wtorek, 6 sierpnia 2019

Pacific Crest Trail: Reds Meadows - Kearsarge Pass (California)

Mam dla Was dobre wiesci - zakonczylam wlasnie drugi etap mojej flip-flopowej wedrowki, pokonalam gory Sierra Nevada, uporawszy sie z California doszlam do miejsca, w ktorym na poczatku czerwca zeszlam ze szlaku. Zobaczycie jak bardzo gory sie od tego czasu zmienily!

Plan powrotu na szlak z Mammoth powiodl sie doskonale, poznym popoludniem bylam juz z powrotem w Red's Meadows i tamtejszym osrodku/sklepie. Wzielam bardzo cieply i przyjemny prysznic, a potem zajelam sie konsumpcja mango w ilosci dwoch sztuk, ktore przywiozlam z miasta, tak by jeszcze przed zachodem slonca znalezc sie znow na szlaku i przejsc kilka mil do najblizszego miejsca namiotowego. Dotarlam tam juz po ciemku, ale strumien mial kladke, wiec bez klopotu go przeszlam i niezwlocznie rozbilam oboz.






PCT znow polaczyl sie JMT, odtad juz sie nie rozstawalismy, a szlak byl bardzo uczeszczany. Oznaczalo to tez, ze wszystkie mniejsze strumienie mialy klody i pnie. Wieksze niestety nie, wiec buty i tak kazdego dnia byly mokre.






Po wzgledem widokowym ten odcinek byl zdecydowanie najpiekniejszy ze wszystkich dotychczasowych. Szlak zmienil nieco charakter - zmiast przechodzic nic nie znaczace grzbiety wspinal sie teraz na widokowe przelecze. Pomiedzy przeleczami byly dlugie odcinki dolinne, nie zawsze przyjemne, bo kamieniste.

Pierwsza przelecz Silver Pass, nietrudna, sniegu juz prawie nie bylo.










Zejscie bylo dlugie i meczace - jak one wszystkie. Szlaki w tej czesci Sierra Nevada to glownie schody i kamienie, mniej wiecej tak jak w Tatrach (choc dawno nie bylam). Zygzaki wystepuja, ale nie sa lagodne, a i tak maja mnostwo stopni. Bardzo to spowalnia wedrowke, zwlaszcza dla kogos, kto musi uwazac na kolana.




Kazdego dnia byla jakas rzeka, ktorej juz tylko nazwa budzila obawy - znalo sie te nazwy ze slyszenia, bo tam sie ktos utopil, tam ktos musial obchodzic, a kazdy idacy z przeciwnego kierunku mial cos innego do powiedzenia - w kazdej relacji inna rzeka byla nie do przejscia. Pierwsza byla Mono, trzema przekroczeniami, ale jednym po konarze, a zreszta dwa pierwsze byly plytkie, trzeci raz zas po moscie.




Miejscami to i owo rozkwitlo :-)



Dalej z kolei Bear Creek, slynacy ze straszliwego nurtu w okresie topnienia. Moi znajomi NOBO mieli z nim wielkie problemy. Idac z poludnia obserwowalam nurt i potencjalne plycizny, zlokalizowalam trzy pnie. Brod okazal sie jednak nietrudny, choc rzeka plynela dosc bystro, siegala mi tylko do kolan. Widac bylo wyzej, ze snieg zasilajacy rzeke juz stopnial.




Po pokonaniu doliny znow wyszlam wyzej, w tereny obfitujace w jeziora niezwyklej urody. Wyplywy z jezior tez trzeba bylo przechodzic, ale tam nurt zawsze jest spokojny, wiec to tylko drobna nieprzyjemnosc.




Selden Pass takze nie stanowilo problemu. A po drugiej stronie znow blekitne jeziora.



Nad jeziorami wypadlo moje 1700 mil! Ostatnia setka w Californii!



Na tym odcinku mozna sie bylo zaopatrzyc w prowiant wysylajac paczke do ktoregos z resortow, ale wszsytkie je ominelam, bo trzeba bylo nadkladac drogi - zapas prowiantu nioslam od Mammoth. W dolinie byl slad pozaru, wlasciwie chyba skutek ostatnich burz - z pnia drzewa unosil sie dym. Ciekawe czy przerodzi sie w pozar czy zgasnie.




Nieuzyteczna juz niestety chatka, bo chylaca sie bardzo i ze strasznym balaganem w srodku.



Przeszedlszy most na Piute Creek weszlam na teren Parku Narodowego Kings Canyon i jakis czas szlam wzdluz wzburzonej San Joaquin River (innej odnogi tej samej rzeki, co w ostatnim wpisie).





Szlak ostro odbil w gore i wyniosl w doline Evolution Creek, kolejnej znanej z niebezpieczenstw rzeki. Brod mial byc fatalny i rzeczywiscie byl, niemozliwe byloby przejscie go o jakiejkolwiek porze roku. Prawdopodobnie te wszystkie nieuzyteczne brody wyznaczono dawno temu razem ze szlakiem, a od tego czasu rzeki bardzo sie zmienily. W kazdym razie Evolution tez byla jak najbardziej do przejscia, do kolan, choc bardzo wartka, zaledwie kilkadziesiat metrow wyzej. Nie musialam korzystac z alternatywnego przejscia przez lake, gdzie nurt jest wolny, ale woda dosc gleboka (w okresie topnienia bywa, ze trzeba przeplynac).







Historia sie znow powtorzyla, za dolna podejscie na wysoki plaskowyz z jeziorami i przelecz.










Mur Pass to chyba najwyzsza po Forrester Pass przelecz na szlaku, w kazdym razie gorska kotlina, ktora sie na nia wychodzilo bylam jeszcze w duzej mierze osniezona, a jeziora czesciowo zamarzniete. Wszsycy wedrujacy JMT juz dawno rozbili namioty, kiedy ja rozpoczelam podejscie. JMT chodza zupelnie w innym stylu, wiecej biwakuja niz chodza, robiac dziennie kilka mil, odpoczywajac, lowiac ryby i meczac sie z ogromnymi plecakami.







Koncowka podejscia juz po sniegu, ale nie bylo trudno. Na szczycie przeleczy byl kamienny schron wybudowany w 1930 roku. Na przeleczy bylo kilka namiotow, cala wielka grupa, ktora nie wygladala jakby predko miala sie udac na spoczynek, wiec czym predzej rozpoczelam zejscie, chcac znalezc spokojniejsze miejsce.








Po drugiej stronie bylo jednak duzo wiecej sniegu i choc raczki nie byly potrzebne to spelzanie zajelo mi duzo czasu.








Zaczelo sie sciemniac, a tu ciagle ksiezycowy krajobraz... Wypatrzylam jednak male jeziorko i skrawek trawy, na ktorym rozbilam namiot. Tej nocy zamarzly mi skarpetki, ale obylo sie bez kondensacji.



Przy sniadaniu towarzyszyl mi kojot, ktory wedrowal w gore doliny. Przeszedl rzeke i wspial sie wyzej po sniegu, biegnac wzdluz sladu pozostalego po szlakowym zjezdzie.




Kolejny dzien rozpoczal sie od lodowatych brodow, ale pozniej znow zaswiecilo slonce i zrobilo sie cieplo.





Co lub kogo Wam ta skala przypomina? :-)







Ktorys z wedrujacych JMT ostrzedl mnie przed jakims straszliwym podejsciem Golden Stairs... No, chwile zajelo!




A wcale nie byl to koniec, to tylko podejscie na terase lodowcowa, wlasciwe podejscie na Mather Pass czekalo dalej. Znow wypadlo wieczorem, a po drodze podziwialam Palisade Lakes, bardzo ladnie polozone jeziora.









Jakos zlekcewazylam ta przelecz, bo slyszalam ze sniegu na niej mniej i nie przejmowalam zachodem slonca, a tymczasem mnostwo czasu zajelo mi przechodzenie po piargu - musialam omijac strome platy sniegu. Uwazalam zeby nie trafic na ruszajace sie glazy.






Luna zachodzacego slonca zabarwila jeziora na czerwono po czym zniknela i zaczal sie zmierzch. Wtedy wlasnie stanelam na Mather Pass. I natychmiast zaczelam zlazic. Na szczescie po drugiej sniegu nie bylo juz zadnych technicznych trudnosci i wiekszosc zejscia pokonalam bez czolowki. Rozbilam sie w pierwszym napotkanym plaskim miejscu, rano okazalo sie, ze z niezlym widokiem!



Tym razem tez nie bylo kondensacji, a poranek przesliczny. Krajobraz jak na Grenlandii, bardzo mi sie tam podobalo.






Niestety szlak szybko znow zszedl w doline. Tam czekalo mnie przejscie przez lodowata Kings River. Brod nie byl zbyt dobry, ale przy niskim juz stanie wody nie stanowil problemu. Przy wysokim moze byc wielki klopot. Ktos jeszcze kilka dni temu kluczyl w gorze rzekiw  poszukiwaniu lepszego miejsca, majac w pamieci wypadek z 2017 kiedy wedrujaca PCT hikerka tutaj wlasnie utonela (drugi taki wypadek mial miejsce w Rancheria Creek, ktory pokazywalam Wam ostatnim razem).



Dalej znow podejscie, ale tym razem dosc lagodne, jak na Sierre, na Pinchot Pass.







Na szczycie odpoczywalo kilka osob, w tym dwoch section hikerow, majacych sie najwyrazniej za wielkich twardzieli. Opowiadali spotkanym dziewczynom o tym, ze sa w drodze 34 dni i ida z South Lake Tahoe. Nie wspominalam nic o swoich 94 ani o tym ich odcinku, ktory mnie zajal dni 12 :-)





Woods Creek, ktorego dolina schodzilo sie z przeleczy skladal sie niemal wylacznie z wodospadow. Wiekszosc tutejszych rzek jest taka, splywaja po gladkich skalach, twardych granitach, ktory nielatwo sie drazy.









Znow zdecydowalam sie na wieczorne podejscie i biwak nad Arrowhead Lake. Komary byly potwornie wprost aktywne.




Tak nadszedl moj ostatni dzien w Sierrze, rozpoczety, a jakze, brodzeniem przed wyplyw z jeziora. Poranek przyjemnie cieply, a gory odbijaly sie w taflach jezior, w ktorych plywaly pstragi, wyskakujac nad wode i chwytajac komary.



Na szlakowskazie wisiala informacja o zaginionym zima narciarzu.




Glen Pass na mapie wygladalo spokojnie, znow jednak bylo dosc strome. Wiekszosc zygzakow byla wytopiona, dwa razy tylko trzeba bylo przeciac piarg na kreche.






Ostatnia przelecz w Californii!






Zdobywszy przelecz wpadlam w euforyczny nastroj, cieszac sie juz na mysl o bardzo bliskim zakonczeniu tego etapu. Zrobilam sobie przerwe drugosniadaniowa z widokiem na bardzo zachecajaca dolina (gdybym sie wspinala, na pewno chcialabym zdobyc widoczna na zdjeciu sciane). A potem ruszylam nad Bullfrog Lake!



O 11:30 5 sierpnia stanelam na rozstaju, gdzie 9 czerwca zeszlam z PCT. Jak rozne byly teraz warunki! Wtedy wszedzie byly dwa-trzy metry sniegu, wspinalam sie dolina strumyka, a o znalezieniu tabliczki w ogole nie bylo mowy. Teraz strumyk byl malutki i szemral delikatnie, rosly kwiaty, grzalo slonce.




Letni szlak na Kearsarge Pass takze byl inny, prowadzil wyzej, a jezioro wydawalo sie mniejsze.



Zygzaki prowadzily przez stromizny, a ja wspominalam jak pielam sie po sniegu prosto w gore, nie majac swiadomosci, ze stok zalega niestabilny piarg. Widac jeszcze bylo slady po zimowej sciezce.



Na szczycie radosc przycmila smutna wiadomosc o zaginionym hikerze o szlakowym imieniu Countown. Do slupka przyklejono informacje o poszukiwaniach, ale spotkani NOBO (juz chyba ostatni) opowiadali o helikopterze, ktory znalazl poprzedniego dnia cialo hikera w piarzysku pod Forrester Pass. Tam gdzie w czerwcu zjezdzalismy nie mogac zejsc z powodu stromizny, teraz zalegaja resztki, ktore trzeba ostroznie omijac po glazach. Nie wszystkim sie niestety udalo.


Porownajcie sobie jak teraz wyglada widok z przeleczy, a jak wygladal w czerwcu. Po drugiej stronie pojawilo sie nawet jezioro...






Schodzac caly czas robilam porownania. Przeszlam ostatnia latke sniegu i patrzylam w gore na urwisko, z ktorego odwazni hikerzy zjezdzali.




Doszlam do parkingu, na ktorym stala teraz setka aut. Nie bylo widac ludzi, ale po pol godzinie na szczescie ktos nadjechal i zabral mnie do Indepence, skad zlapalam stopa do Bishop i zameldowalam sie w tym samym hostelu, w ktorym nocowalam poprzednim razem. Udalam sie po zakupy, zrobilam polska jajecznice na boczku i cebuli, myslac juz o kolejnym etapie wedrowki. Wracam do Oregonu!




11 komentarzy:

  1. Czyli znowu na północ! Ze zdjęć widać że decyzja o zmianie kierunku była najlepszą decyzją :) góry wyglądają na męczące, za to są wspaniałe widoki. Powodzenia w dalszej części i łatwego dotarcia do punktu startu marszu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie! To była bardzo dobra decyzja. Pozdrowienia z Reno :-)

      Usuń
  2. wspaniale góry, ale jakie groźne! Powodzenia w Oregonie, Gekon

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, potrafią być bardzo groźne i tak też wyglądają. Dzięki!

      Usuń
  3. Fajnie że pokonałaś Góry, mnie się jakoś zrobiło ich żal, biedne pokonane, na przysłowiowych czterech łopatkach. A poważnie z twoich relacji nie wynika że musiałaś się wysilać przełamywać, pokonywać własne słabości, Lajcik nie wyprawa?
    Zdjęcia i góry cudne.
    Jak przeczytałem o tych super hikerach to maleńki się poczułem ale i tak liczę na Twoje miłe towarzystwo na jakimś krótkim wyjeździe. Dasz staruszkowi szansę kiedyś, kiedyś dołączyć na coś krótkiego namiotowego/ogniskowego zimowego mało ambitnego?
    Moja M. też raczyła skomentować zdjęcia, cytuję, :wreszcie zmieniła te paskudne żółte okulary na coś ładniejszego!" koniec wypowiedzi.
    Ja niestety przekształcam się w miłą dla oka kuleczkę, czyli tyję,
    M. i mama ciągle wymagające opieki no i budowa. Ale może wreszcie się przełamie. Dobrze pomarzyć. PA!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiscie, nawet juz takowy wypad planuje! Szykuj sie, tylko zadnych gor.
      Te tutaj bez tragedii, choc troche sie trzeba bylo wysilic, bo stromo :-) Oregon za to jest bardzo plaski.
      Wiewiorka obgryzla mi obecne okulary! Tesknie za zoltymi, chyba do nich wroce (do nich nie ma nakladek przeciwslonecznych).

      Usuń
  4. I pomyśleć, że w 2001 w tamtych okolicach spędziłem 2 miesiące - Tahoe City i praca przy spływach na Truckee River - i o PCT nie wiedziałem nic :) szerokości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piekne okolice, a PCT z pewnoscia byl juz wtedy uczeszczany :-) Dzieki!

      Usuń
  5. Gratulacje!
    Najwyższe góry PCT definitywnie pokonane. Dobrze zrobiłas z tym flip-flopem. Te tragiczne wypadki, które opisujesz, pokazują jak trudne i niebezpieczne warunki były tu wiosną...
    Przez wyjazd ominął mnie w zasadzie tylko "odcinek" o Yosemitach. Skąd taka kosa miedzy tamtejszymi rangersami a thru-hikerami? Bo to jest jakieś szaleństwo, co opisujesz i celowe nękanie przez władze parku. Nie wiem, jaki ma to cel i przyczynę, ale to raczej nie jest normalne...
    Tak czy siak, Kalifornia za Tobą i ruszaj znów na podbój Oregonu ;)
    Powodzenia!
    Pozdrawiam
    -J.
    P.S. Białych misiów nie spotkaliśmy, ale... "każdy spotka tego diabła, którego się boi" (prawie). Na plaży fiordu Dicksona były w miarę świeże ślady (od kilkunastu godzin do tygodnia, co kto woli). Od razu Mauser i rakietnica stały się jakby lżejsze o połowę;) Efekt psychograwitacyjny, czy co? Z drugiej ręki znamy bliską czasowo i przestrzennie akcję w poznańskiej stacji polarnej (AMUPS) w Zat. Petunia. Przez kilka(naście?) godz. próbowali się pozbyć futrzaka, bo trafił się egzemplarz głuchy jak pień (nie reagował na bębnienie w gary i ostrą kanonadę), leniwy lub po prostu namolny. Skądinąd drugi w ciągu miesiąca :P Prawie tam potem doszliśmy!
    W muzeum w Longyearbyen wrażenie robi stary zardzewiały karabin z zakleszczonym w komorze, na wpół załadowanym nabojem. Znaleziony w 1965. Jako że kości właściciela leżały opodal, wyjaśniła się zagadka z grudnia 1921: pewien myśliwy mieszkający w interiorze nie zjechał na Święta do Longyearbyen, co zawsze czynił...
    Ten gatunek fauny futerkowej doradzam Ci jednak lepiej oglądać naprawdę z daleka :))) Ekipa ze statku, co odwoził nas do Longyear akurat widziała jednego po drugiej stronie fiordu, tuż przed naszym zaokrętowaniem. Wynagrodził nam ten brak płetwal błękitny pozujący z bliska. Mam jeszcze chyba obłęd arktyczny w głowie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki. Tak, jestem zadowolona ze strategii jaka obralam. A bylam w mniejszosci - wiekszosc bedzie konczyc w Sierrze.

      Wszystkie parki sa takie, na AT i CDT sa podobne problemy, parki chca zmiany tras szlakow, zeby wykopac dlugodystansowcow poza granice. Chca tylko samochodowych turystow, ktorych maja bardziej pod kontrola.

      Szkoda, ze nie trafil sie zaden mis polarny z bliska, ale i pletwal to cos :-) Ciekawe historie!

      Usuń
  6. A tamten głaz co pytałaś, to mi przypomina trolla z Hobbita :)

    Trzymam kciuki i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń