piątek, 5 kwietnia 2019

Finlandia: Park Narodowy Lemmenjoki na nartach

Po udanym zimowym trawersie Hammastunturi Wilderness Area skierowałyśmy się z Kasią ku Parkowi Narodowemu Lemmenjoki, największemu parkowi narodowemu Finlandii i jednemu z największych w Europie. Lemmenjoki sąsiaduje z chronionymi obszarami ze wszystkich stron: z fińskimi - Pöyrisjärvi, Pulju, Hammastunturi i Muotkatunturi oraz norweskim Parkiem Narodowym Øvre Anárjohka.


Planowałyśmy wędrować linią ciągłą i z Hammastunturi wejść na teren Lemmenjoki letnim szlakiem turystycznym na Sallivaarę i wzgórzami dotrzeć na dziko do kanionu Lemmenjoki, po czym się z niego spuścić (jakim sposobem, tego nie wiedziałyśmy). Śnieżyca, jaka nastąpiła ostatniego dnia naszego pobytu w Hammastunturi, przypieczętowała niejako los naszego planu - musiał zostać zmieniony. Śnieg był kopny, było go bardzo dużo, zapadając się wlekłybyśmy się straszliwie i pewnie musiałybyśmy zawrócić. Postanowiłyśmy Lemmenjoki zwiedzić bardziej tradycyjną trasą wzdłuż rzeki oraz zrobić pętlę po sąsiednich górach.
Nie ubolewałam jakoś specjalnie nad zmianą trasy, ponieważ od początku wydawało mi się wątpliwe, czy zdołamy ją zrealizować. Chciałam przede wszystkim zwiedzić słynną dolinę Lemmenjoki i jeśli to możliwe pobuszować trochę w okolicy wspinając się na piętrzące się wokół pagórki - i tak właśnie zrobiłyśmy. Jestem więc zupełnie zadowolona.

Mapa poniżej pokazuje naszą trasę oraz pierwotny plan, z którego zrezygnowałyśmy (kropki).


Sympatyczny mieszkaniec Lemmenjoki, który wyratował nas z zamieci na skraju Hammastunturi przy drodze numer 955 zawiózł nas pod drzwi Ahtun Tupy, instytucji oferującej noclegi w skromnych domkach, po drodze upewniając się, że mają miejsca. 60 euro z domek z łazienką i 40 euro z łązienką na zewnątrz - wybrałyśmy oczywiście ten tańszy. Obsługa nie była jakoś rewelacyjnie uprzejma, ale nie miało to zbyt wielkiego znaczenia. Domek był ok, ciepły, suchy, a prysznic niezmiernie przyjemny.




Rano przed wyjściem Kasia potraktowała smarem do nart swoje sanki, co miało wspomagać poślizg - sanki były już mocno poryte od spodu po poprzednich wojażach i hamowały na podejściach, zwłaszcza jeżeli do zadziorów przymarzał lód. Ja z kolei zakleiłam srebrną taśmą kilka dziur w swoich improwizowanych skarpetach VBL z torebek po chlebie, które tak czy owak były po prostu rewelacyjne.


Lemmenjoki w swoim środkowym biegu składa się z ciągu głębokich jezior, przez które przepływa rzeka i tylko w wąskich przesmykach można dostrzec jej bystry nurt. Wzdłuż jej spławnego koryta po obu stronach prowadzą letnie szlaki piesze, a zimą jest oznakowany niebieskimi tyczkami szlak dla narciarzy. Nim właśnie poszłyśmy. Poranek był cudowny, po twardym szło się wyśmienicie.

Wiodłyśmy nieustannie dwustronny monolog, jaki zdążyłyśmy już w ciągu minionego tygodnia doskonale opanować (narciarz idący z tyłu nie ma szans usłyszeć, co mówi ten z przodu, ale zawsze pozostaje pole do zgadywań, wiele można sobie dopowiedzieć używając wyobraźni. Doszłam już nawet do tego, że odpowiadałam Kasi, mimo że nie miałam pojęcia o co pyta, wysyłając swoje słowa daleko w przestrzeń przed nami :-)




Wybór odpowiedniego miejsca postoju to zawsze sprawa kluczowa. Chciałyśmy zajrzeć do wiaty, ale trzeba byłoby się wspiąć, więc zrezygnowałyśmy i ulokowałyśmy się przy brzegu, tak żebyśmy były osłonięte od wiatru przez krzaki.



Postraszyły nas czarne chmury sunące z północy, ale spadło tylko kilka płatków śniegu i znów wyszło słońce, rozświetlając wspaniale las. Akurat na tym odcinku szlak wywiódł nas z koryta rzeki na ląd, dlatego że jakiś dopływ, który w tym miejscu wpadał do Lemmenjoki sprawiał, że lód był cienki i niebezpieczny.






Szarobłękitne oczy Kasi zabłysnęły na widok pasiastego wzoru na pokrywie śnieżnej utworzonego grą świateł i cieni. Zanosiło się na dłuższy postój...



Mnie abstrakcja jakoś nie pociągała, była nie dość dynamiczna i w ogóle nie korespondowała z moją naturą, mimo że przypominała trochę skórę zebry :-) Szukałam śladów zwierzęcych łapek, przecinających dowcipnie układy linii.




Szlak niebawem wrócił na jezioro, a finalny zjazd, choć krótki, był po prostu boski. A jezioro! Fenomenalne. Kudłate czuby sosen i pokryte tundrą szczyty okalających dolinę wzniesień tworzyły prześliczną kompozycję.






Lemmenjoki to dosyć popularne miejsce wśród turystów, choć nie tak jak Käsivarsi albo Park Narodowy UKK, z powodu trudniejszego dojazdu i odległości od większych ośrodków. W każdym razie spodziewałam się tutaj ludzi, skoro jest otyczkowany szlak narciarski. Rano spotkałyśmy dwójkę emerytów na rakietach, a później szłyśmy po śladach pary narciarzy. Dziewczynę i chłopaka minęłyśmy po drodze, okazało się, że wszyscy zmierzamy do tej samej chatki. Wydawali się sympatyczni, choć potem okazali trochę dziwni, w każdym razie zrobiliśmy sobie nawzajem zdjęcia.


Z jezior otwierał się widok na góry, które piętrzą się ponad kanionem, ale niekoniecznie je z niego widać. Latem zapewne jeszcze rzadziej, z tego też względu zawsze chciałam dolinę Lemmenjoki odwiedzić właśnie zimą.




Widoki piękne, ale przy którymś z kolei przystanku fotograficznym zaczęłam na potęgę ziewać i nie mogłam się już opanować :-)

Na przesmykach ukazywał się nurt Lemmenjoki i niezamarznięte miejsca, które szlak omijał lądem.




Natychmiast po zachodzie słońca zrobiło się przenikliwie zimno. Założyłam kwarkową bluzę, nasunęłam buffa na głowę. Długo utrzymywało się ciepłe światło zachodu, ale temperatura już tylko spadała.




Za drugim przesmykiem ukazała się chatka. Ostatnimi czasy w outdoorze najbardziej pociąga mnie indoor, a spanie w chatkach było głównym motywem tej podróży. Cóż może być lepszego...? Ludzie w Arktyce wiedzą o tym bardzo dobrze i takie domki są rozsiane nie tylko wzdłuż turystycznych tras, ale także na większym odludziu.




Chatka była duża i miała dwa pokoje, więc byłyśmy w niej prawie same - para zajęła drugi. Sąsiedzi naznosili całą masę drewna, no i mieli jakieś uwagi do mojego sposobu rozniecania ognia za pomocą strzępu kory brzozowej, a nie tradycyjnie po fińsku z ostrużyn. Nie śmiałam się przyznać, że nie mam noża i że zawsze tak rozniecam... Choć nie ma w tym nic złego, kora jest martwa, a jej pozyskiwanie nie jest zabronione.

Jak się później okazało park nie był na szczęście zatłoczony, a para Finów to jedyni turyści, jakich spotkałyśmy. Nazajutrz mieli już wracać, więc nie było obaw o wolne miejsca w następnej chatce, o ile tylko nie natknęłybyśmy się na rozganizowaną grupę, nocującą nielegalnie, co niestety zdarza się bardzo często (chatki nie są przeznaczone dla grup, a grupy komercyjne w ogóle nie mają do nich wstępu).
Po kolacji wyszłyśmy na nocne zdjęcia. Księżyc w pełni był tak jasny, że nawet mój aparat zechciał coś pokazać. Pogodna noc dawała jakąś szansę na zorzę, do której dotąd nie miałyśmy szczęścia. Niestety ten sezon jest kiepski jeżeli chodzi o zorzę, a przyszły ma być jeszcze gorszy z powodu niskiej aktywności słońca.




Straciłyśmy już nadzieję i wróciłyśmy do ciepłej chatki. Schrupałam jeszcze kilka miętowych cukierków Marianne z czekoladowym nadzieniem, bez których nie wyobrażam sobie wędrówki po fińskiej Laponii, i poszłam umyć zęby. Szczotkując gapiłam się w gwiazdy. Splunęłam pianą Ajony, wytarłam usta ręką i kolejny raz z nadzieją rzuciłam okiem w niebo. Spostrzegłam zielonkawy obłok, ale jeszcze nie byłam pewna czy to nie jedna z cienkich chmurek, jakie nadchodziły zwykle nocą. Obłok jednak napęczniał i zzieleniał jeszcze bardziej. Popędziłam do chatki po Kasię i aparat. Zorza rozwinęła się i przez kilkanaście minut tańczyła po niebie. Większość pasm była zielona, ale dwa razy pojawił się fiolet. Zorza była bardzo dynamiczna, zmieniała się szybko, rozbłyskała i gasła.





Nasi sąsiedzi wcale nie wyszli z chatki, a ponieważ nie wiedziałyśmy czy życzą sobie kontaktu, nie zawołałyśmy ich. Kasia jeszcze długo w noc czekała na kolejny spektakl, bo jej aparat miał błędne ustawienia i zdjęcia niezupełnie wyszły. Raz jeszcze wyskoczyłam z sypialnej platformy, kiedy pojawiła się zielona chmurka, ale to już nie było to. Później już nie wstawałam.
Poranek był bardzo senny po tak aktywnie spędzonej nocy. Planowany dystans był jak zwykle skromny, więc nie było sensu się spieszyć, pospałam sobie do 10... Niesamowite jak wielki rozgardiasz mogą zrobić dwie osoby. Aż strach pomyśleć o 8, dla których przeznaczony był jeden pokój.





Kiedy wreszcie wyszłyśmy, skręciłyśmy zaraz ze szlaku zimowego, chcąc obejrzeć pobliski wodospad Ravadasköngäs. Latem wygląda o wiele bardziej imponująco, teraz był zamarznięty i skryty pod zwałami śniegu. Mimo to bardzo nam się podobał.



Wracając nad rzekę musiałyśmy zjechać ze skarpy. Kasia zaliczyła dość spektakularną wywrotkę, kiedy jej pulka zderzyła się czołowo z brzozą i zatrzymała, a narty wciąż jechały... Wygrzebać się stamtąd wcale nie było jej łatwo, śniegu był pewnie dobry metr, a wypięcie nart zaowocowało ugrzęźnięciem na dobre. W końcu jednak się udało.





Kanion zwęził się i otoczył nas stromymi ścianami. Ze zboczy spływała woda, która zamarzając utworzyła błękitną lodową kaskadę. Można byłoby się tam powspinać!


Niebo zszarzało zupełnie i zaczął padać gęsty śnieg. Wiał wiatr, zrobiło się surowo, a tymczasem zbliżała się pora drugiego śniadania, szczególnie dotkliwe ssanie w żołądku pojawiło się u tych, którzy żywią się owsianką :-)



Wyczekałyśmy aż ukażą się zabudowania w wyznaczonym miejscu biwakowym, tak żeby przynajmniej mieć jakąś osłonę. Osłonę stanowiła ściana szopy na drewno, rzuciłyśmy tam karimatę i zasiadłyśmy. Miło było napić się gorącej herbaty z termosu.


Dalej był jeszcze jeden przesmyk z płynącą wodą, która w tym monochromatycznym krajobrazie wydawała się ołowiana. Latem pewnie pływają tam ryby.





Miałyśmy jeszcze jedno jezioro do przejścia. Za nim rzeka nie była już spławna, w górnym biegu Lemmenjoki to wartki strumień, płynący wąskim kanionem o stromych ścianach.
To właśnie tutaj kończył się wodny szlak poszukiwaczy złota. Gorączka złota dotarła tu znad Ivalojoki, a poszukiwacze penetrowali także tereny położone obecnie w Norwegii, z tym że tam akurat niewiele znaleziono, podczas kiedy w Lemmenjoki wydobywa się je do dziś.

Z okresu największej gorączki złota pochodziła osada Kultahamina, funkcjonująca do dziś jako stacja przeładunkowa i schronienie dla poszukiwaczy złota. Quady załadowane sprzętem tkwiły przy szlaku przysypane śniegiem, a część chatki była zamknięta.


Wokół chatki było dużo śladów, najwyraźniej poprzedniej nocy nocowała tam duża grupa. Na rzece śladów nie widziałyśmy, co oznaczało, że musieli tu przesiedzieć co najmniej jeden dzień. Odkryłyśmy wspaniałą jamę śnieżną, do której natychmiast radośnie się wpakowałam (jeszcze nigdy nie spałam w jamie, a marzę o tym żeby to zrobić, choć oczywiście nie wtedy, kiedy mam obok ciepłą chatkę). Chatka nagrzewała się długo, bo piec słabo ciągnął i drewno było mokre.


Wieczorem spomiędzy chmur zaczął prześwitywać księżyc, ale nie zapowiadało się na bezchmurną noc ani na zorzę, więc poszłyśmy spać.


Rano wyjątkowo ruszyłam się pierwsza i zrobiłam obchód terenu.




Wreszcie wyszłyśmy z rzecznych dolin, a teren pod nartami był bardziej urozmaicony. Łuska w Madshusach trzymała doskonale, musiałam się tylko z lekka wspomagać jodełką na stromszych podejściach.




W ciemnym lesie było w moim odczuciu dosyć ponuro. Odrobinę życia wniosła do krajobrazu mała myszka, która baraszkowała po odsłoniętej skarpie małego strumyka. Im wyżej szłyśmy, tym bardziej wszystko było zmrożone. Drzewa okryła szadź. Czasem wydaje się, że zimowy las jest czarny, tymczasem sosny pozostają o tej porze roku tam samo zielone jak zawsze. Teraz okryte były białym nalotem. Seledynowa zieleń działała mi na nerwy, zimno było od samego patrzenia.







Pomarańczowa kropka szlaku pieszego przywróciła wszystko do normalności. Kawałek dalej spłoszyła się jedna pardwa, później jeszcze druga. Bardzo mało pardw widziałyśmy w tym roku, normalnie są ich całe stada, które przestraszone wzbijają się nagle w powietrze.


Lokalizacja chatki Morgamoja, odległej od Kultahaminy o zaledwie 4,5 km okazała się wyśmienita. Choć położona w dolinie, wydawała się już być wysoko. Wokół rosły tylko brzózki, a w dole płynął złotonośny strumyk. Nieopodal było więcej domków, ale ustawiono tam tabliczkę zakazującą zapuszczania się na teren wydobycia. Śnieg skrywał zapory, obwałowania i kanały, ale latem pewnie można obejrzeć jak współcześni kopacze przerzucają łopatami żwir w poszukiwaniu drogocennego kruszcu.

Osada Morgamoja była największą osadą w okresie rozkwitu poszukiwań, powstała właśnie dla poszukiwaczy. Był i dom i sauna, szopy, jadłodajnia. Właśnie w jadłodajni pracowała Petronella, holenderska awanturniczka, która uciekła na Północ mając na sumieniu pewne wykroczenia. Petronella była tu tak ważną osobistością, że na jej cześć nazwano górujące nad Morgamoją wzniesienie.




Wewnątrz chatki było jeszcze ciepło po poprzednich turystach. Grupa musiała być duża, bo zajęła zarówno część otwartą dla wszystkich jak i tą do wynajęcia. Z okien był ładny widok na dolinę, trochę przymglony z powodu pary wodnej na szybach.


4,5 km przez cały dzień to naprawdę mało, dlatego tylko zostawiłyśmy na razie rzeczy i wybrałyśmy się na małą wycieczkę - oczywiście na Wzgórze Petronelli.



Tutaj szdź była piękna, kryształowa, jak w bajce.







Wróciłyśmy kiedy zaczęło się ściemniać. W kuchence gazowej był gaz, a w strumieniu przerębel, niewiele więc było do roboty. Przywiozłam drewno na sankach, rozpaliłam w piecu, a Kasia przytargała wodę. Bardzo spokojny wieczór. A o 7 rano zostałam nakłoniona do opuszczenia ciepłego leża i rzutu oka na wschodzące słońce. Wychylało się właśnie zza gór.







Nocą nie byłyśmy w Morgamoi same, o czym wnioskowałyśmy po śladach. Oprócz tego co zryłyśmy wspinając się na Petronellę pojawiły się też tropy sznurującego lisa. Jaka szkoda, że go nie przyłapałyśmy.


Wróciłyśmy do chatki na śniadanie. Przyszedł czas na eksplorację okolicy na nieco większym dystansie, dlatego planowo wyjście miało nastąpić wcześnie. A wyszło jak zwykle. Nie sądzę jednak, żeby ktoś się tym przejął. Zapasy zostały już nieco uszczuplone, ale wciąż miałam torbę pełną smakołyków, takich jak chleb, masło i szynka.





Szlaków do wyboru w tej części parku było wiele. Letnie i zimowe, nieoznakowane, ale przejechane przez poszukiwaczy, hodowców reniferów i narciarzy. Wybrałyśmy taki, który prowadził na bezleśny szczyt, gwarantując dobry widok. Wkrótce ślad zniknął, ale śnieg był twardszy.





Na samym szczycie i największym wydmuchowisku rosła samotna sosenka. Kasia na fokach weszła szybciej ode mnie, bo ślizgałam się na szreni. Powitała mnie radosnym okrzykiem i chęcią pozostania tam przez dłuższy czas. Zamiast ewakuować się w trybie pilnym w mniej wietrzne miejsce... Chwilę walczyłam z wiatrówką, której nie mogę zapiąć mając na sobie grubą bluzę, a potem kapturem, który chciał odfrunąć. W tym czasie nadjechał mężczyzna na skuterze i ładną angielszczyzną oświadczył, że jest hodowcą reniferów. Zapytał czy potrzebujemy pomocy i bardzo zmącił nam w głowach, nakierowując na najkrótszą drogę do naszego celu, czyli dzienną chatkę Mattit Ravadas, kiedy my chciałyśmy tam dotrzeć drogą okrężną, przez góry.

Ruszyłyśmy w każdym razie w odpowiednim kierunku. Poza szczytem już tak nie wiało, ale dobrze, że miałam na podorędziu łapawice.





Widoki były we wszystkie strony, przede wszystkim na zachęcająco dziki obszar parku, poza szlakami i złotonośnymi dolinami. Dzicz w Laponii przedstawia się nieco inaczej niż w innych częściach świata i nie definiuje brakiem występowania ludzi. Oswajana przez wieki przez Lapończyków nadal jest ich domem, wszędzie można spotkać hodowcę reniferów, znaleźć jakieś stare zabudowania i ścieżki. Wszystko to, z ludźmi włącznie, jest jednak doskonale wtopione w naturę i nie zaburza obrazu pierwotnej przyrody.



Po kilku minutach przyjemnego ślizgu spotkałyśmy stadko reniferów. Lubią przebywać wyżej, gdzie śnieg jest płytszy, bo mają tam łatwiejszy dostęp do porostów, którymi się żywią.





Reniferowa młodzież jak zwykle była najbardziej ciekawska. Samce tracą jesienią rogi, tylko wykastrowane osobniki i samice zachowują rogi na zimę i zrzucają je dopiero wczesną wiosną.






Na zachodzie widać było linię niezalesionych wzgórz, ciągnących się wzdłuż Anárjohki, rzeki wyznaczającej granicę Finlandii i Norwegii.


Przez jakiś czas szłyśmy na oko, unikając zakosów czynionych przez szlak i główny szlak skuterowy, bo oba zdawały się odbijać w niepożądanym kierunku. W śniegu kryły się zresztą różne rzeczy. Wiatr nawiewał wydmy typu barchan, drogę znaczyły odchody reniferów, a wreszcie pojawiły się i znaki szlaku. Okrążały wioskę poszukiwaczy złota. Wystawały na przełęczy, więc podążyłyśmy za nimi. Ułożone w linii proste, prowadziły na szczyt wzgórza. W głębszym śniegu zniknęły, ale przy słonecznej pogodzie nie trzeba było kompasu żeby utrzymać właściwy kierunek wędrówki. Zastosowałam prostą sztuczkę - pilnowałam żeby cień mojego kijka spotykał się zawsze w tym samym miejscu z cieniem mojej głowy.





Na szczycie wzniesienia wiatr się wzmógł, zapowiadając wieczorną zawieruchę, ale jednocześnie otoczyły nas rozległe i wspaniałe widoki.






Pośrodku tego pustkowia był pas startowy powstały w latach 50. dla samolotów, dowożących zapasy poszukiwaczom złota. Był to po prostu kawał tundry. W charakterze terminala stała mała drewniana chatka z otwartym pomieszczeniem. Ściany wyklejone były zdjęciami i pamiątkami. Nie było ogrzewania, więc nocleg tylko awaryjny, chatka zresztą nie jest przeznaczona do spania.




Na rozstaju były szlakowskazy, a spod śniegu znów wystawały pomarańczowe słupki szlaku. Czekał nas teraz zjazd w dolinę, który uważałam za największe wyzwanie na naszej trasie. Zjazd z pulkami.

Moje pulki okazały się nadzwyczaj narowiste. Ładunek był lekki, środek ciężkości dość wysoko położony z uwagi na to, że pakowałam się do plecaka. Sanki nowe, więc też bardzo śliskie. Zawsze mnie wyprzedzały, skręcały z toru jeśli szłam po pochyłości, ogółem robiły co chciały.

Kasia dorównywała niemal moim pulkom, jeżeli chodzi o tą cechę charakteru. Jak tylko okazywało się, że po śladzie idzie się dobrze, chciała skręcać gdzieś, gdzie śladu nie ma i jest bardziej dziko. W głębokim śniegu poruszanie się w dziewiczym terenie nie było jednak możliwe, a jakikolwiek ślad był na wagę złota - pozwalał nam posuwać się do przodu. Poszłyśmy zatem za śladami narciarzy.

Śnieg wśród brzóz choć głęboki, to jednak był dosyć związany, nie aż tak puszysty jak w cienistym lesie sosnowym. Jazda szła nadzwyczaj dobrze. Rozochociłam się i raz jeden nie spojrzałam co dzieje się z pulką, a w tym momencie zaliczyła ona czołowe zderzenie z pniem brzózki, co zaowocowało tym, że gwałtownie zatrzymana runęłam w zaspę. Podniosłam się bez większych problemów przysiadając na tyle narty. Dalej szło już lepiej, aż do momentu kiedy zbocze zyskało większe nachylenie. Moja narowista pulka nie tylko się po nim osuwała, ale przewracała, zaliczając za każdym razem potrójne salto mortale. Musiałam ją wywlekać i ciągnąć, a pod koniec liny łączące z nią moją uprząż były zupełnie poskręcane.






Zjazd ostatecznie był udany i bardzo przyjemny. Za to na dole czekał nas przykry widok - wszystko rozryte, wszędzie porzucone maszyny, koparki. Wydobycie złota nie jest przyjazne dla otaczającej przyrody i wydaje się dziwne w parku narodowym, ale takie były ustalenia przy jego powstaniu i powiększaniu - najpierw tereny wydobycia były z parku wyłączone, później kiedy zostały włączone, poszukiwacze mieli zagwarantowaną możliwość kontynuowania prac wydobywczych. Teraz jednak postanowiono, że ciężki sprzęt zostanie wycofany i od 2020 roku będzie można tylko szukać złota z pomocą łopaty.







Cała dolina była pełna zabudowań, starych, rozpadających się oraz nowych, zaopatrzonych w baterie słoneczne i wszelkie udogodnienia. Na końcu doliny strumień wpływał do większej rzeki, a tam stała chatka do której zmierzałyśmy. Chatka co prawda dzienna, nie przeznaczona do nocowania, ale z tego co zauważyłyśmy wszyscy ją traktowali jako miejsce noclegowe, więc nie spodziewałyśmy się problemów.

Ta chatka była bardzo fińska. była nowa i pachniała drewnem, miała duże okna, przez które wpadało światło, odbite od śniegu. Usiadłam przyklejona do okna i dumałam nad cudem szyby, która oddzielała mnie od surowego świata na zewnątrz, kiedy w środku płonął wesoły ogień. Jednocześnie widziałam każdy szczegół za oknem, pnie drzew, płatki śniegu i kłaczki porostów.



Noc minęła bardzo spokojnie. Było też całkiem ciepło. Kasia z pomocą sznurka i wiadra pozyskała wieczorem wodę z pobliskiego niezamarzniętego strumienia, więc nie musiałyśmy topić śniegu. Na śniadanie miałam coś specjalnego: liofilizowaną granolę, którą dostałam kiedyś od jednego Amerykanina i uznałam za przedmiot tak drogocenny, że ostatecznie przywiozłam ją do Polski. Czekała na odpowiedni moment, który właśnie nadszedł.


Przed wyjściem musiałyśmy się skonfrontować z awarią klamki w drzwiach, która zaczęła się obracać, zamiast poruszać mechanizm. W efekcie osoba, która wychodząc na zewnątrz zatrzasnęłaby drzwi nie mogłaby już dostać się do wnętrza inaczej niż rozbijając okno. Żeby zabezpieczyć drzwi zakleiłyśmy zamek taśmą, obwiązałyśmy sznurkiem, zabezpieczyłyśmy łopatą i przykleiłyśmy do szyby odpowiednią informację.


Choć duma skłaniała mnie odrzucania wszelkich myśli o dodatkowym wspomaganiu, takim jak foki czy smar do nart tym razem się przełamałam i posmarowałam narty fioletową kostką, którą Kasia dostała kiedyś od jakiegoś Norwegia na Finnmarksviddzie. Było bardzo ciepło i padał świeży mokry śnieg. Na każdym kroku do spodu narty przyklejało się ze trzy kilo śniegu.



Szłyśmy teraz szlakiem poszukiwaczy złota, nie szlakiem turystycznym. W miejscach, w których można byłoby się zgubić były wbite tyczki, ale szlak był bardzo uczęszczany, bo zimą transportuje się sprzęt na skuterach i robi zaopatrzenie. Z początku znajdowałyśmy się w wąskim kanionie, ale potem wyszłyśmy na otwartą przestrzeń. Pojawiły się bagna, przeszłyśmy też jezioro. Pogoda zaczęła się poprawiać.






Silny wiatr wywiał śnieg i omiótł zwierzęce ślady. Po łapach lisa pozostały wypukłe pieczątki.






Zatrzymałyśmy się na chwilę i ruszyłyśmy dalej, nie wiedząc za bardzo gdzie podziać się na noc. Po drodze nie było już żadnej chaty ani nawet wiaty, a noc w cywilizacji, na campingu, nie bardzo nam się uśmiechała. Wtedy po raz kolejny zdarzyła się sprzyjająca okoliczność. Miałyśmy jeszcze kilka kilometrów do przejścia, kiedy nadjechali poszukiwacze na skuterach i zaproponowali nam podwiezienie do Njurgalahti, wsi z której zaczęłyśmy wędrówkę w Lemmenjoki. Wieźli jakieś rury i inny sprzęt, który musieli wywieźć w związku z wprowadzeniem zakazu używania ciężkich maszyn. Chętnie skorzystałyśmy, nigdy jeszcze nie używałam "skuterostopu", więc było to ekscytujące. Pulki i narty zostały włożone do rur i pojechaliśmy. Posuwaliśmy się wolno, bo skuter szwankował, a przyczepę trzeba było ostrożnie prowadzić. Dzięki temu nie robiliśmy na szlaku wiele zamieszania i udało mi się wypatrzeć w gąszczu trzy wielkie łosie.



Szybsze pojawienie się w Njurgalahti dawało nam szansę nawet na dojazd do Inari. Nie jeździ tam żaden autobus, a droga taksówka nie wchodziła w grę. Choć słońce zaczynało się już chylić ku zachodowi poszłyśmy drogą, licząc, że ktoś nas zabierze. Ruch wszakże był mizerny, a nieliczne auta nie miały miejsca na nasz sprzęt.

Nie miałam tego dnia natchnienia. Zwykle towarzyszy mi jakaś poparta przeczuciem nadzieja, która przeistacza się w korzystne zbiegi okoliczności i miłe spotkania z dobrymi ludźmi, którzy ratują mnie od konfrontacji z rozmaitymi niekorzystnymi warunkami. Tym razem jednak trudno było mi coś z siebie wykrzesać i jakby tylko z tego powodu, żaden samochód nas nie zabrał.

Trzy kilometry przed skrzyżowaniem z znaną nam już drogą 955 szczęście wreszcie się do nas uśmiechnęło. Małomówny Fin podrzucił nas do skrzyżowania. Ściemniało się i  byłam już zdeterminowana - teraz już na pewno musimy złapać stopa. Przecież nie pójdziemy do hotelu (dwa czy trzy kilometry dzieliły nas od drogiego hotelu Korpikartano w Menesjärvi). Co prawda można poprosić o nocleg w saunie, ale czy zdołam z siebie wykrzesać wystarczającą ilość radosnej fantazji żeby właściciel hotelu uznał, że to świetny pomysł...? Szczerze zaczynałam w to wątpić. Przejazd do Inari wydawał się o wiele lepszym pomysłem, ruch na głównej drodze większy. Przejechały samochody: jeden, drugi, potem ciężarówka. I wreszcie zza zakrętu wyłonił się mały van. Idealnie! Energicznie wyciągnęłam kciuk, uśmiechnęłam się najmilszym z moich uśmiechów i udało się. Kierowca się zatrzymał, pokręcił nosem wyraźnie powątpiewając w nasze zdrowe zmysły, ale załadował pulki i narty do auta i wziął nas to Inari. Po drodze próbowałam poprawić nasz wizerunek opowiadając o przejściu Kasi z Kilpisjärvi na Nordkapp zimą. To zdecydowanie pomogło.



W Inari zastała nas już noc, ale supermarket był otwarty i poszłyśmy odnowić zapasy.



Pozostała jeszcze kwestia noclegu. Spanie teraz gdzieś w krzakach, po prawie dwóch tygodniach w mniej lub bardziej komfortowych warunkach arktycznych wnętrz nie mieściło mi się w głowie. Szczególnie, że byłyśmy w mieście i za każdą firanką był czyjś ciepły pokój, pasiasty dywanik, telewizor. Wokół Inari jest jednak całe mnóstwo wiat, w których już nie raz spałam, pozostało więc tylko zdecydować się na którąś. Marzyłam o zimowym noclegu w oszklonej i zamykanej wiacie Pielpavuono, w której nocowałam w 2015 roku, ale tam było za daleko. Pobliskie wiaty były otwarte, więc postanowiłyśmy zaszaleć i zrobić nocny marsz do chatki Haapakoski. To też chatka dzienna i w sezonie nie ma mowy o nocowaniu w niej, ale zimą miałyśmy nadzieję, ze nawet jeśli ktoś nas przyłapie, to darują nam winy.

Po ciepłym dniu nastała bardzo mroźna noc i rozmiękły śnieg zamienił się w niesamowicie twardy i śliski lód, dlatego nie mogłyśmy iść po szlaku narciarskim. Trasa piesza, oświetlona, była jednak idealna i tylko sama końcówka była węższą ścieżką, ale też przedeptaną. Z daleka zobaczyłyśmy przed chatką ogień. Stawiałam, że to pewnie jakaś polska wycieczka albo ewentualnie Czesi, ale okazało się, że to tylko grupa z jakiegoś hotelu przyszła na rakietach polować na zorzę. Rozpalili ognisko, nagrzali chatkę, poczęstowali nas herbatą i zostawili resztę wody, po czym wrócili do hotelu, a my zostałyśmy same. Była 23. Skorzystałam z ogniska i wrzuciłam na ruszt świeżo zakupione kiełbaski.



Chatka była malutka, ale jakoś się pomieściłyśmy i spałyśmy smacznie. Żadne ranne ptaszki też nas nie nawiedziły. Dopiero kiedy wychodziłyśmy spotkałyśmy pierwszych spacerowiczów. Teraz w świetle dziennym można się było rozejrzeć. Od północnego wschodu widać było wzniesienie Otsamo, zaliczone przeze mnie w 2014.




Nad rzeką Juutua byłam już dwukrotnie, ale zawsze jesienią. Wtedy jest więcej wody i rzeka straszliwie huczy. Teraz wody było stosunkowo mało, ale bystrza obramowane krą wyglądały wspaniale.







Most nad Juutuą i krótki kilkukilometrowy szlak to lokalna atrakcja, na którą w niedzielny poranek wyruszło sporo turystów. Takich bezpulkowych. Byli rodzice z dziećmi, smażący kiełbaski na ogniu i nawet ktoś mówiący po polsku, ale nie zdekonspirowałyśmy się.
Wróciłyśmy do Inari trochę na dziko, bliżej rzeki. Odwiedziłyśmy muzeum Siida (może następnym razem sobie odświeżę) i znajdującą się w nim informację turystyczną celem pozyskania mapy Parku Narodowego Urho Kekkonena, bo tam się właśnie teraz wybierałyśmy.
Nie przepadam za UKK, ale rozsądek tam właśnie nakazywał nam się udać, bo na skraju parku rezyduje rodzina Słomińskich, zajmująca się organizacją przejażdżek psimi zaprzęgami i skuterami - to u nich miałam zdeponować swoje narty za dwa dni, tak żeby nie musieć transportować ich do Polski osobiście.
Eksploracja dzikiej części UKK zimą wymaga przynajmniej kilku dni czasu, ja miałam tylko dwa, dlatego wizyta musiała się ograniczyć do strefy uczęszczanych szlaków. Nie były to jednak przejechane skuterem ścieżki, ale regularne wyratrakowane biegowe trasy narciarskie.
Do Saariselki dojechałyśmy z przesiadką w Ivalo, do Ivalo busem (musiałyśmy się na niego pospieszyć, dlatego nie miałam zbyt wiele czasu na przejrzenie muzealnego sklepu, który z roku na rok oferuje coraz większą gamę lokalnego rękodzieła), a do Saariselki autostopem (kwadrans czekania).
Na takich narciarskich łopatach czułam się tam jakbyśmy ruszały z armatą na muchy, ale nigdzie nie było napisane, że nie wolno jeździć z pulkami. Był za to zakaz poruszania się na rakietach. Przy takiej szerokości nart jazda szła bardzo wolno, ale było bardzo przyjemne, narty ślizgały się gładko, wspominałam sobie naszą lokalną trasę biegową na Kubalonce w Wiśle. Kasia miała trochę kłopotu z wydźwignięciem pulek na co stromsze pagórki z powodu zadziorów, ale Finowie okazali się bardzo pomocni :-)




Poszłyśmy trasą, której nie znałam, bardziej na północ, chcąc znaleźć jakieś ustronne miejsce do spania. Należało unikać dziennych chatek, bo na pewno są licznie odwiedzane i nie wypadało się tam układać na nielegalny nocleg. Legalne są wiaty, a także zamykane kåty. Wybrana przez nas nazywała się Palo Oja.


Zajęłyśmy naszym dobytkiem całe wnętrze kåty. W palenisku jeszcze tlił się żar - narciarze rozpalają ogniska na obowiązkowe kiełbaski i tak po prostu, bo są Finami i muszą mieć ognisko. Dorzuciłam dwa drewka i zaraz miałyśmy ogień. Potem poszłam odkopać wejście do wc, bo żaden z poprzedników się tam nie pofatygował.
Wieczór spędziłyśmy przy ogniu, najlepszym kanale telewizyjnym świata, zrozumiałym w każdym języku. Dym ładnie uchodził przez otwór w dachu.




Ławeczka była wąziutka (specjalnie, żeby nie zachęcać do noclegów), ale nie na takich się spało - puch zgniatała ściana, ale drewno dobrze izolowało, spało się świetnie. Na ziemi musiało być dużo chłodniej, zwłaszcza że ciągnęło z wentylacji w palenisku. Co jakiś czas budził mnie łomot, kiedy Kasia dorzucała nocą do ognia, ja też się raz obudziłam i wstałam dołożyć, dzięki czemu rano nadal cieszyłyśmy się ciepłem, a na śniadanie usmażyłam sobie ostatnią kiełbasko-parówkę. Jeżeli się zastanawiacie co jest zimą najlepsze na śniadanie, to zdecydowanie smażona kiełbasa, koniecznie z chlebem i musztardą.





Planowałyśmy zrobić małą pętlę i musiałyśmy wrócić do głównego szlaku tą samą drogą, którą wieczorem podchodziłyśmy. Niepotrzebnie obawiałam się zjazdu, był znakomity. Zjechałyśmy nad rzekę Lutto, największą rzekę w okolicy, która po wkroczeniu na teren Rosji zmienia nazwę na Łottę. Nasza kåta była już poza parkiem narodowym, granica przebiega na rzece.



Szlak narciarski był oblegany już od rana. Wszyscy byli mili, nikt nie wkurzał się, że tamujemy ruch i trzeba nas omijać. Wskakiwali w tory, w które my się oczywiście nie mieściłyśmy i wyprzedzali sprawnie. Czasem ktoś zapytał gdzie idziemy, ale nie było się czym chwalić - szłyśmy do Kiilopää i dalej Kaklauttanem, dokładnie tam gdzie wszyscy.




Tak jak i wszyscy zatrzymałyśmy się na porządne drugie śniadanie. Skorzystałyśmy z rozpalonego ognia przy wiacie i podgrzałyśmy sobie lapoński ser chlebowy. Po przypieczeniu zmienił trochę smak. Inni narciarze zaczęli przywoływać sójki i sypać im okruszki. Oczywiście nie należy tego robić, bo to dzikie ptaki, ale wszyscy uwielbiają je karmić. Sójki syberyjskie są bardzo towarzyskie, nie boją się i oczekują poczęstunku. Chętnie pozują do fotografii...




Po południu przecięłyśmy znany mi już szlak i wstąpiłyśmy do Laanila, dziennej chatki z czynną w sezonie zarówno letnim, jak i zimowym, kawiarnią. Ostatnim razem kiedy tam byłam padał lodowaty deszcz ze śniegiem, teraz pogoda była przecudna. Nie spędziłyśmy tam zbyt wiele czasu, bo wypadało się pospieszyć.




Minęłyśmy reniferowe ogrodzenie, w którym zaklinowały nam się pulki, po czym rozpoczęłyśmy wspinaczkę na Górę Kiilopää.


Widząc nasze bagaże wszyscy nas ostrzegali, że chatka, którą wszyscy traktowali jako bazę wypadową w dzikszą część parku właśnie spłonęła. Na szlaku też były informację. Taki los często spotyka popularne chatki. Turyści palą w piecach bez opamiętania, często doprowadzając do pożarów.



Wyszłyśmy ponad granicę lasu i widoki były piękne, szczególnie że słońce już gasło i w dolinach kładły się cienie. Niemniej, dużo bardziej interesowały mnie odleglejsze szczyty gór położonych bliżej granicy z Rosją. Znam tylko najwyższy szczyt, Sokosti, reszta czeka na swoją kolej.







Na przełęczy (bo szlak nie wspina się na sam szczyt) stanęłyśmy o właściwej porze - tuż przed zachodem słońca. Po cienistej stronie góry panował straszliwy mróz, tutaj już było lepiej.




Umiejętności podejściowe posiadam całkiem niezłe, bo od dziecka jeździłam na biegówkach (na górce za domem i wspomnianej trasie na Kubalonce), natomiast jeżeli chodzi o zjazdy to wiele mogłabym się jeszcze nauczyć. Zjazdu z Kiilopää obawiałam się bardzo, byłam pewna, że się tam wywalę. Gdybym była bez pulek to jeszcze by uszło, ale oczami wyobraźni widziałam już jak krnąbrne sanki wyprzedzają mnie i ciągną w zaspę (gdyby mogły, złośliwie by przy tym chichotały).

Kasia wspaniałomyślnie oddała mi kawałek liny, który uwiązałam do pulki, tak aby można było w razie potrzeby wsunąć ją pod pulkę w charakterze szorującego o podłoże hamulca. Wynalazek był genialny. Pulka sunęła powoli, a ja na zesztywniałym pługu. W tym czasie Kasia wykonała bajeczny slalom z pulką luzem. Trochę zazdrościłam, ale cóż, ważne że nie poruszałam się z prędkością większą niż 10 km/h, a po drodze mogłam jeszcze unieść wzrok i podziwiać zachód słońca nad rozległą połacią tajgi.




Z kurortu Kiilopää miałyśmy jeszcze 5 km marszu drogą do Kakslauttanen. Uszłyśmy ze 3, nie złapawszy stopa, ale ostatnie 2 już przejechałyśmy, bo Maciej Słomiński przyjechał po nas osobiście. Przygarnął nas też na noc i pokazał swoje psy zaprzęgowe. Było to szalenie ciekawe. Wieczorem siedliśmy nad mapą, usiłując zaplanować jakąś sensowną trasę dla Kasi, która miała jeszcze cztery dni do odlotu.





Tak zakończył się nasz dwuosobowy zlot blogerów podróżniczych. Znałyśmy się z Kasią wcześniej, ale bardzo fajnie było spotkać się gdzieś w terenie i wymienić doświadczenia. Dzięki za towarzystwo Kasiu :-)

Podeszłam do głównej drogi i po kwadransie złapałam stopa do centrum Ivalo. Miałam jeszcze czas na wizytę w informacji turystycznej, gdzie podziękowałam za pomoc i zaopatrzenie się w hurtową ilość fińskich słodyczy. Kasjerka rzuciła mi na pożegnanie "czekolada jest najlepszym przyjacielem kobiety". Zwłaszcza fińska.

Kolejny kwadrans łapałam stopa na skrzyżowanie z drogą do lotniska i jeszcze jeden zmitrężyłam zanim ktoś zabrał mnie ostatnie 3 km.


Na lotnisku zjawiłam się jeszcze przed czasem. Mogłam przez szyby popatrzeć na dolinę Ivalojoki. Leniwa zimowa turystyka chatkowa to jest to! Dystans był tak mizerny, że nawet nie chciało mi się liczyć kilometrów, ale Kasia obliczyła 180. Średnia 13,85. Nawet gdyby to były mile byłoby słabo :-) A jednak w ogóle nie korciło mnie żeby naklepać coś więcej, z czego się bardzo cieszę, fajnie że udało mi się do takiego tempa wrócić, chociaż na chwilę. Laponię fajnie jest przeżywać powoli.




Podsumowanie sprzętowe

Jeżeli chodzi o sprzęt to jak zwykle spakowałam się minimalistycznie, choć oczywiście z poprawką na zimę.

Na zestaw narciarski składały się narty Madshus Epoch z wiązaniami Hagan X-Trace (w wiązaniach luzowały się śrubki) oraz nowe kijki Fischer Variolite, z których byłam bardzo zadowolona. Bagaż znajdował się w całości na pulkach - saneczkach wędkarskich. Byłam spakowana w duży plecak, który niezupełnie odpowiadał wymiarom pulki - długi i waski, tak że na sankach było jeszcze miejsce, ale komin z poczatku wystawał. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia. Jako pokrowca używałam bivy baga, który i tak miałam ze sobą (produkt Robertsa). Miękki hol był bardzo komfortowy, a jako hamulca użyłam kawałka liny z zestawu Kasi.

Byłyśmy przygotowane na nocleg w namiocie - tarponamiocie Kasi pozbawionym podłogi. Dlatego miałyśmy bivy bagi. Śpiwór Zebra Robertsa, którego  używałam na CDT jest szerokością dostosowany do bycia wierzchnią warstwą combo - do środka idą kurtka oraz spodnie puchowe z botkami, w zanadrzu czekał nowy model puchowej kominiarki. Zestaw dopełniał materac Thermarest NeoAir XTherm.

Ubranie było przystosowane na większe mrozy - minimalistyczna bluza Polarna Kwarka i ciepłe getry tej samej firmy, ocieplane spodnie softshell Arc'teryxa i wiatrówka oraz wełniana bielizna termoaktywna Smartwoola. Znając kapryśną lapońska pogode wzięłam też cały zestaw przeciwdeszczowy: kurtkę, spodnie oraz łapawice, które bardzo się przydały.

Na nogach buty Sorel z wyjmowanymi botkami. Jako pierwsza warstwa skarpet linery Injinji (wysokie), dalej skarpety VBL w postaci worków po chlebie w kostce obwiązane plastrem (doskonałe, cieszyński chleb firmy Byrdziak), na wierzch klasyczne skarpety wełniane Smartwoola Trek Heavy.

Do gotowania służył mi zimowy palnik gazowy z wężykiem Optimus Nova oraz litrowy tytanowy rondel Evernew z rączką - w rondlu wygodniej topi się śnieg niż w kubku.

18 komentarzy:

  1. Rewelacyjna wyrypa, przeczytałem z ogromnym zainteresowaniem. Takich chatek bardzo mi brakuje w polskich górach - byłyby świetną alternatywą dla ciasnego namiotu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :-) O tak, byłoby cudownie gdyby w Polsce były takie chatki, i w innych krajach też.

      Usuń
  2. Dzięki za towarzystwo Agnieszko! Kiedy teraz oglądam zdjęcia, najciekawsze wydają mi się Twoje portrety, nie abstrakcje, przy których ziewałaś :) Bardzo udany wyjazd, cieszę się, że nam się udało wybrać razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, nie wiem :-) Dzięki jeszcze raz!

      Usuń
    2. http://www.katarzyna-nizinkiewicz.pl/z-lesna-w-lesie/
      tak wygląda moja fotograficzna opowieść, miałam nadzieję, że doradzisz, łatwiej Ci idzie wybór zdjęć, ale znów wędrujesz, więc może później na spokojnie. Fajnie mi się Ciebie fotografowało:)

      Usuń
    3. Leśna jest wielkim beneficjentem tego wyjazdu. Sesja fotograficzna, że fiu...fiu..

      Usuń
    4. to wcale nie była sesja. Zwykła, niepozowana Leśna w swoim naturalnym środowisku. Szkoda byłoby nie robić zdjęć :)

      Usuń
    5. Ciąg dalszy wyprawy i relacji -super! A już sesja zdjęciowa Kasi z Leśną w roli głównej -sam miód! Jeszcze raz gratulacje.
      Muszę się w końcu do tej Finlandii wybrać wreszcie. Ciągle wg. zasady bezwładności ląduję w Szwecji, bo logistykę taniego dojazdu mam tam dopracowaną, ale w końcu trzeba się ruszyć gdzie indziej ;) Zarówno wcześniejsze relacje Agnieszki, jak i doświadczenia moich znajomych kuszą mnie do tego od jakiegoś czasu. Już raz omal nie trafiłem w rejon Saariselki, w ramach pomysłu pt. noc polarna dla ubogich ;), ale ceny połączeń w okresie XII/I położyły sprawę, podobnie jak w alternatywnym wariancie norweskim. Z drugiej strony, właśnie Finlandia kusi chatkami z (chyba) najlepszym dostępem.
      Pozdrawiam
      -J.

      Usuń
    6. Dzięki :-) Szwecję też uwielbiam, dojazd jest co prawda nieco bardziej skomplikowany i chatki STF potwornie drogie, ale można je ominąć. Powiedziałabym, że Finlandia jest dla koneserów, bardziej niepozorna, ale i dziksza. Z kolei darmowe chatki przyciągają coraz więcej turystów, co wcale nie jest korzystnym zjawiskiem. Ale co zrobić... Pozdrowienia!

      Usuń
    7. Może rozwiązaniem jest to co robi Hendrik z hikinginfinland.com? Oglądając kilka jego filmów na YT wyłapałem, że stara się on nie podawać zbyt wielu danych topograficznych swoich wędrówek i danych gps biwaków, nie ważne czy to namiot czy chatka. To takie bycie kontra temu co modne gdy wszyscy opisują dokładnie gdzie byli, spali, jedli i gdzie poszli na stronę... Wszędzie można znaleźć współrzędne. A on chce aby ludzie wiedzieli co można zobaczyć w danej krainie ale nie koniecznie od razu podążali tropem jego podróży idąc niemal po jego śladach. Bo pierwszy rozpoczyna łańcuszek tych, którzy dzięki jego relacji zwrócą uwagę na dane miejsce. A od tego stopniowo zaczyna się pielgrzymka kolejnych wędrowców i szeroko rozumianych turystów. Zaczyna się rozdeptywanie konkretnej trasy z całym dobrodziejstwem tego stanu ale i z jego przekleństwami...

      Usuń
    8. Mówi się teraz o tym, że nie zdradzanie tego gdzie się dokładnie było, nie podawanie lokalizacji to element Leave No Trace. Ale takie rzeczy jak oficjalne szlaki i chatki to rzecz, którą każdy widzi na mapie. Inaczej jest kiedy idzie się bez szlaku, znajdzie jakieś cudne miejsce. Staram się nie pisać nazw, jeżeli to nie jest miejsce oficjalnie turystyczne - czyjeś gospodarstwo, czy np. stara torfowa chatka. W Lemmenjoki np. szlak wzdłuż rzeki to taki kanał dla turystów, żeby właśnie tam szli, nocowali w tych chatkach i wyznaczonych miejscach biwakowych - to świetnie działa, kanalizuje ruch turystyczny i pozostawia resztę parku dziką, dostępną tylko dla bardziej wykwalifikowanych. Ale i tych jest coraz więcej. Trasy mogą być różne, ale liczba obszarów do eksploracji ograniczona, w każdym razie na naszym europejskim poletku.

      Usuń
    9. Leśna! Pamiętajmy, że ludzie leniwieją i są przyzwyczajeni do podawania wszystkiego "na tacy". W naszej dyskusji zakładamy, że komuś "chce się" dochodzić gdzie dane miejsca są, jak do nich dojść itp....Moim zdaniem tak nie jest. Żyjemy w czasach totalnego dostępu do informacji. Ale jak trzeba coś znaleźć "konsument" nagle jest bezradny. I to jest optymistyczny wniosek.

      Usuń
    10. podobna dyskusja toczy się teraz w światku fotograficznym. Chodzi o nie publikowanie współrzędnych zdjęć, a nawet unikanie nazw miejscowości. Miejsca gdzie dało się ustrzelić słynną fotę (to nic, że powstawały setki identycznych) zostały dosłownie zadeptane. Zwłaszcza te, gdzie da się dojechać samochodem.Też coraz częściej się zastanawiam czy opisując trasy nie daję ich jak na tacy komercyjnym grupom i pocieszam się, że zwykle nie są wystarczająco bezproblemowe. Zauważyłam też ciekawą tendencję na nieznakowanych szlakach. Kopczyki nie zaczynają się na nich od razu, tylko w pewnej odległości od drogi, wsi itp. To też bariera. Niecierpliwy nie trafi. Chyba że idzie po śladzie gps-a i znów to dla mnie istotny powód żeby nie publikować śladów łatwych, wygodnych, bezproblemowych wycieczek. Trudne się same obronią.

      Usuń
    11. Takie miejsca są "zainstagramowane". Czasem natykam się na lokalne foldery, przewodniki fotograficzne, w których są zaznaczone miejsca atrakcyjne fotograficznie, obok często już gotowe zdjęcie, jakie należy powtórzyć... To są oczywiście łatwo dostępne miejsca. Takie, do których trzeba dojść są bezpieczniejsze, ale jednak... Taki MacAffee Knob w Appalachach - wprowadzono zakaz biwakowania, ale i tak wszyscy biwakują, bo trzeba zrobić zdjęcie o wschodzie słońca. A w Skandynawii Sarek - w kilku miejscach artykuły o "najdzikszym" miejscu Europy, reportaż w National Geographic i z ledwo widocznej ścieżynki zrobił się uczęszczany szlak. Kompletne zadeptanie parkowi nie grozi - brak mostów, infrastruktury - ale mimo wszystko...

      Komercyjne grupy chodzą zwykle najbardziej utartymi szlakami i oby tam zostały.

      Usuń
  3. Leśna! to statystycznie puchu było: 550gr śpiwór (model bez pleców ), spodnie 150, botki 100, kurtka 250? Razem około kilograma? Kiedyś używałaś innych butów. Co spowodowało wymianę na Sorela?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że spodnie mają 200 g, ale botki mniej niż 100 bo są skrócone. Szacuję, że razem około kilogram.

      Niestety wyrosłam z Lundhagsów, potrzebowałam czegoś dużego na moje rozdeptane płetwy, ale o podobnej konstrukcji.

      Usuń
  4. To tępo jest miód-malina. Dawniej w twoich wojażach imponowało mi to, że nie próbowałaś gnać za horyzontem, tylko spokojnie własnym tempem wędrowałaś tam gdzie chcesz. Miałaś czas na wszystko. Na to aby posiedzieć nad jeziorem, aby się w nim wykąpać i na mnóstwo rzeczy które umykają gnającym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to bardzo dobra prędkość skandynawska, cieszę się, że do niej wróciłam. Jeszcze na pewno powtórzę. Fajnie jest się delektować okolicznościami.

      Usuń