wtorek, 7 lipca 2020

Sverige på längden: Kopparberg - Mora (fragmenty Romboleden, Siljansleden, Dalkarlsvägen)

Tym razem szybciej niz zwykle dopadlam biblioteki, ale nie cieszcie sie za bardzo - kiedy trafi sie nastepna nie mam pojecia! Wlasnie konczy sie cywilizacja, a na horyzoncie Gory Skandynawskie. Tez wzglednie cywilizowane, ale nie wszystkie dobra kultury sa tam dostepne... Zobaczymy.

W Kopparbergu spedzilam zbyt wiele czasu. Kiedy zamknieto przedwczesnie (no bo sa wakacje) biblioteke, stalam jeszcze pod drzwiami korzystajac z wifi. Potem siadlam zjesc lunch, a potem wzielam sie za bezskuteczne poszukiwania miejsca, gdzie zaloby sie kupic kartusz z gazem. Zrezygnowana poszlam dalej z zamiarem oszczedzania resztki, ktora mi pozostala. Asfalt znnikal po nogami szybko, droga nie byla ruchliwa. Nie poszlam oczywiscie glowna droga, ale boczna. Upatrzylam sobie zawczasu wies na mapie, ktorej nazwa jakos mnie przyciagala: Hörken. Ostatnia przed glowna droga i duzym miasten Grängesberg. Mial tam byc cmentarz i kosciol, a zapowiadali deszcz, wiec liczylam, ze moze znajdzie sie jakas szopa. Zblizal sie juz wieczor, zapytalam starszego pana, ktory byl z psem  na spacerze o droge na skroty prosto po gorke. Nie mowil po angielsku, wiec musialam sie wysilac ze swoim marnym szwedzkim. Myslal, ze chce isc na kemping, wspomnial przelotnie o noclegu na trawniku, ale nie pociagnal tematu. Podziekowalam za odprowadzenie i w droge. A tu na skrzyzowaniu wylecial na mnie pies - w Szwecji to sie bardzo rzadko zdarza, bo psy sa wytresowane i bardzo grzeczne. Jesli jakis podejdzie do mnie i obwacha zawsze sa bardzo dlugie przeprosiny, wlasciciel mowi ze nie wie jak to sie stalo i ze to pierwszy raz. A wiec jak to mozliwe...? Wyobrazcie sobie, ze byl to polski pies. Wlasciciel przeprosil po szwedzku, ja wymamrotalam po angielsku, ze wszystko ok, a tu zona tego pana wola z ganku "wez psa do domu". Ja na to wykrzyknelam "panstwo mowia po polsku! No to musze sie przywitac". A co wyniklo z tego przywitania, latwo odgadnac :-) Gosia i Witek zaprosili mnie na te deszczowa noc do domu! Wykapalam sie, Gosia nastawila pralke, a potem siedlismy do kolacji. Niezwykle mili ludzie i jak szczesliwy zbieg okolicznosci! Ja to mam szczescie...

Rano wyszlam z kompletem jaj na twardo, a deszcz ktory mial lac caly dzien po 10 minutach ustal. Co prawda kilka razy popadalo, ale nic strasznego, nawet nie przemokly mi skarpetki.




Dalej mialam 41 km asfaltu, wyliczylam, ze musze o 10 wyjsc, wyszlam 10:30, ale i tak sie udalo - dzien dlugi. Juz w Hörken przekroczylam granice Dalarny, ale potem ponownie znalazlam sie w Örebro, az ostatecznie wkroczylam do Dalarny na glownej drodze. Musialam sie przykleic do barierki... Byl to okropny odcinek, waska droga i pelno ciezarowek, ale tylko 6 km, wiec przetrwalam.





Na koncu, tuz przed Grängesbergiem byl wspanialy i strasznie waski tunel "Dalaporten" - za jakis czas bede przechodzic przez malownicza "Lapporten", naturalna doline polodowcowa - nazwa mi o tym przypomniala. Skoro zaczela sie Dalarna to i pojawily sie Koniki Dala - odtad doslownie wszedzie. To jeden z symboli Szwecji, wyrzezbiony kiedys przez pewnego chlopca stal sie kupowana przez kazdego turyste pamiatka i czyms, co praktycznie kazdy Szwed ma w domu (tez mam w domu dwa). Dalarna jest zreszta ojczyzna innych rzeczy, z ktorych Szwecja jest znana. Przede wszsytkim trzeba tu wspomniec o rdzawoczerwonej farbie, produkowanej w Falun, kolor ten nazywa sie "faluröd", czyli czerwony z Falun. Rozprzestrzenil sie na caly kraj.





1000 km wypadalo dokladnie w tunelu, ale nie ryzykowalam stawiania tam zadnych instalacji. Ulozylam czterocyfrowa liczbe na chodniku, korzystajac z obfitosci lisci lubinu. Akurat przechodzila chmura deszczowa.




Dalej nie pozostalo mi nic innego jak kontynuowac klepanie asfaltu przez kolejne urocze wioski. Dalarna uchodzi za region, gdzie tradycja pozostala zywa i wszelkie folkowe akcenty sa tu najbardziej widoczne. Wszyscy lubuja sie w wystawianiu starych narzedzi rolniczych i nieustannie piora szmaciane dywaniki.







Zywy Konik Dala :-)








Szczegolnie fajna byla okolica na poludnie od Nyhammar. Szlam tam zachodnim brzegiem dlugiego jeziora, wlasciwie kilku jezior. Jakas pani mnie wieczorem zagadnela, bylam z siebie bardzo dumna, bo zrozumiala co do niej mowie po szwedzku opisujac co robie. Zyczyla mi powodzenia...







Ostatnie 7 km za Nyhammar poszlo gladko, droga pusta zupelnie, ludzie tylko nad stawem i kilka przyczep na parkingu, na ktory zmierzalam. Zamierzalam sama tam zaparkowac, ale nie byle gdzie. W chatce! Turystyczna chatka byla na mapie i obejrzalam ja zawczasu na zdjeciach. Bylam jedyna chetna.





O 23 nadszedl zmierzch. Po deszczu ochlodzilo sie i ciepla woda w bagnie zaczela parowac, tworzac tajemniczy tuman mgly.







Rano smignelam nad Malingarna, przeszlam na druga srone jezior i szlam szlakiem pielgrzymkowym prowadzacym do Trondheim. Mial byc z nim wspolny szlak Romboleden, ale okazalo sie ze w terenie go nie ma, kiedy mial skrecac w las przy nieczynnej stacji kolejowej Salån.







Wobec tego wybralam najprosciej przebiegajaca droge lesna i nia szlam dalej w kierunku najblizszego sklepu :-)








Zartuje z tym sklepem, to nie dlatego szlam tam, gdzie szlam. W czasie poprzednich podrozy po Szwecji nigdy nie zawinelam do poludniowej Dalarny, a slyszalam, ze to ciekawe miejsce i szczegolnie wies Dala Floda jest warta odwiedzenia. Dlatego wlasnie umiescilam ja na swojej trasie.






Dala Floda (wlasciwie Floda, Dala dodano zeby nie mylila sie z inna Floda) to bardzo stara wies rolnicza, polozona na terenach zalewowych rzeki Västerdalälven. Gleba jest tam szczegolnie zyzna i nie ma glazow, bo zostaly przykryte aluwiami. Wies odwiedzil Linneusz w czasie swojej podrozy majacej wskazac jak mozna te tereny rozwinac i bardzo pozytywnie sie o niej wyrazal.





Dala Floda jest tez znana z jedenego z dwoch swoich mostow - najdluzszego mostu drewnianego w Szwecji, po ktorym moze przejechac samochod. Pieszy tez moze przejsc, o czym moge zaswiadczyc :-)












Widzialam tez na mapie, ze ma byc sklep z rekodzielem, wiec nie moglam nie wstapic. Nie wyszlam z pustymi rekami :-) Panie mowily, ze wczesniej zamknely sklep z powodu pandemii, ale juz sie dluzej nie dalo i otworzyly przed Midsommar. Wtedy maja najwiecej klientow, bo mieszkancy szykuja swoje stroje ludowe na swieto i nagle odkrywaja, ze potrzebuja nowych ponczoch. Czerwone ponczochy nosza kobiety, niebieskie zas mezczyzni. Stroj jest bardzo kwiecisty i bogaty.







Pozniej jakis czas relaksowalam sie pod klimatyzatorem stacji benzynowej, gdzie byl prad i dzialalo wifi. Wieczorem pociagnelam w keirunku wiaty, bo mialo znow padac.







Dotarlszy nad jezioro, nie dotarlam do wiaty, gdyz przedtem dostalam zaproszenie do przyczepy kempingowej. Cala rodzina spedzala tam lato w kilka przyczep, a Sven Erik zaproponowal tapczan w swojej. Jego siostra powiedziala, ze jest ok, wiec sie zdecydwalam. Caly wieczor powtarzal "Agneta, I'm impressed!".




Rano sie rozpogodzilo. Korzystajac z lokalnych szlakow i mapy w telefonie nawigowalam we wlasciwym kierunu. Przeszlam przez wioske-skansen Ljusbodarna, gdzie jedna chatka byla udostepniona dla turystow jako chatka odpoczynkowa. Byla przesliczna.



















Przymierzylam wiszaca na kolku spodnice :-)




Pojawil sie znak E1 i zniknal...










Mialam na trasie piekne jezioro, ale nie bylo juz tak goraco, wiec nie plywalam. Gory coraz okazalsze i widoki rozleglejsze. Wysokosc maja podobna jak poprzednie, nie przekraczaja 500 m n.p.m., ale rozkladaja sie szerzej, a miedzy nimi sa szerokie doliny. Wlasnie one odpowiadaja za nazwe regionu, Dalarna oznacza doliny. Region jest znany z surowego klimatu, bo zimne powietrze z Gor Skandynawskich splywa w doliny i jest w nich szczegolnie mrozno i zima, wczesnie tez nadchodzi jesien.









Najwieksze jezioro, Jezioro Siljan, uchodzace (raczej slusznie) za najpiekniejsze jezioro Szwecji ma swoj okrezny szlak Siljansleden, ktorego fragmentem wedrowalam. E1 obiera jego zachodni wariant, ja natomiast wolalam wschodni.











Nad Siljan dotarlam u ujscia rzeki Österdalälven, w miescie Leksand.






Niestety wiaty sa kiepskie w Dalarnie, nie maja platform, tylko lawki, sa male, czasem w ogole nie maja podlogi. W tej wiacie zas zapomnialam sznurka do wieszania moskitiery :-(






1100 km wypadlo dokladnie na moscie w Leksand, ale znak zrobilam na nabrzezu dla ladnego widoku.








Byla niedziela i musialam czekac na otwarcie sklepu, a tu nadciagala nawalnica. Wstrzymala sie jednak dwie godziny, wiec jeszcze cos zobaczylam. To moja trzecia wizyta nad Siljanem i trzeci raz bylo deszczowo!




 





Charakterystyczne dla tej okolicy sa male wiosk pasterskie polozone na szczytach wzniesien. Pozostaly stare zbudowania, a pastwiska sa wciaz uzytkowane. Kiedys ludnosc przenosila sie tam ze stadami na lato. Widoki sa ladne, ale nie dane mi bylo, bo zaczelo padac, ostatnie zdjecia zrobilam w lesie, a na reszte dnia aparat powedrowal do plecaka.








Po drodze byla wspaniala chatka z lozkami, ale zacisnelam zeby i szlam do nastepnej. Ta nie byla juz tak atrakcyjna, ale to nadal chatka. Akurat na slote...





Rano nadal siapilo. Nie wstalam zbyt wczesnie, a jak juz wstalam pociagnelam alternatywnym szlakiem prosto do miasteczka Rättvik, gdzie schronilam sie w bibliotece z malym muzeum, a dla poprawy humoru wciagnelam trzy slodkie buleczki. Poprawa byla niewielka, sytuacje poprawil dopiero zakup gazu w sklepie outdoorowym i niespodziewany goracy prysznic na kempingu. Zdecydowalam sie zejsc nad slynne molo, szczegolnie dlugie. Do konca wszakze nie doszlam.











Rekordowe ochlodzenie... Taaak.












Jakos nie moglam przyspieszyc i ciagle gdzies zagladalam, ale jak tu nie zwiedzac kraju, przez ktory sie wedruje.






Po kilku kilometrach chatka, stara szopa ale odnowiona, siedziba trolla... Niedaleko byl wawoz, w ktorym troll mial mieszkac.






Deszcz padal drobny, dalo sie przezyc. Spotkalam nawet trzy osoby z plecakami. Las byl gospodarczy, bez szalu, ale wsie bardzo urokliwe.








Po ogrodach rozsialy sie pieknie pachnace lilie, rozowe i biale. Rosly sobie swobodnie w rowach i chaszczach, miedzy starymi jabloniami.







Coraz wyzsze gory w okolicy!




Nasi tu byli...





W Tammeråsen byla tak cudna wiata, ze malo sie nie rozplakalam odchodzac, miala nawet kotare w drzwiach i byla przyjemnie urzadzona eksponatami jak ze skansenu. Ksiega gosci miala ludowe kwiaty wymalowane na okladce. Tam pozegnalam Silkansleden, by ciagnac dalej Dalkarlsvägen.












W Fånås wiata byla kiepska, bez podlogi, ale zaraz obok byl wiejski plac z wielka wiata, ktora miala nawet kulisy i tam sie rozgoscilam. Ktos przyszedl i zapytalam czy moge. Za towarzystwo mialam jaskolki. Na scianie wisialy resztki lodzi wikingow wydobytej w okolicy. Dalej padalo...






Dzis darowalam sobie szlak idacy okrezna droga przez mokre trawy i poszlam prosta droga do Färnäs.





Färnäs to piekna bardzo stara wies. Ma zachowany sredniowieczny uklad ulic. Domy mieszkalne sa nowe, tzn. XIX-wieczne, ale budynki gospodarcze sa duzo starsze.







Tablica informacyjna wskazywala takie, ktore koniecznie nalezalo obejrzec, ten po lewej pochodzi z 1353 roku, dowiedzione dendrochronologicznie! Jest to podobno jeden z 10 najstarszych budynkow we wszystkich krajach nordyckich. Druga jest z XVII, a trzecia z XVI wieku! Mozna poznac jak sa stare po innej technice ciosania bali w konstrukcji zrebowej. Stoja u kogos na podworku, ale zostaly przeniesione z innego miejsca, kiedy w 1970ym miala miejsce jakas reforma zagospodarowania przestrzennego.





Drzwi sa oryginalne.








Malunki typowe dla XIX wieku.





A to juz wiek XXI w calej okazalosci i przedmiescia Mory. Mora to najwieksze miasto na mojej trasie i choc na poczatku nie wyglada imponujaco jest moim zdaniem naprawde fajne i warte odwiedzenia. Jesli mam wybrac swoje ulubione miasto w Szwecji to jest to wlasnie Mora. Wiele sie tu zmienilo, przybylo turystow. Ostatnio bylam tu 10 lat temu i bylo duzo spokojniej. Ale i tak jest fajnie i bardzo sie ciesze, ze znowu tu jestem.









Gesundaberget na horyzoncie, jest stamtad doskonaly widok na jezioro.










W Morze konczy sie Vasaloppet, slynny wyscig narciarski, Bieg Wazow. Wygrala w nim w 2015 Justyna Kowalczyk i jest uwieczniona na tablicy pamiatkowej. Pani Justyny raczej nie przegonie, ale jeszcze dzis rozpoczne wedrowke szlakiem Vasaloppsleden, ktory biednie trasa wyscigu. Ma 90 km i doprowadzi mnie do stop Gor Skandynawskich pomiedzy Transtrand a Sälen. W Sälen zas zaczyna sie Södra Kungsleden, ktora przeszlam juz w 2016, a teraz bede wedrowac ponownie, jako pierwszym gorskim szlakiem na trasie Sverige på längden.















Naturalnie trafilam do sklepu z pamiatkami, powiedzialam pani sprzedawczyni, ze sie namysle i wroce, co zamierzam zaraz uczynic :-)




Fani bushcraftu z pewnoscia znaja Morakniv, slynny noz Mora - wlasnie tutaj jest produkowany.




W domu na polce mam pocztowke tym wlasnie obrazkiem. Niebieska farba troche w ostatnim czasie wyplowiala!





I to tyle nowosci! Mam nadzieje, ze Wam sie podobalo i ze bedziecie czekac z niecierpliwoscia na kolejna relacje. Jezeli chodzi o trzymanie kciukow oprocz powodzenia calej wyprawy dodajcie tez intencje o dobra pogode, bo ostatnio cos z tym slabo :-)

Pozdrowienia z Mory, znad Siljanu!