Trudno było uwierzyć, że wędrówka przez Koreę już się zakończyła, ale to zawsze tak jest - idzie się i idzie, a potem nagle przygoda się kończy jak urwany film i trudno się odnaleźć. Niewątpliwie jednak perspektywa spędzenia kilku godzin w pozycji siedzącej w autobusie była bardzo pociągająca. W mojej ręce znalazł się bilet autobusowy i za parę chwil nadjechał nieco spóźniony autobus do Seulu. Po drodze przecinaliśmy wszystkie możliwe góry, jako że podróż obejmowała przemieszczenie się ze wschodniego wybrzeża na zachodnie. I za każdym razem, kiedy pojawiał się kolejny grzbiet górski przejeżdżaliśmy przez tunel. Myślałam o tym na ile grzbietów się wspięłam, mając pod sobą wydrążony tunel. Na mapie zawsze to było zaznaczone przerywaną linią.
Across the Wilderness
Blog Agnieszki "Zebry" Dziadek - podróże i szlaki długodystansowe w stylu ultralight
czwartek, 7 maja 2026
Korea Południowa: Kilka dni w Seulu
Stacja końcowa bynajmniej nie znajdował się w centrum Seulu, tylko gdzieś na obrzeżach, ale blisko była stacja metra, którym dotarłam to dzielnicy Itaiwon, w której zarezerwowałam możliwie najtańsze łóżko na 4 noce, jakie pozostały mi do odlotu. Ze stacji do guesthouse'u musiałam podejść kilkaset metrów, więc miałam od razu okazję przyjrzeć się okolicy. Chyba trafiła mi się dzielnica artystyczno-turystyczna. Były małe sklepiki i cała ulica sklepów z (europejskimi!) antykami. Hostel miał bardzo niski standard, ale nie oczekiwałam wyższego. Położyłam się na łóżku i pogrążyłam w drzemce. Dopiero pod wieczór zmobilizowałam się do wyjścia. Przeszłam się uliczkami, zajrzałam do Daiso (takiej niby drogerii, niby sklepu ze wszystkim, Daiso występuje też w Japonii, ale ma inną ofertę) i jedynego spożywczaka w okolicy, który mnie trochę rozczarował.
Rano byłam gotowa na zwiedzanie. Dzień był upalny - deszcze już szły, ale jakby z różnych stron, na razie omijając stolicę. Wybrałam od razu najcenniejszy zabytek, czyli Pałac Cesarski i znajdujące się obok niego muzeum. Dawna sztuka koreańska była nierozerwalnie związana z górami, widać to było od razu. Za tronem cesarza stał panel z trzema szczytami górskimi, na drzeworytach też piętrzyły się góry.
Zwiedziwszy już wcześniej muzea w Japonii i na Tajwanie mogłam sobie pozwolić na porównanie. I tutaj Korea wypadała skromniej. Wszystkie artefakty były piękne, miały zdecydowanie swój odrębny styl, ale jednak wypadały nieco skromniej. Tak mi się wydawało. Jak myślicie?
Poniżej strój Cesarzowej.
Portret Cesarza.
Było całe pomieszczenie przedstawiające ofiary, składane na cześć duszy zmarłego Cesarza. Pokazano repliki potraw, w tym dużo kimchi.
Ciekawa wystawa instrumentów muzycznych.
Zanotowawszy w pamięci co świetniejsze zabytki wyszłam z klimatyzowanego muzeum na "świeże" powietrze. Unosiła się w nim mgiełka zanieczyszczeń. Wstęp do pałacu jest darmowy, jeśli ma się na sobie hanbok, tradycyjny strój. Wypożyczenie takiego stroju jest niemal obowiązkowym punktem programu dla turystów w Seulu. Choć tradycyjne stroje leżą zdecydowanie w sferze moich zainteresowań, to współczesne hanboki w ogóle mnie nie pociągały. Były zrobione z plastiku i wyglądały dość tandetnie. Zapewne można sobie obstalować jedwabny, ale nie w wypożyczalniach, tylko w zakładzie krawieckim. Zresztą historia hanboka jest dość krótka i jego obecny wygląd jest wynikiem wpływów mody europejskiej. Przed powiedzmy XVI wiekiem koreańskie stroje wyglądały zupełnie inaczej. Później stopniowo zaczęły się pojawiać swego rodzaju żakiety, krynoliny, a w stroju męskim przybył nawet czarny kapelusz. Na pewno jest to ciekawe zjawisko. Przed podróżą do Korei oglądałam film na YouTube o ewolucji koreańskiej mody, stąd byłam już zaznajomiona z jego historią.
Sam kompleks pałacowy składał się z wielu budynków o różnych funkcjach, od reprezentacyjnych, po sypialne, kuchenne i przeznaczone dla licznej służby. Było nieco zieleni, nawet drzewo morelowe, z którego spadły owoce i nikt ich nie zjadł (przede mną).
Ciekawie było wyłowić szczegóły architektoniczne, które niosły wspomnienie dawnych praktyk magicznych.
Zrobiło się już późne popołudnie, a pałac wcale nie był czynny w godzinach wieczornych. Chcąc jeszcze zajrzeć do muzeum etnograficznego musiałam się pospieszyć. Na zewnątrz były rzeźby duchów opiekuńczych z Jeju i mały skansen ze starym tradycyjnym domem.
W środku zaś było szalenie ciekawie i żałowałam, że nie przyszłam wcześniej. Przedstawiono dawne zwyczaje powiązane z nastającymi po sobie porami roku. Ogromnie podobały mi się papierowe latarnie.
Po zwiedzaniu wyszłam jeszcze na chwilę na miasto, obejrzeć ofertę sklepów z pamiątkami i wtedy właśnie odkryłam zagłębie sklepów z porcelaną. Udało mi się znaleźć odpowiedni wazon z celadonu, jak również zestaw do herbaty.
Tak wyglądała kuchnia w hostelu, do którego schroniłam się z ulgą. Byłam dość zmęczona. Towarzystwo było ciekawe, był facet z Izarela i dziewczyna z Iranu, która nigdy się nie dowiedziała o pochodzeniu Izraelczyka (zadbaliśmy o to). Był Niemiec w wieloletniej podróży i Koreańczyk mający wolne w wojsku, a pokłócony z rodziną. Rozmawialiśmy długo o różnicach kulturowych, Koreańczyk był bardzo ich ciekaw.
Drugi dzień zwiedzania poświęciłam na przechadzkę po kolejnych, nieco mniejszych pałacach, w tym Pałacu Cesarzowej.
Oprócz tego poszłam szukać pozostałości po świątyni, w której ofiary składał Cesarz, zanim Japończycy ją zamknęli i częściowo zniszczyli. Podczas działań wojennych Seul bardzo ucierpiał, o co do dziś Koreańczycy mają wielkie pretensje.
Chciałam jeszcze zajrzeć do większej świątyni w której działają szamani, ale nie udało mi się dotrzeć przed zamknięciem. Załapałam się zamiast tego na jeszcze jeden kompleks pałacowy.
Wieczorem nastąpiła degustacja mętnego wina ryżowego. Miało bardzo intensywny posmak fermentu i nie przypadło mi do gustu. Koreańczyk poradził, żebym następnym razem unikała wstrząsania przed otwarciem. W wersji przejrzystej, z osadem pozostawionym na dnie butelki podobno jest łatwiejsze w konsumpcji dla nieprzyzwyczajonych do jego smaku.
Trzeciego dnia mojego pobytu w Seulu przyszedł deszcz. Lało cały dzień i jedynym sensownym rozwiązaniem było zwiedzenie Muzeum Narodowego. Mieli tam wszystkiego po trochu. Sporo zabytków paleolitycznych, ładne ostrza z obsydianu, a potem neolit z ceramiką i polerowanymi ostrzami.
Już w czasach najdawniejszych pojawiły się symbole "yin i yang"
Potem epoka brąza i żelaza...
Dużo było zabytków z okresu pojawienia się Buddyzmu, mnóstwo rzeźb i figurek.
No i oczywiście nowocześniejsza sztuka użytkowa i wielką ilością ceramiki z celadonu.
W muzeum były też sale z eksponatami z innych krajów. Wszedłszy do pokoju japońskiego od razu się czuło, że to sztuka na innym poziomie - Japonia jest jednak wyjątkowa. Prostota i jednocześnie tak dopracowane detale.
Bardzo ciekawe były też eksponaty z krajów Azji Środkowej, coś co się nieczęsto ogląda w muzeach.
Wieczorem podreptałam pod parasolem do hostelu i przystąpiłam do pakowania się. Jakoś wszystko weszło i nawet została odrobina miejsca, tak mizerna była oferta w sklepie spożywczym. Mogłam była kupić jeszcze ze dwa kubeczki do herbaty...
Jeśli jesteście ciekawi co przywiozłam, polecam film o pamiątkach na YouTube: https://youtu.be/qMyieOoz8AY
Polecam bezpośredni lot z Seulu do Warszawy, nikt mi go nie zasponsorował, ale byłam bardzo zadowolona z braku przesiadek, miałam dobre miejsce i jedzenie było w porządku. Zdążyłam też obejrzeć kilka filmów.
Warszawa! Co za kontrast z Koreą, która miała tak wyglądać, ale w rzeczywistości przez prawie dwa miesiące widziałam wokół siebie tylko góry i drzewa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)