środa, 4 maja 2016

Te Araroa: sprzęt

Czas na podsumowanie sprzętowe. Przygotowałam listę sprzętu, wystarczy kliknąć, a się powiększy (najlepiej otworzyć w nowym oknie). Zapomniałam dodać chusteczki bawełniane 2 szt, papier toaletowy (kilka listków) i zegarek :-). Jest to lista rzeczy, które miałam w plecaku, nie wszystkiego co miałam w Nowej Zelandii. Wszelkie rzeczy zapasowe, to co uzupełniałam, znajdowało się w paczce i podróżowało równolegle pocztą.



Kijki
Rzecz niezbędna, zwłaszcza na tym szlaku. Leki Corklite są ciężkie, ale mocne i wygodne, więc kiedy poległy (zjechałam ze ścieżki, łamiąc kijek wciśnięty pod kamień) nowe chciałam takie same. Używam kijków jako drugiej pary nóg, narażając na duże obciążenia, nie noszę ich bezczynnie :-). Zawsze zakładam rękawiczki rowerowe, intensywność użytkowania kijków nawet u najbardziej gruboskórnych powodowała powstawanie pęcherzy.

Plecak
Muszę przyznać, że wybrałam idealny plecak na taką trasę. 580g, wodoodporny, niezwykle wygodny nawet przy większych obciążeniach (16kg na pewno). Po 2000km na szlaku (czyli 2500 w sumie) w miejscu rolowania nitki dyneemy zaczęły się oddzielać od reszty materiału i powstały nieszczelności, tak że pod koniec w czasie opadów deszczu do środka dostawało się trochę wody (używałam i tak worków wodoszczelnych, więc, te kilka kropel nie miało aż takiego znaczenia. Wersja 60l jest największa, ma 45l w komorze głównej i muszę przyznać, że z 10-dniowym zapasem jedzenia ledwo się mieściłam.
 
 
 
Spanie



Namiot MLD Solomid XL spisał się bardzo dobrze. Podejrzewałam go o przeciekanie, jednak okazało się, że krople wody pochodziły ze ściekającej kondensacji. Był bardzo odporny na wiatr - w identycznych warunkach namioty tunelowe kładły się, kiedy wiatr zmieniał kierunek, a niektórym kopułom wiatr wyrywał śledzie. Używałam aluminiowych śledzi V Hilleberga, doświadczenie mówi mi, że tylko one się sprawdzają. Tytanowe szpilki nie trzymają dostatecznie. 700g to dosyć dużo jak na namiot długodystansowca, jednak w nowozelandzkim klimacie warto było mieć namiot dwupowłokowy, o dużej powierzchni użytkowej i z obszernym przedsionkiem doskonałym do gotowania. W suchym klimacie rozważyłabym lżejszą, jednopowłokową piramidę, np. ZPacks Solplex. Ten namiot był najbardziej powszechny na szlaku, a użytkownicy narzekali głównie na brak miejsca.

Pod namiot lub materac jeśli śpię na podłodze podkładam kawałek folii z polycryo, przycięty mniej więcej do rozmiaru tego ostatniego. Za granicą można coś takiego dostać w sklepach budowlanych oraz  niektórych z branży outdoor, w Polsce się z nią nie spotkałam, a jest genialnie lekka i wytrzymała, ma tylko jedną małą dziurkę, a użytkowałam ją na każdym biwaku od kwietnia 2015.


Śpiwór miałam customowy, czyli uszyty przez Robertsa dokładnie według mojego pomysłu, specjalnie na ten szlak. 325g puchu, bez kaptura, bardzo obszerny, dużo małych komór stabilizujących puch, komory boczne, taśmy mocujące do materaca, krótki zamek (przydatny tylko przy noclegach w namiocie). Według podobnego schematu dałam sobie uszyć śpiwór na 600g puchu, opisany tutaj. 300-ka spisała się doskonale, wynalazek taśm mocujących śpiwór do materaca jest genialny - nigdy bym nie pomyślała, że w śpiworze z 300g puchu będę w stanie spać w temperaturach około 0 stopni, a tak właśnie było (z kurtką puchową w środku, ale tak samo robiłam w śpiworze Yeti na 470g). Wszystko dzięki temu, że nie występuje obracanie się razem ze śpiworem i eksponowanie na niskie temperatury części śpiwora zgniatanej przez ciało leżącego. Swoje robią też boczne komory - nic nie ciągnie z boku. Jeśli dziwi was, że pomimo użycia najlżejszych materiałów waży aż 612g wyjaśnię, że to rozmiar jest temu winien - zażyczyłam sobie wersję ekstra szeroką, w której mogę spać jak we własnym łóżku, w każdej pozycji. Wygoda jest dla mnie na wagę złota :-). Z tego też względu termikę tego śpiwora należałoby właściwie oceniać jak śpiwora na 250g puchu, bo powierzchnia rozdystrybuowania puchu jest duża. Z powodu kondensacji śpiwór był regularnie mokry, woda nie przenika natychmiast, ale jednak, DWR Pertexu quantum GL jest taki sobie.

 

Materac Thermarest NeoAir XLite Women's to mój stały towarzysz od kilku lat, jestem z niego niezmiennie zadowolona. Opis tutaj. Na trasie doznał uszkodzenia - przebiłam go na wylot, jednak po naklejeniu łat kontynuowałam użytkowanie już bez dalszych problemów, a materac jest gotowy na kolejne wyzwania. Dziury to coś, z czym należy się liczyć - zestaw naprawczy obowiązkowo trzeba mieć. Wygoda rekompensuje te niedogodności :-) Jeśli nie macie wygórowanych potrzeb warto rozważyć karimatę ZLite, najpopularniejszą matę na szlaku.

Poduszka/siedzisko Thermarest NeoAir Seat jest zawsze ze mną :-). Jako poszewki używam ręcznika z dzianiny lnianej Kwarka.

Kuchnia



Używałam palnika na gaz, tego co zawsze MSR Micro Rocket. Z zakupem gazu nie było kłopotu (potajemnie wysłałam go też pocztą), zużyłam łącznie 3,5 230-gramowego kartusza (większość ludzi zużywa więcej).  Noszę też piezozapalnik z kompletu, nigdy mnie jeszcze nie zawiódł, nawet kąpiel w wodzie mu nie zaszkodziła. Alkoholowe palniki są dużo bardziej kłopotliwe w obsłudze.
Miałam ze sobą ulubiony tytanowy kubek Evernew 900ml (przekonałam się, że w tak ciepłym klimacie wystarczyłoby 500ml), tytanową łyżkę (którą mi skradziono, więc potem zastąpił ją znaleziony w buszu klasyczny spork LMF.
Tzw pot cozy, czyli ocieplacz na garnek nie jest potrzebny w przypadku używania tytanowego garnka. Tytan bardzo długo trzyma ciepło, odkryłam to po tym jak wymieniłam garnek aluminiowy na tytanowy. Wcześniej miałam problem z tym, że jedzenie stygło zanim zdążyłam zjeść, a w tytanie nie muszę się spieszyć.
Kilkudniowy zapas jedzenia mieścił się w wodoszczelnym worku ZPacks Food Bag, zaopatrzonym w karabinek, przydatny do podwieszania.
Wodę filtrowałam (bardzo rzadko) filtrem Sawyer Mini. Backflushing był konieczny (raz wypłukałam stonogę!). Gdybym planowała więcej filtrować wykończyłabym pewnie ze trzy takie filtry - szybko się zapycha.
Już po zakończeniu TA udało mi się rozbić ukochaną butelkę (dlatego na poprzednim jest biała - nowa). Upadła na drogę, będąc pełna.

 

Ubranie

Dobór odpowiedniego ubioru jest oczywiście kwestią bardzo indywidualną, ale istnieje swego rodzaju strój obwiązujący na długim szlaku, zobaczycie taki na większości thru-hikerów. To, co wybrałam dla siebie wpisywało się w ten kanon.


Zestaw podstawowy to:
spodenki do biegania, koniecznie z kieszeniami, gumką w pasie gładką od wewnątrz
koszulka z krótkim rękawem z mieszanki merino z celulozą
wiatrówka (można zastąpić kurtką przeciwdeszczową, nie zawsze nosiłam wiatrówkę)
daszek od słońca
ręcznik podczepiony pod daszek od słońca
sportowy biustonosz
majtki z merino
skarpetki zewnętrzne z merino
skarpetki linery palczaste z coolmaxu
stuptuty biegowe
buty biegowe
rękawiczki rowerowe


Sama się zdziwiłam tym, że mało kto używał koszulek z materiałów syntetycznych. Sama zawsze używam tylko koszulek z materiałów naturalnych, niespodzianką było jednak to, że prawie wszyscy stosowali to rozwiązanie, pomimo dość szybkiej degradacji tych drugich. Czyste merino, cieplejsze, miałam na sobie na początku Wyspy Północnej i na końcu Południowej (wytrzymało 1200 km), merino+tencel pomiędzy (1800 km). Z mixu byłam szczególnie zadowolona, było mi komfortowo tak w parną pogodę jak i gorącą i suchą. Wytrzymałość zadowalająca. Syntetyki są trwałe, ale komfort noszenia i zapach moim zdaniem sprawiają, że bardziej nadają się na krótkie wypady.
 
 


W czasie deszczu, jeśli jest wystarczająco chłodno używam po prostu kurtki i spodni przeciwdeszczowych lub rainskirt - spódniczki przeciwdeszczowej. Spódniczkę zrobiłam z worka na śmieci, ale była mało sztywna i podchodziła do góry odsłaniając stabilizatory na kolana, a te żeby nie obcierały powinny być suche.
Pancerna kurtka z pro-shellu zaczęła się właśnie rozsypywać i puszczała wodę na całego. Przed wyjazdem miałam do wyboru zabrać ją albo o 100g lżejszą kurtkę Norrony, o której wiedziałam że cieknie. Na następną wyprawę w ciepłym klimacie zaopatrzę się w najlżejszą opcję - jak ma ciec to niech chociaż waży 100g. A na zimne rejony świata niestety muszę kupić nowego ciężkiego pro-shella.
Łapawice gore-texowe używane były rzadko, jednak wtedy kiedy miałam je na rękach były niezbędne - np. w czasie opadów deszczu ze śniegiem połączonych z silnym wiatrem.
 


Do spania/na biwaku:
koszulka z długim rękawem merino 200g/m2
getry merino 200g/m2
czapka merino
skarpetki merino za kostkę (Smartwool Hike Ultralight Mini to najlżejsze ciepłe skarpetki na rynku, są mniej przylegające niż Phd, mają mniej ścisłą strukturę i "futerko" od wewnątrz
kurtka puchowa Roberts, customowa, szerzej o niej tutaj



W swojej szafie sprzętowej mam dużo ubrań i kupowanie nowych specjalnie na szlak chciałam ograniczyć do minimum. Dokupiłam krótkie spodenki i koszulkę z mieszanki wełny merino z celulozą, które okazały się rewelacją.
 
Na nogi




Skarpety

Od dawna moimi ulubionymi skarpetkami są Smartwool Phd Light w różnych długościach. Są miękkie i miłe w dotyku, nie marszczą się, są w miarę wytrzymałe, nie śmierdzą, schną w przyzwoitym czasie. Wybieram raczej większe niż mniejsze (rozmiar M przy stopie 23,5cm).
 
Wiele osób nosi dwie lub nawet więcej pary skarpet w celu zmieniania ich w ciągu dnia, kiedy przemokną lub robią się wilgotne od potu, zarówno z powodu dyskomfortu jak i potencjalnych pęcherzy. Ja nie noszę skarpet na zmianę (skarpet do spania nigdy nie używam w ciągu dnia, zawsze czekają suche i czyste). Za bezsensowne uważam zmienianie mokrych skarpet na drugie, które zaraz staną się mokre. Te Araroa to mokry szlak, nawet jeśli przez trzy tygodnie nie pada po drodze jest tyle strumieni do przejścia, że przynajmniej przez połowę tego czasu buty i skarpety i tak będą przemoczone. Wbrew temu, co się o tym myśli będąc nieprzyzwyczajonym nie jest to nic strasznego, wystarczy odpowiedni dobór butów i skarpet.
Problemy całkowicie eliminuje użycie tzw. linerów, czyli drugiej pary skarpetek noszonej pod zewnętrznymi. Linery to cienkie skarpetki, najcieńsze jakie możemy znaleźć, mają za zadanie chronić przed otarciami i odprowadzać wilgoć na zewnątrz - do zewnętrznej, grubszej (amortyzującej, cieplejszej) pary skarpet. W roli linerów idealnie sprawdzają się skarpetki z palcami. Taka rękawiczka na stopę otula ją dokładnie, chroniąc przed powstawaniem pęcherzy, także między palcami, gdzie często się pojawiają. Na całym szlaku, w ciągu 150 i w czasie przejścia 3300km dzięki nim (a także doskonale dobranym butom) nie miałam ani jednego pęcherza! Wszystkim, którzy patrzą na palczaste skarpetki z rezerwą polecam spróbować. Z doświadczenia wiem, że jeśli używam tylko pojedynczych skarpet pęcherze mi się zdarzają. A jest to moim zdaniem coś strasznego, ból uniemożliwia normalne poruszanie się. Naoglądałam się pęcherzy, odcisków, ran, odparzeń, a tylko jedna osoba spośród przeze mnie spotkanych znała sposób z palczastą skarpetką. Aż dziwne! Dodam, że używam takich skarpet również zimą, w zestawie z warstwą VBL. Jedyny problem jest taki, że produkowane są właściwie tylko w długości pod kostkę, co może być niewygodne w przypadku niektórych wysokich butów.


Zużyłam 2 pary skarpet Smartwool Phd run ultralight, 2 pary Phd outdoor light i 1,5 pary linerów Injinji Run Performance. Phd Ultralight odradzam, szybko się przecierają. Podobno Darn Tough są najmocniejsze, ale mam takie zapasy Smartwooli, że wzięłam po prostu to co miałam.

Buty

Najpopularniejszym rozwiązaniem są buty tzw. trailowe, służące do biegów górskich (lekkie, wygodne, wykonane z szybkoschnącej i dobrze oddychającej siateczki, z dość agresywnym bieżnikiem). Im szybciej przekonacie się do butów biegowych tym lepiej :-). Skoro można w nich biegać, można także chodzić. Firm i modeli jest mnóstwo, wypróbowałam wiele zanim trafiłam na swoje idealne buty długodystansowe Altra Lone Peak. Charakteryzują się podeszwą zero drop (naturalne położenie stopy, bez podwyższonej pięty) i fizjologiczną szerokością. Altra jako jedyna firma produkuje buty, które nie są zwężane w palcach. Tylko te pasują na moje stopy (jak u człowieka pierwotnego w kształcie trójkąta, szerokie w palcach, wąskie w pięcie). Rozmiar 40 (stopa 23,5 cm).

 

Z mojego doświadczenia wynika, że w niskich, miękkich butach dużo bezpieczniej jest poruszać się w trudnym terenie - lepsze jest czucie podłoża, większa precyzja, lepsza przyczepność. W wysokich butach nigdy nie czuję się stabilnie, zawsze mam wrażenie, że nie wiem na czym stoję i zaraz się potknę.

Wiem, że zdarzają się tacy, którzy upierają się przy wysokich skórzanych butach, staram się to zrozumieć, ale i tak nie mogę :-). Co najmniej połowa ludzi, która w takich butach zaczęła, wymieniła je na biegowe po drodze. Ci którzy tego nie zrobili albo robili to z powodów finansowych albo z powodu panującego mitu o trzymaniu kostki panicznie bali się ją skręcić. Byli też tacy, którzy mieli swój ulubiony model, który jako jedyny pasował na ich stopy. Na to nie ma rady. Osobiście nigdy nie próbowałam nawet używać butów wysokich w bezśnieżnej części roku. Zmiany jednak lepiej nie dokonywać na szlaku - stopy systematycznie odciążane nie są przyzwyczajone do fizjologicznego sposobu poruszania się i faktycznie mogą doznać kontuzji).

Dla tych, którzy mimo wszystko wybierają się w butach wysokich jedna rada - za wszelką cenę unikajcie membrany, ponieważ uniemożliwia ona schnięcie. Nawet jeśli membrana początkowo odsuwa perspektywę przemoknięcia wkrótce przestanie to zadanie spełniać (nie mówię tu o sztywnych butach zimowych). Mokre buty na Te Araroa nie biorą się z deszczu - często przekraczamy w nich wiele strumieni dziennie i brodzimy w bagnie, a woda leje się od góry, niezależnie od rodzaju obuwia. Podstawowym kryterium jest zatem szybkość schnięcia. Koledzy posiadający buty skórzane mówili, że schnięcie w odpowiednich warunkach i bez dalszego kontaktu z wodą trwa u nich trzy dni. U mnie w butach biegowych w takiej samej sytuacji trzy godziny. Przypadki grzybicy w butach z membraną nie należały do rzadkości.

Oczywiście należy wziąć pod uwagę zużycie butów i mieć zapasowe - 2-3 pary w przypadku biegowych, 2 wysokich.

Polecam zakładnie stuptutów - chronią przed wpadaniem do butów wszelkiego rodzaju piasku, ściółki, kamyków, błota. Za sugestią Kiwisów wypróbowałam wysokie stuptuty (chodziło o kolczaste rośliny), ale natychmiast zrezygnowałam z tego rozwiązania. Gorąco, niewygodnie, bez sensu.
 
Większość wędrowców nosi dodatkowe buty do użytku biwakowego, przydatne także do przechodzenia przez strumienie. Przeważnie są to japonki, ale w tych przez rzekę nie przejdziemy. Do tego celu moje Vivobarefoot Ultra II nadają się idealnie. Koniec końców uznałam je za niepotrzebne, rzek było zbyt wiele, a moje buty wystarczająco wygodne żebym nie potrzebowała ich wieczorem przebierać. Co innego w zimnym klimacie, jeśli główne buty są przemoczone.
 
Kosmetyczka

Należy mieć na uwadze, że moja kosmetyczka to kosmetyczka damska, w składzie znajdują się więc takie rzeczy jak szampon (mycie włosów mydłem stanowczo odradzam, dorobicie się łupieżu, a włosy będą wyglądać strasznie) czy kubeczek menstruacyjny (u większości kobiet menstruacja zanika, ale ja jestem z żelaza :-)). W kosmetyczce podróżują rzeczy, które właściwie nie należą do kategorii kosmetycznej, jednak tak jest mi z nimi wygodnie.



Skład:
kosmetyczka - ZPacks Zip Pouch rozmiar "tablet" z dowiązanym przeze mnie sznureczkiem
grzebień (z Rossmanna)
dezodorant (lubię. zawsze zabieram w połowie zużyty)
kubeczek menstruacyjny w woreczku
szczoteczka do zębów
szampon
sztyft do ust
gumka do włosów
pasta do zębów Ajona
krem nawilżający
krem na odparzenia
mydło (zwykle około 25g, na zdjęciu 36g porcja)
plaster flizelinowy
zatyczki do uszu
scyzoryk Victorinox Classic
tampony (rozpałka)
lusterko (:-))
żabki do włosów
ręcznik lniany (30g)

Kosmetyczka wraz z wymienioną zawartością waży 258g.

Oczywiście takie rzeczy jak szampon czy mydło są biodegradowalne, mimo to prawie nigdy nie używam ich w terenie, a jeśli już zawsze z daleka od wody (minimum 50 m). Ubranie wyłącznie płuczę, piorę w cywilizacji (dla oszczędności zawsze w umywalce). W rzece można się doskonale umyć bez mydła, pomaga w tym gąbka (naturalna), zwłaszcza jeśli woda jest bardzo zimna i nie chcemy się w niej od razu cali nurzać.

Ręcznik - z dzianiny lnianej, customowy wyrób Kwarka. Niestety rozpadł się... Taka uroda lnu, ale bardzo go lubiłam.



Apteczka i zestaw naprawczy


Skład:
opakowanie - ZPacks Zip Pouch rozmiar "glasses"
elektrolity rozpuszczalne
gripex rozpuszczalny
zestaw naprawczy do materaca
diklofenak w żelu (nie użyłam!)
sachol, żel na wypadek stanu zapalnego dziąsła
magnez w tabletkach
kawałek sznurka
nici nawinięte na kartonik, igła, szpilka, agrafka
plaster do tapingu
nifuroksazyd (nie użyłam, użyczyłam koleżance)
taninal (j.w.)
plastry żelowe na pęcherze (nie użyłam!)
plastry z opatrunkiem gotowe i do cięcia
plastry do sklejania ran ciętych
woreczek foliowy, w którym trzymam plastry na wypadek przemoknięcia

Był jeszcze paracetamol na wypadek gorączki - zużyłam przy infekcji bakteryjnej.
Środków przeciwbólowych nie używam.

Cały zestaw waży 100g.

Portfel

ZPacks Zip Pouch "wallet" był doskonały. Z powodzeniem mieści NZD, PLN, Euro także da się wcisnąć. Karty kredytowe, ubezpieczenie, dowód osobisty, legitymacja hostelowa i karnet chatkowy to wszystko czego potrzeba. Bilon staram się zawsze wydać, a jak tylko się da płacę kartą.



Elektronika


Elektronikę mam dość nietypową. Mieści się w ZPacks Zip Pouch "tablet" (podobnie jak kosmetyczka)
Kompaktowy aparat fotograficzny (to wszystko czego potrzeba, nie ma go na zdjęciu, bo to nim je zrobiłam), ładowarka, kabel, zapasowa bateria
Prosty telefon komórkowy, ładowarka (jednak brakowało mi smartfona)
Powerbank Miller ML-102 na jeden akumulator, dwa akumulatory NCR18650B, kabel
Adapter do nowozelandzkich gniazdek (zakupiony na lotnisku w Szanghaju, w miarę lekki)
Pendrive, karty pamięci (zużyłam tylko jedną 32GB) i adapter do kart/wtyczka USB


To wszystko.

Czego nie zabrałam lub z czego zrezygnowałam po drodze? Z kilku rzeczy, bez których inni nie mogą się obyć. Należały do nich:
Okulary przeciwsłoneczne - miałam je z początku, ale odesłałam, bo po prostu nie lubię ich nosić. Kilka razy by się przydały, ale ogólnie daszek wystarczał.
Krem z filtrem - z początku obecny, odesłałam kiedy opaliłam się na tyle żeby dawać radę bez niego.
Środek na owady - na meszki działał tylko 80% deet, ale nie chciałam go używać, więc nie używałam. Albo trzeba się smarować w całości albo wcale, mając jeszcze na uwadze, że będzie spłukiwany przy przekraczaniu każdego strumienia.
Dezynfekujący żel do rąk - uważam za kompletnie zbędny, rąk także nigdy nie myję, co znakomicie wpływa na moją odporność :-)

Co niosłam, mimo że nie uważam tego za niezbędne? Butelkę Nalgene (wszyscy wiedzą, że ją kocham, robię w niej herbatę i suszę skarpetki naciągając je na nią); poduszkę (mój kręgosłup ją kocha, workom na ubrania mówię nie); buty do przechodzenia strumieni (ostatecznie uznałam je za zbędne, bo strumieni było zbyt dużo, żeby warto było buty przebierać, a mokre buty okazały się nie takie straszne).

Na koniec: pamiętajcie, pakujcie się jak najlżej! Wymiana całego sprzętu, odsyłanie ciężkich rzeczy do Europy (150$) nie należy do rzadkości. Oszczędźcie sobie kłopotu i wydatków :-)


26 komentarzy:

  1. Jestem ciekaw jak wyglądały Twoje racje żywnościowe. Napisz coś więcej na ten temat:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W skrócie minimum 15 kg czekolady nie licząc nutelli i tej rozpuszczalnej :-) Może pomyślę nad osobnym wpisem kulinarnym.

      Usuń
  2. super! dzięki za ciekawy wpis

    OdpowiedzUsuń
  3. Tematykę związaną z poradami sprzętowymi śledzę od jakichś 10 lat, wypróbowując w tym czasie na sobie i dostosowując do swoich potrzeb dostępne na rynku rozwiązania i produkty. Najbardziej istotne i inspirujące są dla mnie opinie i wskazówki osób niezwiązanych przez sponsoring z producentami sprzętu. Muszę przyznać, że nie spotkałem jeszcze Pani :-) tak pasjonującej się doborem sprzętu i tak kompetentnej w tej dziedzinie! Podziw!!

    Z opisu tej i innych wypraw wnioskuję, że uprawiasz na długich dystansach niemal obsesyjny "ultralight backpacking". To oznacza z jednej strony skrajną zdolność do wyrzeczenia (na granicy bezpieczeństwa?) w zakresie tego, co masz do dyspozycji. A z drugiej strony oznacza konieczność mocniejszego potrząśnięcia portfelem. Nieliczne akcesoria dla "ultralight" są kwestią pomysłowości, większość wymaga zakupów z najwyższej półki, które cechuje wytrzymałość i jakość w parze z najniższą możliwą wagą.

    Co do szczegółów, to jest jedna rzecz, która wykracza poza moje aktualne myślowe horyzonty: używanie półbutów trekkingowych (czy biegowych, jak to nazywasz) w trudno przechodnym terenie z 15-20kg plecakiem. Ja osobiście skręciłbym przynajmniej raz czy dwa razy kostkę na każdym z moich 1-2 tyg. trekkingów, gdyby nie skórzana cholewka za kostkę. Nie mogę się zgodzić, że jest to "mit". Natomiast rozumiem teraz, że jest to kwestia ogólnej zręczności i wysportowania oraz - jak zauważyłaś - wytrenowania stopy i stawu do określonych obciążeń. Byłem w szoku, kiedy zobaczyłem Cię w półbutach na filmie z Hornstrandir. To po prostu trzeba umieć i być do tego świetnie fizycznie przygotowanym. Nikomu bym jednak tego nie sugerował.

    Dzięki za materiał do przemyślenia i analizy na długie wieczory!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój sprzęt nie mieści się niestety w kategorii UL, jest to zaledwie lightweight (powyżej 5kg) :-). Jestem dość jednak skromnej postury kobietą z kolanami nie kwalifikującymi się do żadnych wędrówek, nie mam więc wyjścia, więcej nie uniosę. Nie oznacza to jednak większych wyrzeczeń, nigdy nie przekraczam granicy bezpieczeństwa, po prostu ograniczam zabieranie rzeczy zbędnych, a cała reszta to niestety potrząsanie portfelem i wybór najlżejszych spośród zadowalających jakościowo produktów.

      Dyskusja na temat wyższości obuwia niskiego nad wysokim jest stara jak świat i nie sądzę żeby skończyła się na jednym moim wpisie. Mit jest mitem o tyle, że wysoka cholewka będzie chronić osłabiony staw, ale ten trzeba najpierw osłabić, a to najlepiej zrobić brakiem ruchu i wysoką cholewką (nie mówimy o urazach).
      Nagłym zmianom oczywiście mówię nie, takie mogą się skończyć tylko kontuzją, jednak zauważ, że tylko noga uwięziona w ciasno zasznurowanym bucie będzie unieruchomiona na tyle żeby przed czymś tam chronić. Najlepiej jednak ochronią własne ścięgna i mięśnie, jeśli nie przeszkadza się im działać, będą spełniać swoje zadanie w każdym terenie. Nigdy nie nosiłam wysokich butów, a wychowałam się na bosaka, więc za każdym razem kiedy chcąc nie chcąc zakładam coś bardziej zabudowanego (zimą) muszę być bardzo ostrożna, bo tracę równowagę - nie mogę się poruszać tak jak robię to normalnie. Nasilają się wtedy kłopoty z kolanami itd. Nowa Zelandia terenowo była o wiele bardziej wymagająca niż Islandia, ale to nie ma nic do rzeczy, obuwie ma tylko amortyzować i chronić przed zranieniem. No, ale nic na siłę. Jeszcze mała uwaga odnośnie terminologii - buty biegowe a niskie trekkingowe to dwie różne rzeczy. Te drugie to tylko niska wersja lekkiego obuwia trekkingowego, nie znajdzie się wśród nich model zero drop, miękki, z dobrą amortyzacją i przyczepną podeszwą. Trekkingowych nie widziałam też całkowicie zrobionych z siatki.

      Usuń
  4. Agnieszko albo coś przeoczyłem albo nic nie napisałaś o latarce. Z wykazu sprzętu wynika że na pięć miesięcy wędrówki wybrałaś się tylko z e-lite. Napisz jak się sprawowała - czy potrzebowałaś czegoś mocniejszego, w jakich sytuacjach najczęściej z niej korzystałaś no i ile baterii zużyłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, latarkę umieściłam na liście, ale zapomniałam napisać o niej coś więcej. Wybrałam się tylko z e-lite, gdyż uważam ją za doskonałe rozwiązanie. 23g mówi samo za siebie, nie trzeba nic mocniejszego (dopiero gdy baterie padają robi się zbyt słaba, ale tak jest z każdą, której się nie ustawia na niesłabnięcie). Nie jestem jakąś fanką światełek, latarka ma po prostu świecić. Służyła mi głównie obozowo - kiedy wieczorami było ciemno i w chatkach, gdzie błogosławieństwem jest czerwone światło, które nie budzi pozostałych osób, kiedy trzeba skorzystać nocą z toalety. Także o poranku, kiedy wstawało się przed wschodem słońca. Zdarzyło mi się także iść z nią nocą szlakiem, już wtedy baterie padały, ale o ile szlak to widoczna ścieżka nie ma żadnych problemów. Zużyłam jeden zestaw baterii, który nawet nie był nowy, był to ten sam, z którym ją kupiłam trzy lata temu. Poprzednio zabierałam ją do Finlandii żeby mieć w chatkach w jesienne wieczory. Na jednym zestawie baterii świeci rewelacyjnie długo, ludzie którzy mieli mocniejsze lampki wiecznie mieli problemy z bateriami. Oczywiście nie używałam jej bez potrzeby. Gumka działa ok, sama czołówka potrafi się trochę zsuwać z czoła, kiedy się pocę, bo to sam plastik, ale nie jest źle. Można ustawiać kąt świecenia, jest oszczędny tryb, którego głównie używam. Gorąco polecam tą lampkę.

      Usuń
  5. Aga dzięki, opis w sam raz, tego było mi potrzeba. Latarka już zakupiona, skoro Tobie wystarczyła na 3000km to na pewno da radę na GSB, ruszam w czerwcu, pozdrawiam, Hej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będzie dobrze służyła, powodzenia!

      Usuń
  6. Leśna, na ile myć wystarcza Ci ten koncentrat do zębów Ajona?
    A tak w ogóle to Gratulacje! Bardzo ciekawy opis. Chociaż te z Polski lubię najbardziej - jakoś mniej abstrakcyjne się wydają :)
    Chociaż pomarzyć też czasem trzeba ;)

    Pozdrawiam Cię serdecznie!
    POKRZYWA


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mała Ajona wystarcza mi na sześć tygodni, używam w objętości ziarnka pieprzu (w przepisie użytkowania jest ziarnko grochu). Myję zęby dwa razy dziennie, zawsze. To pozwala mi wciąż czuć się cywilizowanym człowiekiem :-)
      Dzięki, teraz co prawda znowu będzie z zza granicy, bo właśnie wróciłam z trzytygodniowej włóczęgi po Laponii, ale potem planuję krajową wycieczkę do lasu :-)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. 6 tygodni to o wiele lepiej niż się spodziewałam!
      Dzięki za odpowiedź :)

      Usuń
  7. Leśna!
    Pytanie elektroniczne: widzę używałaś Millera jako powerbanku. Na ile Ci wystarczyła energia? Nokia na baterii ciągnie długo, więc pewnie ładowałaś przede wszystkim aparat. Kompakty mają tę zaletę, że odpadają duże baterie. Ale jestem ciekaw wniosków.

    Z pozdrowieniami

    Pim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, telefon rzadko ładowałam z Millera, bateria w nim jest wieczna.

      Oprócz powerbanku miałam dodatkową baterię do aparatu i używałam jej w pierwszej kolejności, do tego dwa akumulatory 18650. Kompakty mają też tą wadę, że pochłaniają mnóstwo energii, a ja robię setki zdjęć i filmy. Nie mam porównania do innych powerbanków, nie jestem "elektroniczna", więc chciałam coś prostego i lekkiego, odpowiadał mi brak dużej obudowy (lżej) i to, że mogę mieć ze sobą tyle akumulatorów ile potrzebuję. Dwie baterie z aparatu i dwa akumulatory wystarczają mi na 10 dni. Jeden akumulator ładuje jedną baterię i jeszcze ok. 1/4 lub 1/3. Wagowo byłoby lepiej mieć tylko dodatkowe baterie, bo w przeliczeniu na energię są lżejsze, ale cena x4. Jest trochę niedopracowany, np. świeci przez długi czas po włożeniu akumulatora, więc nie da się go przechowywać z akumulatorem w środku. Byłam jednak bardzo zadowolona i przeważnie jeden akumulator był nieużywany, kilka razy użyczałam go koledze do ładowania smartfona.

      Ostatnio jednak miałam z nim problem w Szwecji i jeszcze tego nie rozgryzłam, mianowicie powerbank zamiast naładować mi aparat to go rozładował, pomimo normalnych objawów ładowania. Zobaczę co z nim dalej będzie. Nie mogę więc go w 100% polecić.

      Usuń
  8. Leśna!

    Jeszcze jedno pytanie drążące: ten Nikon to jest model "Androidowy" z elementami takimi jak WiFi etc...? Jak Ci się to sprawdza? Ciekaw jestem opinii. Sam cenię kompakty (akceptuję ewentulane niedostatki w stosunku do bardziej rozbudowanego sprzętu), a to jest taki krok dalej. System operacyjny, funkcję bardziej komputerowe.

    Pim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest androidowy i ma WiFi. WiFi sprawdza się świetnie, przestałam na trasie tak upiornie tęsknić za dostępem do świata, mogłam pisać maile, obejrzeć coś na youtube, zajrzeć na NGT :-) Tylko pisać na blogu się nie dało. Nie wyobrażam sobie czegoś innego niż mały kompakt Nikona, poprzedni był niezwykle odporny, 20 razy upadł na kamienie, asfalt i nawet po pływaniu w rzece żył, tylko to błoto już na stałe w nim zostało. Musiałam kupić nowy i nie miałam wyboru, S800c to był jedyny kompakt Nikona z panoramicznym formatem w całej stolicy NZ. Następny wolałabym prostszy, przez androida szybciej zużywa energię, a sam system często wisi, najwyraźniej jest niepracowany. Często ma jakieś błędy i po prostu głupieje, minutę zajmuje mu przypomnienie ustawionych funkcji, nie ma osobnego klawisza do filmowania, a przycisk włączania/wyłączania jest nadwrażliwy i często obiektyw usiłuje mi się wysunąć w kieszeni plecaka (aż się to kiedyś źle skończy). Mam nadzieję, że szybko to poprawią i wyjdzie im coś lepszego, bo WiFi w aparacie to rewelacja, zwłaszcza dla nieposiadających smartfonów.

      Usuń
  9. Widzę, że mam podobne przemyślenia. Człowiek staje przed wyborem: Smartfon + aparat, lub właśnie prosty aparat (waga, pobór prądu tu są zaletą) i aparat rozbudowany o funkcje medialne. Moi znajomi "czysto fotograficzni" się na takie rozwiązanie krzywią, ale z tego co piszesz jest w nim potencjał. Wreszcie raz na jakiś czas trzeba odpocząć od Smartfona.....
    A co do kompaktów? od lat używam, są modele z naprawdę dobrą jakością, a możliwość upchnięcia aparatu do kieszeni nawet kosztem funkcjonalności jest dla mnie decydująca.

    Pozdrawiam

    Pim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smartfonem też da się zrobić niezłe zdjęcia, wysoka jakość nie zawsze jest niezbędna. Generalnie uważam, że ważniejsze są umiejętności czy dobre oko niż to czym się robi zdjęcia, czasem przykro patrzeć na efekty targania lustrzanek w góry przez coponiektórych :-)

      Usuń
  10. cześć! napisałaś, że kurtka hardshell padła. Czy zatem Arc’teryx nie jest taki wytrzymały jak go opisują, czy po prostu tak go mocno eksploatowałaś? Membrana padła od ciągłej kompresji? Co oznacza "najlżejszą opcję - jak ma ciec to niech chociaż waży 100g"? raincut?:)
    Ostatnie pytanie - na jak długo wystarczała Ci taka porcja szamponu i mydła? Wygląda na b. krótki okres.

    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byla swietna kurtka, jeszcze wyprodukowana w Kanadzie, nie puscila ani kropli w najgorszych calodniowych zlewach do momentu kiedy nie padla - a padla spektakularnie, przeciekajac praktycznie na calej powierzchni. Membrana sie zuzyla, eksploatowalam ja solidnie przez prawie cztery lata, wiec miala prawo. To nie byla kurtka do noszenia w plecaku, ale pod plecakiem i to czesto :-)
      Nastepny moze nie raincut (choc kto wie), ale jakas ultralekka rzecz na przyklad na pertexie shield+, jeszcze nie dokonalam wyboru. Nowe Arcteryxy to juz nie to samo, nie sa tak mocne jak te stare niestety.

      10ml szamponu wystarcza mi na trzy mycia wlosow (a mam wlosy dlugie do pasa), przez 6 miesiecy zuzylam 75g mydla, kawalek 25 gramowy wystarczal na 2 miesiace. Gdyby czesciej byla okazja pewnie zuzylabym dwa razy tyle, ale okazji nie bylo :-)

      Usuń
    2. Arc’teryx Alpha SV chyba nadal jest produkowany w Kanadzie, a jeśli chodzi o inne to bywa różnie - Chiny lub Kanada.

      Usuń
    3. Niektóre rzeczy szyją też w Wietnamie, właśnie sprawdziłam czapkę. Alphy LT już w ogóle dawno nie ma (damskiej), czego bardzo żałuję. Podobny los spotkał spodenki, które miałam w Nowej Zelandii. Gdybym wiedziała, kupiłabym więcej na zapas.

      Usuń
  11. Świetnie zaprezentowane zawartości poszczególnych saszetek i kosmetyczki! :D Aż sama nabrałam ochotę by znów się wybrać na taką wyprawę. Szczególnie, że kupiłam sobie nowy plecak na www.regatta.pl i tylko czekam aż w końcu dostanę kilka dni urlopu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, ze sie podoba :-) W Appalachy zabralam jeszcze troche mniej rzeczy :-) Milego urlopu!

      Usuń