środa, 16 września 2020

Norwegia: Lofoty

Zakończywszy przejście Szwecji wylądowałam w Norwegii... Czułam się w obowiązku pozostać chociaż przez jakiś czas, bo ostatecznie teraz nie każdy ma na to szansę. Lofoty wydawały się bliskie, przynajmniej na mapie. Nigdy tam nie byłam, a tyle zachwytów słyszałam, że postanowiłam sprawdzić na własne oczy jak też te Lofoty się prezentują.

Postanowiłam jechać autostopem, mimo że ruch na drodze do Kilpisjarvi był mizerny, udało mi się dojechać do Skibotn, gdzie byłam już na głównej drodze E6. Zastanawiałam się jak to będzie z autostopowaniem w Norwegii, w czasie pandemii, szczególnie że Norwegia przyjęła zgoła inną niż Szwecja strategię, ale nie było tak źle. Myślę, że po prostu jak ktoś nie chciał mieć nic ze mną do czynienia to się nie zatrzymywał, a ten kto się zatrzymywał, się nie bał.  Tak więc kierowcy jak najbardziej się zatrzymywali, ale podróż przebiegała bardzo wolno, bo każdy podróżował tylko na krótkim dystansie. Pierwszego wieczora dałam za wygraną okioło 18, kiedy niebo zasnuły deszczowe chmury, a ja utknęłam za skrzyżowaniem z drogą do Tromso. Nie było tam żadnej sensownej zatoczki, za to był piękny fiord i świetne miejsce biwakowe, na którym się rozbiłam i pozostałam prawie do południa następnego dnia, gdyż całe rano intensywnie padało.







Rano musiałam pokonać pastwisko, wdrapać się na skarpę. Tam był mały parking. Deszcz padał przelotnie, stałam po pół godziny w jednym miejscu, przesuwałam się o kilkadziesiat kilometrów do następnego miasteczka i jeszcze następnego. Nie było po drodze nic wartego uwiecznienia. Wieczorem postanowiłam wysiąść w Evenskjer, bo google pokazywał tam supermarket i bibliotekę. Przenocowałam na plaży we wspaniałej luksusowej toalecie z ogrzewaniem, gniazdkami elektrycznymi i ciepłą wodą, która posłużyła mi do kąpieli. Brakowało tylko wifi. Poczekałam aż otworzą bibliotekę i tam właśnie skomponowałam ostatni wpis z relacją ze Szwecji.






Wczesnym popołudniem ruszyłam dalej, ale stałam ponad godzinę, po czym zostałam podrzucona do mostu nad cieśniną Tjelsund całe 5 km... Most był ogromny i musiałam go przejść. Po drugiej stronie jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło i zabrała mnie ekipa erazmusowej młodzieży, prosto na Lofoty.





Dałam się wysadzić w miejscu, gdzie powinno się zaczynać Trawers Lofotów, bo właśnie ów trawers chodził mi po głowie - nie bardzo wiedziałam co miałabym tam robić, jeśli nie coś trawersować :-) Kasia Nizinkiewicz, która ma taki trawers na koncie, i to zimowy, wysłała mi dokładne i obszerne instrukcje gdzie należy się udać, więc posługując się nimi, zaczęłam wędrówkę od długaśnego odcinka asfaltowego na Wyspie Austvågøy. Morze pachniało przyjemnie, był odpływ. Szłam przez małe rybackie wioski, no może nie wszyscy byli tam rybakami, ale w każdym razie zauważyłam suszące się pod dachem ryby. Ku mojemu zaskoczeniu było tam mnóstwo plaż. Jakoś wydawało mi się, że fiordy i plaże nie mogą współistnieć, ale byłam w błędzie. Kolejnym zaskoczeniem były owce, na zboczach fiordu rozbrzmiewały dzwonki na szyjach baranów, owce stały na drodze. Trawa była wygryziona, góry zdeptane terasami, a plaża upstrzona odchodami. Nie tak to sobie wyobrażałam, ale w każdym razie morze mi się podobało, więc po dwóch godzinach, kiedy nadszedł wieczór, rozbiłam namiot na plaży. Naprawdę pięknej plaży, ograniczonej głazami, z łachami muszelek, małym strumykiem i dużym drzewem. Woda była turkusowa jak w tropikalnym morzu. Bardzo słona.















Poranek był przyjemny, wyspałam się znakomicie. Nie spieszyłam się przesadnie, wypiłam cały kubek kawy z mlekiem i w końcu ruszyłam dalej asfaltem. To boczna droga, z niewielkim ruchem, ale mijały mnie zarówno kampervany jak i ciężarówki.







Nie miałam pojęcia, że Lofoty to teren rolniczy. W zasadzie nic dziwnego, Atlantyk sprawia że klimat jest łagodny. Bardzo cieszyłam się, że nie jestem w zimnych górach, że idę sobie w słońcu w koszulce z krótkim rękawem. Wokół zielone pastwiska, krowy i traktory... Właśnie zebrano jesienne siano.









Droga zawijała mnóstwo zakrętów, obejście fiordu trwało całkiem długo. Drugi miał most, pod którym przelewała się woda przypływu. Niesamowicie to wyglądało, kiedy wielka morska rzeka wlewała się do zatoki.






Gdzieś tam miał zacząć się szlak na górę o nazwie Matmora. Mapy.cz pokazywały go w złym miejscu i chwilę błądziłam, dalej jednak był parking i ścieżka. Przy idealnej pogodzie było sporo chętnych na wspinaczkę. Szlak był całkiem spory, uczęszczany również przez owce. Dość mocno zerodowany, składał się głównie z głazów. Musiałam się podpierać rękami, bo moje nogi nie mają takiego zasięgu. Ale szybko osiągnęłam pierwsze wzniesienie z pięknym widokiem.








Dalej szlak prowadził grzbietem, który wkrótce stał się dość poszarpany i dość eksponowany. Na szczęście wiatr nie był zbyt silny.










Z poziomu morza musiałam wejść na 788 m, co zajęło całkiem sporo czasu. Grań trzeba było pokonywać ostrożnie, były fragmenty gołej skały. Słońce zniżało się coraz bardziej, gotowe liznąć horyzont. Widok był bajeczny i szczerze mi się podobał.










Zejście trzeba było pokonać uważnie, było stromo, a po drodze trochę ruchomy piarg. Byłam ostatnią osobą, która stamtąd schodziła. Kiedy dotarłam z powrotem na poziom morza zmierzchało. Udałam się na najbliższą plażę w celu biwakowym. Ta była niestety dość podmokła i nawiedzana przez owce.









Na następny dzień zapowiadano pogorszenie pogody, więc mimo że nie wypoczęłam należycie zmobilizowałam się do dość wczesnego wyjścia na następny szlak, który zaczynał się 4 km dalej. Nie był oznakowany i nie było do niego drogowskazu, ale jak najbardziej ścieżka była. Tak się dowiedziałam jak wyglądają szlaki na Lofotach, nikt nad nimi nie panuje, nikt ich nie projektuje. Czasem komuś przyjdzie do głowy coś oznakować a czasem nie. Szlaki są, bo ludzie nimi chodzą, ale jak ludzie sami wydeptują szlaki to są one zawsze strome i zerodowane. Ten jednak był w miarę przyjemny, nietrudny, ale za to bagnisty. Tak to już tu jest, pomyślałam sobie, albo skały albo bagno. Były też jednak znakomite borówki i całkiem sporo malin polarnych.









Po drodze na Lofoty pytałam jak tam jest, czy jest las i jaki - brzozowy. Dla sosen jest zbyt mokro, tylko brzozy wytrzymują. Ale dużo lasu jest wycięte na pastwiska i łąki. Wyżej w przyspieszonym tempie las ustępuje tundrze. I tak właśnie, też jakby w przyspieszonym tempie, znalazłam się w górskim krajobrazie i od razu zobaczyłam morze po drogiej stronie wyspy. Wydawało się to dziwną miniaturą, niby góry, niby monumentalne, ale jakieś takie oderwane od rzeczywistości. Jakby ktoś ściął czubki Alp i wrzucił do oceanu - żeby było ładnie. Jak w akwarium. Brakowało tylko klimatycznego oświetlenia... Ale i ono było - zobaczyłam później na zdjęciach jak w mrocznej porze roku oświetlone są wioski i mosty. I jeszcze zorza polarna - za dużo tego wszystkiego.






Tymczasem na przełęczy zaczął padać deszcz. Zejście było ambitniejsze niż podejście i znów wymagało uwagi. To tam powinnam była skręcić przy jeziorze, ale myślałam że chodzi o inne jezioro, niżej, więc przegapiłam skręt. Powoli traciłam wysokość, stąpając po piargach, trawach i gołej skale. Było czasem na tyle stromo, że nie sięgałam nogą w dół i kilka razy zsunęłam się na tyłku. Skała to granit, więc jest przyczepna, trampki trzymały doskonale. Ale moje kolana nie są stworzone do takiego nachylenia, bałam się kontuzji i szłam powoli i ostrożnie. Choć mogę sobie pozwolić na bardzo długie dystanse, sprawa zmienia się diametralnie wraz z nachyleniem terenu. Choć rzadko opowiadam o swoich niedomaganiach, stabilizatorów nie noszę dla ozdoby.







Zlazłam prosto do miasta Svolvaer. Padał typowo morski deszcz, gęsty i drobny, jak w Irlandii. W Biltemie nie było taniego gazu, musiałam kupić w sklepie outdoorowym, a ceny norweskie powalały, w stosunku do szwedzkich również. W supermarkecie ładowałam baterie i kombinowałam co robić dalej. I gdzie nocować... Z pomocą przyszli mi Mirek i Asia, których Kasia i Jose poznali w czasie swojego trawersu, zgodzili się mnie przenocować, podzielili się wiedzą na temat gór no i pralką, prysznicem i jedzeniem... Wciągnęłam wielką ilość parówek. Bardzo dziękuję za gościnę!




Mając dostęp do internetu przyjrzałam się trasie. Okazało się, że przegapienie skrętu skutkuje koniecznością pokonania najtrudniejszego i najbardziej stromego odcinka na całych Lofotach. A wcale nie miałam na to ochoty. Jak i na ten cały trawers w ogóle... Ostatecznie przyjechałam tu tylko pozwiedzać, więc mogę robić to, na co mam ochotę... Pojechałam więc na następną wyspę Vestvågøy autostopem.





No i cóż... Bez szału. Miły Niemiec z dużym dorobkiem podróżniczym (nic nie wspominałam o swoim żeby mu nie psuć tego obrazu) podwiózł mnie pod sam szlak. Ten był łatwy, co prawda bardzo mokry, ale prowadził trawersem na grzbiet w sposób bezproblemowy. Wokół farmy i pastwiska i owce. Taplały się w jeziorze.







Ta wyspa nie była taka górska jak poprzednia. Grzbiet przecinała droga do nadajnika, linia z prądem. Stało wc, ale zamknięte... Plątanina ścieżek wymagała konsultacji z mapą. Wylazłam na jakiś popularny szczyt, szlaku który był tak podejrzanie prosto poprowadzony na mapie w ogóle nie było. Nie chciało mi się go szukać, nie było tam nic, na czym miałabym ochotę zawiesić oko. Czas było przyznać oficjalnie, że wcale mi się te Lofoty nie podobają. Na szczęście żaden sponsor nie oczekuje ode mnie zachwycającej relacji z wyczynu, nie muszę też śpiewać w zgodnym chórze opiewających znakomitość krajobrazu norweskiego wybrzeża - zwijam się stąd. Nie pierwszy raz zdarzyło mi się nie podzielać zachwytu nad jakimś popularnym miejscem, podobne doświadczenia wyniosłam z Nowej Zelandii czy Islandii. Po prostu, nie moje klimaty.










Zeszłam popularną ścieżką do gruntowej drogi. Była tam wiatka, ale nie miałam zamiaru tam zalec. Tuż obok była farma, a woda spod owiec nie bardzo nadawała się do picia. Poszłam do asfaltu.





Nie miałam wcale zamiaru zwijać się z Lofotów natychmiast, chciałam jednak zobaczyć te najładniejsze i najsławniejsze miejsca. A te znajdują się na ostatniej, największej wyspie Moskenesøya. Tutaj moje wrażenie było zupełnie inne, było naprawdę pięknie. Góry były strzeliste, zbocza gładkie, a między szczytami wisiały wspaniałe chmury, zabarwione przez zniżające się słońce. Rozświetlony fiord wyglądał fantastycznie, ale nie mogliśmy się zatrzymać na moście. Trójka Afgańczyków zawiozła mnie do Fredvang. Stamtąd wzdłuż fiordu, nad którym na tradycyjnej żerdzi suszyły się flądry, klępnęłam jeszcze kilka kilometrów asfaltu na początek szlaku do słynnej plaży Kvalvika. Szlak miał tylko 2 km, byłam więc pewna że choćby nie wiem co przed zmrokiem tam dojdę. Miałam wielką ochotę na biwak na plaży, na coś co z góry wiedziałam, że będzie mi się podobało. Bo co jak co, ale wybrzeże na Lofotach jest piękne.








Szlak był w rzeczy samej szybki, ogromnie wydeptany. Kilka samochodów na plaży świadczyło o tym, że nie ja jedna wpadłam na pomysł oglądania zachodu słońca na plaży. Plaża wychodziła na zachód i chociaż nad szczytami wisiały chmury, to byłam prawie pewna że będzie widać zachodzące słońce pod chmurami. Tak też było. Głazów nie brakowało, ale nie było bardzo stromo i schodząc na plażę obserwowałam zachodzące słońce. Widać było jak gładkie chmury wynurzają się z morza w zetknięciu z górami, jak owijają ich szczyty watowatą wilgocią. Wilgotna mgiełka spowijała też plażę, wiatr był słaby, więc wybrałam odsłonięte miejsce biwakowe z widokiem. Niedaleko stało sześć innych namiotów. W górze słychać było dzwonki owiec, ale przede wszystkim obecny był huk fal.  O to chodziło, Kvalvika jest popularna nie bez powodu.













Szlak do Kvalviki łączył się na mapie w zgrabną pętelkę ze szlakiem na szczyt Ryten, który ponoć miał oferować znakomite widoki. Kłopot w tym, że Ryten był zasnuty chmurami. Nie spieszyło mi się, zjadłam spokojnie śniadanie i czekałam na rozwój wypadków. Postanowiłam podejść tak wysoko jak się da, zanim widoki zasłonią chmury. Szlak ponownie nie był trudny, troche głazów i już byłam na grzbiecie, a grzbiet trawiasty, był zupełnie łatwy. Widok na plażę był rzeczywiście świetny.








Pogodziłam się już z tym, że nie warto włazić na mglisty szczyt, kiedy chmury nagle się rozwiały. Nie zostało mi wiele, może 5 minut zajęło mi wejście na szczyt. Jednak się udało! Choć okazało się, że to wcale nie ze szczytu są najlepsze widoki, ale w każdym razie zdobyłam drugą górę na Lofotach. Nie pamiętam ile miała wysokości, chyba coś około 600 m.







Zeszłam drugą stroną. Szlak niedawno ogarnięto, postawiono kładki w torfowisku i zainstalowano łańcuchy, choć nawet ze swoim skromnym doświadczeniem mogłabym wskazać z 10 lepszych na nie lokalizacji na innych szlakach. Nikt nie jechał drogą, a jak jechał to się nie zatrzymał i całą drogę powrotną do głównej drogi musiałam pokonać pieszo. Natychmiast kiedy zeszłam z Ryten chmury wróciły, a jak doszłam do miejsca piknikowego zaczęło padać. To się nazywa mieć szczęście.












Myślałam, że tego dnia uda mi się jeszcze wejść na Reineberget, górę z zainstalowanymi schodami, ale deszcz mi to uniemożliwił, bo nic już nie było widać. Na dwie raty dojechałam do Reine, a jakże, z niemieckimi turystami. Na nich zawsze można liczyć... Wysadzili mnie w porcie, w centrum Reine. Ładnie tam było, ale strasznie turystycznie. Nawet wc było płatne. Zaczęłam rozglądać się za jakimś zadaszeniem, bo ulewa przybrała na sile, ale garaż przy domu kultury przeciekał, a przy centrum fizjoterapii był zakaz wstępu do obcych z powodu epidemii. Poszłam na parking dla przyczep, schowany za rusztowaniami do suszenia dorszy, o tej porze roku pustymi. Było tam bardzo brzydko, wszystko wyspane żwirem. Znalazłam skrawek koniczyny i rozbiłam namiot.






Mogłam jeszcze pojechać na sam koniec wyspy do miasta Å, ale nie miało to sensu, bo prognoza zapowiadała na następne kilka dni nieustające deszcze. Warunki nie sprzyjające autostopowaniu, w którąkolwiek stronę. Zakupiłam więc bilet na autobus do Narviku. Aplikacja nie pozwalała na oznaczenie godziny wyjazdu, więc bilet do rana stracił ważność, ale na szczęście nikt biletów nie sprawdzał...





Pojechałam do Narviku, a nie promem do Bodo, gdyż przez Bodo byłoby naokoło. Tęskniłam za Szwecją, chciałam tam jeszcze pobyć. Najbardziej sensowny wydawał się powrót do Norrbotten, do Abisko. A z Narviku odjeżdżał szwedzki autobus do Kiruny przez Abisko właśnie. Pasowało idealnie. W Narviku spędziłam trzy godziny, zrobiłam małe zakupy spożywcze. W Norwegii w porównaniu ze Szwecją oferta sklepów spożywczych jest bardzo skromna. Nie ma mleka w proszku, trudno znaleźć gorące kubki. Są dobre owsiane ciastka i znalazłam swoje ulubione duńskie cukierki truskawkowe z lukrecją. Skonstatowałam, że bliżej stamtąd na biegun północny niż do Cieszyna. I uświadomiłam sobie, z pomocą wikipedii, że okręt wojenny Błyskawica, który zawsze chodzę oglądać w Gdyni brał udział w bitwie o Narvik. Zupełnie o tym zapomniałam.








A potem wsiadłam do szwedzkiego autobusu. Czułam się jakby to był autobus wiozący mnie do domu. Co za ulga! Cieszyłam się na złote brzozy i góry o normalnych kształtach - widziałam je już na horyzoncie.