sobota, 18 października 2014

Bory Tucholskie - Szlak Strugi Siedmiu Jezior

W ostatnim tygodniu sierpnia 2013 roku wraz z moją mamą, która chciała się zapoznać z urokami biwakowania wybrałam się w Bory Tucholskie. Zdecydowałyśmy się na Szlak Strugi Siedmiu Jezior, biegnący przez Park Narodowy „Bory Tucholskie” i Zaborski Park Krajobrazowy. Cały szlak ma 41,5km, czyli dla nas tak w sam raz na trzy dni wędrówki plus dojście na autobus. W jego bezpośrednim sąsiedztwie nie ma żadnych możliwości legalnego noclegu. Nie ma też pewnych źródeł wody pitnej, więc albo należy mieć ją ze sobą, albo filtrować. Szlak znakowany jest na zielono; poza granicami Parku Narodowego oznakowanie pozostawia wiele do życzenia.

Podróż pociągiem z Gdyni do Chojnic z przesiadką w Tczewie zajęła nam trzy godziny. Gorący sierpniowy dzień skłonił nas do spożycia wczesnego lunchu na rynku. Miasteczko jest bardzo ładne, latem panuje w nim wakacyjna atmosfera. Posilone, z zapasem wody uzyskanej w aptece ruszyłyśmy śmiało szlakiem… czerwonym, ponieważ pokazał się pierwszy i według mapy obiecywał trasę inną niż wzdłuż głównej drogi (nie mogę się oprzeć czerwonym szlakom ;)). Doprowadził nas do „Doliny śmierci”, a następnie połączył się z zielonym. Trasa wiodła piaszczystą polną drogą obsadzoną wiekowymi drzewami, dającymi przyjemny cień.





 


Następną atrakcją była wieś Jarcewo z ciekawymi zabytkowymi zabudowaniami folwarku, w tym gorzelnią. Mieszkańcy wsi najwyraźniej niezbyt często widywali piechurów, bo witali nas ciekawymi spojrzeniami, a nawet wesoło zagadywali. Tuż za wsią, wśród pól, po lewej stronie znajdował się cmentarz skryty w cieniu starych drzew. Udałyśmy się tam żeby odpocząć, a także nabrać wody – panie sprzątające groby potwierdziły pitność wody ze studni.
 







Ruszyłyśmy dalej asfaltem i niebawem zbliżyłyśmy się do skraju lasu, do którego szlak odbijał. Znaki były prawie zupełnie niewidoczne, ale droga była tylko jedna, a doprowadziła nas do skrzyżowania ze ścieżką przyrodniczą, którą dawno temu zwiedzałam. Znajomość ścieżki pozwoliła mi wydedukować przebieg szlaku i tak oto znalazłyśmy się wśród zabudowań Klosnowa. Po drodze napotkałyśmy przyjemną wiatę, która jednak z braku źródeł wody nie bardzo nadaje się na nocleg.



Miałyśmy zresztą inne plany, więc podążyłyśmy szlakiem w kierunku Jeziora Ostrowitego i leśniczówki Dębowa Góra. Kiedy spomiędzy pni sosen błysnął błękit jeziora przeprowadziłam rekonesans brzegu poszukując miejsca na biwak. Płytki brzeg był porośnięty trzcinami, więc zdecydowałyśmy się kontynuować marsz w nadziei na dogodniejszą miejscówkę. Widziałyśmy dużo śladów jeleni, a także błotniste bajorko, do którego najwyraźniej przychodziły zażywać minerałów.



Słońce zaczęło się chylić ku zachodowi kiedy spostrzegłam ścieżkę, a jak ścieżka to i miejsce do połowu ryb oraz dostęp do wody powinny się znaleźć. Tak też się stało, więc rozbiłyśmy się w zacisznym miejscu osłoniętym gęstymi świerkami, kilkaset metrów od leśniczówki, w myśl zasady „najciemniej pod latarnią”.



 

Nocą pohukiwały sowy, a nad ranem tuż obok naszego obozowiska głośno zaszczekało coś parzystokopytnego. Nie spiesząc się przesadnie zwinęłyśmy obóz i wróciłyśmy na szlak nie pozostawiając po sobie śladów. Minęłyśmy leśniczówkę i szłyśmy dalej wzdłuż Jeziora Ostrowitego.




Dalej był krótki fragment niezbyt urodziwego lasu i zaraz potem naszym oczom ukazało się Jezioro Jeleń. Na niebie widziałyśmy oznaki nadchodzącego frontu, byłyśmy jakieś ospałe, więc nad jeziorem zrobiłyśmy sobie dłuższą przerwę. Drogą przejechało kilku rowerzystów – w tym miejscu szlak jest wśród nich bardzo popularny. W wodzie pluskały ryby, widać było kolonię szczeżuj na piaszczystym dnie.
Dalej szlak wiódł wzdłuż jeziora. Po drodze nazbierałyśmy po porcji borówek, które spożyłyśmy na malowniczym cypelku, wykazującym oznaki bycia popularnym miejscem odpoczynku, a może nawet obozowania.



Powstał plan dojścia do końca Jeziora Jeleń, a następnie rzutu okiem na Jezioro Nierybno, będące obszarem ochrony ścisłej i powrotu w rejon przesmyku pomiędzy Jeziorem Jeleń a Jeziorem Bełczak, nad którym kiedyś widziałam grupkę biwakowiczów i odtąd marzyłam o noclegu w tym miłym zakątku. Plan został zrealizowany, po drodze zaliczyłyśmy też fragment „Pętli Lipnickiego”. Tylko fragment, ponieważ całą kładkę już kiedyś zwiedziłyśmy.



Rozbiłyśmy obóz w miejscu, gdzie Struga Siedmiu Jezior wpływa do Jeziora Bełczak. Zrobiło się ciemno, rechotały żaby, a kiedy ułożyłam się w hamaku, o tarp zaczął bębnić drobny deszcz.

 

 


Rano już nie padało, choć powietrze było parne. Miejsce nie było osłonięte, więc większość rzeczy od razu spakowałyśmy, został tylko tarp, który chciałam osuszyć przed spakowaniem. Pech chciał, że rzucił się on w oczy przejeżdżającej rowerzystki, która z entuzjazmem wytknęła nam nielegalność procederu i zadzwoniła po straż parku. Po tym telefonie sama odjechała, a my przestraszone perspektywą interwencji strażnika szybko się spakowałyśmy i umknęłyśmy. Jak się później okazało, żaden strażnik się nie pofatygował. Przeszłyśmy wzdłuż Jeziora Plęsno i spotkałyśmy tylko panów z wędkami udających się na (nielegalny?) połów. Spojrzałyśmy z Strugę z mostu, obejrzałyśmy prastary dąb i zwiedziłyśmy ścieżkę przyrodniczą „Kacze Oko” prowadzącą wokół małego dystroficznego jeziorka.




Następnie powędrowałyśmy sosnowym lasem aż do jeziora Wielkie Gacno, które to jezioro jest z kolei przykładem jeziora lobeliowego. Zauważyłam, że znacznie zmniejszyła się ilość rosiczek porastających brzeg jeziora. Nie było też ono już tak czyste jak dawniej.




Porzuciwszy to piękne miejsce maszerowałyśmy dalej, zatrzymując się po drodze z powodu obfitości brusznic. Zakończyłyśmy przygodę z zielonym szlakiem na rozstajach, w miejscu zwanym „Hubertówka”. Tutaj odbiłyśmy na zachód leśną drogą, która doprowadziła nas do szlaku czarnego, którym jednak się nie kierowałyśmy, gdyż miałyśmy w planie nocleg nad Jeziorem Niedźwiedź. Rozbiłyśmy się na skarpie, wśród drzew. Ledwo zdążyłyśmy dokonać wieczornych ablucji i nabrać wody, kiedy zaczął padać deszcz. Kolację gotowałyśmy skulone pod tarpem.


Poranek wstał mglisty, ściółka była mokra, jednak już nie padało. Dość późno wygramoliłam się z hamaka, co zaowocowało koniecznością wykonania sprintu ścieżką obiegającą jezioro szlakiem czerwonym na trasie od południowej zatoki Jeziora Niedźwiedź do przystanku w Starym Młynie. Na autobus na szczęście zdążyłyśmy. W Chojnicach czekał nas jeszcze dłuższy postój w oczekiwaniu na pociąg, który spożytkowałyśmy penetrując targowisko. Wycieczkę zakończyłyśmy konsumpcją drożdżówek na dworcu PKP, wzbogacone o nowe doświadczenia :).


Tradycyjnie na koniec filmik:

http://youtu.be/hG94r3_PSpA


2 komentarze:

  1. zapomniałaś napisać, ze do tego ostatniego przystanku matka galopowała resztką sił dysząc jak stary łoś...

    OdpowiedzUsuń