piątek, 17 października 2014

Szwedzka Laponia - Padjelantaleden 2013


 
Szlak Padjelantaleden przecinający Park Narodowy Padjelanta w górzystej części szwedzkiej Laponii nie jest szczególnie wymagający, prowadzi przez rzeczne doliny, usiane polodowcowymi jeziorami płaskowyże, niewysokie grzbiety górskie. Można przejść go w tydzień – można i w dwa. Mnie zajął 11 dni niespiesznego marszu, pozwalającego cieszyć się wszystkimi urokami tej północnej krainy.



Po nocy spędzonej na promie i obiedzie u sympatycznych Polaków zapoznanych na promie w Sztokholmie przesiadłam się na nocny pociąg, okupowany głównie przez trekkerów z mniejszymi lub większymi tobołami. Okazało się, że szwedzkie koleje niewiele różnią się od polskich – na starcie mieliśmy 40 minut opóźnienia, a ja, podobnie jak kilku innych pasażerów, miałam nieistniejącą miejscówkę. Z okien pociągu nic tylko las, las i las. Po północy się rozluźniło, więc można było spokojnie zasnąć. Opóźnienie nadrobiliśmy i o 7:30 wysiadłam na małej stacyjce Murjek – tu wysiedli sami twardziele. Autobus do Kvikkjokk już czekał, wyjechał punktualnie i, zatrzymując się po drodze w kilku turystycznych miejscach, za każdym razem akurat tyle żeby pasażerowie mogli się rozejrzeć i dokonać niezbędnych zakupów, również punktualnie zajechał na miejsce. Tak zaczął się:

1 dzień, 30 lipca, wtorek

Wszyscy twierdzili, że jest nieznośnie gorąco – 24 stopnie, było raczej przyjemnie ciepło. Zmarudziłam przy konsumpcji drugiego śniadania, potem się okazało, że most mi się przyśnił i trzeba dać się przewieźć łódką, na którą nie zdążyłam, a na następną czekałam cztery godziny, sącząc herbatę przyrządzoną w schronisku, włócząc się po okolicy schroniska i przechadzając wzdłuż bystrzy na Gamajahka;. Przy okazji zważyłam plecak, z racji ambitniejszych planów dłuższego pobytu oraz odrobiny niedojedzonego prowiantu podróżnego wyszło 22kg.


 
 
Wreszcie nadpłynęła łódź, usadowiłam się tak żeby móc wysłuchać przyrodniczych ciekawostek. Sympatyczny właściciel łódki został już wcześniej przez polskich turystów pouczony w kwestiach Tatr, Zakopanego, nie omieszkał się tym pochwalić, dodając jeszcze „wodospad” i „kamień”.







Na szlaku byłam dopiero o 18:30. Wciąż było bardzo ciepło, a z chaszczy zaczęły wylatywać chmary komarów, więc starałam się iść jak najprędzej. Nie było to łatwe ze względu na ciężar jaki dźwigałam na grzbiecie, jednak nie było wyjścia, bo jeśli tylko przystawałam, choćby po to żeby zażyć nieco płynu, zaraz miałam na sobie dwa tuziny moskitów. Początkowe chaszcze zmieniły się niebawem w pachnący sosnowy las, przerywany malowniczymi torfowiskami, na których nie brakowało polarnych malin. Słynne maliny niestety okazały się mdłe i niesmaczne.



Około 20:30 zdecydowałam, że czas byłby już spocząć. Wypatrzyłam przyjemne miejsce w pobliżu szumiącej rzeki i tam się rozłożyłam. Chłodna woda zachęcała do kąpieli, bardzo przyjemnie było się odświeżyć.

2 dzień, 31 lipca, środa

W nocy się rozpadało, lało całą noc i pół dnia aż do południa. Wtedy nieśmiało wypełzłam z namiotu, zwinęłam rzeczy i ostatecznie ruszyłam o 14:50. Las był nasiąknięty wilgocią, a rzeki wezbrały. Początkowy optymizm zgasł kiedy trafiłam na zniesiony przez nurt most. Poszukiwania dogodnego do przeprawy miejsca nie przyniosły rezultatu, więc z duszą na ramieniu przeszłam po zalewanej spienionym nurtem desce, która szczęśliwym zrządzeniem losu zaklinowała się między wątłą brzozą a resztką mostu. Znów zaczęło popadywać, ale było za ciepło na ceratę, więc tak sobie mokłam i schłam. Dotarłszy do chatki Njunjes dzięki uprzejmości gospodarzy spoczęłam pod dachem na czas intensywniejszego opadu.



Zerknęłam na most i widok z niego, a potem ruszyłam dalej. Wtedy dopiero zaczęło być naprawdę mokro. Szlakiem płynęły strumienie, kładki były zalane, niewielkie strugi wezbrały, a moje buty coraz bardziej nasiąkały wodą. Po dwóch zmianach obuwia ze „szlakowych” na „wodne” straciłam cierpliwość i ostatnie trzy kilometry przeszłam w fivefingersach. Na nocleg wybrałam niewielkie wzniesienie w brzozowym lesie, zaraz za chatką Tarrekaisestugan – wielkiego wyboru nie było z uwagi na późną porę – tu i ówdzie spotkałam rozbite namioty okolone suszącymi się skarpetami.





  
3 dzień, 1 sierpnia, czwartek

Następnego ranka przywitał mnie błękit nieba i ciepłe słońce, które wkrótce pomogło obsuszyć buty. Cieszyłam się, że dzisiaj powinnam już wyjść z tych chaszczy porastających niższe partie doliny Darrhaädno. Tak też się stało, większość okolicy porastał widny las brzozowy, choć i chaszcze się zdarzały, ale trasa była interesująca widokowo, więc nie narzekałam.


Największą „atrakcją” było przejście przez kolejną wezbraną rzekę, na szczęście woda już opadła i sięgała do bezpiecznego poziomu nieco powyżej kolan. Tego dnia napotkałam pierwszych turystów na szlaku. Bliskość chatki Såmmarlappastugan obwieściły solidne mosty. Jedyne w miarę dogodne miejsce na biwak uznałam za położone zbyt blisko szlaku, więc pomaszerowałam jeszcze jakieś cztery kilometry i rozbiłam się w bardzo zacisznym miejscu, osłoniętym przez niskie brzozy i jałowce, w pobliżu kolejnego mostu. Noc była nieco chłodniejsza, ale cicha i spokojna.

4 dzień, 2 sierpnia, piątek

Następnego dnia zaliczyłam najdłuższy dystans na trasie. Wraz z granicą Parku Narodowego Padjelanta skończyły się wreszcie (cenne przyrodniczo) chaszcze, a brzozy zaczęły pojawiać się coraz rzadziej.


Dzień był piękny, gorący i bezwietrzny, więc nie mogłam się oprzeć małemu leniuchowaniu na polodowcowym głazie. Obawiałam się trochę kolejnych przepraw przez wezbrane rzeki, jednak te cztery, które były, nie nastręczały trudności. Osiągnąwszy Tarraluoppalstugorna spoczęłam na ławce podziwiając widok na dolinę. Z Holenderką opiekującą się chatką wymieniłyśmy uwagi na temat okolicznych tras. Moje 20kg na trzy tygodnie zostało ocenione przez znawczynię jako lekkie. Tak jak się obawiałam, trasa którą chciałam zrobić była obecnie nie do przejścia, zatem powoli zaczęła we mnie kiełkować myśl o skróceniu dystansu.

 
Wspięłam się na płaskowyż, rzucając ostatnie spojrzenia na Tarradalen. Słońce chyliło się ku zachodowi kiedy dotarłam nad malownicze jeziorko, przy którym miałam zamiar spędzić noc. Rozbiłam się nieopodal strumyka, a po kolacji jeszcze długo przechadzałam się wzdłuż brzegu jeziora. Wypatrzyłam na jeziorze jakieś ptactwo pływające, lecz odległość nie pozwoliła mi określić gatunku. Zorze zachodu nie bladły, ale chłodny wiatr w końcu skłonił mnie do schronienia się w namiocie. W czasie białych nocy nikt tu chyba nie śpi – tuż obok mojego namiotu coś donośnie chrząknęło, zdecydowałam się wyjrzeć na zewnątrz – i co ja widzę? – renifer przechadza się wzdłuż szlaku poskubując trawę.



  
5 dzień, 3 sierpnia, sobota

Następnego ranka chmury, które zasnuwały okolicę szybko zostały rozwiane przez silny wiatr. Krajobraz urozmaicały gęsto rozsiane jeziora odbijające lazurowy błękit nieba, w oddali ukazały się ośnieżone szczyty – według mnie to najpiękniejszy odcinek szlaku. Z pewnością spędziłabym tam więcej czasu, gdyby nie wicher.


Zatrzymując się tylko dla utrwalenia w pamięci pięknych widoków dotarłam do Tarraluoppal. Tu nastąpiła przerwa na konsumpcję i rozprostowanie kończyn. Potem przeprawa przez płytką rzekę – w dwóch miejscach, a dalej już suchą nogą. Bardzo ciekawe były stare moreny lodowcowe, zalegające dolinę.
 


Doliną płynęła rzeka, ale w pobliżu ścieżki obfitość wody się jednak skończyła i kiedy wraz z upływem czasu zaczęłam się rozglądać za jakimś zacisznym biwakiem nie mogłam znaleźć sensownego miejsca, które zapewniałoby ochronę przed wiatrem i dostęp do wody. Ktoś zdecydował się biwakować na tym wydmuchowisku, ale widok odfruwającej samopompy skutecznie mnie zniechęcił, zresztą wody było jak na lekarstwo. Ostatecznie postanowiłam, że jeśli nie będzie żadnego strumyka po drodze, to dojdę do mostu na większej rzece. Tak się też stało, dotarłam tam już mocno zmęczona. Za to udało mi się schować namiot za sporą skałą, także nie wiało bardzo. Obejrzałam kaskady i nie bardzo wiedziałam czym się jeszcze zająć, kiedy od północy nadeszła czteroosobowa grupa wędrowców, którzy rozbijając obóz poniżej, gdzie rzeka była już rozlana, zapewnili mi rozrywkę.


6 dzień, 4 sierpnia, niedziela

Nocą gęste chmury zaserwowały kolejną porcję rzęsistego deszczu, który wcale nie miał zamiaru przestać padać. Prognozy nie wróżyły trwałej poprawy, a dolina sprawiała wrażenie wilgotnej. Nie mając nic do roboty, w oczekiwaniu aż deszcz ustanie, postanowiłam założyć overbooty. Czynność ta zajęła mi pół godziny, ale zakończyła się sukcesem. Moją radość potęgowało wyzierające spomiędzy chmur słońce. Zwinęłam szybko obóz i bez przystanków przeszłam do Staloluokty.



 
Można tu było nabyć wędzoną rybę z jeziora, której nazwy nie potrafię powtórzyć, ale zapewniam, że jej różowe i pachnące dymem mięso było wyśmienite.




Wieś była dosyć zatłoczona jak na lapońskie standardy, więc nie ociągając się rozpoczęłam podejście na łagodne zbocze Badjelánnda. Nie ja jedna wybrałam sobie tą okolicę na nocleg, jednak upolowałam najlepsze miejsce w okolicy – skrawek płaszczyzny na małym wzniesieniu, chroniony od wiatru przez skały, powyżej niewielkiego jeziorka, z którego wypływał strumyk. Do tego wszystkiego wspaniały widok na Virihávvre, pasmo Sulitjelma i zachód słońca. Do późna podziwiałam te wspaniałości.



 

Przy okazji porównałam czy sprawdzona jeszcze w domu wartość deklinacji zgadza się z rzeczywistą – zgadzała się.


7 dzień, 5 sierpnia, poniedziałek

Kolejny dzień zapowiadał się słoneczny, ale niestety chmury zaczęły się kłębić. Zdążyłam jeszcze przystanąć i zbadać wzrokiem rozległą przestrzeń zajmowaną przez jezioro Vastenjávvre i kilka mniejszych.





Akurat kiedy zaczęłam zejście z Baddjelánndy zaczęło kropić, wrzuciłam kurtkę i pokrowiec na plecak, ale nie chciało mi się ściągać butów żeby założyć spodnie przeciwdeszczowe. Deszcz zaczął gęstnieć, więc potem tego żałowałam. Dotarłam do chatek i przycupnęłam pod dachem, pochłaniając snickersa. W końcu przestało padać, obejrzałam lapońskie zabudowania (otwarta kåta, ale nadgryziona zębem czasu) i czym prędzej pomaszerowałam dalej, chcąc się jak najszybciej rozgrzać. Rozgrzałam się faktycznie, a zanim dotarłam do Miellädno ubranie miałam już suche. Rozbiłam się w dole rzeki, a potem łaziłam po okolicy grzejąc się w słońcu, które wyszło zza chmur. Widać było deszcz w górach Sarku. Niedługo po mnie nadeszły jeszcze dwie grupy biwakowiczów, którzy rozłożyli swoje obozy w pobliżu mostu.




8 dzień, 6 sierpnia, wtorek

Szósty dzień marszu upłynął pod znakiem mega wiatru. Minimalny dystans nie miał być tego dnia duży, więc miałam zamiar spędzić trochę czasu na podziwianiu widoków, jednak deszcz za plecami i silne podmuchy nie zachęcały do odpoczynków. Mimo wszystko, wspierając się mocno kijami żeby nie zostać zdmuchniętą z przełęczy podziwiałam promienie słońca przeciskające się przez nawałnicę.


Wtem ukazała się biegnąca blondynka, którą posądziłam o bycie ultralighterką, jednak, jak się okazało, była to gospodyni najbliższej chatki, która wybrała się tylko pobiegać. Zejście odbywało się wzdłuż strumienia, po drodze napotkałam interesującą formę skalną, przy której już o tak wczesnej porze i w miejscu nieosłoniętym para młodzieży w jakże czystych dżinsach rozkładała namiot Quechua w formie latającego talerza.


Miałam już przed oczami dolinę Laddejahkka oraz następne podejście, na którym, na oko oceniwszy, nie widziałam dogodnych miejsc biwakowych, w związku z czym niechętnie rozbiłam się nad rzeką, z widokiem na chatkę. Wieczorem dokonałam bliższej inspekcji rzeki, z hukiem przeciskającej się między skałami.


9 dzień, 7 sierpnia, środa

W nocy deszcz stukał o tropik, o poranku nic się nie zmieniło. Zagrzebana w śpiworze zajmowałam się rozwiązywaniem sudoku aż do śniadanio-lunchu. Deszcz tymczasem zamienił się w niewyraźną mżawkę, aż wreszcie ustał, a wiatr obsuszył namiot, więc w końcu się zwinęłam, przeszłam przez most… i na tym na razie się skończyło, ponieważ nie mogłam sobie odmówić przyjęcia zaproszenia na herbatę od spotkanej wczoraj opiekunki chatki. Ciepłe wnętrze domku, gorąca imbirowa herbata i miłe towarzystwo sprawiło, że ponownie na szlaku zameldowałam się o 17, słownie siedemnastej… Ale energii życiowej mi przybyło, więc nie zważając na padający deszcz zaliczyłam podejście, nasiąknięte torfowiska i kilka strumyków. Kiedy szlak zaczął schodzić w dolinę, wyszłam z kłębów chmur zalegających szczyty. Otwarła się przede mną mglista panorama doliny Vuojatädno i jezior Vastenjávvre, Sállohávvre i Guvtjávvre.



Spotkałam idących z naprzeciwka sympatycznych zresztą, kolorowo odzianych osobników z gatunku fast&light, którzy orzekli iż ten fragment szlaku, który właśnie przeszli był bardzo nudny... No cóż... W rzeczywistości wcale taki nie był, a przy lepszej pogodzie byłby naprawdę wspaniały. Dziarskim krokiem poszłam dalej, gdyż robiło się późno. Obszar w pobliżu rzeki był już usiany namiotami, ale znalazł się też skrawek terenu pod mój namiot.

10 dzień, 8 sierpnia, czwartek

Na początek wykonałam rozpoznanie terenu malowniczego wokół trzech kolejnych mostów na Vuojatädno, który okazał się zbytnio zatłoczony jak na mój gust. Około południa na zachodnim nieboskłonie pojawiły się deszczowe chmury. Deptały mi po piętach, ale ostatecznie skręciły w inną dolinę i tylko trochę powiało i pokropiło, a ja w towarzystwie stadka reniferów wchodziłam na kolejne morenowe pagórki. Następnie teren się wypłaszczył, a szlak prowadził kładkami przez bagno.



 


Renifery były bardzo towarzyskie, ja również, bo spotkawszy poznanego poprzedniego dnia Holendra, nie miałam nic przeciwko jego towarzystwu. Przed nami piętrzył się już masyw Áhkká. Krótki pofalowany fragment szlaku wydał mi się bardzo urokliwy, a kiedy jeszcze zobaczyłam małe jeziorko w kotlinie i budzącą nadzieję wątłą strużkę, zdecydowałam się tam rozbić na noc. Kotlina, tak jak całe połacie tundry, była własnością reniferów, które przegalopowały tuż obok namiotu kiedy schroniłam się w nim przed mżawką. Późnym wieczorem błysnęło światło słońca, obiecując poprawę pogody. Wypełzłam z namiotu i w blaskach zachodu wdrapałam się na pagórek, a potem jeszcze penetrowałam porośnięte wełnianką torfowisko.


11 dzień, 9 sierpnia, piątek

Skróciwszy wyprawę miałam do dyspozycji dodatkowy dzień, który postanowiłam wykorzystać na zdobycie góry Sinjuvtjudis, obiecującej piękne widoki na góry Parku Narodowego Sarek. Pogoda była łaskawa – ledwie kilka chmurek na błękitnym niebie. Na skrawku ziemi pomiędzy rzekami Sjpietjavjahkka i Sinjuvtjudisjahkka, będącym punktem stycznym parków Padjelanta, Sarek i Stora Sjöfallet umieszczono tablice informacyjne, które uważnie przestudiowałam.

 

Jeszcze kawałek i z przyjemnością wstąpiłam w dziki, ale łatwy teren poza szlakiem. Po drodze z wielkim entuzjazmem zebrałam kilka okazów reniferzego poroża, które dumnie przytroczyłam do plecaka. Z nawigacją nie było problemów i po dwóch godzinach marszu pod górę, zdobyłam szczyt Sinjuvtjudis (979 m npm). Panorama ze szczytu okazała się zachwycająca.

 

Z uwagi na wicher biwak tutaj nie był najlepszym pomysłem, ale znalazłam przytulne miejsce za skalnym blokiem, narzuciłam sweter puchowy i siedziałam w słońcu półtorej godziny medytując nad urodą krajobrazu. Widać było doskonale Ruohtesvágge, masyw Gisuris, Niják i, w oddali, pokryty śniegiem Ruohtes. Następnym razem… Schodząc spędziłam chwilę nad uroczym jeziorkiem, wypełniającym kotlinkę pod szczytem.



Znalazłszy się spowrotem na szlaku wróciłam się kilometr, żeby rozbić się w brzozowym zagajniku nad szumiącą Sjpietjavjahkka.

12 dzień, 10 sierpnia, sobota

Pogodna noc była chłodna, jednak wkrótce zrobiło się cieplej. Białych obłoków przybywało, co wróżyło rychłą zmianę pogody. Dominującym elementem krajobrazu był imponujący masyw Áhkká. Po kolei zaczęły wyłaniać się przysłonięte wcześniej skalnymi ścianami poszczególnych wierzchołków lodowce, a spływające z nich strumienie wypełniały powietrze złowrogim łoskotem. W dolinie jednak było ciepło i przyjemnie, tak przyjemnie, że urządziłam sobie dłuższy postój, w miejscu do tego przeznaczonym (ławeczki, wc, kosze na śmieci), nad strumykiem, z widokiem na ponurą górę. Wkrótce dogonił mnie znajomy Holender, więc odbyła się jeszcze dłuższa pogawędka na temat wyższości windshirta nad windstopperem i odwrotnie oraz możliwości pozyskiwania energii elektrycznej w terenie. W końcu ruszyliśmy dalej, z jednej strony mając spienioną Vuojatädno, z drugiej Áhkká.




Rozstaliśmy się na moście, gdyż musiałam zrezygnować z rozbijania się na urwisku – skalne podłoże uniemożliwiło mi zakotwiczenie mojego tunelowego namiotu. Po dwóch kilometrach trafiłam na lepszą miejscówkę, nad mniej hałaśliwym ciekiem wodny, w którym jednak zauważyłam pianę. Nagle objawił się Norweg angielskiego pochodzenia, którego spotkałam już wcześniej, wrażliwy na promieniowanie, bezskutecznie poszukujący od tygodnia miejsca, w którym nie będzie zasięgu GSM ani baterii słonecznych. Uświadomił mnie, że piana to skutek urzędowania pewnego niemieckiego turysty w górze strumienia.

13 dzień, 11 sierpnia, niedziela

Zostały mi już do pokonania tylko 2 km szlaku. Łódź do Ritsem odpływała dopiero przed południem, więc nie musiałam się spieszyć. Ostatnie spojrzenia na lodowce Áhkká i już byłam w wiosce Änonjalme. Chciałam się wybrać do pani Irene, która zajmowała się wyrobem lapońskiego rękodzieła, lecz niestety akurat nie było jej w domu. Odczekałam kilkadziesiąt minut nad brzegiem sztucznego jeziora Áhkkájávvre i wsiadłam do łodzi, która okazała się być statkiem pasażerskim. Złożyłam plecak wraz z innymi i schroniłam się pod zadaszeniem. Ze statku widać już było padający deszcz, więc nie żałowałam zbytnio, że opuszczam szlak. Następne dni okazały się również deszczowe, więc wezbrane rzeki i tak uniemożliwiłyby poruszanie się w trudnym terenie.


 

W Ritsem przesiadłam się w autobus kursujący do Gällivare. Przezornie usiadłam z prawej strony, skąd już przez szybę oglądałam po kolei zaśnieżone grzbiety gór i zaporę. Chcąc dostać się do Jokkmokk wysiadłam w Porjus, gdzie sympatyczna młodzież lapońska poinformowała mnie, że w niedziele autobusy nie jeżdżą, wobec czego nie pozostało mi nic innego jak łapać okazję. Zatrzymał się niemiecki turysta, wracający właśnie ze szlaku, więc całą drogę do Jokkmokk przegadaliśmy o górach, szlakach itp. Miałam upatrzony nocleg w Skabram, 3 km od Jokkmokk, które miałam zamiar przebyć pieszo, ale jak tylko napomknęłam że kemping jest tani i fajny, to mój nowy znajomy również postanowił tam przenocować i miałam podwózkę do samego kempingu. Zażyłam ciepłej wody i kolacji, a wieczorem przeszłam się jeszcze krótkim szlakiem po lesie wokół cichego jeziora.

Następny dzień to już nie dzień wędrówki. Rano znów zostałam podwieziona, a cały dzień miałam wolny. Spędziłam go łażąc po miasteczku – obejrzałam kościół, posiedziałam nad miejskim jeziorkiem, skutecznie zwiedziłam stragany z lapońskim rękodziełem (można coś utargować) i miejscowy sklep sportowy. Polecam wszystkim Ájjte, muzeum kultury lapońskiej. Po 17 nadjechał autobus, który zawiózł mnie i grupę innych turystów pod stację kolejową w Murjek. Było już wcześniej wiadomo, że zamiast pociągu będzie autobus zastępczy. Miał być punktualnie, ale miał półtoragodzinne opóźnienie, z którym dojechał do Boden, gdzie wreszcie spoczęłam w pociągu. W Umeå się rozluźniło, więc ułożyłam się wygodnie do snu.

W Sztokholmie opóźnienie skurczyło się do bodajże 20 czy 40 minut. Toboły miałam niemałe, ale postanowiłam się nie łamać i najpierw obeszłam stare miasto, a potem skierowałam się ku Kungsgatan, gdzie mieszczą się dość dobrze zaopatrzone sklepy outdoorowe. W Alewalds – mimo że zapowiedziałam, iż nie mam zamiaru go kupować, sprzedawca z wielką przyjemnością rozłożył dla mnie namiot, w którym mogłam się rozgościć.
Pod wieczór wyruszyłam pociągiem podmiejskim ze Sztokholmu do Nynäshamn. W informacji turystycznej zgodzili się przechować moje toboły i z samym tylko plecakiem skierowałam się ku południowemu wschodowi, przemaszerowałam wzdłuż wybrzeża w rejon, gdzie można było się rozłożyć na noc. Znalazłam uroczy skalisty cypel, na którym skrył się zaciszny kącik pod sosnami, akurat mieszczący mój mały namiot. Nie było aż tak ustronnie jak myślałam – pojawili się dwaj wędkarze, ojciec z synkiem, ale upewnili się, że to bardzo spokojne miejsce i świetne na biwak. Rozbiłam się, a kolację zjadłam na skałach, patrząc na morze i słuchając szumu fal. To był jedyny wieczór podczas całej wyprawy kiedy przydała mi się czołówka.
Kolejny dzień rozpoczęłam od plażowania, ale kiedy na niebie zaczęły piętrzyć się burzowe chmury odmaszerowałam do Nynäshamn, skąd późnym popołudniem odpłynął prom do Gdańska, ze mną, moim plecakiem i moimi rogami na pokładzie. Kołysząc się na falach snułam już kolejne plany wypraw do Laponii.

Na koniec filmik do obejrzenia

http://youtu.be/MwmIuUnF0Po




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz