Jadąc na festiwal Bengsjöstämman wcale nie przewidywałam pozostania w Szwecji dłużej, myślałam że posiedzę chwilę i pojadę od razu do Danii celem przejścia wzdłuż (a raczej zygzakiem) tego kraju, ale jak już postawiłam stopę na szwedzkiej ziemi pojawiła się w mojej głowie myśl o przejściu jakiegoś, choćby krótkiego i na południu, szlaku. I tak musiałam pojechać na południe, chcąc zostawić część bagażu, nie związanego z przejściem Danii (przede wszystkim strój ludowy, ale też liczne zakupy, poczynione po drodze). Zostawiałam go u kolegi Petera Bergströma, zasłużonego hikera, który ma m.in. na koncie Potrójną Koronę i Te Araroa. Peter mieszka w Malmö, a to bardzo korzystna lokalizacja - blisko i na pociąg kursujący pomiędzy Szwecją a Danią, jak i na prom z Ystad do Świnoujścia. Pomyślałam zatem o szlaku w pobliżu, szlaku który wręcz przebiega przez Malmö: Skåneleden SL5, Öresundleden. Ciekawie zapowiadała się perspektywa wędrówek po obu stronach cieśniny, będącej areną wielowiekowych konfliktów duńsko-szwedzkich. Öresundleden to stosunkowo nowy odcinek Skåneleden, który został poprowadzony zachodnim wybrzeżem Skanii, wzdłuż wybrzeży cieśniny Öresund. Z moich obliczeń wynika, że wariant, który przeszłam ma 235 km (istnieje też nieco krótszy).
Across the Wilderness
Blog Agnieszki "Zebry" Dziadek - podróże i szlaki długodystansowe w stylu ultralight
wtorek, 30 czerwca 2026
Szwecja: Skåneleden SL5 Öresundleden
Gościna u Petera była wspaniała, zrobiliśmy pranie, pogadaliśmy, obejrzeliśmy skarby Petera - ma on wielką kolekcję sprzętu, prawie taką jak ja :-). A następnego dnia Peter odwiózł mnie na początek szlaku, w miejsce gdzie Półwysep Falsterbo odcina od stałego lądu kanał. Miałam zamiar pokonać najpierw pętlę wokół półwyspu, a potem przejść resztę szlaku na północ.
Start nastąpił dość późno, bo rano dość mocno padał deszcz i chciałam go przeczekać. Pogoda nadal była pochmurna, ale słońce zaczęło przebijać się przez chmury. Szłam najpierw brzegiem kanału, a potem zeszłam na plażę, którą szlak długo biegł.
Za pierwszą plażą ciągnęły się wydmy i suche łąki, użytkowane jako pastwiska dla bydła, z rzadka porośnięte sosnami i roślinnością odporną na złą pogodę i zasolenie.
Potem była kolejna plaża. Nie była szeroka, ale szło się w miarę dobrze. Wiał wiatr i fale były spore. Rozlewały się na piasek, więc istniał twardszy trakt przy samej wodzie. W pewnym momencie drogę zagrodził płot, a obok stała tablica informująca o zakazie wstępu ze względu na ostoję fok. Dotyczył on plaży i malowniczych lagun, gdzie gnieździły się licznie ptaki. Ścieżka okrążała jeziorka, zatoczki i wysepki, a na końcu była wiata, z której można było prowadzić obserwacje. Spotkałam starszą parę z lornetkami.
Przeszłam niedaleko latarni morskiej, potem przez falujące trawy do portu, z którego odbiłam celem zrobienia zakupów w sklepie ICA w Skanör. Miejscowość zajmuje praktycznie całą centralną część półwyspu. Ma ładne stare centrum i jest wybitnie letniskowa. Sklep był doskonale zaopatrzony.
Wróciłam na wybrzeże inną ścieżką i do SL5 dołączyłam po chwili, spoglądając na zabytki.
Następny odcinek był rzadziej uczęszczany i zarośnięty. Przedzieranie się przez zarośla róż cukrowych, sadzonych dawniej w ramach umacniania wybrzeża było dość bolesne. Wysoki żywopłot odgradzał kemping naturystów.
Nie miałam mapy z zaznaczoną wodą, ale na szlaku były tablice które schematycznie pokazywały jego przebieg wraz z infrastrukturą. W ten sposób wiedziałam, że na wieczór nabiorę wody w toalecie w małym porcie. Zatoczka była bardzo zaciszna, wiatr ustał zupełnie i łódki delikatnie kołysały się na wodzie.
Nocleg planowałam pod wiatą, ale oczywiście nie byłam pewna czy będę tam sama. Co prawda pieszy szlak nie był uczęszczany, ale był lipiec i południową Szwecję licznie nawiedzali turyści samochodowi i rowerowi z krajów ościennych. W rzeczy samej na biwaczku spotkałam niemiecką rodzinę patchworkową, a potem dołączył Holender, który mimo oczywistego zakazu dojechał do wiaty ścieżką rowerową. Okazało się, że jechał na zlot rekonstruktorów paleolitu, a organizatorkę tego zlotu znałam z YouTube'a będąc zainteresowana tematem. A więc było dość ciekawie. Pod wiatą nikt oprócz mnie spać nie chciał ze względu na komary (nie upiorne, ale obecne). W pobliżu grillowała jeszcze ekipa lokalsów, którzy przyjechali rowerami i zrobili ognisko.
Z rana od razu lunęło rzęsiście. Wobec tego śniadanie jadłam niespiesznie, ale nie było nadziei na poprawę pogody w pierwszej części dnia. Byłam jednak przygotowana. Oprócz parasola miałam ze sobą nowy zestaw przeciwdeszczowy, kurtkę i spodnie Rab Phantom, kupione po drodze w Sztokholmie ze względu na degradację poprzedniego zestawu Montbella.
Szlak nie był porywająco ciekawy, wiódł wąskim pasem pomiędzy plażą, a główną drogą, w przy której stały rzeźby. Później kiedy droga odbiła w kierunku Vellinge znów się poprawiło.
Zrobiłam sobie przerwę w zagrodzie ze stołem piknikowym. Chatka była zamknięta, ale tymczasem przestało zupełnie padać. Czekał mnie odcinek przez pastwiska, na którym radośnie pasły się stada koni. Były dość zaciekawione, nie płoszyły się.
Którąś z farm położonych przy plaży szlak okrążał, mijając inne gospodarstwa. Widać było, że to kraina mlekiem i miodem płynąca - jak na Skandynawię. Jedyny w Szwecji obszar, gdzie są płaskie i żyzne pola, a do tego jest ciepło i nie ma wszędzie głazów.
Śliczny był odcinek do portu Klagshamn, z wieżą widokową, z której roztaczał się widok na objętą rezerwatem zatokę. W porcie nabrałam wody z kranu.
Po drugiej stronie cypla widać już było doskonale most nad Cieśniną Öresund. Miałam niedługo jechać po nim pociągiem i byłam tym faktem dość podekscytowana.
Do Malmö prowadziła ścieżka rowerowo-piesza po której grasowali licznie zamożni mieszkańcy nadmorskich willi. Przeważająca część była w średnim wieku, wyraźnie zdeterminowana żeby utrzymać dobrą formę. Z jakiegoś powodu panie nie nosiły koszulek, tylko sportowe topy. Obserwowałam tę modę wzdłuż całego szlaku. Przed zjazdem na most skręciłam w kierunku dawnego kamieniołomu wapiennych skał, przy którym mieszka Peter. Wyszedł po mnie pod blok i zgarnął na nocleg.
Rano kontynuowałam skrótem, nie wracałam dokładnie w to samo miejsce, tylko dobiłam do mariny. Uznałam, że przy takim szlaku i na na takim miejskim odcinku mogę sobie na to pozwolić. Było tam sporo starej zabudowy, a przed wieloma domami zasadzono starodawne malwy.
Szlak prowadził przez nadmorski park, gdzie były tereny rekreacyjne i kolejni biegacze. Aż do dawnego portu, gdzie zakłady zastąpiły nowe osiedla. Malmö się bardzo mocno rozbudowuje.
Kiedyś już byłam w tym mieście, ale bardzo dawno temu i nie bardzo pamiętałam centrum. Rynek otaczały zabytkowe kamienice, na pomniku stał koń i jeździec, który mógł maczać palce w Potopie Szwedzkim - na wszelki wypadek nie sprawdzałam który to.
Musiałam pójść do Naturkompaniet po gumowe końcówki do kijków, bo poprzedniego dnia zgubiłam jedną. Na szczęście były. Przeszłam się jeszcze po kilku sklepach, w tym księgarni i w moim plecaku pojawiły się książki, co wcale nie poprawiło sytuacji jeżeli chodzi o zmęczenie - na płaskim i raczej twardym szlaku dość bolały mnie nogi.
Natrafiłam na kościół, więc i tam wstąpiłam. W poprzedni weekend odbyła się Malmö Pride i miasto wciąż było pełne tęcz - kościół również, co było bardzo krzepiące i napełniło mnie wiarą w ludzkość.
Miło było wędrować dalej przez cieniste cmentarze, ale tutaj popełniłam błąd, bo można było wybrać wariant znacznie krótszy, tymczasem jakoś tak wyszło, że znalazłam się na tym, który robił wielki łuk, dodając mi kilometrów do przejścia.
Znalazłszy się wreszcie znów nad morzem nie mogłam się doczekać rozbicia namiotu. Jeszcze trzeba było kawałek podejść, ale pojawił się rezerwat i piękna ścieżka między drzewami. Akurat w tym rezerwacie wolno było rozbijać namioty i nie byłam jedyna. Sąsiadowałam z rowerzystami, ale z daleka. Był to wybitnie piękny nocleg, z późno zachodzącym słońcem i pluskaniem fal.
Miałam dzięki Peterowi dużo gazu, nie żałowałam więc sobie ciepłej kawy. Jedzenie było moje ulubione - dobre chrupkie pieczywo, dojrzały ser i do tego warzywo - w Korei przywykłam jeść na śniadanie ogórki. Tutaj z sosem mango.
Postanowiłam wkleić pianki podologiczne do butów, dołożyłam też żelowe wkładki, kupione na PNT. Miałam te same Altry Lone Peak 8, które przeszły już 1100 km przez Koreę, więc był najwyższy czas.
Szlak był tego dnia mieszany, trochę ścieżek nadmorskich, trochę rowerowych, trochę asfaltu przez miejscowości. Zawsze jakiś port i żaglówki. Całkiem idyllicznie i bardzo letnio, nie wyłączając letniej burzy, która przyniosła krótkotrwałą ulewę.
Po południu szlak zdziczał i wiódł pastwiskami, na których chwilami w ogóle nie było żadnej ścieżki. Był za to cudownie pachnący rumianek, rzadkość już ze względu na intensywne rolnictwo. Tylko taki dziki rumianek jest naprawdę leczniczy. Zawsze działa na mój żołądek. Między pastwiskami były ogrodzenia, które trzeba było przechodzić po niewygodnych schodkach. Nie znoszę ich od czasów Nowej Zelandii, gdzie były ich setki.
Nieświadomie minęłam elektrownię atomową, sporą atrakcję na szlaku. Liczyłam na nocleg pod bardzo ciekawą kopulastą wiatą, ale bawiły się tam dzieci i postanowiłam pójść do następnej.
Do wiaty dotarłam po pokonaniu asfaltu i kawałka prywatnego lasu. Było późno, kąsały komary, a w wiacie były dwie blondynki. Obok też ktoś biwakował. Miejsce na szczęście było, więc rozwiesiłam swoją moskitierę. Nie chciałam krępować blondynek, więc udawałam że nie znam szwedzkiego i nie rozumiem co mówią, a gadały o jakichś śmiesznych zakupach, których właśnie dokonały. Rano pożyczyłam im kuchenkę, bo zapomniały gazu.
Przy wiacie nie było wody i całkiem się z niej wyzerowałam, na szczęście przy pobliskim zalewie była toaleta z kranem. Dzień był gorący i z ulgą zanurzyłam się w las. W Skanii lasu jest bardzo mało, więc był to rarytas. W lesie była jeszcze jedna wiata.
W porze lunchu trafiłam na małą ICĘ, przy której zjadłam porządny lunch. Potem pociągnęłam w kierunku Landskrony. Nie wiedziałam, że przy samym szlaku będzie tam wielki sklep Willy's. No cóż.
Miasto było ładne i zabytkowe, trochę senne. Nie bardzo było widać ludzi, ale ktoś mnie zaczepił i pytał gdzie idę - mężczyzna w niebieskiej koszuli stwierdził, że wyglądam jakbym robiła coś poważnego. Nie robiłam niestety nic poważnego... Musiała to być kwestia mojej prezencji :-)
Największą chyba atrakcją Landskrony jest okazały fort w kształcie gwiazdy, otoczony fosą. Szlak biegnie przez środek. Podobał mi się też pomnik Selmy Lagerlöf, pisarki i feministki. W 1909 otrzymała ona jako pierwsza kobieta Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.
Wyżwirowaną ścieżką kontynuowałam wzdłuż wybrzeża całymi kilometrami, mijając kolejne okazałe wille. Niektóre nosiły ślady nowoczesności, niektóre były całkiem nowe, ale większość stara.
Przy pierwszej wiacie byłam zbyt wcześnie. Była tam już para duńskich rowerzystów. Trochę żałowałam, bo miejsce było urokliwe, prawdziwa enklawa wśród letniskowych osad. Zaraz za wiatą rozciągało się pole golfowe. Dalej jednak był bardzo malowniczy odcinek, na którym szlak biegł szczytem klifu. Wspaniałe widoki tego typu najlepiej wyglądają wieczorami, kiedy słońce jest nisko. Robi się wtedy cudnie złociście.
Kurhan z epoki brązu.
Przed zachodem słońca dotarłam na plażę, przy której była zarówno toaleta, jak i niedaleko wyznaczone miejsce biwakowe. Ale nie było wiaty. Okazało się, że spłonęła. I to nie przypadkiem, ale na skutek drugiego już z kolei podpalenia i gmina powiedziała, że trzeciej budować nie będzie. Na biwaku stało już kilka namiotów, słychać było język rosyjski (w Szwecji jest też wielu ukraińskich uchodźców). Ledwo znalazłam miejsce, ale mój namiot nie jest duży, więc wcisnęłam się koło ławki.
Pogoda dopisywała, ale był deszcz w prognozie. Kondensacja się nie zdarzała, noce były ciepłe. Długo spałam, rano jeszcze czytałam i chyba tego dnia zaliczyłam najpóźniejszy start.
Tego dnia czekał mnie marsz przez Helsingborg, a to duże miasto. Na początku czekały wspaniałe stanowiska archeologiczne - cały kompleks kurhanów z epoki brązu (była to złota era w historii Skandynawii, po której pozostały wręcz niesamowite zabytki).
Potem był park uzdrowiskowy i źródła, z których dawniej korzystali kuracjusze, ale obecnie coś ledwo z nich ciekło. Pewnie dlatego, że woda jest ujęta w rury. W Helsingborgu butelkuje się wodę mineralną Ramlösa, którą można kupić w każdym sklepie w kraju.
Zaczęło niestety padać. Z ulgą schroniłam się w sklepie i długo wybierałam towary. Nielekkie. Potem natknęłam się też na polski sklep, z racji występowania dużej ilości polskich obywateli.
Po zamku obronnym pozostała wieża. Stare miasto było bardzo ładne, byłam tam pierwszy raz. Na końcu miasta znajdował się pałac, którego ogrody przechodziły w las. Tam to dopiero lunęło...
Pierwszy znak E6 na trasie. Dużą część szwedzkiego odcinka pokonałam podczas przejścia Szwecji w 2020.
Ścieżka stopniowo obniżała się, ostatecznie sprowadzając na krótką plażę. Potem należało iść kolejnymi ulicami bogatych willi. Nie byłam pewna czy należało mijać domy i ich mieszkańców udając że nas tam nie ma, tak żeby nie naruszać kryształowego spokoju czy też w ramach starych dobrych obyczajów i zgodnie z zasadą równości można się swobodnie witać. Lubiłam nawiązywać kontakt wzrokowy i posyłać uśmiech i skinięcie głową. Jeśli w odpowiedzi dostawałam uśmiech promienny to dodawałam "hej". Lubiłam kiedy wieczory były pochmurne i przez to trochę ciemniejsze, wtedy było można zaglądać do oświetlonych frontowych pokoi, gdzie wnętrza były zaaranżowane jak we wnętrzarskim czasopiśmie. Zapewne życie odbywało się w pozostałych pokojach, bo w takiej przestrzeni muzealnej nie sposób normalnie funkcjonować. Miało nie być wielkiej ostentacji, ale rzecz jasna było widać, że nie są to domy zwykłych ludzi zarabiających średnią krajową. Ale wcale nie czułam się tam biednym intruzem. Czułam się jeszcze bogatsza, bo cały mój niezbędny ekwipunek, a nawet nieco zbędnego luksusu, bo miałam ze sobą literaturę, niosłam ze sobą, a przede mną był cały świat. Całe wybrzeże rozciągało się przede mną i nie ograniczała mnie żadna przestrzeń ulicy, żywopłotu, ścian pokazowego pokoju. Nic mnie nie zobowiązywało do popijania wina jakiegoś określonego rodzaju, nakładania białej koszuli. Wieczorem miałam tylko się rozciągnąć na trawie, w miejscu w którym mi się spodoba. Myślałam, że po tysiąckroć wolę trawę. Ale było tam bardzo miło.
Trawa była również w dobrym gatunku. I las. Mocno powykręcane przez wichury gałęzie dębów.
Niestety biwak mnie rozczarował. Tu była darmowa oaza, z której korzystali biedniejsi obywatele. Głównie imigranci z różnych krajów i turyści z własnym noclegiem. Niestety nie było tam przyjemnie. Bliżej morza ryczała muzyka, psy biegały luzem. Jedną wiatę ogrodzili Ukraińcy, w drugiej jacyś gamonie znowu rozłożyły namioty. I tak nie dostałabym miejsca, bo biwak miał duże obłożenie, ale wkurzające było, że zajęte było więcej przestrzeni niż potrzeba.
Osiadłam w namiocie i zajęłam rzeczami przyjemniejszymi. Znów pokrapywał deszcz i padało jeszcze w nocy. Na kolację zupa z fasolką, na śniadanie rozbudowany zestaw z wątrobianką w roli głównej i jabłko na deser. Niestety import z RPA.
Po przejściu frontu było nadal pochmurno, ale nie duszno, raczej świeżo. Szlak był ładnie poprowadzony trawiastym brzegiem morza. Pasły się owce. Próbowano okiełznać róże i je powycinać, bo stały się inwazyjnymi roślinami, nie pozwalającymi rosnąć rodzimym gatunkom. Na zmianę były łąki i wioseczki z portami.
Kamienny krąg nie był chyba gocki, ale wczesnośredniowieczny.
W oddali ukazał się prawdziwy kurort, który przywodził na myśl Międzyzdroje i setki innych takich miejscowości, kwitnących także na południowym wybrzeżu Bałtyku na przełomie XIX i XX wieku. Nosił nazwę Mölle. Musiał być bardzo zabawowy w dawnych czasach. Do dziś istnieje założona wówczas plaża nudystek (tylko dla kobiet). Miałam zamiar wskoczyć do wody, ale okazało się, że obok jest darmowy basen z nieco cieplejszą wodą i bez śliskich skał, więc wskoczyłam do basenu.
Orzeźwiona ruszyłam na skalisty odcinek. Tutaj kończyły się piachy, a zaczynały granity, pierwsze licząc od południa granity w Skandynawii, chyba że są inne od strony Bałtyku - tego nie wiem. Były i klamry, i liny, i schody, ale nie można powiedzieć żeby to było jakieś trudne. Widok w każdym razie bardzo imponujący. Szkoda, że niebo pochmurne.
Długo gramoliłam się pod górę ścieżkami, plecak zdecydowanie był za ciężki. Dotarłam do latarni morskiej, czynnej. Należało tam nabrać wody, ale nie nabrałam i żałowałam potem. Pobliska wiata okazała się strasznym miejscem, używanym raczej jako toaleta publiczna przez hordy biwakowiczów na darmowym polu. Tam był hałas i zgiełk taki, że zaraz uciekłam. Niedaleko miała być kolejna wiata, niestety też przy parkingu. Szlak nadmorski wiódł bukowym lasem. Tabliczka wskazała wiatę, nawet były dwie. Ale i tutaj obyczaje były fatalne. W pierwszej wiacie był samotny chłopak, było jeszcze miejsca na trzy osoby, ale zatarasował wejście krzesłem i powiedział, że czeka na kolegę i z miejscem dla mnie będzie problem (skłamał, żaden kolega się nie pojawił). Poszłam do drugiej wiaty o klasycznym kształcie, a tam rozbity wielki namiot. No kurde... Jeszcze dwie Niemki biwakowały w aucie. Powiedziały, że namiot należy do pary, która poszła nad morze. Tego już było zbyt wiele. Postanowiłam nie odpuszczać noclegu pod wiatą, bo to skandal żeby dla jedynej osoby, która dotarła tam o własnych siłach nie było miejsca. Powoli się rozłożyłam w kącie, czekając aż namiotowicze wrócą. Kiedy wrócili trochę się przestraszyli, ale im grzecznie wyjaśniłam, że mam zamiar spać pod wiatą i pozwoliłam sobie powiesić moskitierę zanim się zrobi ciemno. Po jakimś czasie zrozumieli, że powinni trochę chociaż przesunąć namiot. Byli to Holendrzy. Ona nawet rozważała wyniesienie namiotu na właściwe dla niego miejsce, czyli na ziemię, ale nie gnębiłam ich aż tak, a innych chętnych na wiatę nie było. Zakumplowaliśmy się wkrótce i rano zjedliśmy razem śniadanie. Holendrzy byli po prostu nieświadomi odnośnie kultury biwakowej. Było tam WC i nawet kran, ale był napis że woda nie jest pitna. Piłam i była całkiem pitna.
W nadmorskich klifach było kilka jaskiń, do których można było dojść. Jedne miały łatwiejszy dostęp, inne trudniejszy. Akurat prawie naprzeciw biwaku były dwie, więc tam się udałam. Pierwsza jaskinia była w sąsiedniej zatoczce, najpierw trzeba było wejść po drabinie na cypel, a potem krótko zejść i było się na miejscu. Zagłębienie było płytkie, ale widać było silę fal, która wymyła strop. Do drugiej jaskini szło się po skałach, zalewanych przypływem.
Spokojne alejki zagłębiały się w las. Nawet nie było ludzi, ale tylko do pewnego momentu. Była niedziela i nagle pojawiły się tłumy. Kolejną wiatę okupywał namiot, na dawnym polu biwakowym stało znowu kilka pomimo zakazu (najbliższe parkingów zamknięto ze względu na zbyt wielkie zainteresowanie). Sodoma i Gomora.
Musiało to być jakieś rozreklamowane miejsce, bo jak tylko je opuściłam zrobiło się luźniej. Szlak był bardzo ładny, ścieżkowy, zwiedzał wybrzeże na którym pasły się owce i wypoczywały pod drzewami. Nie zabrakło kurhanu.
Po południu trafiłam na świetne miejsce do pływania. Nie sposób nazwać go plażą, bo skały się urywały i było od razu głęboko, ale był betonowy falochron i drabinka na końcu, ułatwiająca wejście do wody. Odczekałam chwilę i byłam sama wchodząc do wody. Nie zdjęłam okularów, więc nie odpływałam od barierki. Fale były duże i zaraz by mi je zmyły. Ale nie lubię się kąpać nic nie widząc, lubię patrzeć na morze. Zaraz potem przyszła starsza para, mężczyzna się nie odważył, ale kobieta wskoczyła szybko i bardzo stylowo pływała. Pytali czy nie będzie mi przeszkadzało towarzystwo. Kobieta mówiła że tu wchodzą tylko ci co umieją pływać. Ja umiem, ale okulary... Trzymałam się barierki i dałam unosić falom. Potem przyszło jeszcze więcej ludzi.
W Jonstorp był ostatni sklep na szlaku, w którym zakupiłam coś na kolację, w tym śledzie w słoiku, których znów mi się strasznie zachciało. Wody nabrałam na cmentarzu przy kościele, po długich poszukiwaniach.
Wieczorny odcinek szlaku wiódł przez łąki, a wędrówkę zakończyłam na biwaku z fenomenalną wiatą, przerobioną ze stodoły. Praktycznie była to chatka, tyle że miała otwartą część pod dachem, ale w środku były piętrowe prycze. Rozwiesiłam moskitierę i spałam w środku jako jedyna. Na biwaku było kilka namiotów, rozmawiano w nich po niemiecku, francusku i hiszpańsku.
Do końca pozostało mi niewiele. Jeszcze kilka plaż i trochę łąk. Chciałam się jeszcze raz wykąpać, ale powstrzymało mnie błotniste dno. A także burzowa chmura na horyzoncie. Obeszłam Utvällinge i zakończyłam wędrówkę na skrzyżowaniu obok przystanku autobusowego. Tam kończył się Skåneleden SL5, a zaczyna Skåneleden SL1, którego fragmentem wędrowałam w 2020.
Za pół godziny miałam autobus. Niestety bilet można kupić tylko w aplikacji. Zainstalowałam aplikację, a kiedy zarejestrowałam ją na swój szwedzki numer telefonu polski bank zablokował mi kartę płatniczą... Na szczęście tylko na dwa dni, ale zdążyłam się zestresować. Dania przecież czekała.
Podsumowując, SL5 nie jest rewelacyjny. Ma fajne plaże, miejsca do pływania, sklepy, ale nie jest zbyt dziki i jest na nim problem ze znalezieniem noclegu, bo nie ma lasów, w których można byłoby skorzystać z prawa do rozbicia się w dowolnym miejscu. Nie ma co marzyć o noclegach pod wiatami, które zajmują turyści samochodowi. Niestety nie ma specjalnych wiat szlakowych, do których nie byłoby dojazdu. Sugeruję przejście latem, ponieważ na zimę zamykane są toalety i w związku z tym nie ma dostępu do wody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)