Po zakończeniu wędrówki Skåneleden SL5 wróciłam do Malmö, zrobiłam duże zakupy, przenocowałam u Petera i już następnego dnia wyruszyłam do Danii. To nie było bardzo skomplikowane. W dniu wyjazdu przechodziły okropne burze i akurat jak biegłam na dworzec straszliwie lało. Szwecja za mną płacze bo wyjeżdżam - tak ktoś napisał w komentarzu do relacji na Instagramie. Coś w tym było. A Dania przywitała mnie słońcem po drugiej stronie Öresundbron (mostu). Wysiadłam na głównym kopenhaskim dworcu i kupiłam bilet do Gedser. Łączony, na pociąg i autobus. Przesiadłam się w Nykøbing Falster. Linia kolejowa prowadząca do Gedser nie funkcjonuje.
Poszło bardzo gładko. Oto byłam już na dalekim krańcu Wyspy Falster. Deszcz padał nadal, wiatr uderzył podmuchem, ale nie wyciągałam parasola. Szybko poszłam na pole namiotowe, które znajdowało się na drugim końcu miejscowości. Tablica wskazywała mój punkt startowy, cypel Gedser Odde. Tam wybierałam się rano.
Rozpoznanie odnośnie noclegów zrobiłam oczywiście wcześniej. Ściągnęłam aplikację Shelter (która okazała się potem mało użyteczna). Do wyszukiwania biwaków służyła mi strona udinaturen.dk gdzie jest wykaz biwaków i mapa, na której są one zaznaczone. Sądziłam, że będzie łatwo, wszyscy mówili że biwaków jest dużo, że są wiaty i tylko niektóre trzeba rezerwować. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana i bardzo przykra dla samotnego wędrowca. Dyskryminacji singli spodziewałabym się wszędzie, tylko nie w Danii, a niestety właśnie tam ma ona miejsce. Okazało się, że większość wiat i biwaków trzeba rezerwować, zasady bywają różne, ale najczęściej nie można zarezerwować miejsca pod wiatą dla jednej osoby. Wiaty (klasyczne A-frame sheltery) mają określoną liczbę miejsc, tak jak wszędzie indziej na świecie gdzie takie konstrukcje występują. Tyle że w Danii trzeba dokonać rezerwacji. Rezerwację mogłam zrozumieć - dużo turystów, rowerzyści, samochody. Natomiast okazało się, że w momencie dokonania pierwszej rezerwacji reszta miejsc znika - nieważne że wiata jest oznaczona jako sześcioosobowa, sam fakt rezerwacji wyklucza nocleg dla innych osób. Ale najmniejsza ilość osób nocujacych (a raczej płacących) to 2. To było tak idiotyczne, że nie mieściło mi się w głowie. Nawet napisałam do organu zarządzającego z zapytaniem o co chodzi, bo chyba robię coś źle - przecież nie może być tak żeby jedna osoba (płacąca za minimum dwie, bo nie ma możliwości opłacenia noclegu dla jednej osoby) zajęła całą wiatę, a inni zainteresowani musieli rozbijać namioty w deszczu patrząc jak ta jedna leniuchuje pod dachem. Ale tak właśnie było, dostałam odpowiedź żebym rezerwowała dla dwóch osób to będę mieć wiatę dla siebie. Było to zaprzeczeniem zwyczajów panujących na wszystkich szlakach świata, gdzie zawsze znajduje się miejsce dla osoby potrzebującej i jest niemożliwe żeby ktoś sobie zajął dla siebie publiczną konstrukcję.
Do tego biwaki i wiaty wcale nie znajdowały się w pobliżu pieszych szlaków i były daleko jedna od drugiej, ale o tym przekonałam się dopiero później. W każdym razie ten pierwszy biwak mi pasował. Nie chciałam płacić kosmicznej ceny 90 DKK i poprzestałam na miejscu pod namiot za 30 DKK. Zarezerwowałam je jeszcze w Malmö. Po przejściu znalazłam miejsce (nie było oznaczone), położyłam plecak pod altaną i rozbiłam namiot. Osoby grillujące przy wiacie gapiły się na mnie, ale potem poszły - grillować można za darmo. W miarę upływu czasu pojawili się rowerzyści i osoby podróżujące samochodami, którzy porozbijali swoje namioty i zasiedlili cztery wiaty. Na biwaku była toaleta z bieżącą wodą i zimny prysznic, pod którym się trochę ochlapałam. Zjadłam kolację w namiocie i poszłam wcześnie spać. Nie było wielkiego hałasu na szczęście, a deszcz przestał padać jeszcze przed północą.
Rano spakowałam się wcześnie, jeszcze zanim ktokolwiek z innych biwakowiczów wstał i ruszyłam w kierunku punktu startowego. Gedser Odde to było bardzo dziwne, opuszczone miejsce. Był tam kiedyś jakiś pawilon, może nawet restauracja, ale obecnie została z tego ruina. W sumie mogłam się tam rozłożyć, nikt by nie zauważył.
Konkretny punkt trudno było wybrać. Bo stałam na klifie. Z klifu był piękny widok, ale prawdziwa lokalizacja, będąca najdalej na południe wysuniętym punktem Królestwa Danii była na plaży. Zatem zrobiłam sobie więcej niż jedno zdjęcie pamiątkowe. Z klifu musiałam się cofnąć, żeby zejść po schodach i potem symbolicznie zanurzyłam rękę i trampek w wodzie.
Pierwsze kroki trawersu Danii zrobiłam na plaży, następne na uroczej ścieżce. Potem była chwila asfaltu i weszłam na nadmorski wał, na którym wysypano żwirem szeroką ścieżkę rowerowo-pieszą. Głównie trafiali się na niej rowerzyści, czasem spacerowicze. Plaża wyglądała cudownie, ale myślałam, że czeka mnie mnóstwo wspaniałych plaż, a akurat tego dnia powinnam się spieszyć - zarezerwowałam biwak w środkowej części wyspy.
Chciałam przeciąć Falster na ukos, tak żeby przejść na Saeland (Zelandię) po jedynym moście. To oznaczało sporą dawkę asfaltu, ale drogi nie były ruchliwe. Biegły między płaskimi polami, na których dojrzewało zboże. Dawno nie byłam latem w Europie i dawno nie widziałam ani nie wąchałam złocistych pól. A pachniały one cudownie. Z zaskoczeniem stwierdziłam nie tylko pszenicę, ale też jęczmień i owies. W mojej okolicy od dawna uprawia się już tylko pszenicę i kukurydzę, pomimo kiepskiej jakości gleb.
Na stronie z rezerwacjami widniało, że obie wiaty, które znajdowały się tak naprawdę wewnątrz większego budynku rekreacyjnego i były tylko wyznaczonymi platformami w zagłębieniach, były zajęte. Ale okazało się, że to nie była prawda. Istniała możliwość, że ktoś zarezerwował, a potem nie dojechał, ale później, po dalszych doświadczeniach, doszłam do wniosku, że wiaty bywały rezerwowane przez mieszkańców miejscowości, w których się one znajdowały. Mieszkańcy nie chcieli turystów. W każdym razie byłam sama na biwaku. Rozłożyłam namiot z ciężkim sercem, bo całą noc miało padać. Ale pod dużą wiatą była kamera. Miałam w każdym razie dostęp do prądu i łazienki z prawdziwym gorącym prysznicem. To był jeden z najlepszych biwaków w Danii.
Rano już nie padało, namiot nawet podsechł, więc nie było tak źle. Powędrowałam przez miejscowość w kierunku pól, na których były jakieś lokalne szlaki.
Na skręcie w las trafiłam na malinowy chruśniak i długo się pożywiałam. Tak dawno nie jadłam leśnych malin, co za pychota.
Kurhanu, który był na mapie nie znalazłam, ale za to trafiłam na bardzo stary wał. Najpierw myślałam, że to okopy z którejś z wojen światowych, ale był to o wiele starszy wał, oddzielający wrogo nastawione rejony w pewnym momencie wczesnej epoki żelaza. Na końcu lasu były dwie fajne wiaty, ale bez dostępu do wody.
Udałam się dalej do Eskilstrup, które było bardzo senną miejscowością. Był tam mały sklep, ale niczego jeszcze nie potrzebowałam, poza wodą. Myślałam że na stacji będzie poczekalnia, ale i poczekalnia, i WC zostały zlikwidowane. Wodę znalazłam dopiero na cmentarzu przy kościele. Była tam bardzo sympatyczna otwarta toaleta.
Byłam już w Danii w 2020 roku, w styczniu, przechodząc w nieco skróconej konieczności szlak Møn Rundt wokół Wyspy Møn. To był krótki szlak, byłam tylko w jednym sklepie, mało rozmawiałam z ludźmi, bo ich prawie nie było i nie miałam też za bardzo styczności z językiem pisanym. W ciągu tych paru lat szwedzki, którego się kiedyś trochę uczyłam bardzo się poprawił i teraz stwierdziłam z zaskoczeniem, że te dwa języki faktycznie są bardzo podobne, w związku z czym prawie wszystko rozumiem. Co innego z językiem mówionym, bo duński jest bardzo specyficzny ze swoją chrypliwością, ale pisany był dla mnie naprawdę łatwy w zrozumieniu. Bardzo mnie fascynowało to, że nigdy nie próbując uczyć się duńskiego byłam teraz w stanie ogarnąć o co chodzi w każdym napisie czy rysie historycznym. Bawiło mnie szukanie wspólnych źródeł słów, szukałam nie tylko germańskich korzeni, ale tych starszych, indoeuropejskich, ze względu na które nawet znając tylko polski można to i owo odgadnąć, jeśli się czyta uważnie. Do takich antycznych słów należy grav - grób, za zatem i czasownik grzebać i jego strona bierna grzebany (wygrzebany) - po duńsku gravede (liczba mnoga), op, czyli tak jak po szwedzku upp, do góry, wy-grzebane kartofle. Ny, czyli nowo - młode, świeżo wygrzebane kartofle. Taki proces myślowy wykonałam mijając gospodarstwo, w którym owe kartofle sprzedawano (kartofle u nas są z niemieckiego, po polsku te bulwy pochodzą z ziemi, ale po śląsku też kartofle, choć po cieszyńsku to już zimioki...). To był prosty przykład, ale w ciągu następnych tygodni bawiłam się i trudniejszymi zagadkami. Chciałabym żeby Duolingo oferowało praindoeurepejski, na pewno bym sobie ściągnęła.
Trzymałam się z grubsza rowerowego szlaku. Na trasie miałam pałac, który jako żywo przypominał te w zachodniej Polsce i zaczęłam sobie wyobrażać co by było i jak by to wszystko wyglądało gdyby nie II wojna światowa i PRL. Dania wyglądała jak kraina mlekiem i miodem płynąca, nie tknięta żadnymi nieszczęściami (choć niezupełnie tak było).
Kościoły jak jeden mąż były średniowieczne, przeważnie pochodziły z XII wieku. Ostatni był nieco inny, bo miał nową wieżę, ale rys historyczny, który odcyfrowałam, informował o budowie świątyni i muru, który był niegdyś bielony wapnem. Tam też była łazienka, w której zaopatrzyłam się w wodę. Połączyłam się teraz ze szlakiem pielgrzymkowym, który wiódł do Santiago.
Celowałam tego wieczora w wiaty wybudowane na niewielkim zadrzewieniu wśród pól. Nie było szlaku rowerowego, a więc nie było rowerzystów, ku mojemu zaskoczeniu nie było tam żywego ducha. A miejscówka była naprawdę fajna. Był kibelek i miejsce ogniskowe. Wieczorem zajrzał lis, cykały świerszcze. Jak się rołożyłam podjechał samochód i już się przestraszyłam że nici z mojego spokojnego wieczoru, ale okazało się że byli to budowniczowie wiat, ojciec i syn, którzy przyjechali zobaczyć co słychać. Kto wie, może chcieli zostać na dłużej, ale widząc mnie zrezygnowali. Pogadaliśmy miło, potem pojechali, a ja zjadłam kolację i położyłam się pod moskitierą. Senność zaczęła mnie ogarniać, kiedy auto podjechało ponownie. Patrzę, co u licha. A to ten młodszy facet. Usiadł pod wiatą, spytał czy śpię - no właśnie zasypiam. Dużo gadał, aż to było trochę dziwne. Mówił że ma ADHD i że obserwuje ptaki. No, niech obserwuje, ja w każdym razie śpię. Nie wychyliłam się spod moskitiery, bo naprawdę chciałam iść już spać, poza tym było to trochę dziwne.
Noc minęła spokojnie, a rano do wiaty zajrzało słońce i rozstawiłam panel słoneczny, który ładował mi powerbank z pełną mocą.
Tego dnia moim celem było przejście na Saeland mostem do Vordingborga. Po drodze pożywiłam się nieco pysznymi ostrężynami. Przy kościele nabrałam znowu wody. Wyglądało na to, że to zawsze będzie najlepsza opcja i nie będzie w tym kraju problemów z wodą.
Mostów było więcej niż na mapie, właśnie budowano w sąsiedztwie nowy. Mój był stary, w takim sobie stanie, ale na szczęście nie było silnego wiatru i choć szło się długo, to bez jakichś lęków czy coś. Widok był świetny.
W Vordingborgu poszłam tylko do pobliskiego Netto. Nie zwiedzałam miasta, może kiedyś będzie okazja. Śpieszyłam się na biwak, do którego było jeszcze daleko. Zrobiło się gorąco, myślałam o kąpieli, ale akurat w cieśninie była brudna woda. Trafiłam od razu na szlak pieszy, który był dobrze zaprojektowany i prowadził fajnymi ścieżkami, przynajmniej przez jakiś czas. Potem skręcił w gorące pola, na których się napociłam, ale zostałam nagrodzona aleją wiśniową, którą systematycznie oskubałam z owoców. Potem szlak wrócił nad morze, ścieżka nie była już tak wydeptana, a wręcz zarośnięta. W pierwszej wiacie, która była zarezerwowana była już rodzina. Musiałam zapytać o drogę, ale wylawirowałam z sukcesem na polną drogę, okalającą pastwisko.
Droga dłużyła mi się wybitnie, byłam zmęczona. Zaplanowałam nocleg pod wiatą, która nie była w systemie rezerwacji (na biwaku były dwie, druga była rezerwowalna). Musiałam odbić od szlaku kawał drogi na półwysep, ale wyglądał on z daleka bardzo malowniczo. Był tam rezerwat z wieloma trasami po słonych łąkach. Na parkingu spotkałam biwakującą w samochodzie kobietę, która pichciła właśnie jakieś smakowite warzywa. Był tam kran, z którego nabrałam wody i podreptałam na kraniec cypla.
Okazało się, że wiaty bez rezerwacji są dwie, ale zostały zajęte przez jedną rodzinę, która zarezerwowała trzecią wiatę, ale przeniosła się, bo tam świeciło słońce... Wahałam się co robić, ale ostatecznie grzecznie zapytałam czy mogliby przesunąć swoje rzeczy tak żebym się zmieściła. Ludzi było czworo, spali w drugiej wiacie, a w tej mojej zostawili tylko swoje graty... Opamiętali się i opróżnili połowę. Obok w namiocie był jeszcze pan z dwójką dzieci. Na kolację miałam przepyszne danie złożone z gotowanych ziemniaków, wędzonej ryby łososiowatej i tłustej kwaśnej śmietany.
O świcie to do mojej wiaty zaczęło świecić słońce... Koło 7 rano smażyło już tak, że trudno było wytrzymać, więc wstałam. Moi sąsiedzi też już byli na nogach. Mieli wielkiego, ale niegroźnego psa. Grzecznie go trzymali na sznurku. Okazali się bardzo mili. Zjedliśmy razem śniadanie i zgłębialiśmy tajniki języka duńskiego.
Kto by to pomyślał, że w Danii będzie tak ciepło. Czułam się jak na prawdziwych letnich wakacjach. I wyszło mi pierwsze 100 km. Potem poszłam do sklepu i jakoś pokrętnie wróciłam znowu na szlak wiodący południowym wybrzeżem Zelandii. Zatrzymałam się przy kościele odpocząć w cieniu.
Pod wieczór okrążałam spore miasto Naestved, ale nawet nie zauważyłam żeby to było miasto, tak fajnie poprowadzono szlak nad morzem, rzeką i kanałem. Zaczepił mnie starszy pan i zapytał gdzie zmierzam. Cel wydał mu się imponujący.
Tym razem biwak i wiata były szlakowe. Parking nie był daleko, ale wędrowcy (których byłam jedyną przedstawicielką) mieli pierwszeństwo. Wiaty były dwie, w drugiej była para nastolatków zajęta sobą. Zrobili fajne ognisko. Słuchali głośnej muzyki, ale użyłam zatyczek do uszu i zasnęłam od razu.
Nie ma nic lepszego niż śniadanie pod wiatą na łonie natury. Zwłaszcza jeśli ma się dostęp do pomidorów i ogórków.
Tego dnia na początek miałam pole golfowe, a potem eksplorowałam las, w którym było kilka okazałych kurhanów. Młyn, kościół, zatoczka i oto pojawił się nowy szlak: Lagunestien. Nazwa brzmiała bardzo zachęcająco, więc trzymałam się go ściśle.
Na plaży usłyszałam polski język. Wielu Polaków mieszka w Danii, więc w sumie to nic dziwnego. Ścieżka nad niskimi klifami była rewelacyjna.
Przypadkiem trafiłam na biwak, którego nie miałam na mapie. Był ni w pięć ni w dziewięć, było dopiero wczesne popołudnie i nie bardzo chciałam tam nocować. A do następnego biwaku było kolejne 20 km i wiedziałam że się nie wyrobię. Planowałam zabiwakować wyjątkowo na dziko w lesie. Na biwaku zrobiłam sobie dłuższą przerwę i wyzbierałam dojrzałe maliny. Było to super miejsce tak ogólnie, bardzo blisko plaży i w lesie, po prostu ideał. Było WC z wodą bardzo niedaleko.
Zamek Holsteinborg był szalenie imponujący. Przeczytałam, że bywał w nim gościnnie Hans Christian Andersen i spacery po okolicy stanowiły dla niego inspirację. Na pewno tak było, bo wokół rozciągały się pola i łąki graniczące ze spokojnymi wodami zatoki. Zamek ma wciąż prywatnych właścicieli, ale można wejść na dziedziniec i spacerować do woli po parku.
Pozyskawszy wodę w kościele w Ørslev cichaczem poszłam do lasu (był prywatny). Znalazłam bardzo ustronne miejsce i dyskretnie rozbiłam namiot. Pamiętam, że jadłam znów wędzoną rybę i sałatkę z buraczków, wspaniale się te dwie rzeczy ze sobą komponowały. W nocy lało, przechodził front, byłam pod takim jego wpływem że spałam twardo do 8 rano.