piątek, 10 czerwca 2022

Norge på langs - Przygotowania

Wyruszam w tym roku na wymarzoną wędrówkę przez Norwegię. Mam w planie Norge på langs, czyli przejście całej Norwegii wzdłuż. Planowałam to od wielu lat, jeszcze zanim zaczęłam wędrówki w USA. Idea przejścia Norwegii ma długą historię, jednak Norge på langs to nie szlak, ale trasa, którą każdy wędrowiec planuje sam. Zaplanowałam trasę o długości około 2800 km, ale tak jak zazwyczaj w przypadku autorskich tras, prawdziwy dystans będę mogła określić dopiero po przejściu. 

Rozpocznę 11 czerwca na skale Nesvarden na Półwyspie Lindesnes, wysuniętym najdalej na południe punkcie Norwegii. Finisz planuję na przylądku Knivskjelodden na wyspie Magerøya (lap. Máhkarávju). Jest to wysunięty najdalej na północ punkt Norwegii, do którego można dojść pieszo. Leży tuż obok Nordkappu. Na Nordkapp też oczywiście pójdę, ale to już na deser. W przybliżeniu trasa wygląda tak jak poniżej:





Moja NPL to jednocześnie trawers Gór Skandynawskich. Będę się poruszać blisko głównego grzbietu, jednak nie po grzbiecie - jest on zbyt niedostępny, a na szczyty norweskich gór nie prowadzą szlaki. W południowej Norwegii Góry Skandynawskie są bardzo rozległe i rozczłonkowane, składają się z wielu osobnych masywów. Mój trawers nie jest bardzo ortodoksyjny i nie zaliczę każdego z tych masywów. Będę się trzymać w miarę prostej linii. Planuję wspiąć się na najwyższy szczyt Norwegii Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.) i leżący bardzo blisko drugi co do wysokości szczyt Glittertinden (2465 m n.p.m.) w Jotunheimen oraz najwyższy szczyt Rondane Rondslottet (2178 m n.p.m.), o ile tylko pozwoli na to pogoda. Po drodze mam aż 15 parków narodowych.



Rondane, czerwiec 2014


Bardzo się cieszę na ten thru-hike, przejście Szwecji tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że Skandynawia to moje ulubione miejsce do wędrowania. Wiem, że czeka mnie wiele trudności, kamieniste ścieżki, brak ścieżek, rzeki i okropna pogoda. W zeszłym roku w Chorwacji miałam aż nadto słońca i upału, w tym roku czas się ochłodzić.

Wynik czasowy nie jest najważniejszy - chcę jak najwięcej iść górami, przez jak najpiękniejsze tereny, a unikać asfaltu, choć nie zawsze będzie to możliwe i pewnie nie zawsze będzie sens się przy tym upierać. W 2020 przeszłam Szwecję w 90 dni nie spiesząc się zbytnio, ale choć dystans był nieco dłuższy (3000 km), to teren łatwiejszy. Norwegia jest trudna, ale mimo że wszyscy NPL-erzy nazywają NPL ekspedycją, traktuję ją jako kolejny thru-hike. Będzie to już moja siódma wędrówka na dystansie powyżej 2000 km. 

Przejścia Norwegii dokonało dotąd około 400-450 osób. Podobna liczba osób zdobyła amerykańską Triple Crown of Hiking. 

Istnieje lista, na którą wędrujący NPL mogą się wpisać. W chwili obecnej nie ma na niej żadnego Polaka. Doskonale się składa - najwyższy czas żeby się pojawił :-)

Rekord biegowy Simena Holvika wynosi 25 dni, 15 godzin i 20 minut . (licząca 2550 km trasa biegła tylko drogami). Rekord pieszy Sondre Trå Sørheima to 59 dni. Norge på langs można też przejechać na rowerze, przepłynąć kajakiem (wzdłuż wybrzeża) lub połączyć różne sposoby przemieszczania się o własnych siłach.



Lofoty, wrzesień 2020. Norwegii kontynentalnej na wysokości Lofotów teren jest równie trudny, a nie ma szlaków


Największym wyzwaniem w przejściu Norwegii jest... Przejście Norwegii. Otóż znakomita większość przejść Norge på langs to w rzeczywistości przejścia Norwegii, Szwecji i Finlandii - w północnej Norwegii teren jest trudny, a alternatyw brak - między granicą ze Szwecją a Atlantykiem jest tylko kilka kilometrów, a po drodze lodowce i urwiska fiordów; trzeba kluczyć w poszukiwaniu dogodnego i bezpiecznego przesmyku. Główna droga E6 biegnąca przez całą Norwegię nie ma tam ciągłości, urywa się u brzegów fiordów i zaczyna po drugiej stronie po przeprawie promowej. Dlatego większość wędrujących decyduje się na skrót przez Szwecję (wygodną Kungsleden) i Finlandię (doskonały fragment Kalottireitti na północ od Kilpisjärvi). 

Najtrudniejsze będą: Park Narodowy Børgefjell, Park Narodowy Rago. Na pokonanie odcinka na północ od Hellmobotn chyba się nie zdecyduję. Chciałabym bardzo nie wychodzić poza granice Norwegii wcale, jednak wygląda na to, że o ile nie chcę iść w tym ostatnim miejscu daleko od gór, główną drogą i przeprawiać się promami dla własnego bezpieczeństwa będę zmuszona przejść na szwedzką stronę. W sumie przejdę prawdopodobnie około 50 km przez Szwecję (to suma małych odcinków). Będę się trzymać tak blisko granicy jak to możliwe i tylko okrążać urwiska i lodowce. Zdrowie i życie jest ważniejsze - trasa na przełaj byłaby nadzwyczaj trudna, prawdopodobnie nie dałabym rady jej przejść nawet przy dobrych warunkach pogodowych. To i tak minimalna ilość, w porównaniu z innymi wędrowcami, którzy wchodzą głęboko do Szwecji na łatwe szlaki i wędrują nimi kilkaset km.

Do planowania trasy w tych najtrudniejszych rejonach używałam zdjęć satelitarnych. Korzystałam też z norweskiego forum górskiego. Można się tam wiele dowiedzieć o terenie i rzekach. Studiując źródła norweskie należy mieć na względzie, że Norwegowie często reprezentują nieco inny sposób wędrowania niż długodystansowcy - noszą bardzo ciężkie plecaki i pokonują bardzo małe dystanse.






Trasę zaplanowałam samodzielnie. Przyglądałam się trasom innych wędrowców, jednak żadna mi do końca nie odpowiadała, dlatego zaplanowałam swoją. Narysowałam ją na mapach pobranych jako PDFy ze strony https://norgeskart.no a gotowy zestaw wydrukowałam dwustronnie na kartkach A4. Cały zestaw waży 380 g, wydrukowałam go na papierze ulotkowym 40g/m2. Podzielę go na dwie części, a druga połowa będzie na mnie czekała razem z nowymi butami na trasie. Nawigować będę więc metodą tradycyjną. Mam też aplikację Hvor?, która pomoże mi się odnaleźć na mapie oraz oczywiście mapy.cz. Norweskie aplikacje do nawigacji są kłopotliwe w użyciu i płatne, przystosowane do planowania krótkich wycieczek. Zrobiłam też plan w Excelu z listą sklepów, bibliotek, danymi o odległościach między kolejnymi punktami zaopatrzenia (których jest bardzo niewiele).




Początek trasy biegnie przez region Agder, tam szybko osiągnę pierwsze góry. Potem planuję dokonać trawersu płaskowyżu Hardangervidda. Dalej na trasie są parki narodowe Jotunheimen i Rondane. Później odbiję na wschód, tak aby móc zacząć wędrować już liniowym grzbietem, wzdłuż szwedzkiej granicy. W ten sposób osiągnę początek mało znanego szlaku Nordlandsruta. Pod koniec łączy się on z bardziej znaną Nordkallottrutą. Oba szlaki przechodzą przez Szwecję, a Nordkalottruta także przez Finlandię. To właśnie ten odcinek, na którym będę wędrować alternatywną trasą tylko przez Norwegię unikając przekraczania granicy będzie najtrudniejszy. Z Nordkalottrutą spotkam się znowu dopiero w Parku Narodowym Reisa. Stąd prawdopodobnie pójdę w stronę Alty lub w razie złych warunków okrężną drogą przez Kautokeino. Trasa przez Altę jest krótsza i prowadzi częściowo bez szlaku, natomiast przejście przez Kautokeino dałoby mi jednocześnie przejście północnego odcinka E1 w Norwegii - aż na Nordkapp. 


Sprzęt




Waga bazowa mojego plecaka wynosi ostatecznie 6108 g.

Zabieram taki sam zestaw ultralekkiego sprzętu, jaki zawsze zabieram na swoje wyprawy, dość podobny do tego, który miałam w Szwecji. Odbiega on daleko od tego, co noszą Norwegowie. Nie sądźcie jednak, że Norwegię lekceważę. Zabieram dodatkowe ubranie: getry z krótkimi nogawkami i cieplejsze skarpety do spania. Myślę, że się przydadzą.Śpiwór biorę nieznacznie cieplejszy od Zebry, customowego Robertsa wypełnionego 660 g puchu gęsiego 850. Tuż przed moim wyjazdem został przerobiony, ale to ten sam śpiwór, który pokazywałam tutaj, ale teraz szerszy, zwłaszcza w nogach. Zestaw przeciwdeszczowy wydaje się ekstremalnie lekki. Wszystkie ubrania przeciwdeszczowe, jakie miałam nie wytrzymywały, wolę więc nieść mniej, przejść więcej z lżejszym plecakiem i najgorszą pogodę przeczekać - w Norwegii jest bardzo wiele chatek turystycznych. Buty, w których zamierzam przemierzyć Norwegię to jak zawsze Altra Lone Peak, udało mi się zdobyć starszy, szerszy w palcach model 4.5. Po dotarciu do Norwegii wyślę sobie paczkę z butami, która będzie na mnie czekała w nieco ponad połowie trasy na pewnym campingu. Nie może zabraknąć skarpet wodoodpornych Rocky. Niestety nowa para nie dotarła na czas (DHL zgubił przesyłkę), muszę wziąć więc starą, która nie jest już 100% szczelna. Oto lista sprzętowa:


Norge   på langs - Lista sprzętowa
Waga bazowa - sprzęt podstawowy (bez wody, jedzenia, paliwa)
Sprzęt Nazwa Waga (g)
Plecak OnMyWay Triple Crown 680
Worek na   śmieci Nylofume 29
Namiot Zpacks Plex Solo   zmodyfikowany 399
6 śledzi V Hilleberg DAC 70
4 szpilki tytanowe Zpacks 36
Folia pod namiot Folia polycryo 20
Materac   dmuchany Thermarest NeoAir   Xlite Women's 354
Śpiwór Roberts custom 660 894
Worek   wodoszczelny na śpiwór Zpacks Big Dry Bag 24
Garnek   tytanowy Evernew ECA267 900ml 100
Łyżka tytanowa Aliexpress 18
Palnik gazowy BRS 3000T (zmodyfikowany) 24
Zapalniczka Mini BIC 10
Kartusz 230 148
Butelka Nalgene OTF, nakrętka   klasyczna 110
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris 38
Butelka PET 1l Biedronka, woda   Polaris 38
Worek   wodoszczelny na jedzenie Zpacks Large Food Bag 35
Słoik plastikowy po nutelli 44
Kurtka puchowa Roberts custom 310
Kurtka   przeciwdeszczowa Enlightened Equipment   Visp Jacket Women's 150
Spodnie   przeciwdeszczowe Zpacks Women's   Vertice Rain Pants 86
Łapawice   wodoodporne Arc'teryx Beta AR   Women's 88
Skarpety   wodoodporne Rocky GTX Socks 78
Wiatrówka Arc'teryx Squamish Hoody Women's 128
Bluza Kwark Polartec Power Strech Pro 252
Getry dłuugie Kwark Polartec Power   Strech Pro 204
Getry krótkie merino Super Natural Women's Base Short   Tight 175 93
Skarpety do spania Woolpower Socks 400 67
Majtki Icebreaker Sprite Hot   Pants 35
Czapka Kwark Polartec Power Strech Pro 36
Rękawiczki Kwark Polartec Power Strech Pro 32
Worek   wodoszczelny na ubrania Zpacks Medium Plus   Dry Bag 22
Moskitiera na głowę Roberts 22
Piłeczka do masażu Easy Yoga, korek, 5 cm 20
Kosmetyczka z   zawartością (bez consumables) OnMyWay cuben 92
Apteczka i   zestaw naprawczy W torebce strunowej 70
Repelent na komary Waga pustego opakowania 18
Szmatka do okularów Ściereczka z mikrofibry, Biedronka 2
Papier   toaletowy W torebce strunowej 8
Portfel Zpacks Zip Pouch   "Wallet" 26
Notatnik j.w. 19
Długopis j.w. 6
Kompas Recta DT100 30
Scyzoryk Victorinox Classic 20
Czołówka Petzl e+Lite (stara   wersja) 23
Smartfon w   etui Motorola Moto G7   Power 210
Torebka strunowa na telefon   wodoodporna Loksak aLoksak 8
Kabel USB do telefonu 24
Ładowarka do   telefonu 53
Ładowarka 2   USB Rossmann 30
Aparat   fotograficzny Sony RX100 VII 306
Zapasowa bateria do aparatu 31
Kabel USB do aparatu 14
Uchwyt na   aparat do kijka trekkingowego Stick Pic 12
Statyw Pedco Ultrapod 50
Mikrofon Rode Video Micro 82
Szyna ze stopką Ulanzi PT-9 40
Powerbank Miller ML-102 32
3 ogniwa 18650 Panasonic 138
Kabel USB do   powerbanku 14
Karty SD i   adapter do kart SD SanDisk 8
Torebka na   elektronikę OnMyWay cuben 10
Waga bazowa 6046
Rzeczy zużywane po drodze i dodatkowe Waga (g)
Mapy PDF A4 wyrzucane po drodze 200
Gaz 230
Repelent na   komary 30
Kosmetyki zużywane 70
Raczki Kahtoola Microspikes 351
Ubrania i rzeczy   niesione na sobie
Koszulka z   krótkim rękawem Icebreaker Tech T   Lite 99
Spodnie długie Arc'teryx Palisade   Pant Women's 233
Daszek Dynafit React Visor   Band 27
Biustonosz   sportowy Panache Sports Bra 112
Majtki Icebreaker Sprite Hot   Pants 35
Rękawiczki   rowerowe Prox 57
Skarpety Injinji Toe Socks   Micro 30
Skarpety Smartwool PhD Outdoor   Medium Crew 64
Buty do   biegania Altra Lone Peak 4.5   (42,5) 572
Stuptuty   biegowe Stuptut 36
Stabilizatory   na kolana (2) Cho Pat Knee Strap 176
Zegarek Casio 16
Chusteczka do   nosa Bawełniana 5
Kijki   trekkingowe Leki Corklite 572



Poniżej link do filmu sprzętowego na YouTube. Baseweight podany w filmie nieco się różni, bo zapomniałam dodać dwie szpilki i nie znałam jeszcze wagi śpiwora.

https://youtu.be/Uup1AxA9qjo


Logistyka


Nie wysyłam depozytów z prowiantem (z wyjątkiem kilku rzeczy dorzuconych do paczki z butami na wymianę). Z reguły tego unikam, wolę zakupy na miejscu, nawet za cenę dojazdu do sklepu autostopem. Muszę tylko uważać na pory otwarcia - sklepy w Norwegii są nieczynne w niedziele. Nie planuję się żywić żadnym specjalnym "wyprawowym" pożywieniem, liofilizatami (z wyjątkiem kilku przedatowanych egzemplarzy ze starych zapasów, które po prostu muszę już zjeść) czy batonami energetycznymi - będę jak zawsze kupować prawdziwe, w miarę zdrowe jedzenie. Oferta norweskich sklepów jest skromna, ale produkty dobrej jakości. Mam zaplanowane wizyty w sklepach co 2 do 10 dni.

Noclegi planuję w namiocie, czasami w nielicznych darmowych chatkach. Myślę, że zła pogoda skłoni mnie też do noclegów w płatnych chatkach, ale to bardzo kosztowne. Zakupiłam członkostwo w DNT, stowarzyszeniu opiekującym się chatkami i szlakami, dzięki któremu dostanę za kaucją klucz do chatek i zniżkę.



Szlak DNT w Rondane, czerwiec 2014


Startuję dość późno. Być może nawet jako ostatnia - wiele osób rozpoczęło wędrówkę jeszcze na początku maja. Na razie w Górach Skandynawskich leży jeszcze sporo śniegu, ale szybko topnieje. Chciałam zaczekać aż większość stopnieje, żeby w miarę sprawnie przejść Płaskowyż Hardangervidda, a potem Jotunheimen.




Moją wędrówkę będziecie mogli śledzić na żywo w relacjach na Instagramie. Postaram się publikować relacje na blogu, a po powrocie będzie cała seria vlogów na YouTube. Followujcie i subskrybujcie :-)

Gdybyście chcieli dołożyć coś do mojej wyprawy, polecam Waszej uwadze swój Patronite :-) 





niedziela, 5 czerwca 2022

Szlak Karpacki - część 2: Ustrzyki Górne - Grybów

Ustrzyki Górne jakoś tak naturalnie wypadają w połowie Szlaku Karpackiego. Jest to też miejsce, gdzie należy zaopatrzyć się w większą ilość prowiantu przed najdzikszym odcinkiem szlaku, zwanym czasem szlakiem granicznym. Następny sklep jest dopiero w Wysowej, po drodze tylko stacja benzynowa w Barwinku. Rano musiałam więc zrobić zakupy, a że sklep otwierano o 7, a ja musiałam jeszcze zjeść śniadanie, w końcu wyszłam o 8:30. Trawę okrywała rosa, było chłodno - nic dziwnego w tak głębokiej dolinie. Szkoda, że nie ma dalej porządnego szlaku - Bieszczadzki PN powinien zrobić jakąś równoległą do drogi ścieżkę wzdłuż rzeki, mogłaby być dostępna dla tych, którzy nie są w stanie wejść na Tarnicę, a też chcą doświadczyć Bieszczadzkiej przyrody. Na razie jest kawał asfaltu.





W końcu szlak odbił w las i następny odcinek był prześliczny. Zaczął się przy ujściu mniejszego strumienia i potem się wznosił. Widać było, że bywa oblężony przez turystów. Całe szczęście, że powstały schodki i kładki w miejscach podmokłych, inaczej całe hektary byłyby rozdeptane. Na grzbiecie pas kamieni bez gleby miał szerokość kilku metrów.








Już blisko szczytu Wielkiej Rawki, gdzie las nieco rzednie i karłowacieje, pojawił się śnieg. Było go wciąż dość sporo, przeważnie zbity, ale parę razy się zapadłam, bo słońce mocno grzało i go rozmiękczało.





Wielka Rawka nie jest na niebieskim szlaku, ale jest do niej bardzo blisko i praktycznie płasko, więc uważam, że warto wejść. Byłam tu dotąd tylko raz i to przy zerowej widoczności, więc byłam bardzo zadowolona, mogąc rzucić okiem na okolicę. To ostatnia duża połonina na szlaku. Zawsze mnie te połoniny dziwią, ich istnienie pomimo tego, że już od dawna nie prowadzi się wypasu. Być może już w neolicie ktoś próbował użytkować te tereny, bo badania pyłków wykazały ślady wypalania lasu w tym właśnie okresie, ale później Bieszczady były zupełnie odludne. Dopiero W XVI wieku pojawili się tutaj wołoscy osadnicy, a intensywniej zaczęto gospodarować dopiero od wieku XVII. A już w XIX w. gospodarka przestała być taka intensywna, by w połowie XX w. zaniknąć zupełnie po czystkach etnicznych. Nie wiadomo dokładnie skąd pochodzą Wołosi, ale prawdopodobnie były to plemiona dackie, iliryjskie lub trackie i stopniowo z Bałkanów lub Rumunii rozprzestrzeniły się na wszystkie góry od Grecji do Polski, po drodze ulegając wpływom sąsiadujących ludów. U nas z czasem mocno się zrutenizowali i spolonizowali. A jednocześnie my wchłonęliśmy ich góralski folklor. Zostały też nazwy miejsc, które sobie wynotowałam przed wędrówką: magura (samotna góra), bardo (topór), berdo (góra, na moje oko ma coś wspólnego z toporem i porębą), czerteż (miejsce prześwietlone, wykarczowane), kiczora (góra zarośnięta), przehyba (przełęcz). Wieś Wołosate i strumień Wołosaty mają tą samą genezę co tatrzański Wołoszyn i Rusinowa Polana (z czasem górscy Rusini i Wołosi zlali się w jeden naród karpatoruski) - to fascynujące.







Tylko krótki fragment szlaku prowadzi granicą z Ukrainą, nie jest udostępniona dla turystów. Ale chociaż tyle - na koniec niezbyt urodziwy monument z czarnego granitu, oznaczający trójstyk granic Ukrainy, Polski i Słowacji. Zawsze jak jestem przy jakimś trójstyku to obchodzę go dookoła, nie inaczej było tym razem. Dziwnie było patrzeć na spokojne góry, wiedząc że dalej toczy się wojna. 







Ruszyłam dalej, a tam śniegu było coraz więcej. W lesie już nie, ale na drodze tak, bo śnieg ubiły na twardy firn skutery śnieżne pograniczników i on najwolniej topniał. Trochę mnie to spowolniło. Ze śniegu wytopiły się jeszcze jedne odchody niedźwiedzia, tym razem zawierały sporo sierści. Na szczęście w miejscach wystawionych na słońce już tego śniegu nie było, a na dobre skończył się na Czerteżu.









Schodząc z Czerteża zauważyłam pozostałości jakiegoś muru ułożonego z kamieni. Przypuszczalnie to jakaś stara konstrukcja pasterska sprzed wojny, choć nie wiadomo, mogłoby to być jeszcze coś starszego. Zaraz potem ukazał się polski deszczochron i kawałek dalej słowacka utulnia. Pamiętam sprzed paru lat jej wysłużoną poprzedniczkę, spałam tam kiedyś z kolegami. Nowa jest fantastyczna, ma też stryszek i drzwi. Pobliskie źródełko tryskało obficie, zaopatrzyłam się na resztę dnia. Dość mocno wiało, więc przyjemnie było posiedzieć w drzwiach i zjeść tam lunch. Nadeszło dwóch panów na krótszej wędrówce, wybierali się do bacówki na Rawce. 







Już miałam opóźnienie, a tu zrobiło się tak pięknie i wszystkiemu chciało się robić zdjęcia. Kwitły kokorycze, a las składał się głównie z jaworów - to właśnie była pokurczona górska jaworzyna. Coś wspaniałego! Uwielbiam jawory.









Cały ten grzbiet był fenomenalny. Od czasu do czasu otwierał się widok z mniejszej lub większej polany, po niebie pędziły chmurki, w dolinach zielono. Najlepszy był oczywiście widok z Riabej Skały, ale i później nie było gorzej, Dziurkowiec i Płasza maja wspaniałe panoramy. Gdzieś dalej pojawiła się nagle burza, widziałam, że pada deszcz, ale chmura przewaliła się przez grzbiet przede mną i zniknęła. Szłam szybko, miejscami nawet biegnąc, bo było już późno i chciałam trochę przyspieszyć. Wydawałoby się, że przez to stracę coś z widoków, ale przeciwnie, szybkie tempo sprawiło, że było jeszcze piękniej, coraz to nowy widok, nowe malownicze pasma, schowane jedne za drugimi.











Przełęcze były jakby coraz niższe, drzewa coraz wyższe, więcej buków, mniej jaworów.










Miałam nadzieję być na Okrągliku o zachodzie słońca, ale to mi nie wyszło. Wprawdzie nie było jeszcze ciemno i było wszystko widać, ale kolory zbladły zupełnie. Dopiero na ostatnim kilometrze przez Przełęczą nad Roztokami (po słowacku Ruské Sedlo) musiałam włączyć czołówkę. Końcówka dłużyła się okropnie, szczególnie że było bardzo stromo i musiałam iść ostrożnie. Węszyłam czy nie czuć dymu z ogniska, ale wiatr wiał w przeciwnym kierunku. Dopiero przed samą wiatą zobaczyłam światło. Przy ognisku siedział wielki pasjonat niebieskiego szlaku, Krzysiek, z którym się umówiłam. Krzysiek prowadzi znakomity kanał na YouTube. Podejrzewał już, że mogę się w ogóle nie pojawić, ale na szczęście nie zdążył zjeść całego boczku i kiełbasy :-) Cudownie było spocząć przy już rozpalonym ogniu, byłam tam nawet ławeczka, a utulnia równie przytulna jak poprzednia. Najpierw rozłożyłam legowisko, a potem wzięłam się za herbatę i jedzenie. Nie mogliśmy siedzieć do bardzo późna, bo rano trzeba było jednak wstać w miarę wcześnie. Zaplanowaliśmy, że pójdziemy razem do Łupkowa.







Wędrówka zapowiadała się równie pięknie jak dotąd. Poranne grzebanie pod wiatą jest jeszcze fajniejsze niż w namiocie. Na podłodze pojawiły się jajka na twardo, sery, masło... Oboje wychyliliśmy po kubku kawy. Na koniec nabraliśmy wody z pobliskiego źródła i ruszyliśmy na zachód.









Niestety Słowacy wyasfaltowali zabytkową drogę, która schodzi w dół ze przełęczy. Było tam swego czasu przejście graniczne, murek pamięta czasy granicy między Węgrami, a  III Rzeszą.




Fajnie było widać przebieg GSB, na co sama bym nie wpadła, ale Krzysiek mi pokazał. Zresztą było więcej fajnych widoków, bo wciąż zdarzały się polany. Było ich mniej, tutaj szybciej zarastają, ale to też dobrze. Przypatrywaliśmy się pilnie starym słupkom granicznym, bo większość jest bardzo stara, przeważnie niemiecka, ale szukaliśmy na Czereninie szczególnego - starego monumentu postawionego w miejscu trójstyku Słowacji, Węgier i III Rzeszy, przeniesionego tu z Przełęczy Użockiej, po tym, jak Węgry zagarnęły kawałek Słowacji. Okazało się, że nie jest wcale na szczycie, tylko na zboczu, jakieś 900 m dalej. Brakuje czubka z literami, który najpewniej ktoś ukradł.





Krew na szlaku! Ukłuł mnie w palec jakiś kolec.







Wydawało się, że do Balnicy niedaleko i zaraz będzie przerwa, a tymczasem szlak odbił w głębokie jary i debrza. Granica nie biegnie chwilowo wododziałem, tylko schodzi na czarnomorską stronę. Jest tak dlatego, że zmieniono jej przebieg tak, aby poaustriacka linia kolejowa znalazła się cała w Polsce.






W końcu dotarliśmy do Balnicy, gdzie w budynku dawnego dworca znajduje się małe prywatne schronisko. Można tam też coś zjeść. Zamówiliśmy po bigosie, do tego ja wzięłam dużą Kofolę, a Krzysiek podobną ilość słowackiego piwa. Zalegliśmy na wymoszczonej poduszkami ławce na ganku i w ogóle nie chciało nam się już ruszać. Podobno większość wędrowców przebywa w jeden dzień tylko taki dystans z Przełęczy nad Roztokami do Balnicy. Przestałam się dziwić, tak tam było miło. Ale jednak plan trzeba było zrealizować i kolejne atrakcje szlaku czekały. Wywlekliśmy się więc ze strefy komfortu i zagłębiliśmy znów w las.










Dalej była prawdziwa galeria słupków granicznych. Nie wszsytkie są użtkowane, wiele leży na ziemi. Widać wyraźnie, jak przerobiono D (Deutchland) na P. Trafiliśmy też na mogiły żołnieży z I wojny swiatowej, dalej miało ich być jeszcze więcej.










Pod wieczór odbiliśmy z pasma granicznego w dół, do nieistniejącego Zubeńska. Ta wieś ucierpiała jeszcze bardziej niż inne, bo znalazła się na linii frontu. Późniejsze wysiedlenia sprawiły, że nie ma tu dosłownie nic. Tylko miejsca po czymś. Po cerkwi, po domach, pewnie i po młynie, bo przez wieś płynie spory strumień. Ostały się niszczejące krzyże przydrożne. W złotych promieniach zachodzącego słońca wyglądało to niesamowicie. Był to świetny moment dla drona, którego Krzysiek wypuścił w niebo. A kiedy słońce zaszło zrobiło się zaraz bardzo zimno. W polach, w dolinie, zawsze jest bardzo zimno. Tak samo było w Łupkowie. Rozglądaliśmy się i widzieliśmy pojedyncze drzewa owocowe, a w terenie wyraźne wypłaszczenia i podcięcia wzgórz, gdzie kiedyś stały domy, stodoły i obory. 








Ciemność nastała w momencie, kiedy dotarliśmy do schroniska Koniec Świata w Łupkowie. Gospodarz łapał sygnał w polu, ale właśnie też nadszedł. Pokazał nam co i jak, mogliśmy przystąpić od razu do smażenia kiełbasy i boczku na patelni. Moja wylądowała w grochówce.



Spaliśmy na strychu, tylko pod folią dachową, bo dach schroniska był w remoncie. Spałam tego ranka długo. Śniadanie zjedliśmy w głównej sali. Krzysiek już właściwie kończył, kiedy zeszłam...








Pobyt zakończyliśmy łowiąc zasięg, a następnie ruszyliśmy nowym przebiegiem szlaku na stary cmentarz. Teraz szlak prowadzi przez jego środek. Mało brakowało, że zostałby zniszczony, bo zaplanowano przeryć go gazociągiem, ale na szczęście protesty tym razem poskutkowały. Poniżej cmentarza nawet wykonano jakąś odkrywkę archeologiczną, a przy wejściu jest tablica informacyjna - zdecydowanie lepsze wrażenie to robiło niż w poprzednich miejscach.









Za cmentarzem rozstaliśmy się z Krzyśkiem, który musiał wykonać marszobieg do Komańczy na jedyny autobus. Już z powrotem sama poszłam na dworzec kolejowy. Wspaniały CK budynek ma doskonałe pod względem noclegowym zadaszenie z arkadami. Linia kolejowa jest czynna (choć nie do końca, bo nie do Medzilaborców na Słowacji, pociągi kończą bieg w Łupkowie. Nie żeby było tych pociągów wiele, ale w weekend majowy były. 





Powrót na grzbiet graniczny przebiegł łagodną trasą. Na Przełęczy Łupkowskiej (od której zaczyna się Beskid Niski) stoi mała słowacka chatka. Przeszłam na słowacką stronę obejrzeć zabytkowy tunel kolejowy i poszukać źródła. Był to raczej wysięk spod tunelu i trudno dostępny, bo w murowanym kanale. Ale kawałek dalej dało się do tego kanału dojść i woda okazała się czysta i zimna, więc warto było. Schronisko w Łupkowie ma wodę studzienną, niezbyt smaczną.







Przebieg szlaku był dalej może nieco mniej ekscytujący. Las niezmiennie piękny, słowacki rezerwat, ale skoro teren łatwiejszy to i łatwiej o wycinkę. Pojawiło się dużo poręb, szczególnie po słowackiej stronie. Minęłam chyba jeszcze dwie fajne chatki, ale noclegowo celowałam w pole namiotowe w Jasielu. Po drodze była niemiecka wieża obserwacyjna z II wojny światowej, na którą wlazłam tylko po to, żeby się przekonać, że z góry nie ma widoku, bo korony drzew sięgają wyżej niż wieża.













To był krótki dzień, pokonałam tylko nieco ponad 22 km, ale miałam ochotę na odpoczynek i pole w Jasielu należy do takich miejsc, których się nie omija. Leży nad strumieniem (warto podejść do miejsca, gdzie mniejszy wpływa do większego żeby tam nabrać wodę), posiada miejsca na ogniska i wiaty, w tym świetną wiatę zamykaną, w której się rozłożyłam.







Spało się doskonale, rano obudziłam się wyspana i wypoczęta. Po śniadaniu nabrałam jeszcze wody i w drogę. Jasiel robił wrażenie podobne do poprzednich wyludnionych wsi, czyli niezwykle smutne. Przechodząc przez strumień wyobrażałam sobie dzieci, które musiały się tu kiedyś radośnie bawić.









Choć na GSB Beskidu Niskiego nie należy lekceważyć, na Szlaku Karpackim jest on rzeczywiście niski i płaski. Nawet nie odczułam tego, że wspięłam się znów na grzbiet, a na samym grzbiecie były bardzo ciekawe torfowiska. Znalazłam dwa fajne słupki, na jednym zostały wyraźne "S" i "D" w okręgach, a na innym były wyryte litery "TSH". Podobało mi się stare liternictwo. Wygląda na to, że to przedwojenny słowacki słupek triangulacyjny, a TSH oznacza triangulácie štátnej hranici.






Na następnym odcinku znajduje się ogromna ilość mogił poległych zimą 1914/15, kiedy na granicznym grzbiecie Galicji i Węgier znajdowała się linia frontu. Rosjanie dotarli aż tutaj i dopiero wiosną zostali poprzez armię austro-węgierską wyparci. Później walki skoncentrowały się w rejonie Twierdzy 
Przemyśl i Lwowa.





Pod Kamieniem trafiłam na księgę gości, więc jak zawsze wpisałam się i poczytałam kto jeszcze się wpisał. Nikt jeszcze się w tym roku nie wpisał ze Szlakiem Karpackim, ale było sporo osób z zeszłego roku, zwłaszcza z sierpnia i września.





Tam, gdzie szlak znów odbija od grzbietu płynie strumyk z dobrą wodą. Natomiast wiata, która jest na końcu wiaty nie nadaje się na nocleg, bo jest dziurawa.





Jedno z fajniejszych miejsc na niebieskim szlaku, tablice z odległościami do Babadag i Nordkappu. Przechodząc podejrzewałam, że musi to mieć związek z Andrzejem Stasiukiem, bo Beskid Niski pojawia się w "Jadąc do Babadag". Kawałek dalej zmierzyłam się z klasyką Beskidu Niskiego, czyli brodem na strumieniu. Zwykle woda jest płytka, ale tu była podpiętrzona przez bobry i sięgała więcej niż do pół łydki. Na ten jeden raz postanowiłam zdjąć buty i przejść boso, bo Timpy wolno schną.








Niebo podejrzanie zszarzało, widać było, że zbiera się na burzę. Zaczęło kropić jeszcze zanim doszłam na Przełęcz Dukielską, ale w końcu poszło bokiem. Ostatni kawałek szlaku przez asfaltem prowadzi przez porębę, dlatego że omija samo przejście graniczne. Gdzieś tam było napisane, że Przełęcz Dukielska to najniższy punkt na Łuku Karpat, ale okazuje się, że dotyczy to tylko polskiej części Karpat, bo na Słowacji jest niżej, nawet poniżej 400 m n.p.m., czyli ponad 100 metrów niżej.





W tej okolicy jednak najbardziej interesował mnie Barwinek, a ściślej rzecz biorąc stacja benzynowa, na której można kupić hot doga. Dorzuciłam batonika, ciastka i colę. Niestety nie było wifi, ale nabrałam wody z kranu do wszystkich butelek, bo tego dnia nie miało już być żadnej wody po drodze.




Główną drogą z ciężarówkami niezbyt fajnie się szło, ale szlak zaraz skręcił do wsi, a potem oczywiście do lasu. Podejście było bardziej wyczuwalne. Na grzbiecie trafiłam najpierw na otwartą wiatę na granicy Magurskiego Parku Narodowego, a potem weszłam na Baranie, gdzie wiata była zamykana. Tam właśnie planowałam nocleg. Niestety okazało się, że wieża widokowa rozpadła się i nici z oglądania zachodu słońca. Ale wiata była naprawdę super. Tylko nie miała zamknięcia w drzwiach, a sznurek nie trzymał dobrze i wiatr nocą otwarł drzwi.










Już wcześniej były znaki E3, ale tutaj wyjątkowo ładne. Pomyśleć, że oba główne niebieskie polskie szlaki górskie leżą na E3!




Trzecia magurska wiata na Przełęczy Mazgalica, bez drzwi.





Obok pomnika natknęłam się na drugą i ostatnią księgę gości. Tutaj było więcej wpisów "karpackich", zwłaszcza osób idących od strony Grybowa - pewnie pełni entuzjazmu mają ochotę się wpisywać, ale już przy drugiej księdze im ta ochota przechodzi :-)






Silniejszy wiatr, jaki wiał poprzedniego dnia strącił gniazdo, chyba zięby. Spełniło już swoją rolę, więc strat w pisklętach nie było, dawno wyleciały.





Nad Ożenną szlak znów odbił od głównego grzbietu i skierował się do wsi. Łąki wyglądały przepięknie, ale wieś była brzydka. Dominowały w niej zabudowania dawnego PGR-u, drewniany dom był tylko jeden. Ale za to cmentarz łemkowski był zadbany, właśnie ktoś go kosił. Obok jest również cmentarz wojenny. Przy drodze warto spojrzeć na szczególnie udane kapliczki, jedna jest bardzo duża i przedstawia Świętą Rodzinę. Kiedyś w Ożennej był sklep, ale niedawno został zlikwidowany. Po wodę udałam się do Ośrodka Edukacji Ekologicznej. Nie mają tam wodociągu, tylko studnię.












Dokładnie w miejscu, w którym szlak opuszcza asfalt by podążać za słupkami granicznymi przez las spotkałam Sebastiana, który Szlakiem Karpackim wędrował od Grybowa. Nie miał ze sobą sprzętu biwakowego i robił długie dystanse od cywilizacji do cywilizacji. Właśnie stracił godzinę na poszukiwania telefonu, ale na szczęście udało się go znaleźć. Pogadaliśmy chwilę i życząc sobie powodzenia ruszyliśmy każdy w swoją stronę.





W tej właśnie stronie, w którą zmierzałam zaczęło mrocznieć, a kształty chmur wskazywały, że niedługo będzie burza z piorunami. Miałam nadzieję zdążyć do Koniecznej i przeczekać ulewę. Szlak jednak poprowadził łąkami na sam skraj wsi, a nie do centrum jak dawniej (cerkiew niestety omija), a potem na przejście graniczne. Myślałam, że schowam się właśnie na przejściu, ale było nieczynne, a brama zamknięta. Grzmiało coraz częściej i poczułam pierwsze krople deszczu. Po słowackiej stronie dostrzegłam zamknięty sklepik z małym wystającym daszkiem i tam pognałam. W momencie kiedy dobiegłam, lunęło. Lało jak z cebra, kilka piorunów uderzyło bardzo blisko. A ja, sucha, siedziałam sobie na kamieniu i czekałam aż przestanie. Trwało to godzinę, pół godziny jeszcze padał drobny deszcz i dopiero można było kontynuować.











Szczęśliwie szlak był teraz leśną drogą. Chwilami było teraz błotniście, kałuże się wypełniły, a z drzew kapało, ale nie było co narzekać, bo schronienie trafiło się w samą porę. Minęłam jeszcze jeden cmentarz wojenny (tysiące ofiar tylko na takim skrawku terenu, jakim jest Beskid Niski).







Najgorsze, co mnie czekało, to podejście na Jaworzynę Konieczniańską. Tutaj Beskid Niski pokazał pazur. Nie spodziewałam się takiej stromizny, a na koniec dnia było to dość męczące. Trzy razy wydawało mi się, że to już, a było wciąż dalej i wyżej... Przystanąwszy, dostrzegłam salamandrę, która wyszła po deszczu. Widok ze szczytu był między drzewami, ale bardzo ładny, już zaróżowiły się chmury, bo zbliżał się wieczór.







Na zejściu widać było kanały po płynącej wodzie. Takie niestety są skutki prowadzenia szlaków bez zakosów. Z czasem robią się rynny i tunele. Ale na razie nie ma tam aż takiego ruchu turystycznego. 

Do wiaty było już blisko, ale najpierw trzeba było zdobyć wodę - strumyk płynął ledwie 50 metrów od szlaku, miał doskonałą wodę. Wiata okazała się być dość przewiewna, bo nie miała ścian. Owszem, stół nadaje się do spania, ale po deszczu było tak wilgotno i taki chłodny powiew schodził z góry, że postanowiłam rozbić namiot pod dachem. Było tam akurat tyle miejsca, żeby zmieścił się mój mały Solplex. Ławka zatarasowała wejście i musiałam się wczołgać, ale spałam tam znakomicie i nie żałowałam.





Wyrafinowana kolacja z dodatkiem oliwek.







Nadszedł ostatni pełny dzień wędrówki. Było chłodno i wietrznie, ale słońce już wychodziło. Szlak niebawem odbił od grzbietu granicznego już po raz ostatni, teraz zamiast iść na zachód, trzeba było skierować się na północ. Od razu zrobiło się mniej dziko, pojawiły się uczęszczane drogi do wywozu drewna i drwale. Zapachniało Beskidem Sądeckim. Przed Wysową pojawiły się osiedla domków letniskowych, a w samym miasteczku, które jest uzdrowiskiem, wiadomo: restauracje, pensjonaty... Zrobiłam zakupy w sklepie i poszłam zjeść drugie śniadanie do parku zdrojowego. Nabrałam tam wody mineralnej, ale była tak mineralna, że aż ohydna. 










Niezwykła kapliczka!




Mieszkańcami pobliskich Ropek, podobnie jak Koniecznej, jest mniejszość łemkowska, stąd dwujęzyczna nazwa. To właśnie w tej miejscowości znajduje się niebieski dom, w którym starsza pani serwuje domowe ciasto, kawę i herbatę. Koniecznie wypada tam wstąpić. Nie byłam sama, przy niedzieli byli i spacerowicze, i rowerzystka. Pogadałam chwilę z właścicielką i dowiedziałam się, że to jej dom rodzinny, z którego została wygnana w Akcji Wisła, ale jej rodzinie udało się wrócić. Teraz mieszka w Wysowej, a w niebieskim domku tylko latem.






Tuż przed skrzyżowaniem z GSB skręciłam na cmentarz. Też jest zadbany, nagrobki naprawione.






Ropki niestety intensywnie się zabudowują. Nie mają już atmosfery opuszczonej wsi. W Siwejce znajduje się chatka dla wędrowców, tak dla GSB-owiczów, jak i dla "Karpatowców".





Na podejściu na Dzielec, po rozstaniu z GSB, znalazłam taki kamień, który miał ślady rzeźbienia.




A na samym Dzielcu zrobiłam znak z patyków, który oznaczał, że właśnie przeszłam 33 000 km :-)




Reszta dnia upłynęła na wędrówce niższymi, zalesionymi pasmami. Przez jakiś czas widać było zalew Klimkówka. Słonce zaszło za łąkami, a ja zabiwakowałam w ostatnim lasku na Taniej Górze. Nie było tam ładnie, gęsta i ponura świerczyna, ale ptaki pięknie i długo śpiewały. Wpadłam w sentymentalny nastrój, było mi bardzo żal, że koniec wędrówki jest już tak blisko.









Ostatni dzień zaczęłam w miarę wcześnie, chyba tuż przed 7. Chciałam mieć dość czasu na zwiedzanie Grybowa i filmowanie, a obawiałam się podejścia na Chełm. Niepotrzebnie, ostatni szczyt Szlaku Karpackiego nie jest aż tak trudny do zdobycia. Las był pełen pachnących fioletowych kwiatków, a na ziemi widać było całe pokłady żółtego, chyba jodłowego, pyłku, z którego deszcz oczyścił powietrze.







Końcówka szlaku jest asfaltowa, choć z ładnymi widokami. Trafiłam akurat na mszę w drewnianym kościele. Słuchacze mszy obsiedli murki, parking, stali na drodze. Najlepsza była wyraźnie zniecierpliwiona ekipa spod flagi.









W Grybowie same ciekawe rzeczy. Najpierw gipsowy Kolos...




A potem wspaniała niespodzianka. Na drzewie w czyimś ogrodzie wisiały drewniane medale z niebieskimi kropkami, które kończący niebieski szlak mogą sobie zabrać na pamiątkę. Ależ się ucieszyłam. Kropki robi pan Antoni, którego syn jest na zdjęciu. Pan Antoni akurat był w Gorcach, choć poprzedniego dnia podobno mnie wypatrywał. Nie byłam dość szybka :-) 






Nieprędko pewnie znowu będę w Grybowie, więc poszłam zobaczyć centrum. Przy pochyłym rynku stoi kościół, którego wieże widać z całej okolicy. Przed kościołem stały stragany, aż spytałam czy jest jakieś święto. Sprzedawca odpowiedział, że przecież jest niedziela. Nie wiedziałam, że wciąż jeszcze gdzieś odbywają się niedzielne jarmarki! Ta wesoła atmosfera przykro kontrastowała z tym, co zobaczyłam na równoległej do rynku ulicy. Stoi tam synagoga, która przetrwała wojnę, ale jest w bardzo złym stanie technicznym. Wielka szkoda.






Przeszłam przez Białą, wróciłam na szlak i już myślałam, że nic ciekawego nie będzie, aż tu na słupie ogłoszeniowym odkryłam taki prześmieszny repertuar patriotyczno-cyrkowy. Nie mogę powiedzieć żeby Grybów zachęcał do ponownych odwiedzin...




Jeszcze drewniany domek i już prawie, prawie dworzec...





I kropka, a nawet dwie kropki: jedna dla kończących, a druga dla rozpoczynających wędrówkę. Klepnęłam obie :-) Udało się przejść szlak dokładnie w dwa tygodnie, jeśli wziąć pod uwagę, że zaczęłam po południu 1 maja, a skończyłam przed południem 15 maja.



Koniec... Co za szkoda. I jeszcze pociąg, który spóźnił się 100 minut. A na szlaku było tak dobrze! Nie mogłam trafić na lepszą pogodę ani lepsze warunki, nie mogłam wybrać lepszego terminu. Szlak okazał się być najnormalniejszy w świecie, miał tylko drobne braki w oznakowaniu, nie było chaszczy, za to wspaniałe miejsca noclegowe. Na pewno wpisuję go do pierwszej piątki najlepszych polskich szlaków długodystansowych.