środa, 3 sierpnia 2016

Szlak Kaszubski

Województwo Pomorskie może się pochwalić bardzo gęstą siecią dość dobrze utrzymanych szlaków turystycznych. Wśród nich znajdował się niegdyś Szlak Kaszubski, który po zmianach administracyjnych został podzielony na trzy osobne szlaki: Szlak Kaszubski (137,7 km), Szlak Wdzydzki (19,3 km) i Szlak Kaszubski im. Juliana Rydzykowskiego (57,9 km). Oba Szlaki Kaszubskie są znakowane na czerwono, zaś Wdzydzki na czarno. Postanowiłam wraz z kolegami, Yatzkiem i Pawłem nie przejmować się podziałami i przejść Szlak Kaszubski jako całość liczącą 215 km (według szlakowskazów Szlak Kaszubski pierwszy był o 4km krótszy, w takim przypadku byłoby 211km). Po drodze dołączyła do nas także Asia. Przejście zajęło nam 8 dni, pokonywaliśmy dziennie średnio 26,9 km.

Główny i zarazem najbardziej malowniczy szlak Kaszub jest bardzo urozmaicony, bo oprócz piaszczystych równin porośniętych sosnowym borem przemierza także gliniaste pagórki zajęte przez buczynę pomorską, kluczy nad brzegami jezior, których na Kaszubach jest mnóstwo, zawija także do wielu ciekawych miejscowości. Oznakowanie na ogół jest dobre, choć zdarza się i kiepskie. Popisowe jest na terenie Parku Narodowego Bory Tucholskie. Nie brakuje sklepów spożywczych, w których można zaopatrywać się w prowiant na bieżąco. Jest sporo wiat, wiele agroturystyk i pól namiotowych, a wszędzie dużo lasu, w którym można się schować. Spotkani ludzie także są gościnni.
 
W planowaniu pomogła mi strona http://pomorskieszlakipttk.pl/szlaki-piesze/ i zestaw starych map, które miałam w domu. O Szlaku Kaszubskim wiedziałam od dawna i kilka jego fragmentów już kiedyś przeszłam. Południowa część SK im. Juliana Rydzykowskiego ma miejscami wspólny przebieg z zielonym Szlakiem Strugi Siedmiu Jezior, który przemierzyłam wspólnie z mamą latem 2013 roku.
 
Ze względów logistycznych zaplanowałam wędrówkę na południe - do Sierakowic z Wejherowa odjeżdżał tylko jeden, poranny autobus, w sam raz na start, z Chojnic natomiast odjeżdżało w kierunku Gdyni wiele pociągów - w sam raz na powrót.
 
Udało mi się spakować w 5,2kg pomimo przyciężkiego Exosa, ta waga sprawiła, że pomimo dodania 1,8kg prowiantu i 1,5l płynów po raz pierwszy był wygodny - nie wrzynał mi się ani w biodra, ani obojczyki. Byłam już naprawdę blisko UL!
 
Ja byłam już w Gdyni, dzień przed wyruszeniem dojechał Paweł, a z Jackiem, który przybył nocnym pociągiem spotkaliśmy się rano w Wejherowie.  Tam mieliśmy przesiadkę na autobus, który zawiózł nas do Sierakowic.

 
 
Zaplątaliśmy się trochę krążąc wokół kościoła w poszukiwaniu początkowej kropki, ale nie znaleźliśmy jej. Znaki wyprowadziły nas za miasteczko, a potem w pola i las.
 
 
 
 
Mijając kolejne przysiółki obżeraliśmy się czereśniami i wiśniami, smakowały nam zwłaszcza te pierwsze, starej odmiany, drobne i ciemne z lekką goryczką.
 
 
 
Za Kamienicą Królewską mieliśmy jakieś wątpliwości co do przebiegu szlaku, ale prędko udało nam się go odnaleźć. Wkroczyliśmy w piękny bukowy las i szliśmy wzdłuż ciągu małych jezior. Ten odcinek podobał mi się chyba najbardziej z całego szlaku. Okolica miała górski charakter, było nawet trochę wspinania zwieńczonego wspaniałym widokiem.
 
 
 
 
 
 
 
 
Ponownie zgubiliśmy szlak i przez pomyłkę zawędrowaliśmy do ciekawych jaskiń, przynajmniej nie żałowaliśmy tak nadłożenia drogi. Odkryliśmy właściwą drogę, ale później oznakowanie dalej było kiepskie. Po drodze paśliśmy się na borówkach, zwanych w tej części kraju jagodami.
 
 
 
Wśród uroczego wiejskiego krajobrazu czekała na nas atrakcja - "diabelski kamień" - głaz narzutowy na brzegu Jeziora Kamiennego. Następnie znów sielskie widoczki i wreszcie sklep spożywczy z wszelkiego rodzaju paszami, w tym piwem i lodami dla zgrzanych wędrowców :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Potem zgubiliśmy znów szlak, nie na długo jednak i wkrótce dotarliśmy do Mirachowa, gdzie pokręciwszy się i wypytawszy dostaliśmy pozwolenie rozbicia się na skoszonej łące. W gospodarstwie dostaliśmy wodę, a w sklepie zrobiliśmy zakupy. Wieczorem dokuczały nam komary, a już o 6 rano dzwony zaczęły bić Kiedy ranne wstają zorze. Pobudka była zatem wczesna, ale zebranie się zajęło nam dużo czasu, bo kondensacja była spora, jak to zwykle bywa na łące przy dobrej pogodzie.
 
 
 
 
 
Wreszcie ruszyliśmy i niebawem wędrowaliśmy już pod  zielonym sklepieniem lasu. Znaki Lęborskiej drogi św. Jakuba pochodziły sprzed wielu lat, za to grzyby świeżo wyrosły. Borowikom nie mogliśmy się oprzeć.
 
 
 
 
 
 
W Sianowie zajrzeliśmy do sankturarium i sklepu spożywczego, potem minęliśmy miejscowości Sianowska i Pomieczyńska Huta - przypuszczam, że nazwy pochodzą od dawnych hut szkła. Krajobraz wiejski i jak najbardziej sielski. Ślicznie! A najbardziej podobało mi się to, że co kawałek pojawiało się błękitniejące jezioro.
 
 
 
  
 
Także do Kartuz doszliśmy od strony jeziora, stary klasztor było widać z daleka. Niestety kościół był zamknięty. Już kiedyś tam byłam, więc aż tak nie żałowałam. Szlak zaraz opuścił miasto i więcej z niego nie zobaczyliśmy. Zatrzymaliśmy się przy małym sklepie, a potem przeszliśmy jeszcze ze 3km do następnej miejscowości o nazwie Kosy. Tam mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu, o polu namiotowym lepiej nie wspominać, ale wreszcie przygarnęli nas gościnni gospodarze. Rozbiliśmy się na skraju pola kukurydzy, a do dyspozycji mieliśmy obszerną wiatę. W Jackowej tytanowej patelni powstała jajecznica z grzybami, które zebraliśmy w ciągu dnia. Pycha!
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Start następnego dnia jak zwykle był niespieszny. Skorzystaliśmy z trampoliny do suszenia śpiworów - suszące się śpiwory, choć każdy ma około 300g puchu, są skrajnie różne (od lewej Cumulus LL300, Małachowski UL II 300, mój customowy Roberts). Dzień był pochmurny, spadło nawet kilka kropel deszczu, ale nic groźnego. Przed południem zjawiliśmy się w Chmielnie. Zwabiła mnie otwarta restauracja, w ofercie był kotlet schabowy, więc zatrzymaliśmy się na lunch :-). W miejscowości znajdowały się także pozostałości średniowiecznego grodziska, nie mniej atrakcyjne od schaboszczaka.
 
 
 
 
 
 
 
Ze wzgórz na południe od Chmielna roztaczały się ładne widoki. Straciliśmy z oczu czerwone znaki i zabłądziliśmy, ale miejscowe dzieciaki pomogły nam się wydostać na szlak i już bez dalszego błądzenia doszliśmy do Ręboszewa, gdzie spoczęliśmy na ławeczce nad Radunią. Próg sztuczny, a po niedawnych ulewach podwyższony stan wody, więc rzeka wyglądała całkiem górsko.
 
 
 
 
 
 
W Ostrzycach było fajne molo i trochę infrastruktury, którą badaliśmy pod kątem noclegowym (monitorowane zadaszenie, toalety), ale było jeszcze wcześnie, więc kontynuowaliśmy wędrówkę. Bardzo podobał nam się górski odcinek buczyną. Z morenowego wzniesienia dostrzegliśmy w oddali Wieżycę, najwyższy szczyt Kaszub (329m npm), trochę szkoda, że Szlak Kaszubski na nią nie wchodzi, ale nic to, zdobyłam już jej szczyt dawniej (z wieży widokowej panorama jest fenomenalna - polecam).
 
 
 
 
 
 
 
Kiedy skończyliśmy się pożywiać pod sklepem w Krzesznej zrobiło się późno, ale oferta noclegowa miejscowej lumperii wydała nam się podejrzana i poszliśmy dalej. Zaczął padać drobny deszcz, ale mroczny las nas przed nim chronił. Przestało na szczęście padać zanim doszliśmy do Nowych Czapli. Tam znaleźliśmy nocleg w wiejskiej świetlicy. Świetlicę ufundował nieżyjący już budowniczy osiedla domków stylizowanych na tradycyjne. Mieszkańcy wsi przyjęli nas bardzo miło, a nocleg był niezwykle komfortowy. Ja spałam na piecu chlebowym :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
W strażnicy OSP znajdował się malutki sklepik, w którym zrobiliśmy rano zakupy, ograniczone do tego, co nie było zarezerwowane. Ruszyliśmy do Gołubia, robiąc przystanek nad leśnym jeziorem Zamczysko, którego nazwa pochodzi od dawnego grodu usytuowanego na wzniesieniu. Nas jeziorem obozowała młodzież w wielkich namiotach.
 
 
 
 
 
W Gołubiu spotkaliśmy się z Asią, po krótkim powitaniu ruszyliśmy żwawo leśną drogą wzdłuż Jeziora Dąbrowskiego. Znów natknęliśmy się na grzyby, które umieściliśmy w sterczowej kieszeni mojego plecaka, a borówki i maliny w brzuchach. Następny etap był bardziej polny, minęliśmy Skorzewo i dopiero okrążając Kościerzynę znów szliśmy bukowym lasem nad brzegiem jeziora. Rosły tam dosłownie setki maślaków.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Skąd wzięła się kropka w środku szlaku nie wiadomo...
 
 
 
 
Ostatni odcinek do Łubiany pokonaliśmy chodnikiem z kostki. W miejscowości znajduje się znana fabryka porcelany. Sklep spożywczy był jeszcze otwarty, więc zrobiliśmy zakupy, a potem chodziliśmy od drzwi do drzwi szukając noclegu. Los się do nas uśmiechnął i zaproszono nas na nocleg na skraju wsi. Do dyspozycji mieliśmy wiatę garażową i wszystko, o czym mogliśmy marzyć - w kuchni usmażyliśmy jajecznicę z grzybami, które nazbieraliśmy, no i mogliśmy wziąć prysznic - rewelacja.
 
 
 
 
Finałowy dzień na pierwszym Szlaku Kaszubskim zapowiadał się pochmurno. Krajobraz był typowo wiejski, mijaliśmy kolejne wsie, aż osiedliśmy przy barze nad brzegiem Wdy. Spływ Wdą dwa lata temu zaczęłam bardziej w dole rzeki, więc tego fragmentu nie znałam. Najwyraźniej jest popularny, bo kajaków widzieliśmy sporo, a i bar cieszył się wśród kajakarzy powodzeniem, byli nawet Hiszpanie.
 
 
 
 
Od Loryńca do Wdzydz Kiszewskich szlak kluczył, zwłaszcza obchodząc zatokę Wdzydz, ale nie miałam pretensji, odcinek był śliczny i świetnie się szło. W zaroślach wypatrzyłam czerwonego samca gila. We Wdzydzach mnóstwo turystów i nowa atrakcja - wieża widokowa, na którą wspięliśmy się z Pawłem. Przy słonecznej pogodzie byłoby pewnie jeszcze ładniej. Potem zafundowaliśmy sobie dłuższy odpoczynek w karczmie. Od mojej ostatniej wizyty tam (dobre 10 lat temu) wiele się zmieniło, karczma się rozrosła, ale porcje zmalały.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

  
 
 
 
Najedzeni ruszyliśmy w dalszą drogę, by brzegiem Wdzydz dotrzeć do punktu końcowego Szlaku Kaszubskiego i początku Wdzydzkiego w Gołuniu. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe fotografie i udaliśmy się na poszukiwanie noclegu. Przy hotelu był fajny namiot-pawilon, ale nie uzyskaliśmy pozwolenia na przenocowanie, ostatecznie rozbiliśmy namioty w niedalekim lesie. Najlepiej sypiam właśnie w lesie, więc byłam zadowolona. Już po ciemku wybrałam się nawet pokontemplować nad brzegiem jeziora.
 
 
 

 
 
 
Specjalnie rozbiliśmy się na pagórku, więc namioty nie były rano bardzo mokre. Dzień słoneczny, więc od rana marzyłam już o kąpieli w jeziorze. Tymczasem jednak w niezłym upale zaczęliśmy wędrówkę Szlakiem Wdzydzkim. W sosnowym lesie nigdy nie panuje taki miły chłód jak w liściastym, ale przynajmniej ładnie pachnie żywicą.
 
 
 
 
 
 
 
 
Widoków na jezioro było sporo, ale dopiero po przerwie na konsumpcję we Wdzydzach Tucholskich (dostrzegłam przerobioną obórkę, w której niegdyś spędziłam dwa tygodnie na wakacjach z rodzicami) znaleźliśmy przyjemną dziką plażę. Kąpiel była wspaniała i znakomicie nas orzeźwiła. Trochę ponurkowałam, a w trakcie popisów łyknęłam wody z jeziora, ale nic mi potem nie było, więc woda chyba czysta :-). Udało mi się wyłowić szczeżuję, do której przywarły dwie pijawki...
 
 
 
 
 
 
 
Upał sprawił, że niedługo znów było nam gorąco, a tu jeszcze pojawiły się problemy z oznakowaniem. Skręt prowadził donikąd, więc kluczyliśmy zdezorientowani, ale szczęściem udało nam się trafić na szlak. Pod koniec jednak znów go zgubiliśmy i zaszliśmy niepotrzebnie do Kliczków. Stamtąd asfaltem do Przytarni i znów zrobiliśmy sobie przerwę. Słońce już się chyliło ku zachodowi, kiedy dotarliśmy do końca Szlaku Wdzydzkiego w Wielu. Tam spotkaliśmy się z Jackiem, który się nie kąpał i trochę nas wyprzedził. Ledwo przyzwyczailiśmy się do czarnych znaków znów pojawiły się czerwone - Szlak Kaszubski im. Juliana Rydzykowskiego.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Myśleliśmy o noclegu nad Jeziorem Wielewskim, ale poinformowano nas, że nie możemy się tam rozbić. Podziwiając wspaniały zachód słońca skierowaliśmy się ku kalwarii, ale tam niestety zamontowano monitoring, wielka szkoda, bo obiekty noclegowe były wyśmienite.
 
 
 
 
 
 
 
Kontynuowaliśmy wędrówkę do następnej osady, a tam udało nam się wynegocjować znakomite warunki w agroturystyce. Nas czterech, a łóżka dwa, więc wylądowałam na korytarzu :-)
 
 
 
 
Zapowiadana burza nie nadeszła, ale parny upał wskazywał, że w ciągu dnia zagrzmi. Byliśmy trochę rozleniwieni i kiedy zobaczyliśmy taflę Jeziora Skąpego zalegliśmy na przygotowanych tam pieńkach. Cudowne miejsce! Siedziałam jakiś czas na plaży i próbowałam zapamiętać widok jeziora otoczonego sosnowym borem.
 
 
 
 
 
 
Kiedy wreszcie ruszyliśmy dalej napotkaliśmy problemy z oznakowaniem, które nagle zniknęło. Posiłkowaliśmy się mapą i w końcu zauważyliśmy resztki zdrapanego znaku. Wyszliśmy potem na jakieś podwórko i tam dowiedzieliśmy się, że las jest prywatny, a właściciele nie życzą sobie na swoim terenie szlaku, znaków i turystów, bo to samo zło i śmieci. Próbowaliśmy coś tłumaczyć, ale raczej nic nie wskóraliśmy. Tyle, że skierowano nas na właściwą drogę. Na państwowej szosie już znaki były i szczęśliwie dotarliśmy do Kosobud.
 
 
 
 
 
W Kosobudach pożegnaliśmy Asię, która musiała już wracać do Gdyni, posiedzieliśmy pod sklepem i ruszyliśmy dalej, od razu uciekając przed burzową chmurą. Grzmiało w pobliżu, ale burza poszła bokiem i tylko trochę nas pokropiło, na sam koniec schroniliśmy się w sklepie we wsi, której nazwa wyleciała mi z głowy. Odcinek przez łąki był bardzo ładny.
 
 
 
 
 
Po deszczu zrobiło się trochę parno. Na sosnach zauważyliśmy stare żłobienia po poborze żywicy. Na leśnej drodze pogadaliśmy z leśnikiem i w Giełdoniu zeszliśmy nad brzeg Jeziora Trzemeszno, wzdłuż którego szlak prowadził nas prawie do samego Męcikału. Nazwa wsi bardzo spodobała się kolegom :-)
 
 
 
 
 
 
Zaliczyliśmy sklep i poszliśmy dalej. Most na Brdzie oferował piękny widok, była też tablica informacyjna, na której wyczytałam coś o starożytnej historii miejscowości. Brda była bardzo szeroka i niosła sporo wody, więcej niż się spodziewałam. Noclegowy rekonesans szedł nam z początku średnio, nie było mowy o noclegu w/przy starej szkole, ale skierowano nas do jednego z mieszkańców, który był w posiadaniu altany, do której dość entuzjastycznie nas zaprosił. Mieliśmy prąd, wodę i dach nad głową. Paweł złowił jętkę :-)
 
 
 
 
 
 
Nadszedł ósmy, ostatni dzień wędrówki po Kaszubach. Zaczęliśmy go od wejścia na teren Parku Narodowego Bory Tucholskie. Znów zobaczyłam Jezioro Jeleń, w którym pływały rybki, Strugę Siedmiu Jezior i prastary dąb Bartuś. Chyba w żadnym innym Parku Narodowym nie byłam aż tyle razy :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Przemierzenie całego parku nie zajęło nam wiele czasu. Piaszczystą drogą doszliśmy do Bachorza, mijając krzyż, upamiętniające przemarsz wojsk napoleońskich. Liczyliśmy na to, że uda nam się dostać coś do jedzenia w jednym z ośrodków wypoczynkowych, ale musieliśmy się obejść smakiem. Na pocieszenie obwoźne lody i relaks na plaży.
 
 
 
 
 
 
 
 
Gdzieś w okolicach Funki zatrzymaliśmy się przy platformie widokowej podziwiając panoramę Jeziora Charzykowskiego. A jakże, nad tym jeziorem też kiedyś spędziłam dwa wakacyjne tygodnie, było to jednak na przeciwległym jego brzegu.
 
 
 
 
 
 
 
Ostatni odcinek leśny prowadził do plaży nad Jeziorem Niedźwiedzim. Tam także bardzo się zmieniło, plaża nie była już dzika ani odludna, piasku dosypano i postawiono tojtoj, tłum był dziki. Trochę szkoda, bo kiedyś była to jedna z lepszych plaż w okolicy.
 
 
 
 
Ogromnie podobały nam się aleje drzew prowadzące do Jarcewa, jedną doszliśmy do wsi, a drugą z niej wyszliśmy. Ceglane budynki dawnej gorzelni wciąż jeszcze stoją, szkoda że nie są remontowane, bo wieś jest bardzo ładna i warta odwiedzenia.
 
 
 
 
 
Przed samymi Chojnicami na horyzoncie pojawiły się ołowiane chmury. Udało nam się dobiec do wiaty pod fabryką i tam przeczekaliśmy największą ulewę. Kiedy burza się odsunęła założyliśmy stroje przeciwdeszczowe i pomaszerowaliśmy dalej, bo nie zanosiło się na to, żeby miało przestać padać.
 
 
 
W deszczu przeszliśmy ostatni fragment szlaku. Trzeba przyznać, że kropka na Bramie Człuchowskiej w Chojnicach to jedna z najfajniej zlokalizowanych kropek w kraju :-)
 
 
 
 
 
W ramach uczczenia przejścia szlaku poszliśmy na pizzę. Przez pomyłkę zamiast jednej dużej dostaliśmy dwie średnie, ale i one zniknęły w trymiga :-)
 
 
 
Chcieliśmy się jakoś wydostać z Chojnic, ale wieczorową porą były na to marne szanse, tylko Jacek miał od razu nocny autobus do Krakowa, a my z Pawłem byliśmy skazani na nocne oczekiwanie na pociąg o 4 nad ranem. Lało intensywnie, więc nie chcieliśmy spać na peronie, w hotelu nie oferowali gleby, więc udaliśmy się na posterunek policji, gdzie pozwolono nam przesiedzieć do rana. Nie mogliśmy się położyć, więc tylko wyłożyłam się połowicznie na stole, podkładając pod głowę Prawo karne :-)
 
 

O 4 już nie padało... Powlekliśmy się na pociąg i potem już bez problemów dojechaliśmy do Gdyni z przesiadką w Tczewie, po czym udaliśmy się spać :-). Kolejny czerwony szlak zaliczony! 
 
Statystyki wyglądają tak (zakładając, że dystanse podane na stronie PTTK są prawdziwe):
 
Dzień 1: 24 km (Sierakowice - Mirachowo)
Dzień 2: 27,1 km (Mirachowo - Kosy)
Dzień 3: 31,1 km (Kosy - Nowe Czaple)
Dzień 4: 28,6 km (Nowe Czaple - Łubiana)
Dzień 5: 26,7 km (Łubiana - Gołuń)
Dzień 6: 21,3 km (Gołuń - Dąbrowa)
Dzień 7: 25,9 km (Dąbrowa - Męcikał)
Dzień 8: 29,2 km (Męcikał - Chojnice)
 

8 komentarzy:

  1. wszystko cudowne: chaszcze, grzybki, ptaszki oraz schabowy i pizza. Piękne zdjęcia - jak zwykle, pani Leśna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za zaproszenie na Kaszuby:-) Wszystko, włącznie z pogodą, fajnie się zgrało no i towarzystwo dopisało;-) Muszę się kiedyś zrewanżować równie ciekawym i długim szlakiem;-) Tylko czy są jeszcze takie szlaki w Polsce, których Ty nie przeszłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, lista jest bardzo długa, samych czerwonych jeszcze pewnie z 10 zostało, a co dopiero inne kolory :-)

      Usuń
  3. No kurcze, opis tak malowniczy, że mam wrażenie, jakbym tam był... ;-) :D
    Dzięki za wspólne wędrowanie. Dobrze, że było trochę górek, to mogę napisać, że byłem w Górach Kaszubskich :)
    Do spotkania na następnym szlaku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe :-) Cieszę się, że Kaszuby zyskały uznanie! Dzięki i do zobaczenia na szlaku, pewnie czerwonym :-)

      Usuń
  4. Fajnie opisane i super zdjęcia. Publikacja szybsza niż u Yatzka :) A propo Yatzka to widzę, że porzucił Colemana na Chińczyka. No, no!:)
    Czekam na kolejne publikacje i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Staram się pisać na bieżąco, póki wspomnienia świeże. Yatzek ma Chińczyka na testach, więc kiedyś musi testować :-)

      Usuń