czwartek, 4 lipca 2019

Pacific Crest Trail: Fish Lake - Castle Crags (Oregon/California)

Wiem, wiem, znow musieliscie dlugo czekac na wiesci! Tym razem przerwa w relacjach to wina braku komputerow - raz byla wioska bez biblioteki, potem miasteczko z biblioteka zamknieta w sobote i wreszcie jest - biblioteka w Dunsmuir czynna do 20 :-)

Ozdrowiala, choc jeszcze lykajaca metronidazol udalam sie w droge powrotna na szlak z Seattle do Medford. Pojechalam Greyhoundem, czego juz nigdy wiecej nie zrobie - tak sobie obiecalam. Szesc razy zdazylabym w tym czasie przejechac ta sama droge autostopem, bo autobus byl opozniony w sumie o 7 godzin. Zgadnijcie dlaczego. Bo kierowca nie przyszedl do pracy!

Zjawilam sie wiec w Medford, w poludniowym Oregonie o godzinie 1:30 w nocy. Dworzec naturalnie zamkniety, ale na szczescie byla kamera monitoringow i dwoch gluchoniemych chlopakow, czekajacy na rowniez opozniony autobus do Portland, wiec czulam sie w miare bezpiecznie. Zeby kontynuowac autostopem na szlak musialam poczekac do rana. Rano pojawil sie chlopak, ktory przyjechal autobusem z poludnia (tym samym na ktory czekali chlopcy) i jakims cudem wybieral sie w moja strone, do sasiedniego miasteczka i zabral mnie swoim Uberem na skrzyzowanie. Wlasnie switalo, a po dwoch minutach zlapalam okazje na szlak. 



Fish Lake bylo miejscem, ktore wybralam na start drugiego etapu przejscia PCT - odtad mialam wedrowac na poludnie. Wybralam to miejsce, bo bylo jedynym, z ktorego moglam zaczac nie napotykajac wiekszych ilosci sniegu. Od miejsca, z ktorego zeszlam ze szlaku w Sierra Nevada jest oddalone o 1000 mil.

Poranek byl zimny, bylam glodna, ale jakze szczesliwa, ze wreszcie, po 12 dniach przerwy, moge dalej wedrowac. Oregon to glownie lasy i bylam tam bardzo szczesliwa, wszsytko mi sie podobalo.




W srodkowej czesci szlaku jest cala masa wulkanow i to wlasnie w terenie wulkanicznym rozpoczelam wedrowke na nowo.


 



 


Las iglasty, wiec raczej ubogi, a jednak w runie nie brakowalo ciekawej roslinnosci, ktora po pobycie na pustyni, a potem w sniegu, budzila moj absolutny zachwyt.






I tak zaraz na poczatku, po 11 milach osiagnelam 800 mil! Wreszcie!


Teren byl lagodny, a szlak wychodzil czasem na jakies przeswity, skad widac bylo dalsza panorame, z Mt Shasta, wysokim wulkanem, na horyzoncie.









Wsrod wszystkich kwiatow najpiekniejsze byly lilie, dosyc rzadkie, ale latwo mozna bylo je znalezc kierujac sie wspanialym zapachem, jaki sie wokol nich unosil. 



Po nieprzespanej nocy bylam strasznie zmeczona, co nie przeszkodzilo mi z radosci zrobic 25 mil, ale padlam potem w namiocie jak niezywa. Wspanialy wieczor, a takze poranek z widokiem na nieodlegle jezioro.



Nastepny dzien przyniosl kolejne ciekawostki florystyczne :-)



 

Sporo ludzi krecilo sie po szlaku, bo byl weekend, a mala zapora byla popularnym celem wycieczek.



 
Wspaniale kwitna dzikie roze o intensywnie rozowych kwiatach. A moich ulubionych czerwonym orlikow bylo cale mnostwo.









 







Giardia wcale nie zmienila moich pogladow na filtrowanie :-)



W kazdym punkcie widokowym krotlowala Mt Shasta i mialo byc tak ejszcze przez dlugi czas, bo w tym miejscu szlak zaczyna robic ogromna petle, zblizajac sie do zachodniego wybrzeza by powrocic pod Mt Shasta od poludnia.
 



To byl jeden z moich lepszych biwakow - notatki na mapie wskazywaly, ze gdzies w poblizu ma sie znajdowac toaleta. Nieomylnie wpadlam na nia za duzym drzewem. Sedes byl wstydliwe zwrocony klapa do szlaku.






Minelam miejsce, w ktorym szlak pierwszy raz przecina autstrade miedzystanowa numer 5 bez wstepowania do Ashland - zabralam duzy zapas jedzenia. Okolica byla zryta starymi drogami, takze takimi dla dylizansow, z XIX wieku. Mozna zobaczyc co z takiej drogi zostalo.



Bliskosc miast oznaczala mnostwo dziennych wedrowcow, wiekszosc bardzo symaptyczna, zawsze zagadywali. Nie bylam tez oczywiscie jedynym thru-hikerem, bo wiekszosc wedrowcow przemiescila sie wlasnie w ta okolice, choc wlasnie wiekszosc wedruje na polnoc, chcac najpierw dojsc do granicy kanadyjskiej, a dopiero pozniej wrocic w Sierra Nevada we wrzesniu. 





Okolice Mt Ashland byly juz zupelnie wolne od sniegu, ktory jeszcze dwa tygodnie temu lezal tam w obfitosci.




Gory byly coraz wieksze i bardziej skaliste, pojawily sie typowo alpejskie kwiaty (zwykle biale i bialo-niebieskie, tutaj wyjatkowo rozowe).






I tak wlasnie wygladalo pogranicze... Tak dotarlam do granicy Oregonu i Californii. Czeka mnie jeszcze wiele mil Californii i prawie caly Oregon, wiec granica nie miala takiego znaczenia, jakie mialaby gdybym szla na polnoc. Dla NOBO to wielka chwila, bo wiekszosc PCT biegnie przez sama tylko Californie i pozegnanie z nia to ogromna radosc.



Polnocna California uchodzi za nudna, ale wcale taka nie jest. Z kazdym dniem podobala mi sie coraz bardziej. Gory byly przyjemne dla oczu, choc nie upiornie wysokie, sniegu male latki, temperatura idealna.







Wiosna prawie ze mi uciekla, ale jeszcze zalapuje sie na pozniowiosenne i wczesnoletnie widoki. Tak sie ciesze, ze nie jest tu bialo!





Grzechotniki wcale nie zyja tylko na pustyni. Na srodku sciezki natknelam sie na takiego sredniogabarytowego gada, usilujacego polknac duza wiewiorke. Pewnie zajelo mu to caly dzien...


Pogoda ladna, choc raz straszylo deszczem, akurat kiedy schodzilam w doline Klamath River.



Udalo mi sie wszakze na sucho osiagnac 900 mil :-)


Zejscie bylo paskudne, strome, kamieniste i zarosniete. Dziewczyna wycinajaca krzaki daje jakas nadzieje, ze po pozarze strasznie tam wybujalo.



W dolinie Klamath River znajdowala sie miejscowosc Seiad Valley, gdzie w malym i okropnie drogim sklepie zaopatrzylam sie w prowiant. Tam wlasnie dopadl mnie deszcz, ktory przeczekalam, po czym udalam sie na darmowy biwak u Trail Angela Captaina. 







Na poczatek nastepnego odcinka zaserwowano nam 8-milowy odcinek drogowy, ktory uplynal szybko i przyjemnie. Ciekawie zagladalam na podworka, a potem szlam wzdluz rzeki i mniejszego strumienia.





Wlasciwy szlak pial sie w gore wlasnie tego strumienia. Poczatkowo bardzo przyjemny, lagodny, choc zarosniety. Mnostwo bylo poison oak, ale akurat na to cholerstwo nie mam uczulenia. Schodzacy z gory NOBO narzekali okropnie na stan szlaku i wiatrolomy. Rzeczywiscie, bylo ich bardzo duzo...




To dziki jasmin.




Pomaranczowe lilie kwitly szczegolnie obficie przy malych doplywach i zrodelkach. Bylo tez sporo jelonkow.



Wreszcie wylazlam na gore i ukazaly sie widoki! Jeszcze tydzien-dwa temu wszsycy flip floperzy, ktorzy uciekli ze Sierry omijali ta czesc szlaku autostopem albo wedrujac asfaltem, z obawy przed sniegiem. Teraz jednak zadnego sniegu nie bylo. Widoki calkiem alpejskie, skaly i male stawki.



Rozbilam sie wlasnie nad takim stawem, a rano musialam cos zrobic z butami, ktore byly juz abrdzo zuzyte i zaczelam odczuwac skutki negatywnego dropu (buty zero drop zdeptuja sie w ten sposob, ze pieta zaczyna byc nizej od palcow, co skutkuje przeciazeniem achillesow). Wzielam zuzyte mapy i wlozylam je pod wkladki - pomoglo natychmiast.





Z tym ze sniegu nie bylo przesadzilam - zdarzaly sie fragmenty, ale krotkie. Przydawaly sie raczki, bo bywalo dosyc stromo.






Chatka oczywiscie zamknieta.


Pasmo, przez ktore wedrowalam nazywalo sie Gory Marmurowe i bylo po prostu przepiekne. W porownaniu z nudna i beznadziejna pustynia - rewelacja!








W jeziorku plywala traszka, zobaczycie ja w powiekszeniu.




Polnocna California co roku jest trawiona przez pozary, wypalonych fragmentow jest bardzo duzo. Poznym latem czesto sa zamkniecia szlaku. Takze znalezienie dobrego miejsca na biwak to wyzwanie - piec zywych sosen zapewnilo mi oslone odwiatru.



I tak przyszedl czas na wizyte w kolejnym miasteczku - Etna. Tam wlasnie mialam zamiar udac sie do biblioteki, ale nic z tego nie wyszlo, bo byla zamknieta. Poprzestalam wiec na spozyciu porzadnego sniadania wraz z hikerka Mosey oraz wzieciu prysznica w publicznym parku.




Etne zalozono w 1874 roku i swego czasu bylo to intensywnie rozwijajace sie miasteczko. Do dzis jest bardzo ladne, jest wiele zabytkowych budynkow i male muzeum, ktore naturalnie dowiedzilam. Wlasnie odbywal sie muzyczny festiwal i krecilo sie mnostwo ludzi. Dla mnie byl to powod do ulotnienia sie stamtad - na szlaku jest duzo ciszej.





Teraz czekala mnie wedrowka przez najbardziej alpejska czesc Trinity Alps, gor ktorych wszyscy sie bali, a nie bylo tam nic strasznego. Tylko bardzo ladnego. Wciaz spotykalam mnostwo ludzi wedrujacych na polnoc, w tym wielu znajomych, ktorych minelam w polowie i pod koniec maja.








Mt Shasta coraz blizej.




Nie brakowalo na szlaku wody pitnej, a na podmoklych lakach kwitly owadozerne rosliny.


Rano 60-go dnia wedrowki osiagnelam 1000-a mile! Wypadla akurat w krzakach...






Skaly zmienialy sie co chwile, raz granit, raz jakies metamoficzne, byly tez zyly zielonkawego mineralu. Kawalek wyladowal w kieszeni :-)




Niektore jeziora mialy bardzo dziwaczne nazwy, Jezioro Telefoniczne, Jezioro Smiertelnego Upadku... Raczej nie wymyslono ich na trzezwo.





1000 mil to wystarczajaco duzo dla obuwia biegowego :-)



Dlugi odcinek grzbietowy to zwykle rzadkosc, ale slonce dosc mocno przypiekalo. Teraz sa najdluzsze dni w roku i nie ma mowy o uzyciu czolowki - jest jasno prawie do 21:30. Koncze jednak przewaznie okolo 20.




Na sam koniec tego etapu pozostalo obejscie Castle Crags, wielkiego skalistego masywu, wyraznie rozniacego sie od otaczajacych gor. To bylo bardzo dlugie zejscie, a na dole bylo bardzo goraco. Po drodze kwitnace rododendrony.







Skaliste zejscie dosyc mnie wymeczylo, ale biwak byl jednym z najlepszych, w dolince malego strumyka, ktory eksplorowalam jeszcze z pol godziny. Rozkosznie szemral, a po zachodzie slonca zaczely rechotac zaby.






Dzis rano kontunowalam okrazanie Castle Crags, mijajac jeszcze wiele strumykow. Kazdy byl inny, ale wszystkie piekne, byly kaskady, baseniki i male wodospady.



Miedzystanowa 5 ciagle obecna - wlasnie ze zjazdu z autostrady musialam dostac sie do miasta Dunsmuir, gdzie wyslalam swoj Bounce Box. Spotkalam jeszcze innego hikera i goscia, ktory na hikerow czekal, zeby oferowac podwiezienie. No to skorzystalismy! Tym sposobem udalo mi sie zrealizowac plan i zalozyc na nogi nowe buty przed 4 lipca, czyli Swietem Niepodleglosci, z okazji ktorego wszystko z poczta na czele jest zamykane.




Niebawem wracam na szlak i kontynuuje na poludnie... Do zobaczenia!

12 komentarzy:

  1. Brawo! Połykasz mile aż miło, a zdjęcia są zachwycające.
    Tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Po 1000 mili już z górki! Nie za szybko, bo się nigdzie nie spieszy. Prosimy o kolejne jaszczureczki i jelonki! Gek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do domu się spieszy! Ale śniegowi nie spieszy sie topnieć. Jaszczureczki i jelonki będą w następnym wpisie, jak tylko dopadnę jakiegoś komputera. Pozdrowienia!

      Usuń
  3. Bardzo się cieszę że mimo problemów z komputerem wysyłasz nam swoje opowieści, świetnie się je czyta! Życzę dalej tak pięknej pogody jak na tym odcinku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogoda zrobiła się dla odmiany aż zbyt piękna - upały... Ale to dobrze dla śniegu. Dzięki!

      Usuń
  4. Hej! Ty znów na szlaku, a my podążamy na googiel mapach za Tobą ;) A propos: do delirycznych nazw jeziorek w Trinity Alps dodaj jeszcze Eaten Man Lake. Poważnie! ;-) Naprawdę przewinęło mi coś takiego opodal Twojej trasy. Z mocno florystycznych fotek i opisów widać, że jesteś w swoim ulubionym środowisku. To miłe po problemach poprzednich dni. Morale wzrosło pewnie mocno :) Podążaj dalej wśród kwiatów i drzew.
    Pozdrawiam
    -J.
    P.S. Znajoma sylwetka wiewiórki (pierwsza, nie ta wsuwana przez węża, oczywiście!) przywołała moje własne wspomnienia z Wyomingu, ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę... Mają też niezłe strumyki: śrubokrętowy, kapeluszowy... Serio :-) Tak, tamten odcinek był bardzo przyjemny i jakby dla mnie stworzony. Kolejny jest okropny, ale cóż zrobić, jakoś go przełknęłam i niedługo opiszę.
      Miło przywołać dobre wspomnienia!

      Usuń
  5. Super że ponownie jesteś na szlaku i możemy śledzić Twoją wędrówkę :) Mam też nadzieję że limit pecha został wyczerpany i to trzęsienie ziemi w Kalifornii o którym mówili w mediach nie będzie miało wpływu na Twoje plany :)

    Powodzonka! Trzymam kciuki i pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzęsienie było blisko szlaku, ale na północy nieodczuwalne. Limit pecha w tym sezonie jestniewyczerpywalny - tym razem zepsuł mi się przycisk włączania telefonu...

      Dzięki :-)

      Usuń
  6. Super relacja :) Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku :)

    OdpowiedzUsuń