niedziela, 26 kwietnia 2026

Trawers Korei Południowej 9: Plaże i granica z Koreą Północną - finisz wyprawy

Więc tutaj znowu było morze, czekało na mnie cały czas, kiedy szłam górami. Płaski skrawek wybrzeża i szara pomarszczona wstęga zlewająca się z niebem. Niebo było zasnute wilgocią, a prognoza pogody wciąż pokazywała głęboki niż, mający przynieść intensywne opady. Trzeba było się gdzieś zaszyć.

To jeszcze nie były wakacje i nie było gęsto od ludzi, trochę jak nad polskim morzem na przedwiośniu. Zaraz przy plaży wyrastały apartamentowce, ale za nimi nie było miasta. Było trochę barów i sklepów z morskimi pamiątkami. Wzdłuż plaży biegł deptak, nasadzono sosen. Nie całe wybrzeże było płaskie. Zaraz za tą miejscowością znajdowało się wzgórze, a na nim świątynia o nazwie Naksansa. Mapy.cz pokazywały tam miejsce noclegowe, które zinterpretowałam jako hostel dla pielgrzymów i postanowiłam tam pójść zapytać czy nie przygarną mnie na tę niezwykle deszczową noc. Było już późno, prawie nikogo nie było w parku. Zastanawiałam się nad biwakiem, ale las nie był dość gęsty. Znalazłam główny budynek, zdjęłam buty i zapukałam do drzwi z napisem "office". Otworzyła mi miła starsza osoba. Wyjaśniłam o co chodzi, ale dowiedziałam się że nie prowadzą pojedynczych noclegów, tylko całe turnusy medytacyjne, takie jak widziałam w poprzedniej dużej świątyni. Starsza pani powiedziała, że takie osoby jak ja (hm) rozbijają namioty na plaży, jest to dozwolone i powszechne, a kawałek dalej powinnam znaleźć taką plażę i na pewno nie będę sama. To mnie zdziwiło, nie sądziłam że można tak otwarcie biwakować. Zagadnęłam o podłogę lub jakieś zadaszenie na zewnątrz, ale nic z tego. Pozostało mi ruszyć na plażę. 

 






Zaczęło się ściemniać, musiałam okrążyć całe to wzgórze i przejść przez następną wioskę z licznymi pensjonatami. Czułam się skrępowana, ale niespecjalnie ktoś na mnie patrzył. Wyszłam na plażę przy publicznej toalecie. Był tam też hotel i jacyś ludzie siedzieli na krzesłach przed budynkiem. Szybko ruszyłam w prawo, gdzie ciemniał las, chciałam się jakoś schować, bo nie widziałam żadnych namiotów. Okazało się jednak, że dalej jest teren wojskowy, więc rozbiłam namiot pod pierwszymi drzewami. Z jednej strony było tam dziwnie, z drugiej całkiem magicznie z szumem fal, który przypominał mi liczne plażowe noclegi w Japonii. Miałam już wszystko rozłożone, kiedy podjechał terenowy samochód. Zatrzymał się obok wojskowego budynku po czym nastąpiły strzały. Przeraziłam się, brzmiało to jak szybka egzekucja. Ale to przecież niemożliwe? Nie włączałam światła, poczekałam trochę i samochód odjechał. Przecież obok był hotel... Co za dziwny kraj.



Deszcz o dziwo wcale nie nadszedł, tylko pokropiło. Obudziłam się nad ranem z bólem brzucha i mdłościami. Parówki, które zjadłam na kolację zdążyły się zepsuć. W górach noce były chłodne, tutaj nie, no i te ponad 3 stopni w dzień... Nie tak planowałam końcówkę wyprawy! Spakowałam namiot, robiąc przerwy na uspokojenie żołądka, bo kiedy się pochylałam wnętrzności aż jęczały. Przeniosłam się bliżej toalety, którą zmuszona byłam odwiedzić. Położyłam się potem na ławce, drzemiąc. Koło 8 rano przeszedł policjant, popatrzył na mnie, a ja starałam się wyglądać normalnie. Ale czułam się koszmarnie źle. Za jakiś czas zwlokłam się kupić colę, to zawsze pomaga na żołądek. Oczywiście wzięłam też węgiel. Ale zatrułam się porządnie i nie wyglądało na to, żebym była w stanie pokonać jakiś dystans tego dnia. Niemniej powlokłam się kawałek. Przeszłam kilometr i znów musiałam się położyć. Teraz zauważyłam, że faktycznie na plaży stało pełno namiotów, biwakowali w nich ludzie z samochodami zaparkowanymi tuż obok. Na zasadzie że plaża to ziemia niczyja, państwowa, faktycznie można się było rozbić i było to zgodne z prawem. Wszyscy preferowali miejsca blisko publicznych toalet. Ja również. Tak spędziłam przedpołudnie i dotarłam w końcu do większego miasta Sokcho, gdzie była informacja turystyczna, w której zapytałam o możliwości dotarcia do Seulu po zakończeniu wyprawy. Okazało się, że są bezpośrednie autobusy, więc wystarczy że z granicy dotrę do któregoś z mniejszych miast, nawet nie muszę wracać do Sokcho. Czas był najwyższy kupić bilet powrotny do Polski, więc półprzytomna zajęłam się szukaniem lotu. Znalazłam bilet na za tydzień, najrozsądniej było lecieć LOT-em. Trochę to trwało i pani z informacji powiedziała, że będzie przerwa na lunch i musi zamknąć, ale pozwoliła mi zostać w środku i dokończyć. Przyszły kolejne fale skurczów żołądka, połknięcie nifuroksazydu sprawiło że już całkiem zrobiło mi się niedobrze i nawet nie dotarłam do toalety - ofiarą padł kosz na śmieci. Wyniosłam potem worek na śmieci do głównego kosza, zastanawiając się czy moje boleści będzie ktoś potem oglądał na nagraniu z kamery (bo oczywiście była tam kamera, i to nie jedna).







Szłam promenadą wzdłuż morza, potem przez targowisko - mieli tam smażone pyszności. Co za złośliwość losu, że kiedy wreszcie było co jeść, ja jeść nie mogłam. Znalazłam supermarket i piekarnię, kupiłam jakieś lekkostrawne ciastka i coś z owoców, bo mi one zawsze pomagają na żołądek. Ale to na później, na razie mogłam tylko coś wypić.










 

Ostrzeżenie o rekinach pewnie nie bez podstaw. Wybrzeże wyglądało bardzo fajnie i kusząco, plaże wszystkie piaszczyste, zupełnie inaczej niż na południu, gdzie był tylko muł i błoto. Naprawdę warto się zastanowić nad wakacjami w Korei, skoro można tam biwakować za darmo na plaży!




Epizod miejski to wciąż Sokcho, też ciekawie było zobaczyć jakąś miejską architekturę. Zaczęłam się trochę lepiej czuć i po kolejnej sieście pod wiatą udało mi się pokonać kilka kilometrów za jednym zamachem.








Znów byłam na szlaku dookoła Korei, ten odcinek nazywał się Haeparang Trail. Postanowiłam zabiwakować wcześniej, ale zanim znalazłam odpowiednią plażę, na której byli jacyś ludzie i było blisko do toalety z wodą, słońce już się nieźle zniżyło. Ale miejscówka była przednia, obok parczku z placem zabaw i widokiem na morze. Miałam kilku sąsiadów w dużych namiotach. Patrzyli na mnie, ale nikt nie zagadał. Jeden pan wyjął trąbkę i zaczął wygrywać szlagiery z akompaniamentem nagranych beatów. To było interesujące! Położyłam się zjadłszy pół biszkoptowej babeczki. Wspaniale było wyciągnąć zbolałe ciało na materacu.







Bałam się, że o świcie zacznie smażyć słońce, ale na szczęście poranek był pochmurny i mogłam pospać. Czułam się o wiele lepiej. Ruszyłam podobne do wczorajszych okolice, a to kawałek pustej przestrzeni, a to nadmorską miejscowość z barami.






Pawilon był zabytkowy i oferował widok na zatokę. Tam zamieniłam z kimś parę słów i pochwaliłam się, że idę z Marado.






Była okazja uzupełnić elektrolity owocami morwy - pyszności.




A potem coraz częściej zaczęły się pojawiać instalacje wojskowe, jakieś posterunki obserwacyjne itp. Ale raczej były stare i nieużywane, obecnie używano kamer, które było poustawiane tak, żeby celowały w morze od strony Korei Północnej. Każdy zalesiony cypelek był odgrodzony płotem z kolczastym drutem i tam były nowoczesne stanowiska obserwacyjne. A ja myślałam, że będę biwakować w takich miejscach! Jeden cypelek był udostępniony, była tam fajna skałka i sosny.






Już myślałam, że cywilizacja się nie skończy, ale znów zaczęły się pola i pustkowia. Były też i kempingi przy plaży - naprawdę fajnie. No i zabytek archeologiczny, jakaś neolityczna osada.








 

Za przesmykiem między jeziorami pozostawiono odcinek torów z dawnych czasów, kiedy to linia kolejowa prowadziła wzdłuż całego koreańskiego wybrzeża. Po wojnie rozebrano tory w pobliżu granicy z Koreą Północną.





Po drodze był jeden mały sklep, w którym nie mogłam się już powstrzymać od zakupu obiadu. Bałam się czym się to skończy, ale byłam strasznie głodna i w związku z tym że ten jeden raz trafił się gotowy kotlet jak w Japonii (nie był aż taki dobry, ale też dania ze sklepów typu Żabka nigdy nie były rewelacyjne nawet w Japonii) musiałam go zjeść. No i deser i słodki ziemniak... O dziwo przetrwałam i mój żołądek pochłonął te potrawy gładko.


 

Smutny widok - martwy zimorodek, uderzony przez samochód.






Po południu pojawiły się znaki nowego szlaku, Szlaku Pokoju, prowadzącego tak samo jak Haeparang Trail wzdłuż wybrzeża do Strefy Zdemilitaryzowanej.



Fantazja Koreańczyków jeżeli chodzi o architekturę toalet publicznych nie zna granic! Ta niestety była zamknięta.





Wieczorem przeszłam przez Geojin, który był ostatnią większą miejscowością na trasie. Myślałam, że wrócę tam po zakończeniu podróży, zabiwakuję na plaży i pojadę stamtąd do Seulu. Na razie zrobiłam szybkie zakupy. Okazało się, że szlaki piesze i rowerowe się rozdzielają, a na mapy.cz był tylko rowerowy. Pieszy prowadził na lesiste wzgórza - to oczywiście lepiej, szczególnie że nadchodziła noc. Zaopatrzyłam się w wodę w porcie i wspięłam po schodach na górę. Na planszy była mapa i zdjęcie wiaty - czyżby gdzieś tam dało się przenocować? Były dwie miejscówki do wyboru, ale zadaszenie przy źródle okazało się za małe. Wróciłam pod pergolę niedaleko latarni morskiej. Na wejściu do lasu była kamera w kształcie wielkiej szyszki, ale czy naprawdę ktoś pilnował lasu w nocy? Wątpię. Rozbiłam namiot pod pergolą, celując w środek, bo miał tej ostatniej nocy na szlaku padać deszcz. Po zmroku zapaliło się dziwne migające czerwone światło, nie mam pojęcia w jakim celu.



Skromny dach doskonale ochronił mnie przed deszczem, który faktycznie spadł dość obficie. Spakowałam się, kiedy jeszcze padało. Deszcz wcale nie odstraszył porannych spacerowiczów, ale zobaczyli już tylko moje śniadanie. A potem przestało padać, było już tylko wilgotno. Niedaleko było nawet WC, więc miejscówka była naprawdę dobra. Szłam sobie w spokoju, powoli się wspinając, aż ktoś mnie dogonił. Kobieta z tyłu szybko mnie dogoniła i zagadała mijając. Wtedy zobaczyła, że nie jestem Azjatką, zdziwiła się i ucieszyła jednocześnie. Przerzuciła się na angielski, okazało się że bardzo dobrze mówi w tym języku. Była emerytowaną nauczycielką i mieszkała z mężem w apartamentowcu, który minęłam poprzedniego wieczora. Bardzo się cieszyła, że może poćwiczyć swój angielski. Wspominała podróże, ja jej opowiadałam o swoich wrażeniach (raczej tych lepszych oczywiście), bardzo nam się fajnie szło razem, aż do punktu widokowego, przy którym Seong musiała zawrócić. Ale zanim to zrobiła zaproponowała mi nocleg - to właśnie było tam, gdzie chciałam biwakować, więc doskonale się złożyło. Zapisałam numer telefonu i powiedziałam, że najpewniej stawię się wieczorem. Ale super!









Nawet i na tych dalekich północnych rubieżach nie szczędzono schodów. Zdążyłam się zasapać. A chciałam w miarę wcześnie skończyć. Szlak już potem biegł głównie chodnikami, ale nad samym morzem. Obok kolejnych jezior i przez małe porty.
















Fajnie było podejrzeć portowe życie, wyładunek ryb i sortowanie owoców morza. A potem okolica zaczęła pustoszeć. Już nie było pól, a coraz więcej gęstego lasu - chyba pozwolono mu zaróść teren po wojnie, a ludzie się powyprowadzali. Przy drodze był znak informujący, że do obserwatorium, z którego widać Koreę Północną, a które sobie zaplanowałam jako finisz wyprawy pozostało już tylko 10 km. Z daleka słychać było strzały, padały one gdzieś wśród zielonych wzgórz. W kilku miejscach przy drodze były jakieś betonowe stanowiska, może przeciwczołgowe? Nie mam pojęcia, ale atmosfera zaczęła być dziwna. Minął mnie samochód jakiejś straży, ale nikt mnie o nic nie pytał. Wszystko i tak mieli w kamerach, widocznie uznali że moje zachowanie nie jest podejrzane.

 






 

Myślałam, że wciąż mam jeszcze kilka km przed sobą maszerując przez Jejin. Ale to była ostatnia, wysunięta najdalej na północ wieś Korei Południowej. Ludzie się na mnie gapili, ale nic nie mówili, jak zwykle. Strzały padały całkiem blisko, to takie strzały na pokaz, żeby Korea Północna wiedziała, że granica jest obstawiona - w Strefie Zdemilitaryzowanej jest programowy spokój, ale tuż za nią siedzi całe wojsko. Wciąż były znaki obu szlaków, więc szłam bez obaw. Zignorowałam nawet tablicę z zakazem wstępu dla turystów - przecież jest szlak, a zresztą może tablica dotyczy tego, co poza drogą?






Po 100 metrach była brama, droga była dalej zamknięta, ale można było skręcić w prawo do głównej drogi, nowej, biegnącej równolegle, którą można dalej jechać do Strefy Zdemilitaryzowanej. Ale żeby to zrobić, trzeba przejść kontrolę - był tam posterunek wojskowy i bramki jak na granicy. Żołnierze stali na bramkach, stały też wojskowe samochody. Pomachałam i podeszłam, najwyraźniej oddelegowali do mnie chłopaka, który ogarniał trochę angielski. Musieliśmy sobie tak czy owak pomagać translatorem. Wyjaśniłam, że chcę iść do obserwatorium, że idę przez całą Koreę z Marado i byłoby to wielkie rozczarowanie, gdybym nie mogła iść dalej. Ale nie mogłam, bo byłam pieszo. Owszem, turyści mogą tam wjechać, uprzednio się zarejestrowawszy, ale tylko samochodem albo z wycieczką autobusem. Pieszo nie wolno się poruszać. Dlaczego? Dlatego że w ten sposób za dużo się widzi i można zrobić zdjęcia, które dotarłyby do Korei Północnej. Do obserwtorium zostało tylko 6 km. Zapytałam czy w drodze wyjątku nie mogłabym pójść, może któryś z żołnierzy przeszedłby się ze mną? Ale to nie wchodziło w grę. Tutaj musiał być finisz mojej wyprawy. Zapytałam czy mogę zrobić zdjęcia, wspomniałam o kanale na YouTube - nie chciałam żadnych kłopotów. Żołnież powiedział, że nie ma problemu, jest nawet odpowiednie miejsca - wskazał mi pomnik - byle bym robiła zdjęcia z widokiem na południe i nie było na nich posterunku. No dobrze, skoro tak, to poszłam pod pomnik. Wojsko mnie obserwowało, a ja nastawiałam aparat i gadałam do mikrofonu. Ostateczny dystans wyniósł zatem 1094 km, wyprawa trwała 48 dni i zakończyła się na Jejin Checkpoint 16 czerwca 2025. Zrobiłam zrzut ekranu i zdjęcie ekranu telefonu, na którym widać było to, czego zabrakło do końca i niedaleką Strefę Zdemilitaryzowaną, zaznaczoną na szaro. Wcale nie chciałam tam jechać, nie interesowało mnie postawienie stopy w miejscu, do którego nie mogłam dojść.

 



 

Tak czy owak trzeba było gdzieś pójść i jakoś rozpocząć podróż powrotną. Pomachałam żołnierzom i wróciłam się do Jejin. Był tam kemping i plaża, położona najdalej na północ plaża Korei Południowej, na którą można dojść. I niedaleko położony najdalej na północ przystanek autobusowy. Musiałam z kogoś wydusić informacje na temat rozkładu jazdy, bo nie dało się go przeczytać bez znajomości koreańskiego. Ta sama osoba podwiozła mnie ostatecznie do niedalekiej miejscowości, z której ruszał autobus głównej linii. Nie zdążyłabym się na niego przesiąść. Chłopak był muzykiem w Seulu, miał tam jakąś rodzinę. Autobus nadjechał, kierowca machnął ręką na bilet i kazał mi usiąść. Żeby kupić bilet trzeba mieć jakąś kartę, a ja przecież karty nie miałam - ale szkoda było zawracać sobie głowę takimi rzeczami. Niewiele osób jechało autobusem, ale na którymś kolejnym przystanku wsiadła czarnoskóra młoda osoba, której kierowca polecił moją osobę - zajmowała się nauką angielskiego, pochodziła z RPA. Nie przyszło mi nigdy do głowy że coś takiego może nastąpić, ale oto złączyłyśmy się w obcości, obie nie Azjatki, nie Koreanki, osoby na które dziwnie patrzono. Zupełnie inna perspektywa tej obcości. Ciekawe doświadczenie.

 









Wysiadłam niedaleko apartamentowca i podeszłam na parking. Był to apartamentowiec dla bogatych ludzi i miał portiera, który pilnował kto wchodzi do budynku. Wyjaśniłam, że zaraz ktoś po mnie zejdzie. 

Czekało mnie pranie, prysznic i kolacja. Seong i jej mąż uratowali honor Korei Południowej - już myślałam, że nikt mnie w tym kraju nie zaprosi. Było tak miło! Oczywiście popłakałam się przy posiłku - kawałki mięsa należało zawijać w gorzką sałatę razem ze straszliwie pikantnym czosnkiem i pastą z chili (a dostałam łagodniejszą). Potem zaległam na kanapie razem z bardzo zmęczonym mężem, który był rozbawiony widokiem mnie w sukience swojej żony. Oglądaliśmy prognozę pogody, w której pokazywano same deszczowe dni. Wyglądało na to, że zakończyłam wędrówkę tuż przed nastaniem opóźnionej w tym roku pory deszczowej.

 







Rano mąż Seong poszedł do pracy, a ona przygotowała bardzo ładne śniadanie w zachodnim stylu. Potem pogadałyśmy jeszcze trochę i odwiozła mnie na autobus do Seulu. Bilet kupiła mi przez aplikację, wystarczyło odebrać wydrukowany na dworcu.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz