niedziela, 24 maja 2020

Szlak Trzech Pogórzy

Bezpośrednio po zakończeniu przejścia Szlaku Centralnego Roztocza udałam się do Dynowa aby pokonać jeszcze jeden szlak z listy polskich szlaków długodystansowych: Szlak Trzech Pogórzy. Znakowany kolorem żółtym, liczy ok. 130 km (133 km wg. niektórych źródeł). Przewędrowanie go zajęło mi równo 4 dni. Wyczytałam gdzieś, że dawniej był to szlak pięciu pogórzy i przechodził oprócz Pogórza Ciężkowickiego, Strzyżowskiego i Dynowskiego także przez Rzeszowskie i Przemyskie, ale został skrócony - wielka szkoda.

Pod rozłożystym kasztanem i wymalowaną na nim żółtą kropką, symbolizującą początek szlaku znalazłam się już przed 9 rano - tak doskonałe trafiły mi się połączenia. Pociąg do Rzeszowa przyjechał tuż po 7, a o 7:25 odjeżdżał już bus do Dynowa. Kierowca zaoferował wysadzenie mnie przy Biedronce, tak żebym mogła przed rozpoczęciem wędrówki odnowić zapasy.







Poranek był doprawdy prześliczny, choć w radiu zapowiadali już pogorszenie pogody. Kiedy robiłam sobie pamiątkowe zdjęcie z kropką podszedł do mnie mężczyzna w krótkich gumowcach, z kosturem w dłoni i powiewającym siwym włosem. Słusznie odgadł we mnie prawdziwego włóczęgę, który nade wszystko ceni wolną przestrzeń i niebo nad głową. Dotąd wydawało mi się, że nie widać tego na pierwszy rzut oka, a jednak, prawdziwego "hiker trasha" rozpoznać nie trudno. Pogadaliśmy sobie trochę, pofilozofowaliśmy, ale w końcu czas był się oddalić. Przez miasteczko przemknęłam szybko, zamaskowana. Rzut oka na kościół, skręt i długa prosta - Dynów nie jest duży, tylko tak wygląda na mapie. Rynek jest na malutkim pagórku, ale cała osada ogólnie w kotlinie. Na początek więc trzeba było się z tej doliny wspiąć na pierwsze wzgórze.






Słońce przypiekało, plecak nielekki, podejście całkiem całkiem - w masce na twarzy ledwo dyszałam. Pod nogami asfalt, więc przynajmniej nie było obaw, że się wywalę - w masce zawsze zaparowują mi okulary i nic nie widzę. Udręka nie trwała na szczęście zbyt długo - domy się skończyły, a szlak skręcił w małą gruntową drogę. Maska powędrowała z powrotem do plecaka.





Wyglądało na to, że wędrowca na tym szlaku czekają ciągłe podejścia i zejścia. Po każdym potok, wioska, najczęściej jedno i drugie. Pierwszy strumyk był bez mostu, tak mizernych był rozmiarów, ale i tak musiałam dorzucić kamieni żeby przejść suchą stopą. Niedaleko od brodu napotkałam sporego, ładnego padalca.





Wiadomo powszechnie, że z gór najbardziej lubię pogórza. Najbardziej swoje, Cieszyńskie, ale i resztą nie pogardzam. Z pogórzy zawsze są najlepsze widoki - na góry - różnice wysokości nie są upiorne, a krajobraz zazwyczaj sielski - trochę wiejski, trochę górski. Taki też się właśnie wokół roztaczał, a dobra widoczność pozwalała go ogarnąć wzrokiem. Polne dróżki czasem skręcały w zadrzewienia, silny wicher rozmazywał na niebie drobne chmurki.








Pomiędzy Łubnem, a Ujazdami szlak biegł szczególne ładną trasą, bo grzbietem, z dalekimi widokami w stronę Bieszczad i Beskidu Niskiego. Gdzieś tam daleko było GSB, na którym kiedyś byłam - jak to już było dawno... Grzbiet porastały łąki, widać że oczywiście koszone, ale nie przenawożone. Rosły na tych łąkach różne gatunki traw i kwiatów. Druga strona pagórka zajęta była przez las i szlak też w końcu dał w niego nura.









Był to fajny, leśny odcinek. Wysokie buki dawały miły cień - temperatura była dość wysoka. Tu i ówdzie sączyła się w wąwozach woda. Szlak biegł starą zarośniętą drogą, była tam słabo widoczna ścieżynka, ale na niej wyraźnie wydeptane ślady - widocznie w weekend szlak był odwiedzany.





Natknąwszy się na szemrzący strumyk nie mogłam się powstrzymać i usiadłam na chwilę. Woda myślę, że pitna, ale jeszcze miałam mineralną z Horyńca.






Wiatr robił się coraz silniejszy i szarpał koronami drzew - prognoza pogody była fatalna, ale dopiero na dzień następny. 






Miałam ze sobą mapy papierowe, ale co chwilę się nie zgadzały z przebiegiem szlaku w terenie. Systematycznie dystansu przybywało... U stóp Pasma Wilczego czułam już, że mam sporo kilometrów w nogach, a to dopiero pora lunchu. Wzdłuż utwardzonej leśnej drogi płynął mały strumyk, z którego planowałam nabrać wody. Tam też spoczęłam na dłuższą przerwę, pod wielką jodłą. Chrupałam orzechy przegryzając suszonymi figami no i dobrze się nawodniłam.







Tutaj też szlak poszedł drogą okrężną, ale to zmiana na plus - zwiedza się rezerwat górskiego lasu jodłowego. Co chwilę trzeba było obchodzić zwalone pnie, było więc i wrażenie dzikości. Bardzo przyjemne miejsce i łagodne dość podejście, na którego końcu czekał szczyt Wilcze. Tylko kilka metrów ostro pod górę.







Widok w stylu appalaskim, ale niestety bardzo skryty między drzewami. Szczyt nie był ciekawym miejscem, bo obstawiony samymi "piorunochronami": na samym szczycie metalowy krzyż, a tuż obok przekaźnik. Selfie i w drogę.






Kolejny odcinek ogromnie mi się spodobał, myślałam też o kolegach, którzy zimą w niedalekim Beskidzie Niskim jeżdżą w takich miejscach na nartach - może by im się spodobało? Pasmo Wilczego to jedno długie wzgórze, w większości porośnięte lasem. Droga nie stroma, łagodna. Brakuje tylko jakiejś fajnej chatki albo bacówki... Od czasu do czasu wychodziło się oczywiście na jakąś wieś, a pod koniec i na asfalt - nie jest to aż takie znowu długie pasmo.  W tej też okolicy planowałam nocleg na oficjalnym miejscu biwakowym, nie zupełnie wiedząc czego się spodziewać. Zagadnęłam jednego pana (zawsze się znajdzie ktoś, kto lubi doradzać) o to miejsce, powiedział że zakazy to już poznosili, że wczoraj przeszło tędy 60 osób... No, to dobrze że wybrałam poniedziałek!





Na skraju lasu, w bardzo zacisznej okolicy, otoczona młodnikiem i ze starą lipą na straży, stała taka oto wspaniała wiata! Mało nie padłam z wrażenia. Dalej miało być jeszcze jedno pole namiotowe, ale też nie wiadomo było czego się spodziewać, a ponieważ właśnie zaczął kropić deszcz decyzja o pozostaniu była prosta. Zdążyłam się dowiedzieć, że zapowiadają gwałtowne ochłodzenie, a nawet opady śniegu. Wiatr też wiał nadal bardzo, więc ułożywszy swoje posłanie na ławce pod ścianą, dodatkowo osłoniłam je rozwieszając namiot.







Noc nie była w moim odczuciu bardzo zimna, wiatr też nie bardzo podwiewał, ale kiedy wyjrzałam na zewnątrz okazało się, że rzeczywiście pada śnieg... Co prawda spadłszy na ziemię natychmiast się roztapiał, ale co śnieg, to śnieg. Prawdziwi Zimni Ogrodnicy. A to był dopiero pierwszy... Ubrałam się we wszystko co miałam i było mi dobrze. Ale też i śnieg zamienił się wkrótce w deszcz. Na szczęście nie był ani bardzo intensywny, ani nie trwał długo, a w okolicach mostku na Gwoźnicy w Wyżnem już się rozbierałam.








W dolinie było zacisznie, jednak kiedy szlak wyprowadził mnie na otwarty teren kolejnego pasma miałam wrażenie, że przewiewa mnie na wylot. Musiałam z powrotem założyć kurtkę. Drugie śniadanie z konieczności było ekspresowe. Miejsce piknikowe było otaśmowane, ale zignorowałam to. Na biwak kiepskie, przy ruchliwej drodze.






W Czudcu przebieg szlaku także został zmieniony i to można powiedzieć, że na lepsze - czyli na krótsze. Ubyło ładnych kilka kilometrów i w ogóle nie szło się przez centrum wsi. Zamiast tego szybie przekroczenie Wisłoka i torów za jednym zamachem i chwila asfaltu. W ten sposób dystans się wyrównał względem tego, co przybyło w poprzednim dniu.





Teraz byłam już na kolejnym pogórzu - Strzyżowskim. Tutaj mniej było lasu, więcej pól i miejscowości, ale te zlokalizowano raczej w dolinach, a szlak biegł grzbietami, oferując niezłe widoki, które tymczasem wyłoniły się z chmur.








Na odcinku leśnym przed Łętownią odkryłam znakomitą miejscówkę, w postaci szopy na siano. Część główna jest zamknięta, ale stryszek dostępny, wspięcie się na górę nie powinno nastręczyć problemów. A nawet i w przedsionku można byłoby się przespać. Niestety zaraz obok biegnie asfaltowa szosa.





W Łętowni pojawiły się właściwie jedyne na tym szlaku problemy nawigacyjne - znakowanie Pogórza Strzyżowskiego nie zostało odświeżone, w przeciwieństwie do pozostałych. Szlak zgubił się na łąkach, zresztą przecudnych, naturalnych, z moją ukochaną firletką poszarpaną. Były tam kiedyś jakieś dróżki, ale uległy zalesieniu. GPS wskazał, że należy się udać na przeciwległe wzgórze, co też uczyniłam i znalazłam stare znaki. Znalazłam coś jeszcze - nagle przy czyjejś stodole pojawiło się wifi bez hasła!












Dalej oznakowanie też było bez szału, ale przynajmniej zgadzało się ze starą mapą (2009), więc nie było problemów. Przecięłam las, posiedziałam trochę na przystanku w Niewodnej. Po drodze było fajne miejsce odpoczynku z wiatą, co prawda przy drodze, ale nie bardzo ruchliwej. A przed Szufnarową przy szlaku płynął czysty strumyk, właśnie wtedy kiedy go potrzebowałam.






Wyjście z Szufnarowej, nieco większej wsi, było asfaltowe i zdawało się ciągnąć w nieskończoność... Słońce znalazło się na tym poziomie, na którym zazwyczaj świeci złociście, za plecami miałam pięknie oświetlone góry. Nic a nic się nie ociepliło i z kominów unosiły się dymy.







Szłam aż nadszedł zachód słońca, a wtedy ulokowałam się w gęstych świerkach prywatnego lasu, licząc na to, że osłonią mnie przed zapowiadanym przymrozkiem. Ugotowałam nieśmiertelną zupę z makaronem i parówkami, poprawiłam kisielem i poszłam spać. Nie dygotałam z zimna, woda nie zamarzła. Jednak kiedy rano wyszłam na pola widziałam, jakie szkody poczynił przymrozek. Delikatne rośliny wszyscy pookrywali, ale zostały ziemniaki i wszystkie zwarzył przymrozek. Bardzo to był przykry widok.





Widoki na góry za to były świetnie. Na mapie miałam oznaczony punkt widokowy i rzeczywiście był on fenomenalny. Niewątpliwie widać było Karpaty, a nawet powiem bardziej szczegółowo: Beskidy :-D I to tyle mojej wiedzy na ten temat. W każdym razie był  to znakomity widok i nic z jego urody nie ujmowała moja nieświadomość ułożenia poszczególnych pasm. Podejrzewałam Beskid Wyspowy, Tatry i chyba nawet miałam rację.









Tak się złożyło, że moja mapa się w tym właśnie miejscu kończyła. Pozostało mi tylko liczyć na znakarza. Na szczęście zbliżał się kolejny odcinek leśny, a tam zawsze znakowanie jest lepsze. Tak też było - droga prowadziła wokół Chełmu i stała się ścieżką w okolicach Barda. Znakomita okolica przypominała trochę Bieszczady.





I za lasem było jeszcze jakiś czas zupełnie dziko, pojawiło się wybitniejsze pasmo na horyzoncie, które zidentyfikowałam jako to, w którym miałam zamiar nocować, czyli Pasmo Brzanki z Liwoczem. W jednej z drobniejszych dolin znalazłam znów dobry mały strumyk.








Tak zawędrowałam do Gogołowa. Szlak przeszedł skrajem cmentarza i zmierzał ku świątyni. Właśnie biły dzwony, spojrzałam na zegarek: 11:08. Dziwna pora na Anioł Pański, ale kto wie. Weszłam właśnie na zebrę, kiedy przede mną wyrósł ksiądz ubrany w fioletowy ornat i kościelny. Pogrzeb! Niezupełnie wiedząc jak się zachować umknęłam na przystanek - chciałam tam spożyć drugie śniadanie... Okazało się, że świątynie są dwie, jedna stara, drewniana, akurat otwarta na pogrzeb. Jeszcze stał w niej katafalk. Udało mi się wejść do środka i zwiedzić.








Niedaleko kościoła natknęłam się na ładne gospodarstwo agroturystyczne, niezła opcja w normalnych czasach. Teraz oczywiście zamknięte. Zimą jest to też chyba uczęszczana okolica, bo całe wzgórze było przeznaczone na trasę narciarską i zaopatrzone w wyciąg (zabudowania monitorowane). Na szczycie znajdowało się kilka opuszczonych restauracji.








Czekałam już aż się zacznie nowa mapa i wreszcie się doczekałam, jednak teraz czekał mnie kawał asfaltu. Na skraju Bieździedki, na rogu, natknęłam się na otwarty sklep. Pierwotnym moim zamiarem było ograniczenie kontaktów i nieodwiedzanie sklepów, ale nie mogłam wytrzymać. Jak dobrze zrobiłam! Spotkałam tam najmilszą w świecie sprzedawczynię. Rachunek opiewał na ledwie 10 PLN, ale dziękowała mi za wizytę chyba z piętnaście razy. Bardzo była ciekawa mojej wędrówki i opowiadała, że już tu kiedyś był wędrowiec, że go ugościła, że się wykąpał i był bardzo zadowolony. Nic dziwnego! Zatankowałam w sklepie wodę, a bananowego Kubusia wytrąbiłam na następnych 500 metrach szlaku. Trochę potem nakluczył, unikając głównej drogi, prowadząc małymi ścieżkami, mostkiem, a nawet podwórkami.





Tak dotelepałam się do Kołaczyc, marząc o odpoczynku. Na rynku jakoś tak nie bardzo, ale tuż za miasteczkiem domy się skończyły, na skraju drogi była zatoczka, a na niej stara opona. Jak wspaniale się tam siedziało, przekładając nogi z wnętrza opony na jej krawędź dla relaksu! Czas jednak nie był z gumy. Ruszyłam dalej, przez most na Wisłoce. Witamy na Pogórzu Ciężkowickim. Zaczęło się ono dużą porcją asfaltu i znów musiałam zalec, tym razem na przystanku w Ujeździe.






Liwocz widoczny był już z daleka, a rozpoznawalny po zwiększonej koncentracji krzyży. Dziwna to była sprawa, że nie wystarczył ten na szczycie. Tuż nad wsią był jeszcze drugi, górujący nad okolicą, zrobiony z błyszczącej blachy falistej. Zdecydowanie ilość tego typu zjawisk w polskich górach przekroczyła już pewną akceptowalną normę. Tak jakby ścigano się kto ma więcej i dłuższych... Asfalt doprowadził mnie na parking, gdzie stało zaparkowanych kilka samochodów. Okazało się, że dość łatwe podejście na szczyt Liwocza to jednocześnie Droga Krzyżowa. Niestety, wrażenie nie było pozytywne. Ubolewając nad upadkiem sztuki sakralnej pięłam się pod górę. Na szczycie spodziewałam się krzyża, ołtarza polowego, a stało tam całe betonowe sanktuarium z figurami z brązu, lewitującymi wokół przysadzistej wieży. Wieża zwieńczona była aureolą nadajników radiowych, z których wyrastał obłożony srebrzystą blachą krzyż. Z boku stała podniszczona szopka bożonarodzeniowa, tuż obok krzyża katyńskiego. Czułam się tam tak dziwnie, że mimo otwartych drzwi nie odważyłam się wejść na wieżę. A można było - wyczytałam później, że jest to znakomity punkt widokowy. Tak to jakoś bywa z moimi wędrówkami, że zawsze omijam na nich najlepsze punkty widokowe. Widoczność nie była najlepsza, bo właśnie zbierały się chmury deszczowe - tyle na pocieszenie.










Zejście z Liwocza było typowo beskidzkie - ostro w dół kamienistą drogą zrywkową. Nikt tu chyba nie słyszał o erozji... Ale pasmo było piękne i wędrowałam tam w takim przyjemnym odosobnieniu! Do pewnego momentu w każdym razie - akurat wygrzebywałam coś z plecaka, kiedy zza zakrętu wyłonił się młody człowiek z plecakiem. Zdaje się, że go przestraszyłam. Mówił, że od 15 km nikogo nie spotkał. No, nic dziwnego. Dla mnie też był pierwszym spotkanym turystą pieszym od 10 dni.





Trudno było jednak tak zupełnie nikogo tam nie spotkać, bo las się w końcu urwał i pojawiły pola, trochę zabudowań. Nie dużo jednak i znowu las, tym razem opatrzony tabliczką "Park Krajobrazowy Pasma Brzanki". To pasmo, podobnie jak Pasmo Wilczego, zapowiadało się ciekawie. Również było bukowo-jodłowe. Zahaczyłam o górę o nazwie Rysowany Kamień, pod szczytem której leżał, owszem, duży płaski głaz. Wyryte na nim były różne napisy i serduszka... Pewnie od wieków na nim rysowano, musiał być miękki. Poszłam jeszcze kawałek i zaczęło kropić. W samą porę znalazłam na rozstaju leśnych dróg bardzo osłonięte miejsce pod jodłami - zapowiadano gigantyczną zlewę. Rano pojawił się kolejny problem z moim nowym palnikiem Kovea Supalite Titanium. Nie dość, że trzeba go było straszliwie mocno nakręcać żeby nie gasł w trakcie gotowania, to teraz już w ogóle nie palił prawidłowo, płomień zamiast przez dyszę, płonął wokół niej, był żółty, wielki i osmalał garnek. Zapach gazu nie wróżył nic dobrego - dobrze, że to było ostatnie śniadanie, zaraz mogłam go odesłać do reklamacji.







Co do gigantycznej ulewy to może nie była ona gigantyczna, ale wystarczająco intensywna. Deszcz padał całą noc, padał kiedy się pakowałam i później aż do południa. Wiał do tego wiatr i było przenikliwie zimno. Po drodze miałam na szczęście wiaty i tylko tam się zatrzymywałam. Miałam szczęście, bo przeczekałam w jednej nagły zryw ulewy.





Skałę Ostry Kamień przyszło mi podziwiać we mgle, ale wtedy właśnie przestało padać. Podobne warunki panowały pod zamkniętą bacówką Brzanka. Obok była wieża widokowa, taka zwyczajna. Postanowiłam zajrzeć - no cóż, mogłoby być lepiej... Panoramę obejrzałam na zdjęciu, które było tam na planszy. Rzeczywiście, miały być widoczne Tatry.











Pod Brzanką, przy czyimś domu na drzewie wisiała kapliczka. Nie byłoby to może nic niezwykłego, gdyby nie dekoracja. Po staremu, w słoikach z wodą stały gałązki świeżo ściętego bzu. To było bardzo piękne. Niestety, to jedyny taki przypadek na trasie. Wszędzie indziej króluje plastik.




Mglisty i chłodny las na grzbiecie pokonywało się raczej dobrze, nie licząc epizodów tłucznia. To lekka przesada... Za Polaną Morgi skręciłam w poszukiwaniu źródełka św. Antoniego, które jednak okazało się nieapetyczną kałużą. Jest tam i prawdziwe źródło, ale niedostępne, w ocembrowanej studni. Jest druga, z rurkami w środku, ale zbyt głęboko żeby można było dosięgnąć.






Dopiero zejście z Morgów było dzikie. Szło się starym zrywkowym tunelem, zasypanym liśćmi. Wiosna i jesień w jednym... Pozostał mi już do zdobycia tylko jeden pagórek, Nosalowa, myślałam więc że mam masę czasu i to tylko formalność, ale napotkałam tym razem prawdziwe trudności. Szlak był de facto zamknięty, była tabliczka o zakazie wstępu, ale ponieważ minęłam już takich z 10, zdecydowałam się wejść. Podejście to była prawdziwa mordęga. Las wyrąbano, a drogę pnącą się straszliwie stromo pod górę rozjeżdżono. Po deszczu była rozmiękła i grząska. Jednocześnie zapadałam się i ześlizgiwałam. Musiałam włożyć wszystkie siły w zapieranie się kijkami, inaczej nie wytaszczyłabym się na górę. Nie muszę mówić, że drwale wycięli drzewa razem ze znakami, łajdaki.







Jeśli było mi chłodno tego dnia, teraz o tym zapomniałam. Na szczycie, owszem, ławeczki, stolik, przyjemnie. Dalej już bezproblemowo. Nawet znakarz, gamoń, który wcześniej w tym rejonie miał problem z tym jak oznacza się skręty, a jak łuki drogi, wziął się w garść. Zwolniłam kroku, nie chcąc dotrzeć do końca zbyt wcześnie.








Koniec wycieczki jednak nieuchronnie nadchodził. Przekroczyłam po drewniano-żelaznym, lekko podpróchniałym moście rzekę Białą, pod torami przeszłam tunelem i znalazłam się na stacji kolejowej Siedliska. Kropka znajduje się na peronie, na słupie. Bardzo ładna. 12-y polski szlak długodystansowy zaliczony!





Na stacji, a raczej obok stacji odbywały się jakieś roboty budowlane, chyba buduje się stację benzynową (no, najlepiej na terenie zalewowym, tam gdzie teoretycznie nie wolno). Jeden z robotników zaproponował, że zrobi mi zdjęcie, więc nie musiałam biegać z samowyzwalaczem. Poczekalnia jest nieczynna, ale jest daszek i ławeczka. Tam siadłam na godzinę, po czym udałam się na przystanek, z którego odjeżdżał autobus zastępczy (linia jest w remoncie) do Tarnowa. Z Tarnowa zaś miałam bezpośredni pociąg do Katowic.


Podsumowanie

Na koniec małe podsumowanie. Szlak Trzech Pogórzy jest bardzo przyjemny i urozmaicony, a jako że jest w Beskidach, bywa uczęszczany. Oznakowanie zależy od tego, na którym pogórzu się znajdujemy - Pogórze Dynowskie oznakowane jest znakomicie, Strzyżowskie tak sobie z wpadkami, Ciężkowickie dobrze, ale trzeba uważać na pseudo-zakręty. Niemniej, bez porównania do szlaków nizinnych. Baza noclegowa jest raczej kiepska, ale dość duża ilość lasu pozwala zaplanować noclegi w namiocie. Sklepy są w większych miejscowościach. Dojazd jest znakomity, po jednej stronie Rzeszów, po drugiej Tarnów. Czystych, naturalnych cieków wodnych jest niewiele, bo szlak biegnie grzbietami, ale jest kilka (raz na dzień).


Film  z wycieczki dostępny już na YouTube.




Ponieważ na blogu nie mam specjalnej tablicy ogłoszeń, a nie wszyscy czytelnicy śledzą mnie na Instagramie, pozwolę sobie poinformować Was, że byłam gościem ostatniego odcinka podcastu Pawła Drozda Brzmienie Świata z lotu Drozda. Możecie go wysłuchać na YouTube oraz na Spotify i innych tego typu platformach. Poza tym w nowych Kontynentach (2/2020) odpowiadam na pytania Kwestionariusza Kontynentów - bardzo fajna inicjatywa, zajrzyjcie :-)




19 komentarzy:

  1. Świetna trasa i relacja. Brawo Agnieszko! Gratki

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko Boska, przecież Wilcze to ja widzę z okna z domu. Taka górska persona w mojej okolicy i ja nic nie wiedziałem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak to czasem bywa :-) Wilcze świetne, rezerwat na podejściu genialny, fajnie mieszkasz.

      Usuń
  3. Dzień dobry a jak można z panią się inaczej niż przez komentarze skontaktować? Mam parę pytań o PCT i CDT a jako że Pani przeszła oba szlaki to na pewno jest w stanie Pani odpowiedzieć na nasze pytania :) Jakby co moje namiary na facebooka https://www.facebook.com/szymanski.szymanski0/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie posiadam konta na FB. Po prawej stronie są namiary na mnie, jest mail (duszalesna(małpa)gmail.com), można pisać przez Instagram @agnieszkazebradziadek

      Usuń
    2. Ok, wszystko jasne. Będę pisał.

      Usuń
  4. Czyli dalej Podkarpacie. Bardzo lubię okolice Góry Hełm. Jest na niej fajna kapliczka, która w razie w może posłużyć biwakowi. Tyle, że to na niebieskim szlaku, a z żółtego trzeba odbić 300 m w bok.
    Liwockie ostępy też mi się bardzo podobały. Tyle, że ja byłem tam listopadową jesienią.
    W ogóle bardzo inspirujące przejście dla mnie na najbliższy czas. A na pewno ciekawsze niż pętla wokoło Rzeszowa. Pewno dla mnie na zasadzie kilku jednodniówek, ale super sprawa na najbliższe miesiące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już się tam zawlokłam, to nie opłacało się zaraz wracać. Ładnie tam masz i jesienią na pewno też przyjemnie jak buki się zezłocą. Rzeczywiście, Szlak Wokół Rzeszowa wydaje się nieco mniej pociągający, ale nie mam wyjścia, jeśli chcę zaliczyć wszystkie 100+. Łódź, Warszawa, Wrocław i Gliwice będą i tak gorsze :-)

      Usuń
    2. Zapomniałem napisać, że gdybyś była tam w normalnym sezonie, to do Dynowa jest dojazd z Przeworska. I to jaki dojazd! Kursuje na tej trasie kolejka wąskotorowa. A między Jawornikiem Polskim (to rodzinna wieś mojego dziadka) a Szklarami jest wypasiony tunel. Pacholęciem będąc buszowaliśmy tam wraz z kuzynami z Jawornika. Niestety przez pandemię i czas poza sezonem nie było szans dla ciebie na taką wisienkę z podkarpackiego tortu...
      W ogóle to jak tak myślę to ten szlak zaczyna się Sanem a kończy Rzeką Białą. Od rzeki do rzeki. No i Wisłok z Wisłoką po drodze. Ten pierwszy to ciekawa opcja na packraft. W sumie to i Wisłoka mogłaby się nadać...

      Usuń
    3. Brzmi wspaniale, szkoda, że nie załapałam się na kolejkę. Ale cieszyłam się, że w ogóle transport był.
      Zgadza się, poszczególne etapy - poszczególne pogórza rozdzielają rzeki i fajnie to wychodzi. Na Sanie jest jakiś szlak kajakowy, ale wszystkie rzeki wyglądały na pływalne.
      Myślałam też, że małopolskie zacznie się za rzeką, ale mnie pani w sklepie oświeciła, że wcale nie, dopiero w połowie drogi między Liwoczem a Brzanką.

      Usuń
  5. Tak na koniec. Gdy zawitasz na pętlę wokoło Rzeszowa to chętnie się przyłączę choć na jeden dzień. Także jakby co to pisz gdybyś potrzebowała towarzystwa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdy zobaczyłam tę pogodę u Ciebie ostatniego dnia, od razu przypomniała mi się próba przejścia Szlaku Trzech Pogórzy podczas zeszłorocznej majówki! Z tym że szłam w odwrotnym kierunku i ulewa trwała praktycznie trzy dni bez przerwy, w związku z czym za Wyżnem dałam za wygraną i ewakuowałam się do najbliższej miejscowości skomunikowanej z Rzeszowem. Za to bardzo miło wspominam bacówkę na Brzance, gdzie trafiłam na totalną pustkę i dopiero co zrobione pierogi :) I awaryjny nocleg u sióstr w Bieździedzy - baaardzo pozytywne kobiety! (chociaż mocno były zaskoczone tym "co ja właściwie wyprawiam" :D)
    Nie lubię tak zostawiać niedokończonych szlaków, więc na pewno jeszcze wrócę w tamte okolice, zwłaszcza po przeczytaniu Twojej relacji i zobaczeniu widoków, których mi niestety nie było dane widzieć na żywo :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach ta pogoda majowa! A w czerwcu już robi się znowu za gorąco... Dwie ostatnie majówki spędziłam na pustyni, więc z dwojga złego to już chyba wolałam zlewę :-P Mignęła mi jakaś siostra, rzeczywiście. Bieździedza to same pozytywne doświadczenia, widzę :-)

      Usuń
  7. Bardzo fajna relacja. Chodzi mi po głowie ten szlak już od zeszłego roku, lubię ciszę i spokój bijącą z niższych pasm. A na zdjęciach widzę nową kurtkę od Robertsa chyba? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwilami sporawo asfaltu, ale da się wytrzymać. Tak, to nowa kurtka Robertsa, stara już była zniszczona. Ta jest cieplejsza, coś ponad 100 g puchu, całość 310 g na mojej wadze. Komory dystansowe, brak kaptura, trochę dłuższa. Pertex Quantum z braku GL.

      Usuń
  8. Szkoda tego skrócenia szlaku o którym na wstępie wspominasz, ale prawdopodobnie łapał on kiedyś jeszcze dwa Pogórza (Rzeszowskie i Przemyskie) tylko ze względu na inny niż obecnie podział mezoregionów. Skasowany w latach 90-tych 37-kilometrowy odcinek żółtego szlaku prowadził z Dynowa zakolami Sanu do Dubiecka i później przez główny grzbiet do Pruchnika, a zasadniczo to nadal Pogórze Dynowskie.

    A jak stałaś na dynowskim rynku przy żółtej kropce, ale przy okazji także pod niebieskim szlakowskazem 'Przemyśl 16h' nie ciągnęło Cię choć trochę na dziki wschód? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem zdania, że szlaki powinny być możliwie najdłuższe, niezależnie od tego przez jakie mezoregiony biegną :-) Marzy mi się, żeby powstał szlak przez wszystkie pogórza, równoległy do GSB, od Cieszyna do Przemyśla - to by było coś.

      No pewnie, że ciągnęło :-) Ale ze Szlakiem Karpackim też czekam na odpowiedni moment. Chciałabym tam skorzystać z miejsc noclegowych pod dachem i życzę sobie ładnej pogody!

      Usuń