sobota, 9 czerwca 2018

Continental Divide Trail: Cumbres Pass - Spring Creek Pass (Colorado)

Zasiedziawszy sie w Chamie pelna energii wyruszylam w dalsza droge. Czekalam z 700-ka na wlasciwy moment: masyw South San Juan w tle!




Szlak od razu zaczal sie wspinac i mialam okazje zdobyc dosc wysoki szczyt. Dalej bylo coraz wiecej sniegu, w postaci platow oraz zasp miedzy kepami skarlowacialych swierkow.






Noc spedzilam nad Dippin Lake, pieknym jeziorem polozonym w dolinie. Obok bylo drugie jeziorko, nad nim rozbilo sie kilku innych hikerow - wprost na torfowisku... Ja na wysokim brzegu lodu nie mialam, oni cali w szronie :-)


Kolejny dzien byl jeszcze bardziej sniezny, bardzo mi sie to podobalo. Pogoda sie nieco popsula i przechodzily przelotne opady deszczu oraz sniegu, na szczescie niewielkie.










Wedrowka znacznie sie spowolnila, kiedy szlak zaczal trawersowac wschodnie zbocze gory. W lesie snieg byl gleboki i rozmiekly, a strome zleby nalezalo pokonywac z ostroznoscia. W pewnym momencie trzeba bylo zaprzestac prob przedzierania sie przez zaspy i zejsc prosto w doline, co nie bylo latwe z powodu znacznego nachylenia.




Piekne jezioro Blue Lake bylo jeszcze po czesci skute lodem.




Kiedy szlak znow wyszedl ponad granice lasu przybylo snieznych trawersow.




Po drodze spotkalam Sama, wedrowca pokonujacego zaplanowana przez siebie trase - wiecej 4-tysiecznikow, jakies inne gory po drodze... Planowany finisz na poczatku lipca. Obok naszego biwaku spod snieznej zaspy wyplywal huczacy strumien.



Nastepnego ranka moglam obejrzec z dalszej perspektywy trase pokonana poprzedniego popoludnia. Przede mna kolejne zasniezone szczyty... Po mroznej nocy snieg byl twardy i szybki, ale raczki niezbedne.






Tym przerazajacym zlebem czesc hikerow po prostu zjechala na tylkach - do tego wlasnie przydaja sie czekany - sluza do hamowania przy takich zjazdach. Ja obeszlam ten fragment po wytopionym grzbiecie.



Na poludniowych stokach zaczela sie wiosna - pojawily sie bazie na karlowatych wierzbach i dzika cebula. Wierzby sa zreszta wielkim utrapieniem, bo zarastaja szlak, a nikt ich nie wycina i strasznie drapia nogi...






Najwyzsze punkty na szlaku w South San Juan osiagane to przewaznie przelecze, ale i tak jest to spora frajda :-)


Pozniej nadchodzi kolejny trawers, ktory w cieplym sloncu robi sie grzaski.



Wreszcie udalo mi sie dobrnac w doline i przekroczyc strumien, tylko po to zeby wspiac sie na sasiedni grzbiet. Widoki wspaniale - wszedzie wokol gory!







Najtrudniejszym fragmentem okazal sie bardzo stromy trawers snieznego nawisku pod skala. Sadzac po sladach bylam trzecia osoba, ktorej do tej pory udalo sie ten odcinek pokonac. Byl juz wieczor i snieg ponownie zamarzl, zapewnajac raczkom przyczepnosc. W powiekszeniu powinniscie zobaczyc sciezke.



Tego wieczoru bardzo wialo, a ja chcialam uniknac biwakowania w otwartym terenie (choc pod wzgledem widokowym taki biwak to swietna sprawa). Rozbilam sie w kepce swierczkow, oslonieta przez zaspe. Ta noc byla bardzo zimna, buty i skarpetki zamarzly na kamien.





Dalszy ciag wedrowki to juz nieco bardziej przyjazne wziesienia o wystawie poludniowej i dlugi odcinek lesny, w ktorym bylo jednak cale mnostwo wiatrolomow.





I tak dotarlam do przeleczy Wolf Creek Pass, z ktorej zjechalam do miejscowosci Pagosa Springs. Miasto bylo bardzo rozproszone i pobyt w nim ograniczylam do wizyty w hipermarkecie Walmart, gdzie zrobilam zakupy, skorzystalam z wifi i zrobilam male pranie. Na szlak wrocilam z pania, ktora opowiedziala mi o swoich dziadkach z Polski :-) Jak zwykle kazdy napotkany Amerykanin przypomina sobie jakis polskich przodkow :-)




Obladowana zapasem jedzenia na tydzien wyruszylam zdobywac Gory San Juan. Powoli pokonywalam kolejne fragmenty sniegu, ale bylo go coraz mniej - bardzo mnie to pocieszylo. Plecak wazyl dobre 14 kg... Przenocowalam w najwyzszej czesci doliny lodowcowej ponad blekitnym jeziorem.




Nie wspielam sie wyzej poniewaz nastepnego dnia miala nadejsc nawalnica. "Severe thunderstorms" nadeszly zgodnie z prognoza. Wydaje mi sie, ze moglam widziec pume, bo mignelo mi szczuple i zwinne zwierzatko z dlugim ogonem; zeskoczylo ze skaly, zsunelo sie po snieznym nawisie i zniknelo...

Zdazylam przejsc kilka mil, kiedy uslyszalam pierwsze grzmoty. W takiej sytuacji jedynym wyjsciem bylo przeczekac niepogode, wiec zeszlam na przelecz i rozbilam namiot w dolku. Burz bylo w sumie piec, cala nawalnica trwala szesc godzin, z czego czesc przespalam... Spadl grad, snieg, deszcz, a potem wyszlo slonce i moglam ruszyc dalej. Postraszyla mnie jeszcze jedna burza, ale poszla bokiem i moglam bezpiecznie pokonac gran i zejsc w doline.






Probowalam zrobic zdjecie wystawiajac aparat z namiotu...






Po przejsciu frontu ochlodzilo sie i znow byl silny mroz. Kazdej nocy w tych gorach jest przymrozek, albo wiekszy, albo mniejszy... Rano jednak szybko sie ociepla.



Przyjemny fragment szlaku biegl malowniczym grzebietem wododzialowym. Z prawej woda splywa do Atlantyku, z lewej do Pacyfiku. Tam tez wypadlo 800 mil :-)






Gran Knifes Edge byla juz na szczescie pozbawiona sniegu, ale po drugiej stronie czekala niespodzianka - kolejny trawers pod skala. Czesc obeszlam trawa, ale to tez nielatwe ze wzgledu na nastromienie. Znow raczki poszly w ruch.





Tego dnia staralam sie nadrobic stracony w czasie burzy czas i szlam do pozna. Wedrujac wieczorami ma sie okazje zobaczyc wiecej zwierzyny, ktora wychodzi o zmierzchu. I tak wlasnie spotkalam swojego drugiego niedzwiedzia. Szedl szlakiem z naprzeciwka, wyszedl nagle zza zakretu, byl bardzo blisko. Spojrzelismy sobie w oczy, a wtedy ja bardzo poprawnie postukalam kilkami i zawolalam "spadaj niedzwiedziu". W takiej sytuacji niedzwiedz zrobil w tyl zwrot i uciekl w las... A ja dopiero wtedy wyjelam aparat! :-( Obejrzyjcie w powiekszeniu... Niedzwiedz najwyrazniej wachal te purpurowe kwiatki :-)




Rozbilam sie na przeleczy Squaw Pass, gdzie nawiedzily mnie wieczorem dwa losie. Przelecz byla zabagniona i pelna soczystej wierzbiny, ktora bardzo lubia losie. Rano przyszedl kolejny...



To byl jedyny dzien, kiedy nie spotkalam osobiscie zadnego czlowieka, tylko minelam rozbity namiot.

Nastepny ranek zapowiadal przyjemny dzien pelen atrakcji. Wedrowalam nagimi grzbierami z pieknymi widokami, w dali dostrzeglam charakterystyczny szczyt Rio Grande Pyramid oraz wyszczerbiona przelecz The Window.











Po drodze spotkalam swistaka i pardwe. Swistakow jest tu tak duzo, ze przestalam zwracac na nie uwage. Ciagle na mnie piszcza!



Zeby dojsc do odleglych gor musialam pokonac kilka bagnistych dolin i doline strumienia ze sladami zejscia lawiny. Doliny sa teraz w rozkwicie, a i na alpejskich lakach jest calkiem kolorowo.








Ostatnia dolina byla bardzo rozlegla, szlak mial obchodzic bagno, wiec poszlam sciezka... I nadlozylam ze trzy mile! Bylam z tego powodu bardzo zla, ale to pozwolilo mi szybko pokonac strome podejscie.









Bylam pod The Window odrobine za wczesnie na zachod slonca. Podeszlam wiec dalej i dostrzeglam dziwne chmury - nie byly to chmury tylko dym z pozaru lasu, przywiany silnym wiatrem.





Nie bylo mowy o noclegu wsrod drzew, bo drzew zadnych nie bylo... Natomiast nastepnego ranka zeszlam w niezwykle piekna dolinke. Poranne swiatlo zaczynalo wlasnie wdzierac sie w cieniste zakamarki, bylo cudnie. Miejsce bylo bardzo popularne - wschod slonca ogladala duza grupa dziewczyn, ktora entuzjastycznie mi pomachala, a chwile pozniej spotkalam czterech panow obciazonych wielkimi Ospreyami, w tradycyjnych skorzanych butach z czerwonymi sznurowkami.







To byl juz ostatni etap prawdziwie wysokich San Juans, przede mna pojawily sie wysokie poszarpane granie. Szlak prowadzil przeleczami, schodzil w doliny zeby ominac strome piarzyska i znow wychodzil na przelecz. Dla wspinacza zapewne bardzo kuszaco prezentowaly sie rozmaite granie, zleby i kuluary.





To ja - po jasnej stronie mocy :-)



Dalej krajobraz zupelnie sie odmienil, a Continental Divide Trail spotkal sie z popularnym i bardzo pieknym szlakiem Colorado Trail, z ktorym bedzie podazac wspolnie przez dalsze 300 mil. Po tym polaczeniu szlak znacznie zlagodnial, jest tez lepiej oznakowany i zadbany. Wierzby sa okielznane!




Szeroki grzbiet przypominal Laponie, w oddali zostaly skaliste szczyty. Zlotawa poswiata pochodzi od pozarowego dymu, ktory znow nasciagnal z zachodu. Bardzo nieprzyjemnie sie tym oddycha.








Trawiasty grzbiet znow troche jak na Islandii... Z jednej strony gory sa lagodne, a z drugiej urywaja sie nagimi skalami. Znalazlam wysmienite miejsce na biwak w ruinach starego drewnianego domku na przeleczy Stony Pass - dobrze oslanialy od wiatru.





Kolejny dzien przyniosl niemala atrakcje - dotarlam do zrodel Rio Grande! To wlasnie ten strumyk stanowi poczatek tej wielkiej rzeki.






Trudno o lepsze oznakowanie!





Silny wiatr gnal kolejne chmury dymu, ktory gryzl w plucach... Pozar lasu jest w okolicach Durango, tam gdzie konczy sie jedna odnoga Colorado Trail. Minelam jakies stare instalacje, moze to resztki kopalni zlota lub innych kruszcow?



Glowa bolala od tego dymu, ale udalo mi sie wspiac na najwyszy punkt Colorado Trail o wysokosci 13271 stop, czyli 4045 m n.p.m.! Niestety znow byla to przelecz... Tuz pod szczytem co prawda :-)





Colorado Trail ma wiecej udogodnien - na noc zaleglam w chatce-jurcie, gdzie byl piec na drewno, kuchenka gazowa i pietrowe lozka. Mialam spac na podlodze, ale Bamboo postanowil spac na zewnatrz i za sasiada mialam tylko Top Notch'a.




Pozniej szlak juz zupelnia zlagdnial, przyjemnie sie wedrowalo takimi dlugimi prostymi odcinkami. Na przeleczy Spring Creek Pass zapowiadalo sie bardzo dlugie czekanie na okazje - Top Notch probowal juz godzine - ale ledwo sie pojawilam nadjechal samochod, ktory od razu sie zatrzymal i zabral nas do Lake City, malego dosc turystycznego miasteczka, w ktorym jest to co najwazniejsze, czyli maly sklep spozywczy i biblioteka. Tak wolnego internetu dawno jednak nie widzialam... Chyba utkwilam tu na dobre :-)






Pozdrowienia dla wszystkich i do nastepnego razu!

6 komentarzy:

  1. Ależ te kolejne "setki" szybko mijają:-) Spotkany misio to jeszcze baribal czy już brunatny? Na fotce jakoś tak słabo go widać. No i czy woda w Blue Lake była równie czysta jak w innym jeziorze o tej samej nazwie pod Waiau Pass?

    No to teraz będziesz mieć najkrótsze dwie pory roku na szlaku - wiosnę i lato:-) Albo obie naraz - wiosnę w górach, a lato w dolinach:-p

    Powodzenia na kolejnych odcinkach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki! Lokalni mieszkancy wszystkie tutejsze niedzwiedzie nazywaja czarnymi, wiec chyba baribal, tyle ze brunatny :-) Woda w Blue Lake nie az tak przejrzysta jak w nowozelandzkim, ale jeszcze zimniejsza :-)

      Usuń
  2. Piękne Colorado. Teraz tęsknię za tymi przestrzeniami jeszcze bardziej.
    Jak znosisz wysokość? Mt Elbert coraz blizej ;-) Masz go w planie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesli pogoda pozwoli to czemu nie? Az tak mi sie nie spieszy :-) Do dzis zaluje ze nie chcialo mi sie podejsc tych kilku stop zeby zdobyc najwyzszy szczyt New Jersey...

      Z wysokoscia jakos daje rade, ale objawy choroby wysokosciowej mam: bol glowy, trudnosci z oddychaniem. Czuc ze w powietrzu brakuje tlenu. Ostatni odcinek byl na nizszej wysokosci, wiec czuje sie swietnie, mam nadzieje ze aklimatyzacja postepuje.

      Usuń
  3. Normalnie, "Z kamerą wśród zwierząt" ;)) Łosie zacne. Co do misia, na pewno baribal. Brunatne (grizzly) wyginęły w Colorado. Ostatnie niedobitki broniły się w San Juans właśnie :P Kolorem futra nie sposób obu gatunków odróżnić (oba bywają nawet rude), tylko jakieś detale budowy. Z Yellowstone/Teton pamiętam jakieś plansze "rozpoznawcze": bodaj dłuższe pazury, inny pokrój uszu i głowy (detali nie pomnę), no i charakterystyczny garb na grzbiecie (grizzly). Ktoś chętny pójdzie oznaczać z bliska? :P ;)))
    Swoją drogą, mam nadzieję, że w Wyoming zaopatrzysz się w bear spray. To tylko jakie 300-350g. (225g zawartości, duży dezodorant). Grizzly to jednak konkretne zagrożenie, a statystycznie rzecz biorąc spotkasz je właściwie na pewno. Na całej trasie od lasów Bridger-Teton po krańce Montany. Gdy zobaczysz baribala włażącego szybko na drzewo lub uciekającego gdzieś nie z Twego powodu, to najpewniej grizzly łazi niedaleko. To nie scenka ze znanego dowcipu o rozpoznawaniu gatunków niedźwiedzi ;)) ale powtarzalny autentyk z książki o amerykańskich niedźwiedziach -jednej z wielu, bo w West Yellowstone co sklep z pamiątkami to inny tytuł / autor-ekspert od misiów z 20-letnim stażem ;))))
    A góry piękne, jak marzenie, dzięki za zdjęcia. Tak trzymać! Chociaż ten żleb z tym wielkim nawisem chyba wolałbym obejść. Ale może na zdjęciu to bardziej lawiniasto wyglądało niż w realu.
    Pozdrawiam
    -J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewna osoba mowila mi, ze w South San Juans moga jeszcze byc grizzly (ostatnie doniesienia sa sprzed 14-15 lat), ale ze nikt glosno o tym nie mowi, bo wtedy przyjda mysliwi i je zabija...
      Te ktore widzialam to oczywiscie nie grizzly, grizzly maja ten garb i inny ksztalt glowy.
      Co do bear spray'u to waham sie jeszcze, ale pewnie na wszelki wypadek wezme. Wazy tyle co raczki, a je dalam rade niesc.
      Zapewniam, ze nawis wygladal rownie fatalnie w rzeczywistosci!
      Pozdrawiam!

      Usuń