niedziela, 17 lutego 2019

Test: Spodnie Arc'teryx Palisade Pant Women's

Zakup spodni Arc'teryx Palisade Pant był owocem długich poszukiwań. Kryteria wyboru były bardzo ścisłe - minimalistyczne, cienkie spodnie, które chronią przed wiatrem, są wytrzymałe, posiadają dwie kieszenie na udach oraz zintegrowany pasek - po nieprzyjemnych doświadczeniach związanych z krwawymi ranami po wbijających się w ciało szlufkach pod pasem biodrowym plecaka to było najważniejsze.

Okazało się, że znalezienie takich spodni nie jest wcale łatwe. O ile w męskich spodniach trekkingowych niemal zawsze występują dwie kieszenie na udach, to w damskich w znakomitej większości przypadków jest tylko jedna. Dlaczego? Czyżbyśmy potrzebowały mniej rzeczy, a może miały mniej rąk? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

Szczęśliwie trafiłam wreszcie na odpowiedni model, który spełniał wszystkie wymagania. Palisade służyły mi przez ostatnie 5 lat na wszystkich krótko i średniodystansowych trekkingach 3-sezonowych. Na długich dystansach, gdzie klimat jest bardzo zróżnicowany preferuję krótkie spodenki do biegania.

Spodnie Palisade zagościły w mojej szafie sprzętowej jesienią 2013 roku. Lubiłam je tak bardzo, że kiedy ostatecznie się zniszczyły, zakupiłam nowy egzemplarz tego samego modelu. Nowy trochę się różni, ale na tyle niewiele, że test starego modelu jest wciąż aktualny. Uzupełniam go o zdjęcia porównawcze.




Dane techniczne i budowa

Rozmiar: 2 (obecnie odpowiada 6)                   
Długość nogawek: 31 cali (nowe 29 cali)
Waga: 246 g (nowe 248 g)  
Materiał: TerraTex™, 94% nylon, 6% elastan
Krój: dopasowany (trim fit), proste nogawki
Przeznaczenie: trekking, wędrówki piesze

Model: 22402



Palisade Pant to techniczne spodnie trekkingowe z kolekcji Traverse. Lekkie, szybkoschnące, wytrzymałe i odporne na wiatr. Wyposażone w cztery kieszenie. Wykonane z gładkiego, ściśle tkanego materiału nylonowego z domieszką elastanu. W pasie mają miękką podszewkę. W niektórych miejscach łączenia poszczególnych fragmentów zamiast szwów zastosowano łączenia zgrzewane.
Spodnie są opisane jako dopasowane mają jednak bardziej swobodny krój niż inne techniczne modele Arc'teryxa. Stara wersja ma dużo bardziej obszerne nogawki, w nowej zostały one zwężone, co zapewne wpłynie na bardziej nowoczesny wygląd.

Nie mają żadnych wzmocnień charakterystycznych dla outdoorowych ubrań, co akurat bardzo mi odpowiada.

Są produkowane w trzech wersjach długości: 29, 31 i 33 cale. Testowany egzemplarz to regular, czyli 31 cali, będąc niską osobą musiałam je skrócić (nie udało mi się wtedy zdobyć krótszych), ale nie obcinałam tylko podwinęłam. Moje nici nie były trwałe i rozpadły się na długo przed spodniami, więc potem je rolowałam. Nowy egzemplarz w wersji short ma nogawki o długości 29 cali i są idealne.
 

 

Użytkowanie

Spodnie nosiłam na rozmaitych trekkingach 3-sezonowo, co rozciąga się także na Skandynawię latem. Tam właśnie spędziłam w nich najwięcej czasu, przeważnie 5 tygodni w roku. Poza tym po kilka tygodni jesienią i wiosną na polskich i europejskich szlakach, od Beskidów, przez Alpy po Hiszpanię. Zdarzało mi się zakładać je też zimą, kiedy przewidywałam intensywny wysiłek, nie są to jednak spodnie zimowe.


W spodniach Palisade pokonałam z plecakiem na grzbiecie w sumie trochę ponad 3500 km. Warunki oczywiście trafiały się różne, lecz przeważnie była to wędrówka szlakiem w umiarkowanych temperaturach od około -10 do +25, najczęściej jednak od 0 do +20. W miarę cywilny wygląd i neutralny beżowy kolor pozwalał także na użycie Palisade jako spodni podróżnych. Zakładałam je też często na codzienne spacery.



Wygoda

Dzięki domieszce elastanu spodnie są lekko elastyczne i bardzo wygodne. Panel w kroku umożliwia swobodę ruchu. Można bez problemu poruszać się w nich w trudniejszym terenie, siedzieć po turecku czy wykonać ćwiczenia rozciągające.


Dobrze noszą się z bielizną termoaktywną pod spodem, niezależnie od tego czy jest to cienkie merino czy gruby Polartec Power Strech. Stare są odrobinę obszerniejsze, a nowe bardziej dopasowane, szczególnie jeżeli chodzi o nogawki, ale wciąż pozwalają na założenie grubszej bielizny oraz stabilizatorów na kolana. Ze względu na stabilizatory, które noszę pod spodniami muszę wybierać mniej dopasowane spodnie (niektóre modele spodni softshell Arc'teryxa są bardzo dopasowane i nie mieszczą niczego pod spodem, np. Sylvite Pant).


Pas i kieszenie, elementy na których mi najbardziej zależało, zasługują na osobne omówienie.

Talia jest dość nisko - wysoki stan sprawia, że spodnie gniotą mnie w brzuch. Zbyt niski z kolei sprawia, że krawędź spodni wrzyna się w skórę dokładnie w miejscu, gdzie noszę pas biodrowy. Palisade są pod tym względem idealnie zaprojektowane.
 
Zintegrowany pasek odpowiada za to, że spodnie są gładkie w pasie; nie ma szlufek ani żadnych innych elementów, mogących powodować otarcia. Od wewnątrz jest dodatkowa warstwa bardzo cienkiego polaru dodatkowo chroniąca skórę. Zgodnie z oczekiwaniem skończyły się moje problemy z otartą skórą i krwawymi wybroczynami.
 
 
 
Sam pasek w moim starym modelu to syntetyczna taśma zapinana na plastikową klamrę. Niestety, pasek zawsze się luzował, co było o tyle kłopotliwe, że akurat trzysezonowe spodnie noszę o różnych porach roku, mając zupełnie różną wagę ciała. Jesienią, po letnich wyprawach, jestem szczuplejsza i potrzebuję mocniej zacisnąć pasek, wiosną z zimowym zapasem tłuszczu wcale go nie potrzebuję i problem znika, mam jednak nadzieję, że w nowej wersji pasek będzie działać poprawnie. Jest teraz grubszy, a klamra metalowa.

 

Spodnie są wyposażone w dwie kieszenie zwykłe i dwie na udach, dostęp do nich jest łatwy podczas noszenia plecaka. Kieszenie mają zakładki, które powiększają ich objętość, ale sprawiają że są płaskie, kiedy są puste. Dzięki temu unikniemy efektu wojskowych bojówek.
 
Rozmieszczenie kieszeni jak i ich funkcjonalność zmieniły się nieco w nowym modelu. Kieszenie zwykłe zyskały zamki. Jeszcze nie wiem czy to dobrze czy źle - głębokość kieszeni jest odpowiednia, więc nigdy niczego nie zgubiłam, za to w zimowych Arc'teryx Gamma MX mam zamki i nie tak zafundowały mi one zadrapania na dłoniach. Zobaczymy.


Kieszenie na udach w nowym modelu są umieszczone bardziej z tyłu, zamek jest położony ukośnie i otwiera się do tyłu, a nie do przodu tak jak w starych. Zakładki zwiększające objętość kieszeni pozostały, lecz same kieszenie są mniejsze, węższe w dolnej części. Nadal mieszczą mapę wszerz, jednak nie ma już szans na włożenie jej do kieszeni w całości i zapięcie zamka (w starych dało się to zrobić).



 
 

W testowanym modelu z 2013 wewnętrzna część kieszeni jest wykonana z tego samego materiału co spodnie, jednak w nowej wersji mamy miękką siateczkę. Jaka będzie jej wytrzymałość czas pokaże.
 


Wytrzymałość

Jak na tak cienki materiał i ogólnie rzecz biorąc mało pancerny wygląd spodnie wytrzymały dosyć długo. Wędrówka z plecakiem, nawet dużym i ciężkim, nie przyniosła żadnych uszkodzeń, nie przetarły się nogawki, długo nie było dziur pomimo przeciskania się przez zarośla karłowatych wierzb i siadywania na ziemi.




Pierwsze uszkodzenie przydarzyło się niedługo po zakupie, kiedy iskra z ogniska wytopiła małą dziurkę na kolanie. Spodnie są w 100% syntetyczne, więc należy być ostrożnym.
 
Pierwszym objawem zużycia był zepsuty zamek w lewej kieszeni, po 3 czy 4 latach użytkowania. Pomimo uszkodzenia nadal można było używać obu kieszeni. W zasadzie mogłam była spróbować zamek naprawić, bo uszkodzenie polegało na tym, że się wypruł, ale jakoś nigdy się nie zmobilizowałam.
 
 
W tym samym czasie zauważyłam pęknięcia nici, które zaczęły się wycierać, zwłaszcza na plecach pod plecakiem, początkowo nic się nie pruło, ale widać było coraz większe ubytki nici. Nastąpiło to moim zdaniem o wiele za wcześnie, szczególnie że materiał był wtedy wciąż w bardzo dobrym stanie.
 
Materiał zaczął ulegać degradacji najpóźniej, zetlał właśnie teraz, po 5 sezonie użytkowania. Kolor nie wypłowiał, na plecach spodnie lekko ściemniały od niespieralnego brudu, pojawiło się kilka małych odbarwień (zwykle pojawiają się po praniu w miejscu plam tłuszczu). Nylon, jakiego użyto był ogromnie wytrzymały i przez lata nie pojawiły się żadne uszkodzenia mechaniczne, rozdarcia czy pęknięcia. Żadne krzaki ani druty kolczaste nie robiły na Palisade wrażenia aż do stycznia 2019 kiedy przyszło mi przechodzić wiele drutów kolczastych w Hiszpanii, a spodnie nagle przestały sobie z nimi radzić.
 
 
Także szwy zaczęły właśnie puszczać, więc najwyraźniej żywotność użytych materiałów to właśnie 5 lat. Na zużycie ma pewnie wpływ utlenianie, promienie UV i dość intensywne użytkowanie.
 


 
Przyglądając się stanowi zużycia zauważyłam drobne zmechacenie w pasie, musiało ono powstać na ostatnim wyjeździe, pod wpływem ocierania o plecak.



Termika i oddychalność

Spodnie są jednym z elementów ubioru warstwowego, o którym pisałam szerzej w osobnym artykule.
 
Dzięki temu, że Palisade są cienkie nie dają zbyt wiele ciepła - mają chronić przed wiatrem i odrobinę poprawiać termikę, ale pozwalać poruszać się także w cieplejszych warunkach i przy większym wysiłku. Tradycyjne spodnie typu softshell z grubszej dzianiny są dla mnie za ciepłe. Kiedy potrzebuję ciepła, zakładam pod spód bieliznę. Jeżeli wciąż jest mi zimno, na wierzch idą spodnie przeciwdeszczowe.


Taki zestaw jest bardzo uniwersalny i działa w zakresie temperatur od ok. -10 do +25, z tym że w warunkach wietrznych jakie panowały np. w czasie arktycznego ochłodzenia w marcu w Drawieńskim Parku Narodowym (-7 C na termometrze) było już bardzo zimno, a powyżej 20 C jest już naprawdę bardzo ciepło - sytuację ratuje jednak podwinięcie nogawek, co jest bardzo łatwe ze względu na miękki i cienki materiał.


W przedziale od 0 do 20 stopni jest najzupełniej komfortowo, choć najczęściej do +5 noszę pod spodem bieliznę, a od +10 podwijam nogawki - to wszystko zależy od panujących warunków, wiatru i wilgotności oraz intensywności wysiłku.


 
Odporność na wiatr

Spodnie są dla mnie odpowiednikiem wiatrówki, nie mają być w żadnym razie ciepłe, ale ponieważ długie spodnie noszę w raczej surowych warunkach oczekuję od nich, że zachowując jak najlepszą oddychalność będą jednocześnie dobrze chronić przed wiatrem i jego działaniem chłodzącym. Palisade spełniają to zadanie bardzo dobrze. Nie są oczywiście 100% wiatroszczelne, ani nawet nie chronią przed wiatrem tak dobrze jak wiatrówka (Arc'teryx Squamish Hoody), ale jeżeli chodzi o dolną część ciała to mi wystarcza. Dzięki temu oddychają doskonale, czego nie można powiedzieć o wszystkich spodniach z nylonu, które często wywołują u użytkownika wrażenia przebywania w saunie.



Schnięcie

Palisade schną błyskawicznie, porównywalnie do wiatrówki. Z tego powodu czasem opóźniam zakładanie spodni przeciwdeszczowych, jeżeli nie zanosi się na ulewę. Jeżeli są tylko lekko skropione deszczem ciepło ciała sprawia, że po kilku minutach wysychają. 


Podsumowanie

Z reguły większą wagę przywiązujemy do zakupu kurtki czy bluzy, spodnie zaś traktujemy jako drugorzędną sprawę, jednak znalezienie wygodnych i funkcjonalnych damskich spodni to trudna sprawa.
 
Arc'teryx Palisade Pant to proste i skromne spodnie w neutralnym kolorze, pasującym do wszystkiego, nie rzucającym się w oczy. Są lekkie i bardzo wygodne, skonstruowane tak, aby można je było komfortowo nosić pod pasem biodrowym nawet ciężkiego plecaka. Znakomicie oddychają, szybko schną, nie jest w nich gorąco. To, że zakupiłam drugi egzemplarz mówi samo za siebie - to świetne spodnie, z których byłam bardzo zadowolona. Do wad należy poluzowujący się pasek w starym modelu i mniej funkcjonalne kieszenie w nowym. Wytrzymałość jest na dobrym poziomie, choć nici zdecydowanie mogłyby być trwalsze. Od lekkich materiałów nie należy oczekiwać długowieczności liczyłam jednak na to, że spodnie wytrzymają jeszcze jeden sezon. Ich cena nie jest niska (w promocji można je obecnie kupić za 400 zł w zagranicznych sklepach, na testowany egzemplarz wydałam 5 lat temu 300 zł).

 

wtorek, 12 lutego 2019

Hiszpania: Dzień w Sewilli

Szybkie tempo na GR48 sprawiło, że udało mi się wygospodarować dodatkowy dzień, który mogłam poświęcić w całości na zwiedzanie Sewilli. Urokliwa architektura małych andaluzyjskich miasteczek, które odwiedziłam wędrując przez Sierra Morena, zapowiadała wspaniałości, jakie muszą się niehybnie znajdować w stolicy regionu. Sewilla tak bardzo mi się podobała, że postanowiłam poświęcić jej osobny wpis. Nie traktujcie go jako przewodnika - nie specjalizuję się w zwiedzaniu miast, robię to pobieżnie, raczej chłonąc klimat i zaglądając tam, gdzie akurat mam ochotę. Rzadko sprawdzam, co powinnam zwiedzić :-)

W Sewilli zjawiłam się wieczorem, wysiadłam z pociągu na głównym dworcu Santa Justa, zarezerwowałam najtańsze łóżko (10 euro), korzystając z wifi w MacDonaldzie. Tym razem miałam nocować w innym hostelu niż poprzednio (Traveller Box Hostel był tragiczny) - Sevilla Dream Hostel. Podreptałam tam pieszo, rozglądając się bacznie wokół, żeby wiedzieć już gdzie się udać następnego dnia. Pora była niesprzyjająca. Hiszpanie ożywają wieczorem i moim zdaniem jest to najmniej odpowiednia pora do włóczenia się po mieście. Co kto lubi, ale hałas i tłok działał mi na nerwy. Z wielką ulgą zaległam w hostelu, który tym razem okazał się zupełnie przyzwoity.




Nie miałam ochoty uganiać się po mieście przez cały dzień, wyszłam dopiero o 10:30 po niespiesznym śniadaniu złożonym z chleba, sera i kawy.

Nie zamierzałam też kierować się wskazówkami z żadnego przewodnika, choć nie mogę powiedzieć żebym całkowicie unikała atrakcji - raczej nie miałoby to sensu. Włóczyłam się na własną rękę, nawigując wśród ciasnych uliczek z pomocą papierowej mapy, jaką pozyskałam w informacji turystycznej na lotnisku i przeniosłam przez całe GR48. Było na niej zaznaczone wiele zabytków, choć np. nie było mojego ulubionego kościoła św. Antoniego przy ulicy Alfonso XII.
 
Wędrując przez stare miasto zaglądałam w każdą bramę w poszukiwaniu z arabska urządzonych dziedzińców (były w prawie każdym domu), do których można było zapuścić żurawia przez kratę lub oszklone drzwi. Zajrzałam też do kilku kościołów.



Wkrótce znów trafiłam na duży plac z fantazyjną budowlą (patrz wyżej, zdjęcie zrobiłam poprzedniego wieczora), służącą zdaje się turystom do robienia zdjęć miasta z góry. Często mam okazję oglądać świat z góry wędrując, więc tym razem bardziej interesowało mnie to, co było w podziemiach, ale o tym za chwilę.

Na parterze tej dziwacznej budowli znajdowało się targowisko, całkiem możliwe że nastawione raczej na turystów niż mieszkańców. Były tam najróżniejsze towary konsumpcyjne, wędliny, sery, świeże ryby i owoce. W dziale owoców szukałam fig i daktyli (mieli nawet świeże, tunezyjskie). W bogatym dziale suszonych owoców były nawet kandyzowane ziemniaki - wygląda na to, że nawet teraz, po grubo ponad 500 latach, które minęły od odkrycia Ameryki przez Kolumba, Hiszpanie nadal nie bardzo wiedzą co z nimi robić (poza chipsami).


Zrobiwszy zakupy na targu udałam się w kierunku wspomnianych wyżej podziemi. Znajdowały się tam ruiny rzymskiego osiedla z dobrze zachowanymi domostwami i mnóstwem mozaik. Turyści nie byli wcale zainteresowani zwiedzaniem starożytności, więc miałam je praktycznie dla siebie.











Było też kilka zabytków wczesnego chrześcijaństwa - baptysterium oraz fundamenty świątyni.





Sewilla jest najbardziej zachwycającym miejscem sprzedaży najróżniejszych towarów jakie widziałam w życiu (tak na pewno było również w XVI i XVI wieku, kiedy miasto miało monopol na handel towarami przywiezionymi z Ameryki). Każda witryna błyskała czymś, czego się natychmiast zapragnęło. Można było dostać oczopląsu od wszelakich błyskotek, ale były i sklepy dla malarzy, sklepy z kapeluszami, całe mnóstwo sklepów z akcesoriami do flamenco i tyle samo oferujących stroje do pierwszej komunii. Sklepy z dewocjonaliami, pasmanterie z bogatą ofertą wspaniałych koronek, sklepy muzyczne...







Nadmiar bodźców wkrótce przyprawił mnie o utratę zainteresowania tymi wszystkimi artykułami, wskutek czego zapragnęłam udać się w jakieś spokojniejsze miejsce.
 
Póki co nie było to możliwe. Ruszyłam w kierunku najsłynniejszych zabytków.


Na pierwszy ogień poszedł ratusz, a dalej ogromna gotycka katedra, straszliwie przeładowana zdobieniami i z okropnie długą kolejką do wnętrza. We wnętrzu znajduje się grobowiec Kolumba.





Tuż obok mauretański zamek Alcázar, rozbudowany zamek Wizygotów na założeniach rzymskich. Kolejka równie długa jak do katedry.



Błąkałam się po okolicy, krążąc wokół zamku i znalazłam kilka uroczych zaułków. Niestety do zamkowych ogrodów nie dało się wejść "na gapę" nijakim sposobem.




Później przyszedł czas na zwiedzanie pałacu przy Placu Hiszpańskim, monumentalnego kompleksu, wybudowanego specjalnie na okoliczność Wystawy Iberoamerykańskiej w 1929. Hiszpanie umieścili tam wszystko co mieli najlepszego - pomieszali renesans, barok, styl arabski, Art Deco i ozdobili wspaniałymi azulejos, czyli ceramiką.






Doskonałe miejsce na odpoczynek.




Wzorzyste azulejos rozbudziły mój apetyt jeżeli chodzi o podróże na Bliski Wschód, tak te sewilskie, jak i widziane wcześniej prowincjonalne.





Po przerwie i drugim śniadaniu (chipsy, winogrona) skierowałam się nad rzekę, mijając po drodze jeszcze kilka zabytków, takich jak arabską wieżę strażniczą Torre del Oro czy arenę walk byków.






Teraz miałam w planie zwiedzenie Triany, dzielnicy, a właściwie osobnego miasta, znajdującego się po drugiej stronie Guadalquiviru, słynącego z produkcji azulejos.
 
Tuż za mostem zauważyłam wejście do kolejnej hali targowej, kto wie czy nie lepszej od tej w centrum Sewilli. Mieli sporo towaru, ale już zamykali. Jeżeli nie ograniczacie swojej wizyty do zwiedzania jednego miasta, a zamierzacie zapuścić się bardziej na prowincję radzę robić zakupy w małych wiejskich sklepikach, gdzie towar na pewno jest najświeższy, a ceny dużo niższe (nawet o połowę). Oferta jest oczywiście mniej różnorodna.



To właśnie tędy, przez most, prowadzi Via de la Plata. W hostelu spotkałam Słowaka, który przewędrował właśnie 10-dniowy odcinek tej Drogi.


Popołudniowa pora sprawiła, że nie wszystkie zakłady produkujące ceramikę były otwarte, ale kilka udało mi się zwiedzić, bo to jednak turystyczne miejsce i rządzi się swoimi prawami.




 
Po tym wszystkim zmęczenie dało już o sobie znać, więc lekko głodna (stąd pewnie zdjęcia migdałowych ciastek) udałam się w okrężną drogę powrotną do mojego hostelu, gdzie zostawiłam biwakowe toboły i miałam zamiar spędzić kolejną noc.


Zajrzałam na swój ulubiony placyk, położony na uboczu (jeśli tak można nazwać tyły zamku), obsadzony drzewkami pomarańczowymi.




Wieża katedry o zachodzie słońca.


Na kolację zrobiłam sobie makaron z sardynkami z puszki i kawałkami suszonych pomidorów, a na deser pomarańcza oraz świeże daktyle (rewelacja).



Poranek spędziłam leniwie w hostelu. W drodze na dworzec autobusowy zajrzałam po raz ostatni do kościoła św. Antoniego, o którym już wspominałam jako o moim ulubionym. Przed wejściem jest dziedziniec, wieczorem tłoczno, ale w południe nie aż tak bardzo. Oprócz figur odzianych w królewskie szaty warto też rzucić okiem na sklepienie, na którym oprócz aniołków i przegrzebków widać girlandy pomarańczy.



Ostatni przystanek na placu przed muzeum. Kilka minut na ławce i w drogę. Autobus, samolot... i tak nastąpił koniec kolejnej podróży.