Obudziłam się jako pierwsza spośród biwakujących nad odciętym od morza wydmami jeziorem. Słońce właśnie wychyliło się nad horyzont i świeciło prosto do wiaty. Mogłam więc podładować telefon panelem jedząc śniadanie. Starałam się zachowywać cicho i chyba się udało, bo nikt się nie obudził. Popisowo wyszłam o 7:45. Szlak biegł malowniczo nad brzegiem Jeziora Ferring. Kiedy ono się skończyło skręciłam na plażę. Morze cofnęło się wystarczająco żeby iść po piasku.
Potem wróciłam na szlak rowerowy, który ciągnął wzdłuż morza przez wydmy, mijając inne małe zbiorniki wodne. Niestety był wyasfaltowany. Tam wypadło 700 km.
W Thyborøn poszłam do sklepu, w którym było niestety bardzo drogo. Zresztą w ogóle ceny stale rosły tego lata. Najgorzej było z czekoladą, która osiągała horrendalne ceny z powodu jakichś problemów z uprawą kakaowców. Po wizycie w sklepie udałam się od razu na przystań promową, ponieważ czekała mnie przeprawa pomiędzy dwoma mierzejami. Prom pływał bodajże co godzinę i udało mi się idealnie podbiec na ten o 15. Rejs trwał tylko kwadrans. Na pokładzie było wielu rowerzystów, ale tylko ja byłam pieszo.
Zaraz za wyjazdem z promu był mały budynek edukacyjny z ekspozycją o ptakach wybrzeża. Były tam gniazdka, więc postanowiłam się podpiąć i tam w zacisznym miejscu zjeść lunch. Kupiłam sałatkę z brokułów, bo brakowało mi warzyw. Była udekorowana modną teraz w Skandynawii marynowaną czerwoną cebulą. Na zewnątrz strasznie wiało. Zachodnie wybrzeże Danii znane jest tego, że jest ekstremalnie wietrzne. Najbardziej przeszkadzało to w filmowaniu, bo szum zagłuszał wszystko.
Najedzona ruszyłam z kopyta. Czekał mnie jeszcze kawał drogi, ale jednocześnie zaczynał się bardzo piękny odcinek trasy. Dotąd nie mogłam się nadziwić czemu na wydmach i wrzosowiskach nie ma obszarów chronionych, ale teraz wreszcie był: Park Narodowy Thy. Szlak pieszy odłączył się od rowerowego i nie był to tylko Nordsøstien (Szlak Morza Północnego, biegnący w założeniu przez wiele krajów szlak długodystansowy), ale też Vestkyststien, dość znany szlak duński, który od dawna chciałam przejść sam w sobie. Rzeczywiście okazał się najciekawszy ze wszystkich, którymi szłam w Danii, głównie ze względu na unikalny wydmowy krajobraz. Byłam na szlaku sama, wiatr hulał, od czasu do czasu był widok na morze, jak i pasące się na łąkach zwierzęta.
Już po zachodzie słońca dotarłam do latarni morskiej Lodbjerg Fyr. Było tam miejsce biwakowe z dwoma wiatami, z których jedna podlegała rezerwacjom, a druga nie. Było już rozbitych kilka namiotów, więc nadzieje były marne, ale uzbroiłam się w uśmiech i podeszłam się przywitać z ludźmi, którzy siedzieli pod jedną z wiat. Nie zasłonili wejścia jak dziewczyny w drugiej wiacie i wyglądali sympatycznie. Mieszkali niedaleko, chyba byli parą od niedawna, bo to miała być romantyczna wycieczka. Ale sami zapytali czy chciałabym przenocować pod dachem. Podziękowałam, wspominając że nie wszyscy są tacy mili. W ramach odwdzięczenia się poleciłam im miejscówki nad Nissum Fjord, gdzie jest mniejsze zainteresowanie i mają szanse być sami na biwaku.
Na szczęście obudziliśmy się w tym samym momencie, więc nikomu nie przeszkadzały poranne hałasy. Do łazienki przy latarni trzeba było trochę podejść, ale była to łazienka z prawdziwego zdarzenia. I okazało się, że jest tam też otwarty budynek, coś jakby dom latarnika. W środku był strych i ktoś tam nocował. A więc można było - trochę szkoda, choć pod wiatą też było fajnie. Pogadałam trochę z Perem, który miał identyczny sweter jak moja koleżanka i jemu także zrobiła go na drutach mama. Świat jest pełen dziwnych zbiegów okoliczności.
Na Vestkyststien spotkałam kilka osób z plecakami. Nadeszli niemal w tym samym momencie, pewnie nocowali w tym samym miejscu. Nie byli zbyt rozmowni i nie reprezentowali bynajmniej stylu fast &light. Szlak tym razem był dalej od morza, wśród wrzosowisk.
W tej okolicy nie było żadnych starych osad, chyba ze względu na wymagające warunki klimatyczne. Wichry gnające piaski od morza i praktycznie brak gleby sprawiały, że nie miało tu szans rolnictwo, pewnie był też kłopot z wodą. Osady rozwinęły się dopiero kiedy modne stało się spędzanie lata nad morzem. Po drodze był dawny budynek straży pożarnej, w którym za 30 DKK można było nocować. W Stenbjergu kościół z XIX wieku z łazienką. Dopiero Nørre Vorupør było większą miejscowością ze sklepem. Idąc widziałam odpoczywających wędrowców. Chyba zakończyli już dzień.
Mnie czekała jeszcze spora porcja łąk i pastwisk. Szłam między krowami, starając się którejś nie zirytować. Dały mi w kość przewyższenia na wydmach, szczególnie że z ostatniej plażowej toalety musiałam nieść wodę na biwak.
Biwak jednak był znakomity, jeszcze mało znany, nowo zbudowany w lesie. Miał aż cztery wiaty, z których dwie były zajęte przez podróżujące wspólnie na rowerach niemieckie rodziny. Hałas ustał po zmroku, jeszcze dopalało się ognisko. Noc była chłodna i dzieciaki marzły, bo z jakiegoś powodu nie miały ciepłych ubrań, nawet czapek i getrów.
Rano padał drobny deszcz, więc ociągałam się ze śniadaniem. Poddałam inspekcji swoje zużyte buty... Bolały mnie już w nich stopy, tak były zdeptane. Ale poza tym i zużyciem bieżnika nie było po nich widać 2000 km które już przeszły.
Pogoda pozostała szara, niebo ponure i wilgoć w powietrzu. Zeszłam na plażę przebijając się pomiędzy bunkrami z II wojny światowej. Myślałam, że te wszystkie bunkry i stanowiska obronne zbudowali Duńczycy, ale tak nie było - były one częścią niemieckiego Wału Atlantyckiego.
Bardzo długo szłam wietrzną plażą, robiąc przerwę za ścianą toalety żeby nie wiało. Potem nagle trzeba było wspiąć się na wzniesienie, które wydawało mi się terasą rzeczną. Jednak było to morenowe wzniesienie, podcięte przez morze w czasach kiedy poziom morza był wyższy. Wzniesienie stanowiło naturalny punkt obronny i zostało to wykorzystane. Całe było wydrążone i zaopatrzone w schrony, nawet tej wielkości, że wjeżdżał do nich pociąg. W pobliżu było muzeum militarne i nawet rozważałam zwiedzenie, ale nie było szans, bo jak tam doszłam to właśnie zamknęli. Ledwo nabrałam wody - był na szczęście kran na zewnątrz dla psów.
Wieczorem na szlaku panował już spokój. Minęło mnie tylko kilku rowerzystów, w tym tacy, którzy jechali na ten sam biwak. Był on oddalony od szlaku z kilometr. Widziałam samochody błądzące po gruntowych drogach, szukające darmowego miejsca noclegowego. Na szczęście żaden nie przyjechał na biwak, ale wiata była zajęta przez grupę młodzieży. Szczęśliwie była też wiata grillowa, pod którą rozłożyłam się na stole. Rowerzyści byli z Niemiec i byli niesamowicie mili. Chłopak i dziewczyna byli tak niesamowicie dla siebie uprzejmi, jak się niemal w ogóle nie widuje. Rozpalili ognisko i zrobili sobie wegańskie hamburgery. Moje pulpety też były wegańskie, ale przez pomyłkę.
Impreza pod wiatą trwała do późnych godzin nocnych, na szczęście zatyczki do uszu odcięły mnie od głośnej muzyki. Rano nadal było szaro, ale po południu miało się rozpogodzić. Skierowałam się na plażę, która była jedną z najbardziej pustych plaż na jakich byłam. Całymi godzinami żywego ducha, nie jeździły tam też auta. Minęłam się z jednym wędrowcem, ale tylko powiedzieliśmy sobie "cześć".
800 km!
Na horyzoncie pojawiło się kolejne wybitne wzniesienie. Ono też nosiło w sobie kompleks podziemnych bunkrów Würzburger Riese. Ale największą atrakcją był po prostu widok ze szczytu Bulbjerg (38 m n.p.m.). Grafika w trotuarze wskazywała Norwegię i Kristiansand, gdzie swego czasu pozyskałam klucz do chatek DNT przed rozpoczęciem przejścia Norwegii.
Za tą wybitną atrakcją szlak nie cieszył się zbytnim powodzeniem, biegł wąską ścieżką przez ostre trawy. Od czasu do czasu wyrastał z tych traw krzew rokitnika, oblepiony pomarańczowymi owocami.
Wieczorem skręciłam ku terenom leśnym (jakby). Przecięłam jakieś pastwiska i asfalt, okrążyłam kamieniołom i znalazłam się w mającym morze powierzchnię kilometra kwadratowego bukowym lesie. Zastanawiałam się czy to będzie popularne miejsce czy też nie, ale odległość od asfaltu dawała nadzieję. Bardzo nie chciałam zapeszyć, ale rzeczywiście pod wiatą nikogo nie było, choć na piasku były ślady motocykla. To było śliczne miejsce, chyba najładniejsze na mojej trasie, bo obecność sosen poniżej wydmy, na której stała wiata, przypominała mi Finlandię. A Finlandia to po prostu symbol dobrego życia wiatowego.
Rano znów słońce zajrzało pod wiatę, chyba tak to było pomyślane. Rozłożyłam panel i śniadanie, w tej kolejności, i rozkoszowałam się chrupaniem ogórków. Na kanapkę położyłam coś, czego nie mogłam zrozumieć, czyli galaretowatą jajecznicę. Później dopiero zrozumiałam, że słowo na pudełku oznacza jajecznicę.
Zeszłam z pagórka na asfalt. Był przy nim kran z wodą, niepotrzebnie niosłam zapas, ale nie wiedziałam. Poranek był ciepły i słoneczny, owady uganiały się wśród późnoletnich kwiatów. Lato w Europie, tego mi było potrzeba. Ci z Was, którzy mieszkają w Polsce może nie zwracają uwagi na te wszystkie cuda, ale podczas wędrówki przez Danię zdałam sobie sprawę z tego jak tęskniłam za naszymi zwykłymi kwiatami, przydrożnymi drzewami owocowymi (to już nie w Polsce) i zapachem dojrzałego zboża. Dania to taka Europa w starym stylu, gdzie zachowano wszystko to, co dobre. Takie miałam odczucie.
Byłam w całkiem dobrym humorze, kiedy dotarłam do Fjerritslev. Nadłożyłam kawałek żeby przejść się po mieście i zrobić zakupy. Kontynuowałam zwiedzanie sklepów odzieżowych w nadziei, że znajdę jakiś fajny kostium kąpielowy, ale nadal się nie udawało. Jak było coś ładnego, to nie w moim rozmiarze. Ale przynajmniej robiłam coś zwykłego i letniego. Postanowiłam dopełnić zwyczaju i zjeść lody. Dzień był wyjątkowo gorący, 27 stopni, myślałam o kąpieli, ale do morza był jeszcze kawałek. Lody w takim wypadku brzmiały idealnie. Znalazłam najciekawszą wersję smakową, z rabarbarem, i kupiłam wielkie pudełko zawierające 800 g lodów. Kalorii tam było mnóstwo, pewnie ze 2000. A to nie był cały mój posiłek, bo doszła jeszcze kanapka w promocji. Lody były bardzo śmietankowe, a śmietanka duńska rzecz jasna to rzecz rewelacyjna, ale tego rabarbaru trochę pożałowali.
Z pełnym brzuchem chciałam już być w cieniu... Na jakiś czas się udało, w lesie były nawet spore drzewa. Nie pomyślałam o takiej możliwości i z pewnym zaskoczeniem podążyłam znów Hærvejen. W tym miejscu szlak zbliżał się do zachodniego wybrzeża, żeby się niebawem skończyć na wschodnim. Muszę go kiedyś przejść w całości.
Ze spaceru po lesie nici - szlak podążył na wzniesienie porośnięte karłowatą roślinnością. Po drodze był kurhan z widocznym wejściem do korytarzowego grobu i na sąsiednim wzgórzu widać było kolejny taki. Widok był piękny, ale pot spływał po plecach. Spotkałam mężczyznę idącego z naprzeciwka, wymieniliśmy kilka uwag na temat panującej temperatury.
Zbliżywszy się do plaży zostawiłam Hærvejen, która pozostała na klifie i zeszłam na plażę. Cóż to była za plaża! Fale nanosiły wały piasku, tak że tworzyły się laguny, jakby naturalne baseniki ze spokojną wodą, bo impet uderzenia trafiał na pierwszy wał piasku. Długo się nie wahałam, wybrałam odpowiednie miejsce i szybko przebrałam w kostium (szukałam kostiumu, ale miałam też strój ze sobą, po prostu marzył mi się nowy). Woda była zaskakująco ciepła, przeprzyjemna. Nie było innych kąpiących się, sporadycznie ktoś przechodził plażą. Do pływania było za płytko, ale do siedzenia i dawania się oblewać falami idealnie. Po kąpieli ubrałam się, powiesiłam mokry kostium na plecaku i ruszyłam plażą. Nad samym morzem nie było tak gorąco, wiał wiaterek, który tym razem był całkiem spokojny. Na końcu plaży drogę przegradzał strumyk, który trzeba było obejść trafiając na mostek. Trochę kluczyłam bez sensu, ale ostatecznie znalazłam się w małym porcie Slettestrand. W toalecie była ciepła woda i stosunkowo mało ludzi, więc szybko umyłam włosy i suszyłam je potem na wietrze.
Mając do wyboru dwa warianty, dolinę i klif, wybrałam dolinę, ponieważ wieczór już był późny i idąc klifem musiałabym wędrować po ciemku z czołówką. Musiałam dotrzeć do wiaty dalej na klifie. Dobiłam tam drogą i ścieżką zaopatrzoną w kładki, wiodącą wilgotnym wąwozem Fosdal. Na końcu wypłaszczyło się i zobaczyłam kościół Lerup Kirke. Zaraz obok była toaleta, a ze sto metrów dalej wiata schowana w lesie, już znowu na Hærvejen. Wewnątrz było dwoje wędrowców, wymęczona para ze stopami zaklejonymi plastrami. Skoro to wędrowcy to miałam nadzieję, że będą normalni i spytałam o miejsce pod wiatą. Przesunęli swoje rzeczy i patrzyli zaciekawieni jak się rozkładam i co gotuję. Na kolację była zupa pomidorowa z makaronem i klopsiki.