poniedziałek, 1 czerwca 2020

Sverige på längden, czyli przejście Szwecji wzdłuż - przygotowania

Myślę, że tym razem nie było trudno domyślić się, gdzie przejdę się w tym roku na długim dystansie. Szwecja wydawała się być czarną owcą Unii Europejskiej, kiedy nie uległa masowej panice z powodu epidemii COVID-19 i nie zamknęła granic, nie zastosowała lockdownu,  budząc tym skrajne emocje u swoich sąsiadów. Zamiast tego wydano zalecenia, które będą mogły być utrzymane długo. Szwedzi zawsze byli o krok do przodu w postępie cywilizacyjnym, w przestrzeganiu praw człowieka, równouprawnieniu i wolności, ze sławnym allemansrätten, prawem swobodnego poruszania się w terenie i korzystania z zasobów naturalnych. Teraz pozostawili swoim obywatelom (jak również przyjezdnym) swobodę, wprowadzając tylko najoczywistsze obostrzenia, a pozostawiając resztę w sferze zdrowego rozsądku.

Szwecja to dla mnie szczególne miejsce. Miejsce, w którym po raz pierwszy spełniło się moje marzenie o odwiedzeniu Dalekiej Północy. Byłam w Szwecji kilka razy przed założeniem bloga, podróżując wraz z rodziną zwiedziłam ją wzdłuż i wszerz od Skanii po Laponię, upewniając się, że gdybym miała zmienić miejsce zamieszkania, byłby to właśnie ten kraj. Władam nawet odrobiną języka szwedzkiego (uważam, że jest niezwykle piękny i melodyjny). Dawno tam nie byłam - Szwecję chowałam na specjalną okazję, na czas wytchnienia. Bardzo się cieszę, że właśnie tam mogę pojechać w tym szczególnym roku - nie mam tu na myśli chaosu, który zapanował na skutek pojawienia się nowego wirusa, ale następny sezon po zdobyciu Potrójnej Korony. Po przejściu wszystkich szlaków Potrójnej Korony chciałam zrobić coś dla przyjemności. Przejście wzdłuż Szwecji doskonale się do tego nadaje. Nie będzie to ekstremalnie trudna wyprawa, ale też i niełatwa, na pewno będzie to trasa bardzo zróżnicowana, stanowiąca pewne wyzwanie. 


Norra Borgafjällen, sierpień 2009

Długo nie mogłam podjąć decyzji, czy to naprawdę to, co chcę i powinnam zrobić w tym roku. Ostatecznie przekonała mnie Kasia Nizinkiewicz, która pokonała tej wiosny większą część szwedzkich Gór Skandynawskich na nartach. Plan przejścia Szwecji powstał bardzo szybko, marszrutę ułożyłam w jeden wieczór. Było to bardzo proste. Poniższa mapa przedstawia planowaną trasę.




Ma ona (palcem po mapie) 2760 km i prowadzi ze Smygehuk, wysuniętego najdalej na południe punktu Szwecji, do Treriksröset, punktu wysuniętego najbardziej na północ. Przypuszczalnie przedłuży się do 3000 km. Mapa, której użyłam do narysowania trasy zawiera kilka błędów, m.in. przyznaje Szwecji kawałek terytorium Finlandii :-). Ponieważ celem nie jest przejście żadnego konkretnego szlaku, będę pewnie wprowadzać zmiany w tracie wędrówki. Nie wybrałam możliwie najkrótszej drogi pomiędzy punktem A i B, choć też nie rozciągałam marszruty w nieskończoność. W południowej i środkowej Szwecji wędrować będę przede wszystkim zgodnie z przebiegiem Europejskich Szlaków Długodystansowych E6 i E1 (Skåneleden Nord till Syd, Bergslagsleden, Gislavedsleden, Västa Vetterleden, Siljansleden, Vasaloppsleden), ponownie przejdę Södra Kungsleden, ale tutaj spróbuję zmienić trasę żeby przejść coś, czego jeszcze nie przeszłam. Kłopotliwy fragment na północ od Storlien przejdę w większości drogami, trochę na przełaj. Od Valsjöbyn będę już dróg unikać. Unikać chcę też popularnej Kungsleden, lecz pomiędzy Ammarnäs a Kvikkjokk jestem na nią skazana, bo przejście górami bez szlaku zajęłoby zbyt wiele czasu - zrobię to innym razem. Dalej chcę przejść przez Park Narodowy Sarek, jeśli warunki pozwolą, a po osiągnięciu Ritsem wędrować na zachód od Kungsleden, przeciąć ją kilka razy krążąc wokół Kebnekaise, najwyższego szczytu Szwecji (2106 m n.p.m.). Fajnie byłoby go zdobyć. Z Abisko przez chwilę pójdę drogą, mam nadzieję, że nie będzie problemu z przeprawą łodzią na drugą stronę wielkiego Jeziora Torneträsk. Dalej szlak prowadzi już praktycznie prosto na północ, do trójstyku granic Szwecji, Norwegii i Finlandii.


Vindelfjällen, sierpień 2009

Szwecja była już przechodzona wzdłuż, ale nie jest to często obierany kierunek. W szwedzkim środowisku górskim pojęcie "Szwecja wzdłuż" - "Sverige på längden" nawet nie funkcjonuje. Częstsze jest przejście samych Gór Skandynawskich w obrębie Szwecji, od Grövelsjön do Treriksröset, a komuś kto tego dokonał przyznaje się nagrodę, gröna bandet latem i vita bandet zimą. Trzeba jednak opłacić rejestrację i mieć ze sobą rejestrator GPS i zaznaczać ślad - ja takiego nie mam, nie dostanę więc nagrody.

Nie wiem ile zajmie mi wędrówka. W tym roku nic nie jest tak jak zwykle, więc może i ja nie będę wędrować tak jak zwykle. Poprzednich przejść długodystansowych dokonałam w stylu bardziej sportowym, chcąc osiągnąć dobry czas. Teraz zaś wcale nie mam ochoty pokonać drogi zbyt szybko. Za kilka miesięcy wolności, jeśli zarządzenia się do tego czasu nie zmienią, będzie mnie czekać kara przymusowej kwarantanny - wcale mi się do niej nie spieszy. Oczywiście, nie mogę wędrować wiecznie. Nadejdzie przecież jesień, krótka lapońska jesień, a za nią zima. Poza tym czeka mnie wiele długich odcinków bez możliwości zrobienia zaopatrzenia - te lepiej przejść szybko, nie uginając się pod ciężarem plecaka.


Venjansjön, Dalarna, sierpień 2009

Sprzęt

Jeśli o ciężkim plecaku mowa, to niestety w tym roku naprawdę będzie on ciężki. Z jednej strony minimalizm trochę mnie zmęczył, z drugiej surowe skandynawskie warunki wymagają odpowiedniego sprzętu, o nieco większym kalibrze.

Tą wyprawę będę realizować w nieco innym stylu niż poprzednie, taki w każdym razie mam zamiar. Pociąga to za sobą zmiany na liście sprzętowej, która w tym roku jest długa i ciężka. Nie jestem tym zachwycona, ale doświadczenia ostatnich lat sprawiają, że chcę zapewnić sobie nieco więcej komfortu niż zwykle. A także dobrze udokumentować tą podróż, z której chcę mieć jak najwięcej wspomnień.

Base weight na tej wyprawie przedstawia się fatalnie. Plecak waży aż 6567 g. Co się w nim znajduje zobaczycie na liście poniżej.



Sverige   på längden - Lista sprzętowa
Waga bazowa - sprzęt podstawowy (bez wody, jedzenia, paliwa)
Sprzęt Nazwa Waga (g)
Plecak OnMyWay Triple Crown 720
Worek na   śmieci Trash compactor bag,   Walmart 56
Namiot MLD Solomid XL 652
6 śledzi V Hilleberg DAC 70
Folia pod   namiot Folia polycryo 20
Materac   dmuchany Thermarest NeoAir   Xlite Women's 354
Śpiwór Roberts Zebra 550 802
Worek   wodoszczelny na śpiwór Lifeventure   Ultralight Dry Bag 15 l 40
Garnek   tytanowy Evernew ECA267 900ml 100
Łyżka tytanowa Aliexpress 18
Palnik gazowy BRS 3000T (zmodyfikowany) 24
Zapalniczka Mini BIC 10
Kartusz 250 148
Butelka Nalgene OTF, nakrętka   klasyczna 110
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris 38
Worek   wodoszczelny na jedzenie Zpacks Blast Food Bag 46
Kurtka puchowa Roberts custom 310
Kurtka   przeciwdeszczowa Arc'teryx Alpha FL   Women's 280
Spodnie   przeciwdeszczowe Arc'eryx Alpha SL   Women's 328
Łapawice   wodoodporne Arc'teryx Beta AR   Women's 88
Skarpety   wodoodporne Rocky GTX Socks 78
Wiatrówka Arc'teryx Squamish Hoody Women's 128
Bluza Kwark Polartec Power Strech Pro 252
Getry Kwark Polartec Power   Strech Pro 204
Skarpety do   spania Smartwool Hike   Ultralight 50
Majtki Icebreaker Sprite Hot   Pants 35
Czapka OnMyWay Technostrech 28
Rękawiczki Kwark Polartec Power Strech Pro 32
Worek   wodoszczelny na ubrania Zpacks Medium Plus   Dry Bag 24
Moskitiera na głowę Sea to Summit Head Net 22
Piłeczka do masażu Easy Yoga, korek, 5 cm 20
Kosmetyczka z   zawartością OnMyWay cuben 176
Apteczka i   zestaw naprawczy W torebce strunowej 70
Sznurek Bezalin 1 mm, 6 m 6
Szmatka do okularów Ściereczka z mikrofibry, Biedronka 2
Papier   toaletowy W torebce strunowej 8
Portfel Zpacks Zip Pouch   "Wallet" 26
Notatnik j.w. 32
Długopis j.w. 6
Mapy (niektóre   odcinki,waga zmienna) Wydruki A4 100
Scyzoryk Victorinox Classic 20
Czołówka Petzl e+Lite (stara   wersja) 23
Smartfon w   etui Motorola Moto G7   Power 210
Kabel USB do   telefonu 24
Ładowarka do   telefonu 53
Ładowarka 2   USB Rossmann 30
Aparat   fotograficzny Sony RX100 VII 306
Zapasowa bateria do aparatu 24
Kabel USB do aparatu 14
Uchwyt na   aparat do kijka trekkingowego Stick Pick 12
Statyw Joby Gorillapod 325 50
Mikrofon Saramonic SR-XM1,   deadcat 10
Powerbank Miller ML-102 32
3 ogniwa 18650 Panasonic 138
Kabel USB do   powerbanku 14
Karty SD i   adapter do kart SD SanDisk 8
Torebka na   elektronikę OnMyWay cuben 10
Waga bazowa 6567
Ubrania i rzeczy   niesione na sobie
Koszulka z   krótkim rękawem Icebreaker Tech T   Lite 100
Spodnie długie Arc'teryx Palisade   Pant Women's 250
Daszek Dynafit React Visor   Band 28
Biustonosz   sportowy Panache Sports Bra 112
Majtki Icebreaker Sprite Hot   Pants 35
Rękawiczki   rowerowe Fox Ranger Gel Short   Gloves 58
Skarpety Injinji Toe Socks   Micro 30
Skarpety Smartwool PhD Outdoor   Light Crew 64
Buty do   biegania Altra Lone Peak 4.0 534
Stuptuty   biegowe Wanda Sarapata 36
Stabilizatory   na kolana (2) Cho Pat Knee Strap 176
Zegarek Casio 16
Chusteczka do   nosa Bawełniana 5
Kijki   trekkingowe Leki Corklite 572



Jednocześnie z tym wpisem publikuję też film sprzętowy na YouTube.



Ultralekki plecak bez stelaża, który zaprojektowaliśmy z polską firmą OnMyWay i którego prototyp przetestowałam go na PCT w tak dużym stopniu spełnia moje potrzeby, że nie waham się zabrać go i tym razem. Spakowanie się do niego będzie pewnie wyzwaniem na dłuższych odcinkach, jako że ma tylko 45 l, ale jest jeszcze obszerna streczówka.

Zabieram ze sobą namiot MLD Solomid XL, który ostatnie dwa lata spędził głównie w szafie. Używałam go w Nowej Zelandii i na Appalachian Trail. W południowej Szwecji, podobnie jak w Appalachach, jest bardzo dużo wiat i jeszcze więcej komarów, dlatego też zdecydowałam się na namiot, z którego wyjmuje się moskitierę i można ją podwiesić pod wiatą. Docięłam do niego nową, większą, folię polycryo, gdyż podłoga ma już trochę nieszczelności. Niestety nie będę mogła korzystać z turystycznych chatek STF, gdyż będą one w powodu epidemii przyjmować tylko gości, którzy zarezerwowali i opłacili nocleg z wyprzedzeniem.

Śpiwór Robertsa, customowa Zebra, która sprawdziła się tak doskonale w górach USA będzie ze mną i tym razem. Ma 550 g puchu 850 cui i jest dość ciekawą konstrukcją, opisaną przy okazji podsumowania sprzętowego Continental Divide Trail.

Materac to jak zawsze Thermarest NeoAir XLite Women's.

Ubranie, jakie ze sobą zabieram nie różni się niczym od trzysezonowego zestawu na wędrówki po Skandynawii, który opisałam jakiś czas temu. Zastanawiałam się nad krótkimi spodniami, bo nie lubię nosić długich, jeśli nie muszę, ale jednak zdecydowałam się na długie - zaraz zacznie się sezon komarowy, a potem zrobi się zimno. Z tego samego powodu zabieram również wiatrówkę, której nie zabierałam na długie wyprawy od czasów Nowej Zelandii. Mam nową, wypróbowaną już w Irlandii kurtkę przeciwdeszczową Arcteryx Alpha FL, do tego spodnie, łapawice i skarpety wodoodporne. Bluza i getry z Powerstrechu od lat są stale obecne na moich listach sprzętowych - trudno o coś bardziej uniwersalnego. Tym razem będzie to zestaw, który mam od Kwarka z Polartec Powerstrech Pro (bluza ze stójką 080300 i legginsy 087300, jedno i drugie uszyte na miarę). Mam również nową kurtkę puchową, Roberts uszył dla mnie cieplejszą niż miałam poprzednio kurtkę z komorami dystansowymi, bez kaptura, który uznałam za zbędny, ale ponownie z kieszeniami. Jest nieco bardziej obszerna i dłuższa, ma lekko powyżej 100 g najlepszego puchu 850 cuin. Poszycie wykonane jest z Pertexu Quantum.

Wybór obuwia pewnie niektórym z Was wyda się kontrowersyjny, ale stali czytelnicy nie spodziewają się chyba niczego innego. Ponownie wędrować będę w lekkich butach do biegania Altra Lone Peak 4.0. Jak zawsze używać będę dwóch warstw skarpet, linerów Injinji Run Lightweight No Show, jako wierzchnich Smartwool PhD Outdoor Light w dłuższej wersji Crew, gdyż akurat takie zostały mi w szafie. Będę testować nowy, mocniejszy, materiał w stuptutach biegowych Wandy Sarapaty, których pierwszą wersję miałam ze sobą na całym Pacific Crest Trail w zeszłym roku.

Kuchnia pozostaje bez zmian (garnek Evernew, palnik BRS 3000T - Koveę Supalite odesłałam do reklamacji, a sklep przeciąga ustosunkowanie się), drobiazgi również. Kosmetyczka utyła, bo zabrałam większy kawałek mydła. Zasadniczo do base weight nie wlicza się mydła, kremu, dezodorantu ani pasty do zębów (tylko ich opakowania), ale ponieważ zawsze je wliczałam nie będę akurat teraz zmieniać metody obliczania. Zastanawiacie się pewnie po co mi czołówka, skoro właśnie nastały białe noce - pod koniec sierpnia wieczorem będzie się już robiło ciemno.

Zmiany widoczne są w dziale elektroniki: tutaj sporo przybyło. Mam nową wersję aparatu, który używałam dotąd (Sony RX100 VII), a także zewnętrzny mikrofon i statyw. Bardzo zależy mi na zachowaniu pięknych wspomnień z tej wymarzonej wędrówki. Mam też nowy, oczywiście cięższy telefon Motorola Moto G7, ma on jednak pojemną baterię, co, mam nadzieję, pozwoli mi go używać do nawigacji. Niemniej, na tę okoliczność dołożyłam jedno ogniwo 18650 do powerbanku.




Nie będę w tym roku mieć klasycznego bounce-box'u. W Europie to kłopotliwa metoda przesyłania dodatkowego sprzętu, bo urzędy pocztowe przechowują paczki tylko przez 14 dni, w tym dwa weekendy. Jest to też m.in. przyczyną, dla której mój plecak jest taki ciężki - normalnie wiele rzeczy trzymałabym w paczce i wyjmowała je tylko na niektórych odcinkach. Mam tylko jedną przygotowaną paczkę, którą od razu wyślę do umówionego miejsca - tam po 1800 km wymienię zużyte buty na nowe.

Jak zawsze planuję regularnie publikować relacje z wyprawy na blogu oraz na Instagramie. Na filmy na YouTubie będziecie musieli poczekać - montaż jest bardzo pracochłonny i nie będę miała na to czasu. Być może wrzucę coś krótkiego.

Wędrówkę planuję zacząć 2 czerwca. Trzymajcie kciuki! Jeśli znacie jakichś życzliwych Trail Angeli gdzieś na czerwonej linii, dajcie znać - prysznic i dach nad głową jest zawsze na wagę złota. A może ktoś z Was wybiera się do Szwecji? :-) Do zobaczenia!

niedziela, 24 maja 2020

Szlak Trzech Pogórzy

Bezpośrednio po zakończeniu przejścia Szlaku Centralnego Roztocza udałam się do Dynowa aby pokonać jeszcze jeden szlak z listy polskich szlaków długodystansowych: Szlak Trzech Pogórzy. Znakowany kolorem żółtym, liczy ok. 130 km (133 km wg. niektórych źródeł). Przewędrowanie go zajęło mi równo 4 dni. Wyczytałam gdzieś, że dawniej był to szlak pięciu pogórzy i przechodził oprócz Pogórza Ciężkowickiego, Strzyżowskiego i Dynowskiego także przez Rzeszowskie i Przemyskie, ale został skrócony - wielka szkoda.

Pod rozłożystym kasztanem i wymalowaną na nim żółtą kropką, symbolizującą początek szlaku znalazłam się już przed 9 rano - tak doskonałe trafiły mi się połączenia. Pociąg do Rzeszowa przyjechał tuż po 7, a o 7:25 odjeżdżał już bus do Dynowa. Kierowca zaoferował wysadzenie mnie przy Biedronce, tak żebym mogła przed rozpoczęciem wędrówki odnowić zapasy.







Poranek był doprawdy prześliczny, choć w radiu zapowiadali już pogorszenie pogody. Kiedy robiłam sobie pamiątkowe zdjęcie z kropką podszedł do mnie mężczyzna w krótkich gumowcach, z kosturem w dłoni i powiewającym siwym włosem. Słusznie odgadł we mnie prawdziwego włóczęgę, który nade wszystko ceni wolną przestrzeń i niebo nad głową. Dotąd wydawało mi się, że nie widać tego na pierwszy rzut oka, a jednak, prawdziwego "hiker trasha" rozpoznać nie trudno. Pogadaliśmy sobie trochę, pofilozofowaliśmy, ale w końcu czas był się oddalić. Przez miasteczko przemknęłam szybko, zamaskowana. Rzut oka na kościół, skręt i długa prosta - Dynów nie jest duży, tylko tak wygląda na mapie. Rynek jest na malutkim pagórku, ale cała osada ogólnie w kotlinie. Na początek więc trzeba było się z tej doliny wspiąć na pierwsze wzgórze.






Słońce przypiekało, plecak nielekki, podejście całkiem całkiem - w masce na twarzy ledwo dyszałam. Pod nogami asfalt, więc przynajmniej nie było obaw, że się wywalę - w masce zawsze zaparowują mi okulary i nic nie widzę. Udręka nie trwała na szczęście zbyt długo - domy się skończyły, a szlak skręcił w małą gruntową drogę. Maska powędrowała z powrotem do plecaka.





Wyglądało na to, że wędrowca na tym szlaku czekają ciągłe podejścia i zejścia. Po każdym potok, wioska, najczęściej jedno i drugie. Pierwszy strumyk był bez mostu, tak mizernych był rozmiarów, ale i tak musiałam dorzucić kamieni żeby przejść suchą stopą. Niedaleko od brodu napotkałam sporego, ładnego padalca.





Wiadomo powszechnie, że z gór najbardziej lubię pogórza. Najbardziej swoje, Cieszyńskie, ale i resztą nie pogardzam. Z pogórzy zawsze są najlepsze widoki - na góry - różnice wysokości nie są upiorne, a krajobraz zazwyczaj sielski - trochę wiejski, trochę górski. Taki też się właśnie wokół roztaczał, a dobra widoczność pozwalała go ogarnąć wzrokiem. Polne dróżki czasem skręcały w zadrzewienia, silny wicher rozmazywał na niebie drobne chmurki.








Pomiędzy Łubnem, a Ujazdami szlak biegł szczególne ładną trasą, bo grzbietem, z dalekimi widokami w stronę Bieszczad i Beskidu Niskiego. Gdzieś tam daleko było GSB, na którym kiedyś byłam - jak to już było dawno... Grzbiet porastały łąki, widać że oczywiście koszone, ale nie przenawożone. Rosły na tych łąkach różne gatunki traw i kwiatów. Druga strona pagórka zajęta była przez las i szlak też w końcu dał w niego nura.









Był to fajny, leśny odcinek. Wysokie buki dawały miły cień - temperatura była dość wysoka. Tu i ówdzie sączyła się w wąwozach woda. Szlak biegł starą zarośniętą drogą, była tam słabo widoczna ścieżynka, ale na niej wyraźnie wydeptane ślady - widocznie w weekend szlak był odwiedzany.





Natknąwszy się na szemrzący strumyk nie mogłam się powstrzymać i usiadłam na chwilę. Woda myślę, że pitna, ale jeszcze miałam mineralną z Horyńca.






Wiatr robił się coraz silniejszy i szarpał koronami drzew - prognoza pogody była fatalna, ale dopiero na dzień następny. 






Miałam ze sobą mapy papierowe, ale co chwilę się nie zgadzały z przebiegiem szlaku w terenie. Systematycznie dystansu przybywało... U stóp Pasma Wilczego czułam już, że mam sporo kilometrów w nogach, a to dopiero pora lunchu. Wzdłuż utwardzonej leśnej drogi płynął mały strumyk, z którego planowałam nabrać wody. Tam też spoczęłam na dłuższą przerwę, pod wielką jodłą. Chrupałam orzechy przegryzając suszonymi figami no i dobrze się nawodniłam.







Tutaj też szlak poszedł drogą okrężną, ale to zmiana na plus - zwiedza się rezerwat górskiego lasu jodłowego. Co chwilę trzeba było obchodzić zwalone pnie, było więc i wrażenie dzikości. Bardzo przyjemne miejsce i łagodne dość podejście, na którego końcu czekał szczyt Wilcze. Tylko kilka metrów ostro pod górę.







Widok w stylu appalaskim, ale niestety bardzo skryty między drzewami. Szczyt nie był ciekawym miejscem, bo obstawiony samymi "piorunochronami": na samym szczycie metalowy krzyż, a tuż obok przekaźnik. Selfie i w drogę.






Kolejny odcinek ogromnie mi się spodobał, myślałam też o kolegach, którzy zimą w niedalekim Beskidzie Niskim jeżdżą w takich miejscach na nartach - może by im się spodobało? Pasmo Wilczego to jedno długie wzgórze, w większości porośnięte lasem. Droga nie stroma, łagodna. Brakuje tylko jakiejś fajnej chatki albo bacówki... Od czasu do czasu wychodziło się oczywiście na jakąś wieś, a pod koniec i na asfalt - nie jest to aż takie znowu długie pasmo.  W tej też okolicy planowałam nocleg na oficjalnym miejscu biwakowym, nie zupełnie wiedząc czego się spodziewać. Zagadnęłam jednego pana (zawsze się znajdzie ktoś, kto lubi doradzać) o to miejsce, powiedział że zakazy to już poznosili, że wczoraj przeszło tędy 60 osób... No, to dobrze że wybrałam poniedziałek!





Na skraju lasu, w bardzo zacisznej okolicy, otoczona młodnikiem i ze starą lipą na straży, stała taka oto wspaniała wiata! Mało nie padłam z wrażenia. Dalej miało być jeszcze jedno pole namiotowe, ale też nie wiadomo było czego się spodziewać, a ponieważ właśnie zaczął kropić deszcz decyzja o pozostaniu była prosta. Zdążyłam się dowiedzieć, że zapowiadają gwałtowne ochłodzenie, a nawet opady śniegu. Wiatr też wiał nadal bardzo, więc ułożywszy swoje posłanie na ławce pod ścianą, dodatkowo osłoniłam je rozwieszając namiot.







Noc nie była w moim odczuciu bardzo zimna, wiatr też nie bardzo podwiewał, ale kiedy wyjrzałam na zewnątrz okazało się, że rzeczywiście pada śnieg... Co prawda spadłszy na ziemię natychmiast się roztapiał, ale co śnieg, to śnieg. Prawdziwi Zimni Ogrodnicy. A to był dopiero pierwszy... Ubrałam się we wszystko co miałam i było mi dobrze. Ale też i śnieg zamienił się wkrótce w deszcz. Na szczęście nie był ani bardzo intensywny, ani nie trwał długo, a w okolicach mostku na Gwoźnicy w Wyżnem już się rozbierałam.








W dolinie było zacisznie, jednak kiedy szlak wyprowadził mnie na otwarty teren kolejnego pasma miałam wrażenie, że przewiewa mnie na wylot. Musiałam z powrotem założyć kurtkę. Drugie śniadanie z konieczności było ekspresowe. Miejsce piknikowe było otaśmowane, ale zignorowałam to. Na biwak kiepskie, przy ruchliwej drodze.






W Czudcu przebieg szlaku także został zmieniony i to można powiedzieć, że na lepsze - czyli na krótsze. Ubyło ładnych kilka kilometrów i w ogóle nie szło się przez centrum wsi. Zamiast tego szybie przekroczenie Wisłoka i torów za jednym zamachem i chwila asfaltu. W ten sposób dystans się wyrównał względem tego, co przybyło w poprzednim dniu.





Teraz byłam już na kolejnym pogórzu - Strzyżowskim. Tutaj mniej było lasu, więcej pól i miejscowości, ale te zlokalizowano raczej w dolinach, a szlak biegł grzbietami, oferując niezłe widoki, które tymczasem wyłoniły się z chmur.








Na odcinku leśnym przed Łętownią odkryłam znakomitą miejscówkę, w postaci szopy na siano. Część główna jest zamknięta, ale stryszek dostępny, wspięcie się na górę nie powinno nastręczyć problemów. A nawet i w przedsionku można byłoby się przespać. Niestety zaraz obok biegnie asfaltowa szosa.





W Łętowni pojawiły się właściwie jedyne na tym szlaku problemy nawigacyjne - znakowanie Pogórza Strzyżowskiego nie zostało odświeżone, w przeciwieństwie do pozostałych. Szlak zgubił się na łąkach, zresztą przecudnych, naturalnych, z moją ukochaną firletką poszarpaną. Były tam kiedyś jakieś dróżki, ale uległy zalesieniu. GPS wskazał, że należy się udać na przeciwległe wzgórze, co też uczyniłam i znalazłam stare znaki. Znalazłam coś jeszcze - nagle przy czyjejś stodole pojawiło się wifi bez hasła!












Dalej oznakowanie też było bez szału, ale przynajmniej zgadzało się ze starą mapą (2009), więc nie było problemów. Przecięłam las, posiedziałam trochę na przystanku w Niewodnej. Po drodze było fajne miejsce odpoczynku z wiatą, co prawda przy drodze, ale nie bardzo ruchliwej. A przed Szufnarową przy szlaku płynął czysty strumyk, właśnie wtedy kiedy go potrzebowałam.






Wyjście z Szufnarowej, nieco większej wsi, było asfaltowe i zdawało się ciągnąć w nieskończoność... Słońce znalazło się na tym poziomie, na którym zazwyczaj świeci złociście, za plecami miałam pięknie oświetlone góry. Nic a nic się nie ociepliło i z kominów unosiły się dymy.







Szłam aż nadszedł zachód słońca, a wtedy ulokowałam się w gęstych świerkach prywatnego lasu, licząc na to, że osłonią mnie przed zapowiadanym przymrozkiem. Ugotowałam nieśmiertelną zupę z makaronem i parówkami, poprawiłam kisielem i poszłam spać. Nie dygotałam z zimna, woda nie zamarzła. Jednak kiedy rano wyszłam na pola widziałam, jakie szkody poczynił przymrozek. Delikatne rośliny wszyscy pookrywali, ale zostały ziemniaki i wszystkie zwarzył przymrozek. Bardzo to był przykry widok.





Widoki na góry za to były świetnie. Na mapie miałam oznaczony punkt widokowy i rzeczywiście był on fenomenalny. Niewątpliwie widać było Karpaty, a nawet powiem bardziej szczegółowo: Beskidy :-D I to tyle mojej wiedzy na ten temat. W każdym razie był  to znakomity widok i nic z jego urody nie ujmowała moja nieświadomość ułożenia poszczególnych pasm. Podejrzewałam Beskid Wyspowy, Tatry i chyba nawet miałam rację.









Tak się złożyło, że moja mapa się w tym właśnie miejscu kończyła. Pozostało mi tylko liczyć na znakarza. Na szczęście zbliżał się kolejny odcinek leśny, a tam zawsze znakowanie jest lepsze. Tak też było - droga prowadziła wokół Chełmu i stała się ścieżką w okolicach Barda. Znakomita okolica przypominała trochę Bieszczady.





I za lasem było jeszcze jakiś czas zupełnie dziko, pojawiło się wybitniejsze pasmo na horyzoncie, które zidentyfikowałam jako to, w którym miałam zamiar nocować, czyli Pasmo Brzanki z Liwoczem. W jednej z drobniejszych dolin znalazłam znów dobry mały strumyk.








Tak zawędrowałam do Gogołowa. Szlak przeszedł skrajem cmentarza i zmierzał ku świątyni. Właśnie biły dzwony, spojrzałam na zegarek: 11:08. Dziwna pora na Anioł Pański, ale kto wie. Weszłam właśnie na zebrę, kiedy przede mną wyrósł ksiądz ubrany w fioletowy ornat i kościelny. Pogrzeb! Niezupełnie wiedząc jak się zachować umknęłam na przystanek - chciałam tam spożyć drugie śniadanie... Okazało się, że świątynie są dwie, jedna stara, drewniana, akurat otwarta na pogrzeb. Jeszcze stał w niej katafalk. Udało mi się wejść do środka i zwiedzić.








Niedaleko kościoła natknęłam się na ładne gospodarstwo agroturystyczne, niezła opcja w normalnych czasach. Teraz oczywiście zamknięte. Zimą jest to też chyba uczęszczana okolica, bo całe wzgórze było przeznaczone na trasę narciarską i zaopatrzone w wyciąg (zabudowania monitorowane). Na szczycie znajdowało się kilka opuszczonych restauracji.








Czekałam już aż się zacznie nowa mapa i wreszcie się doczekałam, jednak teraz czekał mnie kawał asfaltu. Na skraju Bieździedki, na rogu, natknęłam się na otwarty sklep. Pierwotnym moim zamiarem było ograniczenie kontaktów i nieodwiedzanie sklepów, ale nie mogłam wytrzymać. Jak dobrze zrobiłam! Spotkałam tam najmilszą w świecie sprzedawczynię. Rachunek opiewał na ledwie 10 PLN, ale dziękowała mi za wizytę chyba z piętnaście razy. Bardzo była ciekawa mojej wędrówki i opowiadała, że już tu kiedyś był wędrowiec, że go ugościła, że się wykąpał i był bardzo zadowolony. Nic dziwnego! Zatankowałam w sklepie wodę, a bananowego Kubusia wytrąbiłam na następnych 500 metrach szlaku. Trochę potem nakluczył, unikając głównej drogi, prowadząc małymi ścieżkami, mostkiem, a nawet podwórkami.





Tak dotelepałam się do Kołaczyc, marząc o odpoczynku. Na rynku jakoś tak nie bardzo, ale tuż za miasteczkiem domy się skończyły, na skraju drogi była zatoczka, a na niej stara opona. Jak wspaniale się tam siedziało, przekładając nogi z wnętrza opony na jej krawędź dla relaksu! Czas jednak nie był z gumy. Ruszyłam dalej, przez most na Wisłoce. Witamy na Pogórzu Ciężkowickim. Zaczęło się ono dużą porcją asfaltu i znów musiałam zalec, tym razem na przystanku w Ujeździe.






Liwocz widoczny był już z daleka, a rozpoznawalny po zwiększonej koncentracji krzyży. Dziwna to była sprawa, że nie wystarczył ten na szczycie. Tuż nad wsią był jeszcze drugi, górujący nad okolicą, zrobiony z błyszczącej blachy falistej. Zdecydowanie ilość tego typu zjawisk w polskich górach przekroczyła już pewną akceptowalną normę. Tak jakby ścigano się kto ma więcej i dłuższych... Asfalt doprowadził mnie na parking, gdzie stało zaparkowanych kilka samochodów. Okazało się, że dość łatwe podejście na szczyt Liwocza to jednocześnie Droga Krzyżowa. Niestety, wrażenie nie było pozytywne. Ubolewając nad upadkiem sztuki sakralnej pięłam się pod górę. Na szczycie spodziewałam się krzyża, ołtarza polowego, a stało tam całe betonowe sanktuarium z figurami z brązu, lewitującymi wokół przysadzistej wieży. Wieża zwieńczona była aureolą nadajników radiowych, z których wyrastał obłożony srebrzystą blachą krzyż. Z boku stała podniszczona szopka bożonarodzeniowa, tuż obok krzyża katyńskiego. Czułam się tam tak dziwnie, że mimo otwartych drzwi nie odważyłam się wejść na wieżę. A można było - wyczytałam później, że jest to znakomity punkt widokowy. Tak to jakoś bywa z moimi wędrówkami, że zawsze omijam na nich najlepsze punkty widokowe. Widoczność nie była najlepsza, bo właśnie zbierały się chmury deszczowe - tyle na pocieszenie.










Zejście z Liwocza było typowo beskidzkie - ostro w dół kamienistą drogą zrywkową. Nikt tu chyba nie słyszał o erozji... Ale pasmo było piękne i wędrowałam tam w takim przyjemnym odosobnieniu! Do pewnego momentu w każdym razie - akurat wygrzebywałam coś z plecaka, kiedy zza zakrętu wyłonił się młody człowiek z plecakiem. Zdaje się, że go przestraszyłam. Mówił, że od 15 km nikogo nie spotkał. No, nic dziwnego. Dla mnie też był pierwszym spotkanym turystą pieszym od 10 dni.





Trudno było jednak tak zupełnie nikogo tam nie spotkać, bo las się w końcu urwał i pojawiły pola, trochę zabudowań. Nie dużo jednak i znowu las, tym razem opatrzony tabliczką "Park Krajobrazowy Pasma Brzanki". To pasmo, podobnie jak Pasmo Wilczego, zapowiadało się ciekawie. Również było bukowo-jodłowe. Zahaczyłam o górę o nazwie Rysowany Kamień, pod szczytem której leżał, owszem, duży płaski głaz. Wyryte na nim były różne napisy i serduszka... Pewnie od wieków na nim rysowano, musiał być miękki. Poszłam jeszcze kawałek i zaczęło kropić. W samą porę znalazłam na rozstaju leśnych dróg bardzo osłonięte miejsce pod jodłami - zapowiadano gigantyczną zlewę. Rano pojawił się kolejny problem z moim nowym palnikiem Kovea Supalite Titanium. Nie dość, że trzeba go było straszliwie mocno nakręcać żeby nie gasł w trakcie gotowania, to teraz już w ogóle nie palił prawidłowo, płomień zamiast przez dyszę, płonął wokół niej, był żółty, wielki i osmalał garnek. Zapach gazu nie wróżył nic dobrego - dobrze, że to było ostatnie śniadanie, zaraz mogłam go odesłać do reklamacji.







Co do gigantycznej ulewy to może nie była ona gigantyczna, ale wystarczająco intensywna. Deszcz padał całą noc, padał kiedy się pakowałam i później aż do południa. Wiał do tego wiatr i było przenikliwie zimno. Po drodze miałam na szczęście wiaty i tylko tam się zatrzymywałam. Miałam szczęście, bo przeczekałam w jednej nagły zryw ulewy.





Skałę Ostry Kamień przyszło mi podziwiać we mgle, ale wtedy właśnie przestało padać. Podobne warunki panowały pod zamkniętą bacówką Brzanka. Obok była wieża widokowa, taka zwyczajna. Postanowiłam zajrzeć - no cóż, mogłoby być lepiej... Panoramę obejrzałam na zdjęciu, które było tam na planszy. Rzeczywiście, miały być widoczne Tatry.











Pod Brzanką, przy czyimś domu na drzewie wisiała kapliczka. Nie byłoby to może nic niezwykłego, gdyby nie dekoracja. Po staremu, w słoikach z wodą stały gałązki świeżo ściętego bzu. To było bardzo piękne. Niestety, to jedyny taki przypadek na trasie. Wszędzie indziej króluje plastik.




Mglisty i chłodny las na grzbiecie pokonywało się raczej dobrze, nie licząc epizodów tłucznia. To lekka przesada... Za Polaną Morgi skręciłam w poszukiwaniu źródełka św. Antoniego, które jednak okazało się nieapetyczną kałużą. Jest tam i prawdziwe źródło, ale niedostępne, w ocembrowanej studni. Jest druga, z rurkami w środku, ale zbyt głęboko żeby można było dosięgnąć.






Dopiero zejście z Morgów było dzikie. Szło się starym zrywkowym tunelem, zasypanym liśćmi. Wiosna i jesień w jednym... Pozostał mi już do zdobycia tylko jeden pagórek, Nosalowa, myślałam więc że mam masę czasu i to tylko formalność, ale napotkałam tym razem prawdziwe trudności. Szlak był de facto zamknięty, była tabliczka o zakazie wstępu, ale ponieważ minęłam już takich z 10, zdecydowałam się wejść. Podejście to była prawdziwa mordęga. Las wyrąbano, a drogę pnącą się straszliwie stromo pod górę rozjeżdżono. Po deszczu była rozmiękła i grząska. Jednocześnie zapadałam się i ześlizgiwałam. Musiałam włożyć wszystkie siły w zapieranie się kijkami, inaczej nie wytaszczyłabym się na górę. Nie muszę mówić, że drwale wycięli drzewa razem ze znakami, łajdaki.







Jeśli było mi chłodno tego dnia, teraz o tym zapomniałam. Na szczycie, owszem, ławeczki, stolik, przyjemnie. Dalej już bezproblemowo. Nawet znakarz, gamoń, który wcześniej w tym rejonie miał problem z tym jak oznacza się skręty, a jak łuki drogi, wziął się w garść. Zwolniłam kroku, nie chcąc dotrzeć do końca zbyt wcześnie.








Koniec wycieczki jednak nieuchronnie nadchodził. Przekroczyłam po drewniano-żelaznym, lekko podpróchniałym moście rzekę Białą, pod torami przeszłam tunelem i znalazłam się na stacji kolejowej Siedliska. Kropka znajduje się na peronie, na słupie. Bardzo ładna. 12-y polski szlak długodystansowy zaliczony!





Na stacji, a raczej obok stacji odbywały się jakieś roboty budowlane, chyba buduje się stację benzynową (no, najlepiej na terenie zalewowym, tam gdzie teoretycznie nie wolno). Jeden z robotników zaproponował, że zrobi mi zdjęcie, więc nie musiałam biegać z samowyzwalaczem. Poczekalnia jest nieczynna, ale jest daszek i ławeczka. Tam siadłam na godzinę, po czym udałam się na przystanek, z którego odjeżdżał autobus zastępczy (linia jest w remoncie) do Tarnowa. Z Tarnowa zaś miałam bezpośredni pociąg do Katowic.


Podsumowanie

Na koniec małe podsumowanie. Szlak Trzech Pogórzy jest bardzo przyjemny i urozmaicony, a jako że jest w Beskidach, bywa uczęszczany. Oznakowanie zależy od tego, na którym pogórzu się znajdujemy - Pogórze Dynowskie oznakowane jest znakomicie, Strzyżowskie tak sobie z wpadkami, Ciężkowickie dobrze, ale trzeba uważać na pseudo-zakręty. Niemniej, bez porównania do szlaków nizinnych. Baza noclegowa jest raczej kiepska, ale dość duża ilość lasu pozwala zaplanować noclegi w namiocie. Sklepy są w większych miejscowościach. Dojazd jest znakomity, po jednej stronie Rzeszów, po drugiej Tarnów. Czystych, naturalnych cieków wodnych jest niewiele, bo szlak biegnie grzbietami, ale jest kilka (raz na dzień).


Film  z wycieczki dostępny już na YouTube.




Ponieważ na blogu nie mam specjalnej tablicy ogłoszeń, a nie wszyscy czytelnicy śledzą mnie na Instagramie, pozwolę sobie poinformować Was, że byłam gościem ostatniego odcinka podcastu Pawła Drozda Brzmienie Świata z lotu Drozda. Możecie go wysłuchać na YouTube oraz na Spotify i innych tego typu platformach. Poza tym w nowych Kontynentach (2/2020) odpowiadam na pytania Kwestionariusza Kontynentów - bardzo fajna inicjatywa, zajrzyjcie :-)