czwartek, 23 października 2014

Główny Szlak Świętokrzyski

Zacznę od tego, że Główny Szlak Świętokrzyski wydał mi się ciekawszy niż Beskidzki, jakiś taki nasycony atrakcjami, ładnie leśny – bukowo i jodłowo, podszyty paprociami. Na przejście tego szlaku umówiłam się z Yatzkiem na połowę sierpnia, byłam w dobrej formie tuż po powrocie z Alp, więc pozostało tylko naszykować prowiant i przepakować Exosa. Prowiant bardzo tradycyjny – jaja na twardo i kompot :-), do tego standardowy zestaw batonów, owsianek, owocowych herbat, zup, makaronów i pure.
 
Spotkaliśmy się w sobotę 16 sierpnia w Krakowie, skąd samochodem przetransportowaliśmy się do Kielc. Zaczęliśmy od uzupełnienia kalorii w MacDonald’s, potem porzuciliśmy wehikuł i wsiedliśmy do busa, który szczęśliwym trafem miał tablicę z listą miejscowości, wśród których znajdowały się Kuźniaki.


Bo właśnie z Kuźniaków mieliśmy zamiar wystartować, mimo że większość wędrowców idzie w odwrotną stronę i zaczyna w Gołoszycach, to my nie ulegliśmy temu trendowi. Ani ja ani Yatzek nie mamy zwyczaju wcześnie wstawać, dlatego wolimy iść na wschód – kiedy zakładamy plecaki słońce zazwyczaj jest już wysoko, a potem aż do późnego wieczora świeci nam w plecy.
Pierwszego dnia naszej węrówki słońca nie było zbyt wiele…Ulewa dorwała nas już w Kielcach, ale schowaliśmy się przed nią we wspomnianym busie. Następna burza była w Kuźniakach, ale na szczęście szybko odeszła, więc po odwiedzeniu lokalnego spożywczaka i uwiecznieniu starego pieca hutniczego, oficjalnie odmaszerowaliśmy.

 
Pierwszy fragment szlaku zrobił na mnie wrażenie – grzbiet Perzowej Góry porastał soczyście zielony las gęsto podszyty paprociami, co wszystko razem sprawiało wrażenie iście jurajskie, brakowało mi tylko leniwie przeżuwającego liście brontozaura. Równie ciekawe były pokryte mchem skały wokół Groty Rozalii. Sama grota, choć wilgotna, nadawała się na nocleg, ale oczywiście my poszliśmy dalej, bo było jeszcze wcześnie.


 
 
Pogubiliśmy się nieco u wyjścia z lasu, bo mapa nie pokazywała aktualnego stanu zadrzwienia, a znaki zniknęły. Dopiero ustalenie kierunków świata i konsultacja z GPSem pozwoliła nam wrócić na właściwą drogę. W następnym komplesie leśnym znów musieliśmy szukać szlaku - znaki owszem były, ale tylko dla tych, którzy idą w standardowym kierunku na zachód. Znaleźliśmy je z drugiej strony drzewa na strategicznym skręcie szlaku.




Za Sieniewską Górą dopadł nas opad deszczu, który przeczakaliśmy pod zadaszeniem jednego z domów. Kiedy na niebie ukazała się tęcza ruszyliśmy dalej, ale niedługo znowu zaczęło padać i tym razem nic już nas nie uratowało przed założeniem strojów przeciwdeszczowych. Na szczęście dalsza trasa wiodła asfaltem, więc przynajmniej udało się uniknąć nurkowania w błocie. Widać było w oddali zabudowania Kielc, skąpane w blasku zachodzącego słońca, które przezierało przez chmury.




 
W zapadającym zmroku rozglądaliśmy się za dogodnym miejscem noclegowym, ale ani konsultacje w sklepie spożywczym w Porzeczu, ani nasze delikatne zapytania tudzież zapuszczanie żurawia w przydrożne ruiny nic nie dały i ostatecznie wylądowaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym w Ciosowej, gdzie zapukaliśmy już po ciemku.
 
Nocleg należał do udanych, rano poleniuchowaliśmy jeszcze i po śniadaniu, w okolicach godziny 11, wróciliśmy na czerwony szlak. Spenetrowaliśmy odsłonięcia piaskowca tumlińskiego w dawnym kamieniołomie, potem pokonaliśmy kilka pomniejszych wzniesień, z których najciekawsza była góra Grodowa, gdyż na niej znajdował się rezerwat  Kamienne Kręgi - miejsce kultu dawnych mieszkańców tej ziemi z obecnie znajdującą się w nim kaplicą z XIXw.

 
W Tumlinie-Węglach zajrzeliśmy do kościoła o ładnym wystroju w stylu jakby wiejskiego baroku oraz do sklepiku spożywczego, w którym jednak wiele towaru nie było.
 
 
Przekroczyliśmy dalej linię kolejową, którą przemknął regionalny skład i pociągnęliśmy dalej przez długi fragment lasu. Pogoda była sprzyjająca, więc szło się przyjemnie. Zwalniały nas tylko pokłady błota. Chcieliśmy sobie zrobić przerwę w miejscu piknikowym, ale jako że była niedziela, było ono już zajęte przez biesiadującą grupę. Zapraszali nas żebyśmy dołączyli, ale odmówiliśmy, wiedząć, że przyjęcie zaproszenia skutkowałoby dłuższym posiedzeniem.
Z leśnych ostępów wynurzyliśmy się przy drodze asfaltowej, którą jakiś czas prowadził szlak, potem na chwilę wyszliśmy na światło dzienne na kładce nad drogą ekspresową, dobrze przystosowaną do tego, żeby mogły nią przechodzić zwierzęta. Niedługo potem ujrzeliśmy cywilizację i przeszliśmy przez szosę prowadzącą do Kielc. Było to jedno z takich miejsc, po których poznaje się, że kilometrów ubywa, a ja poczułam się tak jakbym przemierzając Appalachain Trail minęła właśnie Nowy York :-)
 
Wydostanie się z kieleckich przedmieść pociągało za sobą pokonanie bardzo błotnistego odcinka szlaku, po którym tu i ówdzie płynęła woda. Do niedawna ten fragment nie był w ogóle znakowany - na drzewach były świeżo wymalowane znaki, pozbawione jeszcze czerwonego paska.
 
Chciałam już trochę odspanąć i moje nogi domagały się odpoczynku, ale żadnego dogodnego miejsca nie było - w mokrym lesie nie było ani jednego pieńka. Dopiero na polanie przed Masłowem dało się spocząć. Pogoda zrobiła się piękna i na niebie obserwowaliśmy spadochrony.

 

W Masłowie udaliśmy się na lotnisko, gdzie Yatzek spodziewał się zastać znajomych spadochroniarzy. Tak też się stało, a w związku z tym że zostaliśmy dobrze przyjęci zostaliśmy na lotnisku na noc.

 

Następnego ranka udaliśmy się w kierunku Pasma Masłowieskiego, zaglądając po drodze do okazałego kościoła. Pasmo było skąpo porośnięte i pełne chaszczy, tylko widok z wieży widokowej na Klonówce i skała Diabelski Kamień były warte uwagi. Przez nieuwagę zaliczyliśmy małe błądzenie, ale ostatecznie bez większych problemów zeszliśmy do głównej drogi dość stromym jarem, przekraczając po drodze ogrodzenie zabezpieczające szlak przed wjazdem kładziarzy.




Nad Lubrzanką, w środku jej przełomu był most i wiata, pod którą spoczęliśmy na moment, by zaraz zacząć podejście na Radostową. Szlak był mocno zerodowany.



Na Radostowej była kolejna lekko ażurowa wiata, w której oczywiście zasiedliśmy, korzystając z uroków lata. Spędziliśmy tam wystarczająco dużo czasu żeby pojawili się także inni turyści. Puściliśmy ich przodem, ale wkrótce dogoniliśmy, bo w obliczu braku oznakowania nastąpiły konsultacje, wzajemne jak i z mapą. Wątpliwości były niepotrzebne, bo szlak szedł po prostu drogą. Dopiero za następnym wzniesieniem, kiedy droga się skończyła trzeba było znów skorzystać z GPS-u, który szybko wyprowadził nas na właściwą ścieżkę. Wiejskie widoki przed Krajnem Pierwszym zachęały do fotograficznych postojów.




We wsi znajdował się sklep, więc naturalnie zrobiliśmy małe zakupy, które spożyliśmy na ławce. Wzmagał się wiatr, zwiastujący kolejną zmianę pogody, ale tymczasem było jeszcze całkiem przyjemnie. Najedzeni, pomknęliśmy w kierunku Świętej Katarzyny, rzucając okiem na kapliczkę, a niedługo później klasztor.





Podejście na Łysicę było niezbyt długie, ale dość wymagające, zwłaszcza pod szczytem, gdzie zalegały głazy gołoborza. Zostawiliśmy w tyle kilka osób, inne dogoniliśmy, na szczycie spędziliśmy trochę czasu gawędząc i wysyłając smsy.






Zaraz za szczytem Łysicy szlak kompletnie opustoszał, przemierzaliśmy więc puszczę jodłową w osamotnieniu. Powoli mroczniało, było wilgotno i nadciągnęły chmury. W środku lasu była niewielka kapliczka z zadaszoną werandą, ale miejsca było za mało dla nas dwojga, było zresztą zbyt wcześnie.


Chcieliśmy zanocować gdzieś za Kakoninem w lesie, jednak Kakonin przywitał nas bogatą ofertą wiat przy nowej karczmie, a że okolica wydała nam się bezpieczna i opustoszała postanowiliśmy tam zostać. Pani ze sklepu upewniła nas o tym, że do rana nikt się w karczmie nie pojawi, więc byliśmy spokojni, jednak noc wcale spokojna nie była, gdyż tuż obok karczmy powstał obóz młodzieży startującej w jakimś nocnym rajdzie. Zrobili potworny hałas i rozgościli się w naszej wiacie. Na szczęście miałam ze sobą zatyczki do uszu i tylko odwróciłam się na drugi bok, schowana pod moskitierą. Yatzek miał legowisko na stole, ale także nie narzekał. Padało przelotnie i kilka razy zagrzmiało.


Rano pospiesznie zwinęliśmy manatki, akurat przed pojawieniem się właścicielek karczmy. Jakiś czas szlak wiódł asfaltem przez wieś, a my uwiecznialiśmy kwiaty porastające pobocze.




Dalej szliśmy granicą lasu i łąk aż do Huty Szklanej, gdzie wypatrzyliśmy obiekty skansenu i skromny bar, oferujący może niezbyt wyszukane dania, zawsze jednak atrakcyjne dla piechurów.




Niezbyt energicznie ruszyliśmy się z krzeseł mając w perspektywie nudne podejście asfaltem na Łysą Górę. Trzeba się było jednak pospieszyć, gdyż zaczynał kropić deszcz. Dorwał nas on dopiero na szczycie, tak że mogliśmy się przed nim schronić w Sanktuarium Świętego Krzyża. Obejrzeliśmy kaplicę, klasztor i muzeum misyjno-etnograficzne. Deszcz przerodził się w ulewę, więc daliśmy sobie jeszcze trochę czasu na konsumpcję ogólnojarzynowej zupy w stylu PRL.




W końcu założyliśmy jednak stroje przeciwdeszczowe i wychynęliśmy na zewnątrz. Obeszliśmy klasztorne zabudowania i stanęliśmy znów na czerwonym szlaku. Tabliczka informowała o tym jakoby szlak był płatny, nie było jednak informacji o tym w jaki sposób opłata miałaby być uiszczana, zatem zignorowaliśmy ją.




Zejście do Trzcianki było błotniste, ale mało uciążliwe, a ja jakaś zamyślona nawet nie zapamiętałam drogi, przez którą przeszliśmy. Najgorsze było jeszcze przed nami - między Trzcianką a Paprocicami szlak wiódł leśną drogą kompletnie zrujnowaną przez maszyny pracujące przy wycince drzew. Tak wielkich ilości błota jeszcze nie widziałam. Nieuważny krok wróżył zanurkowanie po pas w burej mazi, a brzegi zawalone były ściętymi gałęziami. Klucząc między nimi jakoś przeszliśmy, ale nastrojów nam to nie poprawiło.
 

 
W Paprocicach w jednym z gospodarstw poprosiłam o napełnienie Platfusa, gdyż przez najbliższe kilkanaście kilometrów nie było szans na dostęp do wody. Jeszcze tylko przejście przez strumień (suchą nogą po wrzuceniu kamieni) i znów byliśmy w lesie. Szlak urozmaicony był przez śmieci pozostałe po rajdzie rowerowym. Na ziemi walały się tak oznakowania jak i przeróżne opakowania po żelach energetycznych itp. Nie wiem jak można się tak zachować - okropność.
 
Deszcz chwilowo nie padał, więc na podejściu zdjęłam kurtkę, musiałam ją jednak spowrotem założyć, gdyż nadciągnęła potężna ulewa, która towarzyszyła nam przez dłuższy czas. Z nieba się lało, szlakiem płynęły strumienie, trochę ponarzekaliśmy, ale bardziej dla porządku niż z rzeczywistej potrzeby. Liczyliśmy na jakieś zadaszenie w okolicach Przełęczy Jeleniowskiej, ale niczego takiego nie było. Także o miejsce biwakowe było ciężko.

Dopiero na Szczytniaku było trochę zachęcająco wyglądającej trawy i nieco wolnej przestrzeni. Mogliśmy iść jeszcze z pół godziny, ale instynkt podpowiedział mi, że to jedyne nadające się na nocleg miejsce i po zachodzie słońca rozbiliśmy obóz. Yatzek rozbił namiot, a ja rozwiesiłam hamak. Deszcz właśnie przestał padać i była nadzieja, że do rana woda spłynie. Zjadłam kolację i zaparzyłam sobie gorącej herbaty w butelce, którą zabrałam do śpiwora.
 
Noc była wilgotna i bardzo zimna. W cienkim śpiworze, który testowałam bardzo zmarzłam, dopiero po wschodzie słońca zrobiło się cieplej. Pogoda się poprawiła, woda rzeczywiście spłynęła i nie trzeba już było grzęznąć w błocie. Kompletnie przemoczone buty po wykręceniu wkładek rano były już tylko ledwo wilgotne. Zdjęłam więc wodoodporne skarpety i bez problemu dosuszyłam je na nogach.



W dobrych nastrojach zajmowaliśmy się czynnościami obozowymi, nie spiesząc się specjalnie, gdyż kilometrów do pokonania zostało nam niewiele. Wędrowaliśmy żwawo Pasmem Jeleniowskim, w całości porośniętym pięknym liściastym lasem. Dla miłośników widoków to raczej nudny etap wędrówki, dla leśnych ludzi wprost przeciwnie.




Dopiero przed samymi Gołoszycami naszym oczom ukazały się rozległe przestrzenie uprawnych pól. Słońce przygrzewało, pogoda zachęcała do dalszej drogi, a tymczasem zbliżał się już punkt oznaczający koniec Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.





Ostatnie kroki na szlaku stawialiśmy na piaszczystej nawierzchni pięknej zabytkowej alei lipowej, na której końcu był głaz z tablicą pamiątkową.



Tak zakończyła się nasza wędrówka. Było nam żal opuszczać czerwony szlak, zwłaszcza, że można było iść jeszcze dalej - do centrum wsi Gołoszyce i jeszcze dalej na wschód, dokąd dalej prowadziły czerwone znaki, nie oznaczające już jednak Szlaku Świętokrzyskiego. Udaliśmy się na przystanek autobusowy w nadziei na pojawienie się jakiegoś środka lokomocji. Pomimo że droga była ruchliwa żaden samochód się nie zatrzymał, a i autobusy się nie pojawiały. Chyba dopiero po dwóch godzinach oczekiwania udało nam się zająć miejsce w busie, który przetransportował nas do Kielc. Tam jeszcze zjedliśmy po zasłużonym hamburgerze w zestawie, po czym wsiedliśmy w samochód i odjechaliśmy w kierunku Krakowa.


Na zakończenie relacji filmik:

http://youtu.be/plQG2tvXF3g

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz