wtorek, 10 lipca 2018

Continental Divide Trail: Rawlins - South Pass City (Wyoming)

W Rawlins zdazylam jeszcze obejrzec male muzeum - obsluga tak goraco zachecala i blagala o wpisanie sie do ksiegi - widocznie dotacje zaleza od liczby gosci :-) Bardzo sympatyczne muzeum, dzial indianski i historia osadnictwa.




A potem przenioslam sie do domu Cindi i Billa, ktorych dzien wczesniej spotkalam na drodze. Ich dom pochodzil z 1905 roku, tzn. glowna czesc, bo zostal przebudowany.




Nazajutrz po krotkiej wizycie na poczcie ruszylam przemierzac pustynie Wielkiej Kotliny. To byl ciezki dzien. Przez pomylke w planowaniu mialam ze soba az 8-dniowy zapas jedzenia, kiedy potrzebne byly tylko 4, do tego 4 litry wody i klopoty nawigacyjne, bo chca przeniesc szlak poza drogi, ale wychodza z tego poprzewracane slupki w dzikim terenie. No i goraco - akurat kiedy wstapilam na ten suchy przestwor nadeszla fala upalow.




Od czasu do czasu mozna bylo znalezc zrodlo ze stojaca woda.


Tego znaku pewnie nikt nie zobaczy, bo zgubilam w tym miejscu szlak, ale coz, piekna liczba, 1500 mil za mna.


Przez chwile asfalt - co za ulga. Potem jeszcze troche wiecej asfaltu i dalej juz tylko gruntowki przez niewiarygodne wprost pustkowie.





Glownymi mieszkancami pustyni sa krowy, zdarzaja sie tez konie. Z dzikich zwierzat tylko smiesznie podskakujace antylopy i z rzadka male jaszczurki przypominajace dinozaury.



Ludzi spotykalam niezwykle rzadko, ale dogonil mnie nie widziany od Chamy 7/11, facet bardzo szybki, za szybki, wiec przesiadujacy u swoich licznych braci i spedzajacy u nich wiele dni zero.




Wielka ulga od upalu byla kapiel w malym zbiorniku wodnym, oczywiscie sztucznym.



Dzika przyroda znajduje sie chyba gdzies indziej... Szlak dlugo podazal wzdluz rurociagu gazowego. To wlasnie firma obslugujaca gazociag zbudowala zbiornik.




Niezwykla przyjemnoscia byla spotkanie z para Trail Angelow, ktorzy przejezdzali w weekend cala Kotline tylko po to zeby serowac Trail Magic. Bylam 19-ym hikerem przez nich spotkanym, a zaraz za mna byl Adrian, numer 20.




Kolejny dzien takze byl upalny, przy zrodelku znalazlam dojrzale owoce dzikiego agrestu.


Pojawilo sie troche drzew na wzgorzach, ale tylko na chwile. W akcie desperacji jadlam lunch przytulona do wielkiego glazu, ktory dawal odrobine cienia. Wiele osob wedruje na tym etapie noca, nie mogac zniesc goraca. Bardzo przykry byl brak wiatru, wydawalo sie ze na takim pustkowiu powinno wiac, a jednak nie wialo.


Sadzawki dla krow byly potwornie brudne i nie nadawaly sie do niczego.



Dlatego litosciwi ludzie na najdluzszym etapie bez czystej wody (30 mil, 50 km) pozostawili depozyt. Woda w bajorku w 2/3 drogi byla znosna, ale czysta woda lepsza!



Pustynia jest plaska i idzie sie nie szybko, wiec zaplanowalam, ze przejde ja jak najszybciej. Wreszcie na horyzoncie zamajaczyl masyw Wind River Range, ktory oznacza koniec pustyni. Najpierw na zachete byla rzeka, do ktorej z rozkosza wskoczylam. Tutaj chcialam filtrowac wode,a le nie moglam znalezc filtra, myslalam, ze go zgubilam, ale potem jednak znalazlam, tyle ze zdazylam juz sie napic niefiltrowanej wody rzecznej. Po kapieli nabralam energii i ruszylam dalej z zamiarem pobicia zyciowego rekordu.






W okolicy przechodzily burze, bylo pochmurno, pokorpilo - idealne warunki. Wieczorem zobaczylam pierwsze drzewo, wspielam sie na wzgorze i... Tak, udalo sie! Zrobilam tego dnia z pewnoscia 52-53 km, moze 54. Trudno stwierdzic dokladnie bez sciezki GPS. Moglam byla isc do South Pass City i dobic do 60, ale rozsadek zwyciezyl i rozbilam sie pod sosna. Prawdziwa sosna! Drzewo!





Jeszcze przez wieczorem przekroczylam 1600-mile, ale przegapilam ten moment i znak zrobilam rano.



South Pass City to miasteczko poszukiwaczy zlota, dzis juz tylko miasto-muzeum. Budynki mozna zwiedzac i ogladac cale zachowane wyposazenie. Jest hotel z lozkami, saloon, sklep spozywczy, wszystko jak dawniej.








Z miasteczka doszlam do asfaltu, skad zlapalam stopa do odleglego o 60 km Lander, gdzie zrobilam zakupy i naladowalam baterie, a przy okazji wstapilam do sklepu z indianskim rekodzielem i zgadnijcie w co sie zaopatrzylam :-)


Teraz czeka mnie przejscie masywu Wind River Range, podobno najpiekniejszego odcinka szlaku. Trzymajcie kciuki za pogode i oby niedziwiedzie grizzly trzymaly sie z daleka :-)

4 komentarze:

  1. Zgadujemy - zaopatrzyłaś się w indiańskie kierpce ;-) No dobra - pantofle :)
    Jakoś mało pustynna ta pustynia, ale zawsze coś. No i odcinki jakby monotonne, ale za to sprzyjające dłuuugim dystansom.
    Trzymamy kciuki za pogodę i nieobecność niedźwiedzi :)
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. ...no i nie przesadzaj z tymi drzewami. Po co komu drzewa? ;-)
    Mocy w nogach, dajesz radę !

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę depresyjne te "pustkowia" ...ale to już za Tobą :-)
    Trzymam Kciuki i Pozdrawiam
    Gapcio

    OdpowiedzUsuń