakiem, ale się przeliczyłam. Początkowo była wspaniała udeptana ścieżka, na której nawet nie musiałam używać rakiet. Szlak był ciekawy, wspinał się na małe pagórki, a potem schodził na bagna.
 
 
 
 
 
  
 
W pewnym momencie niespodziewanie ścieżka się skończyła. Widać było na śniegu ślady rakiet, które zawróciły. A dalej już nikt nie szedł. Założyłam swoje rakiety i brnęłam dalej, ale po kilometrze miałam już serdecznie dosyć. Szybko doszłam do wniosku, że do chatki, w której chciałam nocować dojdę prędzej drogą, nawet jeśli teraz wrócę się do niej po własnych śladach. Tak też zrobiłam. Droga, choć oblodzona i śliska była szybsza, a po godzinie udało mi się zatrzymać wracającego do domu narciarza i poprosić o podwiezienie na parking. Facet wracał do domu, bo wybrał się na narty, ale również się zapadał i uznał, że dalsze przebijanie się nie ma sensu.
 
 
 
Od parkingu do chatki Sysilampi było bardzo blisko. Była też ścieżka. Cały czas było pochmurno i szaro, cieszyłam się na myśl o ciepłym schronieniu. Zaraz po mnie do chatki przyszedł jeszcze jeden wędrowiec, Heikko z Espoo. Nie miał nawet rakiet, tylko zimowe gumowce i był bardzo przygnębiony tym, że z jego wycieczki nic nie wyszło. Nocował w chatce poprzedniej nocy, próbował przebić się dalej, ale nie dał rady i wrócił na kolejną noc. Rozpaliliśmy ogień, długo rozmawialiśmy, a pod wieczór ja zajęłam się swoimi zagadkami, a Heikko pojechał 30 kilometrów do kościoła, bo na parkingu miał samochód. Znów padał śnieg, panowała niezwykła cisza, taka w której słychać dźwięk płatków śniegu spadających na ziemię. Chmury na chwilę się rozeszły i zaświecił księżyc.
 
 
 
 


 
 
Następny dzień był leniwy. Pożyczyłam Heikko rakiety żeby mógł przejść się do lasu i wypić kawę, a sama przechadzałam się nad jeziorem i po lesie (ktoś przejechał kawałek z pulkami i można było się przejść).
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Pozostałam w chatce do popołudnia, a potem Heikko podwiózł mnie z powrotem do Koirasalmi - następnego dnia miałam już powrotny autobus, a Marit zorganizowała mi podwiezienie do cywilizacji.
 
 
 
Tym razem oprócz papierowego sudoku i wykreślanek miałam nową grę - sudoku w formie klocków, z których trzeba złożyć sześcian.
 
  
 
 
W Koirasalmi tym razem panował gwar - schronisko zajmowała duża grupa. Zlitowano się jednak nade mną i zaoferowano chatkę z paleniskiem, która normalnie jest też do wynajęcia. Dostałam od Marko, męża Marit, cały zapas drewna i mogłam tam zalec aż do następnego popołudnia. Najpierw zrobiłam sobie jeszcze spacer po okolicy, a potem rozłożyłam swoje graty.
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
Tego typu chatki nie są niestety dobrze zaizolowane, z paleniska z kominem nie dają dużo ciepła, bo ulatuje ono razem z dymem. Tego dnia był lekki mróz, więc udało mi się nagrzać tylko do +5 stopni, ale ponieważ miałam swój puchowy zestaw było mi całkiem ciepło. Jak przyjemnie było oglądać zimę za oknami siedząc przy kominku!

 
 


 
 

 
 
Autobus miałam dopiero po południu, więc i poranek był leniwy. W schronisku trwały zajęcia, w ramach terapii zajęciowej grupa niepełnosprawnych robiła filcowe obrazki (też zrobiłam sobie ptaszka na pamiątkę) i karmniki dla ptaków. Było bardzo gwarno i wesoło.
 
 
 
 
Po południu pracownik leśny zabrał mnie do Möttönen, skąd odjeżdżał autobus do Kokkoli. Po drodze las, las, las...
 
 
Kiedy Finlandia była częścią Szwecji całe wybrzeże zamieszkiwali Szwedzi. Stąd architektura w szwedzkim stylu i mieszkańcy mówiący po szwedzku - w tych okolicach nazwy są dwujęzyczne, a w Finlandii oprócz fińskiego urzędowym językiem jest też szwedzki.
 
Kokkola jest właśnie takim fińsko-szwedzkim miastem, pełnym uroczych drewnianych domków i spokojnych małych uliczek. Do odjazdu Onnibusa linii Oulu-Helsinki, którym miałam się dostać z poworotem do Turku miałam jeszcze kilka godzin, więc wybrałam się na spacer po mieście. Odwiedziłam nowoczesną bibliotekę i duży supermarket, robiąc wielki zapas czekolady.



  
 
 
 
 
 
 
Trzy godziny siedziałam na dworcu kolejowym, a potem wsiadłam w autobus i zasnęłam niemal natychmiast. Do Turku zajechaliśmy przed 8 rano, więc zrobiłam jeszcze jedną rundkę po mieście, potem pojechałam na lotnisko, skąd odlatywał samolot do Gdańska. Żegnałam Finlandię z pewnym niedosytem, ale też z miłymi wspomnieniami ciepłych wieczorów w zimowej scenerii.
 
 
 
Film z wycieczki tutaj: https://youtu.be/Sp72VP7Px8k
 


14 komentarzy:

  1. Niestrudzona!
    fajne! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czemu nie narty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przewóz nart samolotem (za dodatkową opłatą), łażenie z nimi po mieście, autobus, autostop, który był w planie - to jest trudne do ogarnięcia logistycznie. Jeżeli dojazd byłby prostszy wtedy narty byłoby łatwiej zabrać.

      Usuń
    2. No to jasne. Myślałem, że może to kwestia trasy, ternu itp

      Usuń
    3. Finowie chodzą tam i na rakietach i na nartach, narty na takie śniegi mają tzw. leśne, długie i szerokie.

      Usuń
  3. Zmieniłaś baterię w czołówce? Przecież miałaś jeszcze ze trzy lumeny... Mięczak :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Leśna! bardzo fajna tura. Gratuluję. Po twojej opowieści widać, że narty, czy rakiety nie zawsze dają szansę na w miarę komfortowe poruszanie się zimą. Podobne problemy miał Sołtys w zeszłym roku na Ukrainie. Przychodzą po prostu takie warunki, że i to i to pomaga, ale i tak jest ciężko. Piszę o tym dlatego, że często są takie oczekiwania: kupię narty/rakiety i będę "sunął po tafli wody". A potem jest rozczarowanie.

    Z pozdrowieniami

    Pim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Tak, niestety zdarza się tak, że warunki nie pozwalają zrealizować planu. Mam nadzieję, że następnym razem trafię na lepsze... Pozdrawiam!

      Usuń
  5. na sam widok robi się zimno...
    Gekon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I pomyśleć, że problem polegał na tym, że było za ciepło...

      Usuń
  6. Pani Agnieszko
    Pani podróżnicze osiągnięcia są imponujące! A'propos tarpu - przesyłam Pani link do filmu z mojej wycieczki, na której zastosowałem tarp kupiony w Leroy Merlin za 19,50. Pozdrawiam, Andrzej Grajter - https://vimeo.com/233133234

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! Plandeki mają swoje zalety, ale niska waga i wodoodporność do nich nie należą :-) Fajny film, też bym chciała kiedyś spłynąć Wisłą. Pozdrawiam.

      Usuń