Będąc w kwietniu w Tokaju zamarzyliśmy z Romkiem o tym, żeby może spróbować popływać na Cisie jesienią. Na Węgry udaliśmy się bezpośrednio po bardzo udanym zlocie forum NGT (pozdrowienia!). Jadąc przez Słowację już kombinowałam gdzie by można urządzić majowy wypad w góry, zalesione pagórki wyglądały bardzo zachęcająco, a tu i ówdzie ze szczytu sterczały romantyczne ruiny.
GPS poprowadził nas równie malowniczym zadupiem, zwiedziliśmy dokładnie krainę winnic i wreszcie zjawiliśmy się w Tokaju. Nie mieliśmy pojęcia, że właśnie odbywają się tam dożynki - święto zbioru winogron. Stragany z pamiątkami, słodycze, lokalne wypieki, no i oczywiście wino. Jeszcze zanim zasiadłam do pieczystego, zoczyłam na drzewie znaki szlaków (czerwony to ten, którym w kwietniu weszliśmy na górę Tokaj).
Do spływu Cisą mieliśmy przystąpić następnego ranka, ale nocą zaczęło lać i do popołudnia ciągle padało. Nie bardzo mieliśmy ochotę na pływanie w takiej aurze... No ale jak tylko przestało poszliśmy pod most, nadmuchaliśmy nasze łódki i zwodowaliśmy je.
Rzeka płynęła bardzo wolno... Wolno posuwaliśmy się naprzód. Na Cisie zbudowano elektrownię wodną, która skutecznie zahamowała prąd. Za nami został zamglony masyw Tokaju, po obu stronach rzeki pojawiły się gęste zarośla.
Po kilku kilometrach zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na obóz. Niestety nie było to takie łatwe, bo rzeka nie miała naturalnego charakteru - była sztucznie pogłębiona i bardzo głęboka także przy samym brzegu (zanurzone wiosło nie dotykało dna). Brzegi zaś, tam gdzie lądowania nie uniemożliwiały chaszcze, były błotniste i często zaśmiecone. Dopiero drugie wyjście na ląd okazało się strzałem w dziesiątkę. Romek wysiadł pierwszy i poszedł na zwiady, tak sobie bez emocji oświadczył, że znalazł szałas. Z jego pomocą wygramoliłam się na brzeg i poszłam zobaczyć - w gęstych zaroślach ukryty był rybacki szałas, tak fajny, że ucieszona nazwałam go Sheratonem. Mimo stosunkowo wczesnej pory nie mogliśmy nie zostać tam na noc. Wędkowanie niestety szło kiepsko... Pozostała nam konsumpcja salami :-)
Wieczorem znów zaczęło padać, okolicę zaległa gęsta mgła. Rano wciąż kapało z drzew, wilgoć w powietrzu była ogromna. Romek wstał o nieludzkiej porze i zrobił kilka mglistych zdjęć. W końcu i ja się obudziłam i przystąpiłam do smażenia jajecznicy (jaja od moich kur często podróżują na długich dystansach) w tytanowym kubku, oczywiście pod osłoną Sheratona.
Potem wypadało zarzucić jeszcze wędkę... Nie spieszyliśmy się z wypływaniem, bo postanowiliśmy wrócić do Tokaju pod prąd. Jakoś Cisa nie bardzo nadawała się do pływania packraftem, na wodzie było trochę nudno... No i ta obrzydliwa pogoda. Sheraton i perspektywa złowienia dużej ryby to co innego. Plany planami, a ostatecznie złowił się tylko mały jazgarz. Rzeka była pełna dużych ryb, ale były jakieś nieufne i trzymały się z dala od wędki.
Wczesnym popołudniem spakowaliśmy mokre namioty i resztę ekwipunku i załadowaliśmy na pontony. Z rzeki jeszcze raz rzuciłam okiem na Sheratona, a kawałek dalej Romek znalazł drugi szałas. Ten nazwałam Hiltonem.
Po deszczu cała okolica wyruszyła na łowy... Pomimo, że w miasteczku mówi się turystom, że "fisch kaput" ryby pluskają, a ludzie je łowią. My już tylko wiosłowaliśmy. Obrany kierunek pod prąd nie oznaczał wcale, że trzeba było się męczyć, Cisa była jak spokojne jezioro. Brzegi porastały wybujałe topole i wierzby, pod nimi bujne krzewy, dzika winorośl i inne chaszcze. Romek postanowił pościgać się sam ze sobą, a ja wolałam sprawdzić jak bardzo wolno jestem w stanie płynąć... :-)
W Tokaju jacyś tacy zziębnięci posililiśmy się w ulubionej knajpce, a potem wyruszyliśmy w drogę powrotną, pod wieczór zawijając do Nyiregyhazy, gdzie wymoczyliśmy się w basenie :-). Po drodze zaliczyliśmy jeszcze przydrożny stragan owocowo-warzywny. Niezłe winogrona.
Półtora roku temu zakiełkowało mi w głowie kilka pomysłów, z którymi w lutym tego roku zgłosiłam się do pracowni Robertsa w Gdyni. Wszystko co wymyśliłam zajmowało cztery strony A4, ale okazało się być do zrealizowania. Z realizacją mi się nie spieszyło, producent był zapracowany, ale na wrześniowy wyjazd do Laponii miałam wszystko gotowe, więc tak śpiwór jak i kurtka zostały już przetestowane na trzytygodniowej wędrówce po północnych krańcach Finlandii i Norwegii.
Ultralekka kurtka puchowa
Mój pomysł polegał na tym, żeby w przeciwieństwie do wszystkich ultralekkich warstw termicznych z puchowym wypełnieniem zastosować malutkie komory dystansowe, zyskując najlepszy stosunek wagi do termiki. Nikt takich nie produkuje, bo uszycie tak małych komór jest kłopotliwe i nieopłacalne. Żaden ze standardowych rozmiarów produkowanych przez Robertsa na mnie nie pasował, więc także i rozmiarowo powstał custom.
waga 235g, co w sumie jest świetnym wynikiem, choć ideałem było 200g
pertex quantum gl w kolorze żółtym (pomarańczowego nie było), od spodu szarym
75g puchu gęsiego 850 cui 95/5
kaptur bez regulacji, z gumką wokół twarzy
rękawy i dół także zakończone gumką
dystansowe szwy, komory typu H
dwie kieszenie zapinane na lekkie zamki
zamek kostkowy na całej długości, osłona zamka
Z odpornością na wodę nie jest źle, DWR jest przyzwoity, ale po półgodzinnym deszczu kurtka lekko nawilgła, a w miejscach bardziej podatnych na namakanie np. w zgięciu łokcia regularnie przemokła. Wyschła natomiast bardzo szybko na mnie.
No i to właściwie tyle - pełen minimalizm z dużą dawką komfortu. Kurtka leży idealnie, pertex gl uważam za dobre rozwiązanie na kurtkę postojową, termika jest zgodnie z przewidywaniem bardzo dobra. Odczucia temperaturowe są takie jak w swetrze puchowym z przeszywanymi komorami i 100g puchu, tyle że dodatkowo nie wieje przez szwy. Puchu jest tak mało, że czasem w miejscach które najbardziej pracują się zbija - w zgięciu łokcia, pod pachami, na brzegu kaptura. Niektórzy producenci specjalnie odchudzają te miejsca, więc uważam, że jest to akceptowalne. Szary materiał ze spodu trochę prześwituje, mnie to nie przeszkadza, ale jeśli ktoś szuka kurtki do miasta powinien wybrać coś mniej przezroczystego np. pertex microlight. Nie wiem jak bardzo mały rozmiar osiąga po spakowaniu, przypuszczam że jest wielkości pięści, ale uważam że przesadna kompresja szkodzi puchowi i trzymam ją w większym worku.
Śpiwór
Potrzebowałam nowego śpiwora na warunki skandynawskie, bo mój ulubiony Yeti GT 600 nie zapewniał pełnego komfortu termicznego w okolicach 0 stopni. Ciągnęło chłodem na szwach i od zamka, 470g puchu to jednak za mało żeby pozwolić sobie na noclegi w wiatach, bez namiotu. A to, co najbardziej mi przeszkadzało to obecność wszytego na stałe kaptura i konieczność przytrzymywania całości zawsze kiedy przewracałam się na drugi bok. Cała koncepcja nowego śpiwora skupiona była wokół wygody użytkowania, więc tak żeby móc przewracać się swobodnie pozbawiłam go kaptura, a wyposażyłam w puchową kominiarkę oraz zaopatrzyłam w taśmy mocujące go do materaca, co pozwoliło na zmniejszenie ilości puchu w plecach, a rozdystrybuowanie go w pozostałe miejsca.
600g puchu gęsiego 850 cui 95/5
pertex quantum GL w kolorze na zewnątrz czerwonym, zwanym przez producenta "bordo", wewnątrz szarym, "grafitowym"
waga wg. moich pomiarów 832 g śpiwór, 122 g kominiarka puchowa (wcześniej ważony przez producenta śpiwór miał tylko 770 g, różnica może być w taśmach, wilgoci i nie wiem w czym jeszcze)
temp. komf. prawdopodobnie ok. -7 stopni
dwa krótkie zamki z listwą dystansową
W niedługim czasie wejdę w posiadanie drugiego egzemplarza, tym razem lżejszego, na 300 g puchu. Zabieram go do Nowej Zelandii.
Konstrukcja komór jest wzorowana na modelu Vagabond - to najcieplejsze co można było uzyskać. Komory są kwadratowe/prostokątne, jest ich dużo, także tych bocznych, są niezaszyte do końca, dzięki czemu można przepchnąć puch z jednej komory do drugiej. Siłą rzeczy puch ma tendencje do zbijania się w środku komór i wymaga przetrzepywania po wyjęciu z worka, inaczej powstają łyse miejsca przy szwach.
Krój jest bardzo różnicowy, ale z wymiarów nie jestem do końca zadowolona - oczekiwałam większego obwodu w nogach. Jest szerszy niż standardowy, ale w 300-ce obwód zwiększy się o 8cm.
ramiona obwód zewnętrzny 164 cm wewnętrzny 144
środek obwód zewnętrzny 135 cm wewnętrzny 122 cm
nogi (ostatnia komora) obwód zewnętrzny 120 cm wewnętrzny 108 cm
Nie miałam okazji ocenić w pełni termiki, ponieważ w przeciwieństwie do zeszłego roku kiedy przymrozki nie należały do rzadkości, a bywało i -10, w tym roku temperatura nie spadła ani razu poniżej zera. Było mi tak ciepło, że ledwie trzy razy założyłam kominiarkę, a tylko raz wytrzymałam w niej przez całą noc. Nigdzie nie ciągnęło, cieszyłam się jednak że zdecydowałam się na to, żeby nie robić na plecach miejsca całkowicie pozbawionego puchu, taki wariant sprawiłby że marzłabym śpiąc na boku.
Loft śpiwora mierzony na środku wynosi 19 cm, jednak w tym miejscu są odchudzone plecy - w ramionach to 20 cm, w nogach 25 cm (jest tu lekko przepuszony, ale można przepchnąć puch w środek).
Suszenie śpiwora nie sprawia problemów, pertex quantum GL schnie bardzo szybko, puch na świeżym powietrzu także. Przewrócenie śpiwora na lewą stronę wymaga więcej wysiłku ze względu na brak długiego zamka, ale da się zrobić. Rzadko miewam problemy z suszeniem, choć często popadywało w nocy ani razu śpiwór nie był mocno zawilgocony. Skandynawia nie jest tak wilgotna jak się powszechnie uważa - opady są duże, ale woda nie jest zatrzymywana w glebie, której warstwa jest bardzo cienka, tylko od razu spływa. To w Polsce częściej mam problem z suszenie w wilgotnym lesie.
Taśmy mocujące śpiwór do materaca (Thermarest NeoAir XLite i XTherm 168cm) są wykonane z pertexu microlight, który jest mocniejszy od quantum GL. W prototypie tylko część mocowania to taśmy, a reszta sznurki, ponieważ nie dało się dokładnie stwierdzić jaki powinny mieć obwód. Nowe taśmy zostaną wszyte kiedy odeślę śpiwór do poprawki (zamek został przez pomyłkę wszyty z lewej strony zamiast z prawej). Teraz kiedy znam już obwód w 300-ce całość będzie z materiału z zapięciem na napy żeby nie trzeba było zawsze materaca wsuwać, a można było także zapiąć od spodu. Użytkowanie tego rodzaju śpiwora jest oczywiście nieco bardziej skomplikowane, bo trzeba te taśmy przypinać i odpinać, ale da się przeżyć. W zamian mamy kołderkę, która zawsze trzyma loft i ciepło, bo żaden fragment nie jest zgnieciony - wiercimy się wewnątrz śpiwora, który pozostaje w niezmienionej pozycji.
Dodatkowo dostałam coś, na co sama nie wpadłam: dystansowy zamek. Śpiwór ma dwa równoległe zamki, pomiędzy krótymi znajduje się komora z puchem. Wynalazek sprawdza się znakomicie - wreszcie nie ciągnie zimnem od tego miejsca. Zamek jest położony nie na samym boku, ale przesunięty nieco ku górze. Wybrałam najlżejsze z dostępnych, jednosuwakowe zamki o długości 50 cm. Zapomniano dodać sznurki do pociągania - będą uzupełnione.
Śpiwór ściągany jest sznurkiem, który jest lżejszy niż gumosznurek, ale ten drugi jednak zapewnia większą wygodę, dlatego zostanie zmieniony. Do tego najmniejszy dostępny stoper. U dołu śpiwora pętelki do wieszania, wewnętrznej kieszonki brak.
Na szlaku największe zainteresowanie budziła kominiarka - to dość rzadkie rozwiązanie, stosowane głównie przez miłośników quiltów. Wykonana z pertexu quantum, bo producent założył zastosowanie rzepa w czymś w rodzaju opaski mocującej kominiarkę do głowy, a GL byłby rzekomo mniej odporny. W praktyce okazało się, że kominiarka jest tak dobrze dopasowana, że nie potrzeba żadnego dodatkowego mocowania. Regulacji brak. Wokół twarzy ma puchowy tunel, a wokół szyi kołnierz, który po zaciągnięciu sznurka w śpiworze pełni funkcję tradycyjnego kołnierza termicznego. Krótkie użytkowanie pozwoliło mi stwierdzić, że należy wydłużyć część z przodu i z tyłu, bo kołnierz potrafi się wysunąć spod śpiwora.
Podobnie jak w ubiegłym roku na wrzesień zaplanowałam wizytę w fińskiej Laponii, dokładając jeszcze odrobinę Norwegii. Zdecydowanie jest to najodpowiedniejszy moment - złota jesień, brak dokuczliwych owadów. Wiedząc już, że klimat Finlandii jest łagodniejszy, a wiaty i otwarte chatki dla turystów nie należą do rzadkości zostawiłam pancerny namiot w domu, a wzięłam ultralekki MLD, odchudzając tym samym bagaż o dobre 1,5 kg. W sumie miałam 8-kilogramową bazę, tyleż samo prowiantu (wyjazd na trzy tygodnie, ale po drodze jeden sklep z możliwością dokupienia batoników czy czegoś na śniadanie). Zatem bardzo znośnie. Wszystkie rzeczy typu druga koszulka czy dodatkowe skarpetki zostały wykasowane z listy sprzętu (podobnie jak na Islandii). Nowością była nowa ultralekka kurtka puchowa i śpiwór mojego pomysłu (wykonane przez Robertsa). Dotarł do mnie dwa dni przed wyjazdem i okazał się przebojem. Pogoda była łaskawa, przez pierwsze dwa tygodnie padało bardzo mało i przeważnie nocą, dopiero w połowie trzeciego tygodnia aura definitywnie się popsuła.
Trasa jaką zaplanowałam była dość skomplikowana. W zeszłym roku zwiedziłam rejony na zachód od drogi łączącej Inari i Utsjoki, w tym roku postanowiłam zapuścić się na wschód, do Kaldoaivin erämaa-alue, "dzikiego obszaru" Kaldoaivi, największego w całej Finlandii. Do nawigacji służyła mi mapa Sevettijärvi - Nuorgam 1:100000. Marszruta była dość skomplikowana, bo postanowiłam przejść wszystkie znakowane (mniej lub bardziej) szlaki w okolicy: szlak rowerowy Mieraslompolo - Pulmanki i szlaki piesze: Pulmanki - Sevettijärvi, Saamenpolku i Inarinpolku (Enarestien). Ten ostatni w 4/10 długości znajduje się w Finlandii, a 6/10 w Norwegii i kończy się w Karlebotn, wsi na brzegu fiordu Varanger, nad Morzem Batentsa czy jak kto woli Oceanem Arktycznym. Fajnie było mieć taki wyrazisty cel przed sobą jak ocean. Tak fajnie, że dotarłam do niego przed czasem, już po 15 dniach i zostało mi potem kilka wolnych, które przeznaczyłam na przejście krótszych szlaków koło Utsjoki i Inari. Zaplanowana trasa liczyła około 275 km na oko, do tego przeszłam 45 km dodatkowo. Średnio jakieś 21 km dziennie - nieźle.
Również tak samo jak w poprzednim roku po przesiadce w Helsinkach wylądowałam w Ivalo, na najbardziej na północ położonym lotnisku Finlandii, daleko za kołem polarnym. Lotniskowa taksówka do Inari, choć dużo tańsza niż zwykłe, była poza zasięgiem moich możliwości finansowych (27 euro za 50km), więc uśmiechnęłam się grzecznie, podziękowałam i pomaszerowałam w kierunku głównej drogi oddalonej o 3km.
Nie musiałam nawet przejść tych 3km, bo zatrzymał się pracownik lotniska i podrzucił mnie do Ivalo. Było już późno i sklep turystyczny był zamknięty, a ja chciałam kupić gaz, martwiąc się, że mogę go nie dostać w Inari. Zarówno na stacji benzynowej jak i w supermarkecie mieli kartusze gazowe, tak nakręcane jak i przebijane, tylko pojemności różne. Wybrałam nietypowe 300g butanu z domieszką propanu, był chyba nawet tańszy niż 230g Primusa (8,5 euro bodajże). Następnie znów wyjęłam kartkę z napisem "Inari" i ustawiłam się za skrzyżowaniem by zaraz złapać okazję i sprawnie przemieścić się do celu. W Inari udałam się podobnie jak w zeszłym roku nad rzekę Juutua, ale szlakiem wzdłuż jej prawego brzegu, do najbliższej wiaty. Sporo się zmieniło - szlak był właściwie wyżwirowaną dróżką i miał latarnie, które zapalono o zmierzchu. Wodę miałam ze sobą i bardzo dobrze, bo wiata była na wysokim brzegu rzeki i nie chciałoby mi się po nią chodzić. Nocleg był bardzo przyjemny, lekko tylko wiało i nie było bardzo zimno. Zauważyłam, że nawet tu na nizinie liście brzóz już zaczęły się złocić, lato było chłodne i jesień zaczęła się wcześnie.
Po powrocie do wsi poszłam do muzeum pozyskać trochę informacji. Mapy norweskiej części nie miały zaznaczonego szlaku Enarestien, więc nie było sensu ich kupować. Miałam wydrukowane w domu fragmenty złożone w całość (z godtur.no), a pani z informacji dała mi jeszcze mapy, których sami kiedyś używali prowadząc tam turystów na wycieczki z przewodnikiem. Jeszcze tylko pożegnanie z ciepłą wodą w łazience i stanęłam przy drodze z kartką "Mieraslompolo 90 km" - wolałam napisać ile chcę jechać niż gdzie, bo miejscowość jest tak mała, że nie każdy będzie wiedział o co chodzi. Szło kiepsko, ale zaczepił mnie emeryt z campera i wypytał na migi w którym kierunku się wybieram. No i w ten sposób para starszych ludzi podrzuciła mnie pod sam początek szlaku, i to chyba specjalnie, bo kiedy wysiadłam zawrócili.
Mieraslompolo - Pulmanki
Trasa rowerowa ma 67 km, myślałam, że ma więcej, około 80 km, dlatego byłam potem zdziwiona, że tak szybko się z nią rozprawiłam. Na początku z przyjemnością odnotowałam, że nie jest to żadna wątła ścieżynka, a droga dla quadów Lapończyków. Droga powstała w latach 60. i służy jako dojazd do reniferów i rybnych jezior, a jej pierwsze kilkaset metrów także do przekaźnika GSM. Nie jest jednak specjalnie uczęszczana, przez cztery dni które na niej spędziłam nie spotkałam się z nikim oko w oko. Widziałam z oddali rowerzystów, ale akurat wtedy nie szłam drogą, tylko skrótem.
Pierwszego dnia nie zaszłam daleko, jakieś 12 km. Szłam przez czasem gęstsze, a czasem rzadsze połacie brzozowego lasu. Na horyzoncie widać było wyższe góry po norweskiej stronie, Rastigaisę i kilka mniejszych w tym samym masywie. Na noc upatrzyłam sobie okolicę małego jeziorka, przy który dawniej była jakaś chatka, prawdopodobnie lapońska kammi, czyli chatka z torfu. Znalazłam ją szybko, ale okazało się, że pozostało z niej tylko kilka drewnianych bali. Po kolacji przeszłam się nad pobliskie większe jezioro, delektując absolutną ciszą i pustką. O zmroku do mojego biwaku zawitał rudy lis, ale przepłoszyłam go, bo trochę dziwnie się zachowywał, a słyszałam o niedawnym przypadku wścieklizny w okolicy.
Nocą spadło kilka kropel deszczu, ale rano chmury się uniosły i spakowałam się na sucho. Wróciłam na drogę i kontynuowałam wędrówkę. Niebawem trafiłam na kilka jezior i śliczny nowy domek, który miał fajną osłoniętą werandę. Gdybym o jego istnieniu wiedziała kto wie czy bym sobie tej werandy nie wymościła.
Dalej było jeszcze trochę lasu, aż wspięłam się trochę wyżej i zaczął on coraz bardziej rzednąć, aż znikł zupełnie i zastąpiła go tundra, gdzie karłowate brzozy osiągają wysokość co najwyżej 50 cm.
Po południu dotarłam nad rozleglejszy akwen, nad którym przycupnęło kilka domków letniej osady rybackiej. Dwa były otwarte i miały zeszyty z wpisami z lat 70., więc musiały służyć jako otwarte chatki. W środku było całkiem fajnie, nie licząc śladów obecności myszy. Niestety było jeszcze trochę za wcześnie na nocleg, więc poszłam dalej.
Zabawiłam chwilę nad grupą małych jezior szukając bezskutecznie kolejnej prastarej budowli, po czym przeszłam jeszcze 2 km nad następne jezioro. Okazało się prawie wyschnięte, typowa kałuża wody wytopionej ze śniegu, o tej porze już mocno odparowana. No ale jak się nie ma co się lubi... Rozbiłam się, nie wiało, było ok. Wieczorem przespacerowałam na mały pagórek, na którym był zasięg i z którego był widok na zachód słońca.
Góra Guorboaivi, na którą podeszłam z rana była jedną z wybitniejszych w regionie, miała 442,7 m npm.
Krajobraz był zachwycający, ale trudny do uchwycenia na zdjęciach - ogromne przestrzenie tundry usianej srebrnymi jeziorkami. No i chmury, dużo chmur. Od czasu do czasu renifery... I kamienie. Spodziewałam się na ten dzień większego dystansu, ale domki nad brzegiem jeziora, nad które chciałam dojść zobaczyłam już wczesnym popołudniem. To właśnie tutaj zobaczyłam z oddali jadących szlakiem rowerzystów, akurat kiedy skróciłam sobie drogę idąc na wprost przez bagno. Postanowiłam zostać, odpocząć, zwiedzić okolicę. Znalazłam trochę borówek i malin moroszek, a potem próbowałam w jeziorze złapać jakąś rybę za pomocą błystki i żyłki przywiązanej do kijka trekkingowego... Można się domyślić z jakim skutkiem :-) Połów zakończył się utopieniem przynęty w jeziorze, utonęła jednak na tyle blisko, że wlazłam do jeziora i udało mi się ją wydobyć. Woda była zimna. Noc spędziłam w szopie z łodzią, domek był zamknięty. Wieczorem i także później padał trochę deszcz, wiał wiatr, a po blaszanym dachu biegały myszy.
Wicher przyniósł z sobą chłód, to był jedyny dzień który spędziłam w bluzie z powerstrechu. Wyszłam dość wcześnie, bo miałam w planie ambitny dystans. Na początek zdobyłam szczyt Alla Gálddoaivi, od niej i siostrzanej Urra Gálddoaivi (426,3 m npm) wzięła się nazwa całego "dzikiego obszaru" Kaldoaivin erämaa-alue. Pokonałam później jeszcze kilka wzniesień z rozległymi widokami, najpiękniejszym z ostatniego. W każdym razie wydawał mi się ten widok najpiękniejszy, bo po trzech dniach zobaczyłam ponownie drzewa. Witałam te brzózki z radością...
Niżej mniej wiało, ale za to zaczął padać drobny deszcz, nie aż taki żeby zakładać strój przeciwdeszczowy, ale jednak deszcz. Bardzo chciałam przed nim uciec, więc szłam dość szybko, a kilometry znikały pod moimi stopami. Zorientowałam się, że mam szansę tego dnia dojść do końca rowerowego szlaku, choć to kawał drogi, dobre 30 km. Zaciszna głęboka dolina była jednak tak kusząca, że klucząc między morenowymi wzniesieniami, jeziorkami i bagienkami osiągnęłam las, a potem gruntową drogę w dolinie, nad dużym jeziorem Pulmanki, które przecina fińsko-norweska granica. Droga prowadzi z Nuorgam do osady Arola na południowym krańcu jeziora. Jezioro, a zwłaszcza ujście rzeki Pulmankijoki, było piękne, nawet przy tak nieciekawej pogodzie mnie zauroczyło. 4 km drogą i doszłam do parkingu, gdzie było wc i tablica informacyjna z prośbą o nie biwakowanie - ale co miałam zrobić? Wyleżane miejsce pod namiot było, więc skorzystałam. Musiałam tylko zrobić jeszcze 1-kilometrowy kurs po wodę do rzeki. A potem zasłużony spoczynek... O zmierzchu obserwowałam trzy okazałe sowy śnieżne. Widywałam je też kilka razy później, cętkowane upierzenie sprawiało, że doskonale zlewały się z tłem brzozowych pni, łatwiej było zaobserwować je w locie.
Pulmanki - Näätamo - Sevettijärvi
Na parkingu zaczynał się następny szlak: Pulmanki - Sevettijärvi. Mój plan zakładał odbicie od niego na szlak Saamenpoku, który miał mnie doprowadzić do Näätamo, gdzie planowałam uzupełnienie zapasów. Saamenpolku to szlak okrężny, mający część wspólną z Pulmanki - Sevettijärvi i z Inarinpolku - przez jakiś czas wszystkie trzy mają wspólny przebieg. W ten sposób mogłam przejść wszystkie, nie omijając żadnego fragmentu.
Na rzece był okazały zawieszony most z zakazem wędkowania. Dalej szlak poprowadził mnie na wzniesienie z bardzo ładnym widokem na Pulmankijärvi, a zanim dotarł do ogrodzenia dla reniferów na granicy norweskiej, wzdłuż której szedł jakiś czas, pokonał jeszcze kilka pagórków i bagienek między nimi. Granica idąca na wprost jak od linijki także nie była od nich wolna (mam na myśli bagienka).
W miejscu, w którym szlak odbijał od granicy znajdowała się nieoficjalna stara chatka dla turystów. Obok płynął ładny strumień, w którym próbowałam łowić ryby na nimfę. Niestety bezskutecznie... W chatce była księga gości i mucha, którą albo ktoś zgubił albo zostawił jako wyposażenie. Strumyk dalej przechodziło się po nadpróchniałej kładce, był śliczny, woda szumiała płynąc po kamieniach. No i pokazało się słońce!
Szło mi się dość ciężko, bo po długim dystansie jaki pokonałam poprzedniego dnia rozbolało mnie biodro, ból promieniował do stłuczonego kiedyś kręgu i nie było zbyt fajnie tak iść. Przysiadałam w co ładniejszych miejscach, a kiedy w dole ujrzałam autiotupę (tak nazywają się otwarte chatki, którymi opiekuje się Metsähallitus, coś jakby Lasy Państwowe), odczułam wielką ulgę. Zanim doszłam do chatki musiałam jednak pokonać dość rozległe bagno. W chatce tłumy - w sumie było nas 13 osób, większość biwakowała obok. Trzyosobowa rodzina, którą poznałam rano na parkingu doszła wymęczona dopiero późnym wieczorem. Mnie dostało się miejsce w chatce, więc mogłam wysuszyć obuwie i komfortowo się kimnąć. Wieczorem mieliśmy wspólne ognisko, wszyscy, włącznie ze mną, zostali poczęstowani pysznymi naleśnikami. Z zapowiadanego deszczu ostało się kilka chwil mżawki.
Spało mi się wyśmienicie, nawet nie zauważyłam kiedy towarzystwo udało się na spoczynek. Rano nazbierałam porcję borówek, chcąc zażyć nieco witamin i minerałów. Nie miałam ich do czego przełożyć, więc użyłam chatkowej patelni :-)
Zwykle nocując w chatce wyruszam na szlak ostatnia, w ten sposób mam jeszcze trochę chatki dla siebie i nikt mnie nie goni. Finowie wyruszają wcześnie, bo objuczeni wielkimi plecakami idą bardzo wolno. W końcu i ja się ruszyłam. Ciągnące się w nieskończoność pustkowia nakrapiane srebrzystymi taflami jezior to dla mnie najcudowniejsze co może być. Doskwierał mi ciągle ból z biodrze, więc te marne 14 km tego dnia to i tak był spory wysiłek, ale czasu było w bród i często robiłam sobie przerwy na kontemplację, która była wyjątkowo przyjemna z uwagi na brak zimnego wiatru. Można było przysiąść i wpatrywać się w norweski horyzont.
Wędrówkę zakończyłam przy kolejnej chatce, nowi znajomi zostawili mi miejsce na górnej pryczy. Chatka położona była wśród brzóz, nad jeziorem, z okna był na nie ładny widok. Wieczorem mieliśmy znowu ognisko, a nocą niebo się rozpogodziło i miałam okazję obserwować bardzo ładną zorzę polarną. Zielone pasma powoli snuły się po niebie... Niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia.
Kolejny dzień przyniósł coś jakby poprawę pogody i spomiędzy chmur chwilami błyskało piękne słońce. Wędrówka przez pagórkowatą tundrę była urozmaicona przejściem przez reniferowy płot. Potem zeszłam z wyżyn i pojawił się cudownie złoty brzozowy las. Co chwila pojawiało się błękitne jeziorko, strumyk, bagienko. Przez nieuwagę zanurzyłam się w jednym... Do przejścia były dwie rzeki, ale bardzo łatwe, szeroko rozlane i płytkie, można było przejść po kamieniach.
Niedługo potem osiągnęłam kolejną chatkę. Zastałam w niej znajomych i pożegnałam się z nimi - w tym miejscu skręcałam w szlak Saamenpolku. Okazał się on o wiele mniej uczęszczany. Czułam, że nikogo wokół nie ma, tylko renifery. Tylko wiatr szeleścił liśćmi i łodygami wełnianek. Do chatki, w której zaplanowałam nocleg było tylko 6 km, a po drodze górka z widokiem i zasięgiem, więc mogłam wysłać porcję smsów. Marzyłam o tym, że w chatce nikogo nie będzie i marzenie się spełniło. Domek był w starym stylu, miał tylko jedno okno i mroczne wnętrze, które po zmroku rozświetliłam świeczkami. Umyłam się, zjadłam, a potem słuchałam deszczu, który tymczasem się rozpadał i cichego chrobotania myszy.
Znów nazbierałam borówek do śniadania, w sąsiedztwie chatki było ich całkiem sporo. Cieszyłam się, że jeszcze do tu wrócę - tu miałam w planie zakończyć pętlę Saamenpolku i kontynuować dalej na północ, do Norwegii.
Pogoda pochmurna i wietrzna, ale przez cały dzień spadło tylko kilka kropel deszczu. Ruszyłam mniej uczęszczaną, ale wyraźną i dobrze oznakowaną ścieżką. Minęłam ładną dolinę wypełnioną jeziorami, a potem wzniesienie, z którego było widać całe niziny na południe od Kaldoaivi. To już kraina tajgi i sosen, już na zejściu spotkałam pierwsze z nich, a potem pojawiały się coraz częściej. Bez kłopotów, choć z przebieraniem butów, pokonałam bród na rzece wypływającej z jeziora, następnie zjadłam drugie śniadanie pod wiatą i skierowałam się ku kolejnej. Widoki z pagórków były urocze. Ostatni fragment za to mało ciekawy, prowadził przez sosnowy las, w którym drzewa wyglądały na młode, co znaczyło, że las był eksploatowany.
Doszłam nad rzekę, myśląc, że to już Näätämöjoki i zgłupiałam widząc, że płynie na zachód. Zapomniałam, że najpierw jest most na Kallojoki. Kilometr dalej był most na rzece płynącej na wschód - to była Näätämöjoki. To bardzo znana rzeka łososiowa, latem dużo ludzi łowi w niej ryby. Można nią też spłynąć, uchodzi za najtrudniejszą w całej Finlandii. W pobliżu mostu była wiata, pod którą przenocowałam, rozkładając śpiwór i materac na ławce. Wiało dość solidnie, ale było mi ciepło. Przed snem spacerowałam nad rzeką, niestety nie widziałam ani jednego migrującego łososia. Słychać było jak woda przelewa się z hukiem między skałami, wiatę postawiono przy bystrzach Kallokoski.
Nie nocowałam w tym miejscu sama, pod namiotem spała para z psem. W czasie porannej pogawędki okazało się, że współtworzą znakomitą stronę www.patikka.net
gdzie zamieszczane są zdjęcia i lokalizacje starych budynków - lapońskich kåt, kammi, szałasów. Świetne hobby, a ja korzystałam z tej strony żeby znaleźć takie miejsca. Szkoda, że zdjęcie nie bardzo wyszło, ale mam nadzieję, że się nie obrażą, że je zamieszczam! Po śniadaniu jeszcze przyglądałam się rzece. Nocą było mi tak gorąco, że postanowiłam wysuszyć na wietrze śpiwór, co normalnie nieczęsto czynię.
Widoków na rzekę było jeszcze trochę ze szlaku, którym szłam po wysokiej skarpie. Dopiero potem skręciłam w las, zdobyłam bezleśną górę z przekaźnikiem na szczycie i znów zeszłam w dolinę. A w dolinie cywilizacja! Otóż i Näätämö, dwa supermarkety, sklep budowlany, motel, sklep wędkarski i nie wiem co jeszcze, do tego 15 domów i 30 mieszkańców. Wieś żyje z handlu, bo do granicy jest tylko 6 km i Norwegowie przyjeżdżają na tanie zakupy. Na zakupy udałam się także ja, pochłonęłam różne pyszności na miejscu, a resztę wzięłam ze sobą. W sklepie wędkarskim naładowałam baterie i pogadałam ze sprzedawcą. Aż zrobił się wieczór i musiałam w te pędy ruszyć w dalszą drogę, chcąc dotrzeć do następnej wiaty.
Dzielące mnie od niej 8 czy 9 km pokonałam planowo i w dobrym tempie, ale dość się przy tym spociłam, bo nagle pogoda zrobiła się cudownie słoneczna i ciepła. W taflach jezior pejzaż odbijał się jak w lustrze, pojawiły się też dokuczliwe muszki, na szczęście w niedużej ilości.
Zdążyłam w sam raz przed zmierzchem, a wiata była pusta, cała dla mnie. Rozłożyłam legowisko, profilaktycznie rozwiesiłam moskitierę, dokonałam inspekcji zapasów i poszłam spać.
W blasku porannego słońca jeziorko prezentowało się równie uroczo. Z początku było zimno, ale słońce grzało i znów zrobiło się ciepło. Na postoju przy kolejnej wiacie nie musiałam nawet nic na siebie wkładać. Na mapie ten odcinek szlaku wyglądał na płaski i łatwy, w rzeczywistości trzeba się było trochę namęczyć, bo był usiany głazami i ciągle zaliczał małe pagórki pochodzenia lodowcowego. I tak przez cały dzień... Po drodze przyuważyłam pień brzozy z rodzajem huby, z której Finowie robią herbatę.
Około 17 doszłam do następnej wiaty i postanowiłam tam już zostać. Zawsze to wygodniej. Przed wiatą rosła pochylona wielka sosna. Wreszcie udało mi się zrobić ostre zdjęcie sójce syberyjskiej, te towarzyskie ptaszki nie unikają człowieka, ale są bardzo ruchliwe. Bardzo je lubię.
Rano wyruszyłam wcześnie, tak żeby zameldować się w odległym o 10 km Sevettijärvi w miarę wcześniej. Ze szczytu sporego wzniesienia roztaczała się wspaniała panorama, zwłaszcza ciąg jezior z Sevettijärvi włącznie kłuł w oczy błękitem.
Pozostała część szlaku prowadziła łagodnie w dół, zanurzyłam się w las urozmaicony płatami bagien, które dało się obejść prawie bez moczenia butów. Im bliżej wsi tym więcej udogodnień, po drodze były dwa mosty, w tym jeden niezbędny, bo położony nad wąskim a bardzo głębokim przesmykiem. Pojawiły się zabudowania, w tym słynny bar Sevettijärven baari, niestety zamknięty na głucho do odwołania (bar szuka nowego właściciela), co oznaczało że nie ma szans na lepszy obiad ani zakupy. We wsi poza barem było małe muzeum (wejście bezpłatne) poświęcone historii i kulturze Skoltów, Lapończyków którzy pierwotnie zamieszkiwali tereny położone bardziej na północny wschód, przesiedlonych po II Wojnie Światowej. Mieli wtedy do wyboru zostać obywatelami ZSRR albo przenieść się w nowe granice Finlandii. Większość wybrała to drugie. Faktycznie ta grupa etniczna różni się od pozostałych, mają nieco inne stroje, w odróżnieniu od wszystkich pozostałych mają tradycyjną muzykę i taniec, a to co najbardziej rzuca się w oczy to to, że są wyznawcami prawosławia. We wsi stał drewniany kościół, a przy nim ładny cmentarz. Groby były porośnięte porostami, wysypane szyszkami albo przykryte czymś w rodzaju domów.
Ładując baterie i podpytując o ewentualny ciepły posiłek na pobliskim campingu (jedyne co można było dostać to renifer - nie przepadam) spędziłam w Sevettijärvi kilka godzin. I znów musiałam się w te pędy zwijać, bo czekało mnie jeszcze 12 km, które chciałam machnąć przed nocą.
Sevettijärvi - Karlebotn
Tempo jakie sobie narzuciłam nie pozwalało na zbyt długie delektowanie się krajobrazami, niemniej jednak mogłam się cieszyć jeziorami, kładkami na wypływających z nich strumykach i pachnącym sosnowym lasem. Raz kiedy przechodziłam rzeczkę po kamieniach spod moich nóg czmychnął półmetrowy pstrąg. Ach, gdybym wiedziała, że tam się czai... A tak pozostał mi liofilizat, który przygotowałam sobie w chatce Opukasjärvi, do której dotarłam jakiś czas po zachodzie słońca. Była tam już para w średnim wieku z psem, dość zajadłym. Pies spał niestety w chatce, głupio mi było protestować, no ale warczał i rzucał się...
Rano opuściłam gościnną chatkę niedługo po moich sąsiadach. Dzień był wspaniały, słoneczny, ciepły, a moją głowę owiewał lekki wiaterek. Do mostu na Näätämöjoki nie było daleko, a później miał być bród, lecz na miejscu okazało się, że można skorzystać z łódki. Chwilę zajęło mi zrozumienie jak to wszystko działa. Łódka przemieszczała się kiedy przeciągało się linę, nie mogłam jej ruszyć, bo poprzednicy wywlekli ją na brzeg, ale w końcu mi się udało. Przeciągnęłam ją na swój brzeg, a potem na drugi już w niej stojąc. Nie wolno puścić liny, bo zawieszona jest zbyt wysoko żeby dało się ją złapać. Dosyć się zmęczyłam, więc po wszystkim odpoczęłam.
Teren w dolinie rzek był piaszczysty, trochę jak... na Mazowszu. Dopiero kiedy wyszłam wyżej znów zrobiło się lapońsko. Spłoszyłam drapieżnego ptaka, który przeze mnie musiał się ewakuować od stołu - właśnie konsumował obdartego z piór ptaszka. Zrobiłam postój przy chatce, po czym odbiłam w prawo, by kontynuując wędrówkę szlakiem Inarinpolku dotrzeć do chatki Rousajärvi, tej samej, w której już raz byłam. Tam zakończyłam przejście Saamenpolku. Spotkałam tam tych samych ludzi, z którymi nocowałam poprzedniej nocy. Był też ten sam pies, który się zaraz rzucił w moim kierunku, na szczęście był na smyczy. Państwo grzecznie przeprosili, a potem ulotnili się biwakować gdzieś dalej i więcej się nie zobaczyliśmy. Zostałam sama w mojej ulubionej chatce i zaczęłam samotny etap wędrówki.
Spało mi się dobrze, myszy tylko trochę hałasowały. Od północy nadciągnęły chmury i rozpadało się. Miło jest nocować pod dachem, kiedy pada deszcz... W chatce było tak ciepło i sucho, że buty i wyprane skarpetki wyschły bez żadnych zabiegów wspomagających z mojej strony. Do kanapki z serem, którą miałam na śniadanie dorzuciłam kubek borówek. Posilona i w doskonałym nastroju ruszyłam na podbój Norwegii. Chmury się rozeszły i znów zaświeciło słońce.
Okrążyłam jezioro, od którego chatka wzięła nazwę, a potem szłam prawie że prosto na północ, zbaczając z tego kierunku tylko dla ominięcia wód powierzchniowych, pięknie odbijających lazur nieba. Wyszłam powyżej granicy lasu, gdzie wiało dość solidnie, ale za to były rozległe widoki. Tylko w dolinkach trafiały się większe skupiska brzóz. Na cyplu dużego jeziora poszukiwałam kammi, ale mi się nie udało. Dopiero tuż przed granicą trafiłam na ruiny innej, wiedziałam o niej wcześniej, bo w tym miejscu była dawniej zaznaczana na mapach, a obecnie jest tam fajne miejsce biwakowe.
Fińskie oznakowanie się skończyło tuż przed granicą, zrobiłam zdjęcie ostatniemu słupkowi. Wzdłuż granicy, jak to zazwyczaj bywa, biegł płot zabezpieczający przed mieszaniem się stad reniferów. Chwilę zabawiłam stojąc na granicy - lewą nogą w Finlandii, prawą w Norwegii. Na płocie wisiała skrzynka z księgą gości, do której się wpisałam. We wrześniu oprócz mnie wpisała się tylko jedna osoba, faktycznie niezbyt uczęszczany szlak!
Norwegia to kraina kopczyków... Najbardziej okazały był ten graniczny, ale i częstotliwością występowania jak i gabarytami tych oznaczających przebieg szlaku byłam mile zaskoczona. Tylko na początku musiałam się mocniej rozejrzeć, potem już szło się dobrze. Ścieżka była często niewidoczna, ale wiedziałam gdzie się kierować.
Mniej wydeptany trakt i wypatrywanie kopczyków sprawiały, że szłam trochę wolniej. Słońce zaczęło zachodzić nad płaskowyżem i schowało się za pagórkami. Postanowiłam jednak dojść do miejsca biwakowego położonego w zacisznej dolinie. Nic tam nie było poza ławkami wokół miejsca na ognisko, ale zawsze to jakiś miły akcent. Schowałam namiot za piaszczystą skarpą. Wieczorem było już zbyt późno i ciemno, więc tradycyjne zdjęcia biwakowe zrobiłam dopiero rano. Jezioro wyglądało na głębokie i pływały w nim małe rybki.
Kolejny dzień wędrówki rozpoczęłam od podejścia, a potem trawersowałam długą dolinę, której dno wypełniały jeziora. Po niebie szybowały drapieżne ptaki.
Dalej długo szłam płaskowyżem usianym niewielkimi jeziorami i mnóstwem głazów. Oznakowanie trochę się pogorszyło, a w miejscu, w którym należało skręcić w inną dolinę pogorszyło się wybitnie, jednak z mapą nawigowało się łatwo i sprawnie przemieściłam się we właściwe miejsce, gdzie ścieżka znów się pojawiła. Trawersowała długą dolinę, która tak jak poprzednia wypełniona była jeziorami. Było miejsce prawdopodobnie po dawnej kammi i ładne widoki. Pod koniec znów trzeba było przyjrzeć się mapie żeby w odpowiednim miejscu zejść w kierunku brzegu jeziora. A tam czekało kolejne miejsce biwakowe i ławeczki. Na drugim brzegu szumiał niewielki wodospad. Idealny moment na przerwę śniadaniową (15:00).
Rzekę wypływającą z jeziora dzięki niskiemu stanowi wody udało mi się przejść po kamieniach. Na wzniesieniu chwila zwątpienia, bo niechcący weszłam na jakieś alternatywne obejście, oznakowane tak jak główny szlak, ale prowadzące prosto w bagno. Zaraz zawróciłam i trafiłam na właściwą ścieżkę, która potem długo prowadziła mnie przez wymarłe brzozowe lasy, wykończone przez "ćmę jesienną". Była bardzo wyraźna i dobrze oznakowana, więc szybko osiągnęłam następną dolinkę. Tutaj także była rzeka do przejścia i także dało się to zrobić po kamieniach. Potem zaczął się etap górski - szlak wyprowadził mnie na pagórki, z których nad większym jeziorem w oddali zobaczyłam domki. Pokonałam już więc najbardziej odludną część. Za to ścieżka zniknęła, a oznakowanie było bardzo skąpe. Zapadając się w miękki dywan roślinności musiałam zwolnić.
Tak jak poprzedniego dnia szłam do zachodu słońca. Dopiero wtedy dotarłam do ostatniego z miejsc na ognisko, chwilę mi zajęło odnalezienie go, bo było położone powyżej szlaku, widoczne z daleka tylko dla idących na południe, z Norwegii. Rozbiłam namiot za ogryzionymi drzewami i zaczerpnęłam żółtawej wody o żelazistym posmaku z torfowego jeziorka. Wieczorną kontemplację przerwał pokrapujący deszcz, umywszy zęby ewakuowałam się do namiotu.
Wyglądało na to, że się rozpada, znów jednak tylko trochę popadało nocą, a potem zerwał się wiatr, dzięki którego nie miałam problemu z kondensacją. O dziwo moja piramidka trzymała się dzielnie i nawet niespecjalnie łopotała.
Z nadzieją na zakończenie wędrówki wyruszyłam około 10. Zaliczyłam ostatnie pagórki, za którymi znów pojawiła się wyraźniejsza ścieżka, która niespodziewanie niebawem połączyła się z quadową dróżką. Ubyło zatem znaków, więc parę razy miałam wątpliwości, kiedy nadarzało się jakieś skrzyżowanie.
Minęło mnie nawet dwóch Lapończyków na quadach, ich zdziwione uśmiechy wskazywały, że nieczęsto tu kogoś spotykają. Horyzont zaczął nieco ciemnieć kiedy z góry zobaczyłam absolutnie zachwycający widok na jezioro Nidggujávri, otoczone skalistymi zboczami. Rozsiadły się nad nim letniskowe domki, bardzo przyjemne z wyglądu. Trochę się pogubiłam schodząc nad jezioro, ale nic specjalnego - po prostu należy dojść do drogi, a potem kontynuować nią. W chwilach wątpliwości przydatne były kawałki folii i tasiemek poprzyczepiane do drzew, ale musiałam też intensywniej skorzystać z mapy, bo pojawiły się bagna i rozlewiska, wkraczające też na drogę. Kopczyki pojawiały się nader rzadko.
Najpiękniejsze było to, co zobaczyłam opuściwszy rejon rozlewisk - wąskie i długie jezioro wciśnięte między skały. Szarość skał, jesienne kolory liści i lustro wody, znakomite miejsce biwakowe. Po kilku minutach okrążywszy jezioro dotarłam do ostatniego wyżej położonego miejsca, z którego wreszcie zobaczyłam fiord Varanger. Półwysep Varanger, cel którejś z moich przyszłych wypraw, było już widać wcześniej, ale wody fiordu były widoczne dopiero teraz.
Te skaliste wzniesienia, wygładzone przez morze, ukryte między nimi jeziora, a potem nagle widoki na płaską piaszczystą równinę były tak różne od wszystkiego, co dotąd widziałam. Coś niesamowitego. Teraz cel wędrówki był już na wyciągnięcie ręki, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Na końcu szlaku oczekiwała tablica informacyjna. Musiałam jeszcze pokonać kilka ostatnich kilometrów drogą gruntową, tym razem zupełnie płaską, bo położoną na polodowcowcyh osadach, w których wyżłobiła swoje głębokie koryto rzeka. Samo wybrzeże nie wyglądało szczególnie atrakcyjnie, ale dotarcie tam jednak napełniło mnie jakimś szczególnym uczuciem. Fiord Varanger miał w sobie coś z końca świata, nic tam nie było... Senna wioska Karlebotn leżała w dole, nad zatoką, wyżej ciągnęła się asfaltowa szosa, a na horyzoncie widać było skrawek pełnego morza.
Nad samo morze nie zeszłam, plaża była daleko w dole, był odpływ i było późno (choć zapomniałam o zmianie czasu - w Norwegii było godzinę wcześniej), najwyższy czas żeby zacząć łapać stopa. Z początku wydawało mi się, że będzie kiepsko, ale do Varangerbotn podrzucili mnie panowie ze straży wybrzeża, a tam za pierwszym machnięciem zatrzymała się bardzo sympatyczna para Norwegów z Lillehammer, którzy nieopodal posiadali domek letniskowy, ale nadłożyli drogi specjalnie dla mnie i zawieźli mnie do Tana Bru.
Tana Bru znaczy "most na Tanie", o Tanie pisałam już w zeszłym roku, to piękna rzeka, słynąca z połowów łososi. Większa jej część stanowi granicę fińsko-norweską, dopiero ostatni odcinek do ujścia leży w całości na terenie Norwegii. Most jest tam wyjątkowy. Jak piszą w Wikipedii w 1948 otwarto nowy most wiszący po tym jak stary most został wysadzony przez wojska niemieckie w 1944 roku. Jego całkowita długość wynosi 220 m, a rozstaw zawieszenia 194 m. Jest to najdłuższy most wiszący w Norwegii.
Rozejrzałam się po niewielkiej (chyba około 1000 mieszkańców, więc w sumie całkiem sporej) miejscowości z planem kontynuowania podróży, ale tak mi się spodobało nad Taną, że postanowiłam zostać na noc. Nigdzie nie znalazłabym takiego fajnego noclegu - przy moście było wc, a dalej ścieżka, która po moście przekroczyła strumyk wpływający do Tany, doprowadziła mnie do ładnie położonej nadrzecznej skarpy z ławeczką. Ten biwak był moim najbardziej północnym biwakiem w życiu - Tana Bru leży na 70°11′ N. Po odludziu Enarestien przyjemnie było patrzeć na samochody przejeżdżające przez most i latarnie, które go oświetlały. Siedziałam sobie wygodnie na ławce i obserwowałam aż zrobiło się całkiem ciemno, wtedy poszłam spać.
Cudownie się tam zrelaksowałam, a pomógł mi stukający o tropik namiotu deszcz. Rano pomógł mi tym, że przestał padać. Mogłam przespacerować się na brzeg rzeki i obejrzeć bunkry z czasów II Wojny Światowej.
Kontynuowałam autostopowanie, najpierw po norweskiej stronie, ale ruch był dosłownie żaden, a potem przeszłam przez cokolwiek ruchomy most (no w końcu to most wiszący) na stronę również norweską, ale do drogi z której jedzie się do Finlandii i tam poszło mi lepiej. Miałam prawdziwe szczęście, bo facet, który się zatrzymał akurat jechał do Finlandii, a konkretnie do sklepu budowlanego w Nuorgam. W ten sposób znalazłam się w Nuorgam, położonej najbardziej na północ miejscowości Unii Europejskiej. Do Utsjoki, gdzie postanowiłam dojechać chcąc przejść jeszcze 25 kilometrowy szlak, na którym mnie jeszcze nie było, zostało mi tylko jakieś 40 km. Padający deszcz mi nie przeszkodził, wkrótce zostałam podrzucona przez kolejnego uczynnego kierowcę. Pod sam supermarket, w którym od razu zrobiłam zakupy.
Po lunchu poszłam obejrzeć okazały most na Tanie, która ukazywała tutaj swoje piaszczyste brzegi, a potem zajrzałam do punktu informacji turystycznej, pełniącego też funkcję namiastki muzeum. Obejrzałam wszystko bardzo dokładnie, ładując baterie. Kiedy wyszłam na szlak, startujący zaraz obok informacji, było już dość późno, więc postanowiłam dojść do najbliższej wiaty, odległej zaledwie o 3,5 km. Dolina Tany jak i dolina wpadającej do niej Utsjoki jest głęboko wcięta, więc trzeba było trochę podejść. W nagrodę piękny widok. Wiata okazała się być jedną z tych zamykanych, więc byłam bardzo zadowolona. Po mnie przyszły jeszcze dwie dziewczyny z psem, ale nie chciały wprowadzać psa do wnętrze kiedy był tam ktoś obcy, czyli ja. To oznaczało, że miałam wiatę dla siebie. Było dość zimno, wiaty mają cienkie ściany, ale za to piecyki w środku, więc rozpaliłam sobie ogień, przy którym się grzałam. Spało się wybornie.
Pochmurna pogoda sprawiła, że trasa do chatki turystycznej znajdującej się w połowie szlaku Utsjoen retkeilyreitti nie była tak widokowa jak przy słonecznej pogodzie, kiedy widać norweskie góry, ale mnie się i tak bardzo podobało. Widać było, że idzie późna jesień, a za nią zima. Wiał zimny wiatr, a w okolicy była kompletna pustka. Prawdziwe wichrowe wzgórza.
Ostatnie kilometry szlaku to trawers bardzo urokliwej doliny, ku zachodowi zwężającej się w kanion. Miejsce przypominało mi Kevo, było naprawdę wielkiej urody.
Do chatki trzeba było zejść kilkaset metrów w dół, ale to nic takiego. Wnętrze drewnianego domku było zachęcająco przytulne. I puste. Przyniosłam wiadro wody, umyłam się nieco, a wtedy zaczął kropić deszcz, zapowiadający prognozowaną przez yr.no ulewę. Patrząc na nadciągającą nawałnicę przygotowałam sobie obiad, rozpaliłam też w piecu, a potem był czas na relaks...
Tak zaplanowałam trasę, że mogłam sobie pozwolić na przeczekanie złej pogody w chatce. Uczyniłam to z wielką przyjemnością. Wicher szalał i smagał deszczem okolicę całą noc, ale rano się uspokoił i deszcz stał się drobny i miarowy. Po południu zelżał i wyszłam na spacer nad jezioro skąpane we mgle. Po pół godzinie jednak znowu zaczęło padać, więc wróciłam do chatki. Odwiedziła mnie lapońska rodzina biwakująca nieopodal, pogoda była im niestraszna. Ojciec rodziny wyszedł na polowanie, ale w taką pogodę wszystko co żyje się pochowało.
Po ostatnim chatkowym noclegu wyruszyłam w drogę powrotną do cywilizacji. Pogoda była nadal mglista, ale padała tylko mżawka. Miałam do przejścia 10 km, a w połowie była wiata, pod którą na chwilę spoczęłam. Szlak opuścił strefę tundry i zanurzył się w wilgotną i duszną dolinkę, potem następną, w której płynął całkiem mocno wezbrany strumyk. Na końcu szlaku należało pokonać go w bród, ale nie wyglądało to dobrze. Żeby ominąć przeprawę poszłam dalej wzdłuż niego i po 500 m osiągnęłam asfalt i mostek. Była wydeptana ścieżka.
Na dole ujrzałam wieżę starego kościoła, tam właśnie zmierzałam. Obejrzałam go, a potem kościelną wioskę - kilka domków udostępnionych do zwiedzania, autentycznych budynków, w których mieszkańcy okolicznych terenów nocowali przybywając na nabożeństwa. Jeden z domków był zbudowany z drewna pochodzącego z XV wieku!
Po zwiedzaniu znów czekało mnie autostopowanie. Była niedziela i ruch był tragicznie szczątkowy. Nigdy w życiu tak długo nie stałam - całe dwie godziny i 30 samochodów. 31-szym zabrała mnie kobieta zamieszkała nad mostem nad Utsjoki. To było zaledwie 14 km ze 130 jakie zamierzałam pokonać (powrót do Inari), ale pani była bardzo miła i zaoferowała mi nocleg w razie czego. Przy moście poszło jednak lepiej, trzeci z kolei samochód zwrócił po mnie po chwili wahania i zostałam odwieziona pod Inari, na ostatnie 2 km musiałam jeszcze zmienić środek lokomocji, ale poszło ekspresowo. Wizytę w supermarkecie starałam się zaliczyć szybko, a potem popędziłam na kolejny szlak - z Inari do zabytkowego drewnianego kościoła w dawnej zimowej wiosce lapońskiej, 7,5 km i jeszcze 2,5 km do bardzo zachęcającej wiaty nad brzegiem jeziora Inari. Szlak nie był łatwy, bo mocno wydeptany przez tłumy turystów, najeżony głazami i pełen śliskich po deszczu korzeni. Śmignęłam akurat w sam raz żeby zdążyć przed zapadnięciem ciemności. Wiata z oknami, pięknie położona - warto było. Zgniła pogoda sprawiła, że musiałam się bardziej przyłożyć do rozpalania ognia, ale udało się.
Wstałam tradycyjnie po 8 i odnotowałam, że znowu pada. Padało i w nocy... No cóż, to był już ostatni dzień wyjazdu. Jedząc śniadanie obserwowałam wodnego ptaka nurkującego w płytkiej wodzie. Później przestało padać i tylko od czasu do czasu delikatnie mżyło. Mogłam sobie pozwolić na dłuższe przejście, zwiedzanie kościoła i podziwianie zamglonych pejzaży.
W Inari okazało się, że właśnie zaczął się sezon zimowy - był poniedziałek i muzeum zamknięto. W środku zobaczyłam jednak znajomą panią, zastukałam, a potem jako bohaterka zostałam wpuszczona do środka :-). Oddałam mapę Enarestien na wypadek gdyby ktoś jej jeszcze potrzebował i zaspokoiłam ciekawość pani z informacji. Pozwoliła mi skorzystać z komputera, a tam czekała niemiła niespodzianka - mój lot został przesunięty o 24 godziny... wstecz. Postanowiłam zaraz udać się na lotnisko i negocjować, wpadłam jeszcze tylko do pracowni pani trudniącej się wyrobem biżuterii, którą bardzo lubię. Gdyby ktoś był ciekawy http://www.paarmadesign.fi/ robi naprawdę piękne rzeczy. Po miłej pogawędce przemieściłam się sprawnie do Ivalo, oczywiście autostopem. Szybka wizyta w sklepie i dalej w drogę na lotnisko. Też poszło szybko, zostałam podwieziona pod same drzwi. Drzwi były niestety zamknięte, bo otwierają tylko 2 godziny przed odlotem, a mój lot był nie tylko o północy, ale też poprzedniego dnia. Ktoś z obsługi podwiózł mnie do skrzyżowania i poradził żebym jechała do Rovaniemi, tam jest najbliższe lotnisko, większe, będzie lot do Helsinek, mam szanse. No to do Rovaniemi... Jedyne 300 km. Dotrzeć się udało - hodowczyni reniferów podrzuciła mnie to Vuotso, do Sodankylä para emerytów w camperze, a do Rovaniemi żołnierz fińskiej armii (mieli jakieś ćwiczenia i całe Rovaniemi było pełne armii). Lotnisko było otwarte, choć puste, musiałam poszukać obsługi, a ta okazała się niezwykle uczynna. Zadzwonili do Helsinek z zapytaniem o możliwość przebukowania mojego biletu. Odpowiedź była odmowna i już zrozpaczona zaczęłam kombinować jak tu wrócić do Polski łapiąc stopa przez całą Szwecję, ale Helsinki oddzwoniły i pozwoliły mi polecieć do Helsinek z Rovaniemi o 5:40 rano, tak że mogłam zdążyć na mój planowy lot do Krakowa o 11. Wszyscy mówili, że mam szczęście... Ale to wcale nie był koniec mojego szczęścia, bo panowie zaoferowali mi nocleg w budynku dla pracowników lotniska. Oczywiście przyjęłam propozycję. Zanim udaliśmy się do owego budynku położonego za dwoma ściśle strzeżonymi ogrodzeniami upichciłam sobie jeszcze zupkę i herbatkę pod drzwiami lotniska. Pasażerów, którzy właśnie wylądowali bardzo to bawiło... :-)
Dostałam cały pokój tylko dla siebie, z wc i prysznicem (obok była sauna) :-). Na sen nie było dużo czasu, a ja jeszcze przeżywałam wszystko to, co mi się tego dnia przydarzyło, ale i tak było super. Całe lotnisko spało, ja wstałam pierwsza i pobudziłam panów mających mieć oko na monitory. Zanim Mikko odwiózł mnie do lotniskowej hali objechaliśmy jeszcze pas startowy, sprawdzając go pod kątem obecności zwierząt czy innych przeszkód. Czmychnęło pięć zajęcy i jedna sowa.
Zapakowałam się do samolotu i szczęśliwie dotarłam do Helsinek, a stamtąd po czterogodzinnym oczekiwaniu do Krakowa. Dostałam miejsca przy oknie, więc i widoki były niezłe, zwłaszcza Tatry wynurzające się z chmur. To już był definitywny koniec wyprawy, jakże udanej i ze szczęśliwym finałem :-)