poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Danmark på langs 2 - Basnæs Skov - Pipstorn Skov

Na dzikim biwaku spałam tak długo i smacznie, że kiedy się wreszcie obudziłam musiałam się bardzo spieszyć. Z gałęzi wielkich buków skapywały jeszcze krople po nocnym deszczu. Teraz było tylko pochmurno, ale na popołudnie zapowiadano kolejne opady.

Na szlaku pojawił się stały zestaw: nadmorska ścieżka przeszła w leśną drogę gruntową, potem przy asfalcie był pałac i kościół we wsi Magleby, potem jeszcze zamek Borreby. Znów można było zajrzeć na dziedziniec.













Wizytę w miasteczku Skælskør zakłócił deszcz. Szybko schroniłam się do supermarketu i tym razem był to strzał w dziesiątkę. Odkryłam sieć sklepów Brugsen. Właśnie tego mi brakowało. Dotychczas byłam tylko w Netto i Remie, a oba te sklepy miały bardzo marną ofertę. Brugsen to co innego, delikatesy, garmażeria, słodycze na wagę - tam poznałam duński dobrobyt i zaczęłam z niego ochoczo korzystać, przez co w Danii wcale nie schudłam, wręcz przeciwnie, odkarmiłam się po Korei.

Miasteczko było urocze, były w nim naprawdę stare budynki, ładnie odnowione, a także dawny plac, który nosił nazwę Stary Targ, zupełnie jak jego cieszyński odpowiednik.









Deszcz nie ustawał. Zjadłam lunch w plażowej toalecie z braku innego zadaszenia i pod parasolem ruszyłam ścieżką wśród nadmorskich traw. Ten odcinek miał kilka kilometrów i był zupełnie opustoszały. W taką pogodę nikt nie wybrał się na spacer. Spoglądały na mnie tylko krowy na pastwisku. Kamyki na plaży, będąc wilgotne, wyglądały szczególnie atrakcyjnie. Nie mogłam się oprzeć.









Nawigacja kazała oddalić się od morza mokrą ścieżką wśród pól, która sprowadziła mnie do wiejskiej asfaltowej drogi. Tam też nie było żywego ducha. Kiedy nawierzchnia znów stała się naturalna i znalazłam się na łąkach był już czas myśleć o biwaku. Planowałam wiatę, ale najpierw trzeba było zaopatrzyć się w wodę. Na mapie było WC w budynku, ale budynek okazał się zabytkową chatą bez WC. Przy drzwiach był czytnik kart, chyba dało się tam jakoś wejść, ale nie było instrukcji jak, pewnie po jakiejś tajemniczej rezerwacji. Niedaleko był hotel z restauracją na parterze, widziałam z daleka i postanowiłam dojść tam przez środek trawnika, jak najbardziej na pokaz moknąc i człapiąc przez zroszoną deszczem trawę. Miałam przy tym niejaki ubaw. Wewnątrz siedzieli goście, wyglądali na bardzo zamożnych, a jednocześnie znudzonych, sennych na skutek panujących warunków pogodowych. Leniwie sączyli drinki. Parasol zostawiłam na zewnątrz i weszłam przez oszklone drzwi. Stanęłam przy barze razem z dziewczyną, która po tym jak zjawił się barman zamówiła kolorowego drinka. Kiedy przyszła moja kolej zapytałam czy mogę prosić o napełnienie butelek wodą z kranu. Barman się uśmiechnął, nie było problemu. Zauważył zużyty plaster cytryny w butelce i spytał czy dorzucić limonkę. Zaakceptowałam tę propozycję i poprosiłam o pozostawienie również cytryny. Jeszcze się nadawała.





Po krótkiej chwili na szlaku, który zawinął jednak na plażę znalazłam w lesie trzy wiaty. Były za płotem, przylegały do jakiejś działki z pustym domem - może to jakiś obóz harcerski czy coś? Nikogo nie było, nie było kranu ani toalety, dobrze że zaopatrzyłam się w hotelu. Zajęłam najlepiej wyglądającą wiatę. Biwak otaczały wysokie buki, niebo zasnuwały ciemnoszare chmury i było tam bardzo mroczno. Deszcz padał rzęsiście, a prognoza zapowiadała, że ulewny deszcz będzie padał w nocy, cały dzień i kolejną noc. Postanowiłam, że jeśli nic się nie zmieni zostanę tam i przeczekam, robiąc sobie wiatowy dzień zero. Nikt inny nie przyszedł. Dach był szczelny i bardzo dobrze się spało ze świadomością, że wszystko wokół tonie w wodzie.









Drugiej nocy dołączyli rowerzyści z małym dzieckiem, którzy przejechali tylko kilka kilometrów, ale i tak byli przemoczeni. Wokół wiat utworzyły się jeziora. Ale w nocy przestało padać i rano już tylko kapało. Na szlaku widać było ślady płynącej wody, gdzieniegdzie stały kałuże. Ulewy przeszły nie tylko nad Danią, ale i Szwecją, gdzie wystąpiły lokalne podtopienia. Była to największa ulewa tego lata, pokazywana we wszystkich wiadomościach.





Moim zadaniem było teraz zakończenie przygody z Zelandią i przeprawienie się na kolejną wyspę, Fyn. Nie ma możliwości przejścia pieszo, jest tylko most autostradowy i kolejowy. Rozważałam przejechanie pociągiem, ale postanowiłam najpierw spróbować autostopu, co zmniejszyłoby nieco koszta. Stanęłam przy zjeździe i nie czekałam długo. Zabrała mnie para w średnim wieku. Jechali odwiedzić syna i zwiedzali coś po drodze. Opowiedzieli mi, że na malutkiej wysepce, o którą opierał się most był kiedyś zakład poprawczy i że to mroczny epizod duńskiej historii.






Zostałam wysadzona dopiero na drugim zjeździe, różnica była rzędu 2km. Oczywiście chciałam wysiąść na pierwszym, ale para stanowczo orzekła, że wysadzą mnie na drugim, bo przy pierwszym były zakłady przemysłowe i uznali to miejsce za nieodpowiednie. W każdym razie byłam W Nyborgu. Podziękowałam i pomaszerowałam do centrum, prawie prosto do biblioteki, gdzie przesiedziałam dwie godziny ładując elektronikę. Oczywiście wstąpiłam do kościoła.












W Nyborgu był tez okazały zamek obronny.





Na Fyn nie było porządnego szlaku pieszego, ale był rowerowy, który biegł tak samo jak pieszy długodystansowy E6 (ten często jest poprowadzony byle jak, byle był). Czekał mnie teraz asfaltowy etap, na szczęście tylko przez pola i wioski. Po drodze kolejny wielki zamek.





Rowerowy szlak był długodystansowy i popularny. O ile piesi w Danii to rzadki widok to kraj ten jest bardzo popularny jeżeli chodzi o wakacje na rowerze. Z tego względu poza państwowymi biwakami pojawiają się też prywatne. Często ktoś udostępnia kawałek ogrodu za opłatą, bywało nawet że z wiatą. W tym przypadku, na który się natknęłam opłata była na miejscu, ale wiele tego typu miejscówek trzeba zarezerwować docierając jakoś do numeru telefonu i wiedzieć gdzie są. Nie spałam ani razu na prywatnym biwaku.










W Tårup wyszło mi 200 km. Było tam miejsce do odpoczynku dla rowerzystów i kościół oraz toaleta, w której nabrałam wody.





Okolica była ładna, lekko pagórkowata. Wyglądało na to, że każda następna wyspa będzie mniej płaska. Woda też się poprawiła - na Falster i Zelandii zalatywała trochę zgnilizną, bo poziom wód gruntowych był od razu pod ziemią. Kiedyś było tam więcej bagien, które osuszono, ale jakoś aromat pozostał. Nie znaczyło to, że z wodą było coś nie tak oczywiście, była to najnormalniejsza wodociągowa woda, po prostu nie była smaczna.









Na nocleg musiałam całkiem odbić od szlaku, bo w całej okolicy była tylko jedna wiatka i to nie na biwaku, ale na boisku w małej wsi Langå. Nikt oprócz mnie nie wpadł na pomysł nocowania tam, na szczęście. Po wodę musiałam wybrać się do kościoła. Wiata była niska i krótka, musiałam powiesić moskitierę na ukos. Boisko sąsiadowało z polami, od których dzieliło je niewielkie zadrzewienie i masa ostrężyn, soczystych i słodkich.








Z rana pogoda była jeszcze podejrzana. Choć o świcie zaświeciło słońce, to zanim wyszłam spadł drobny deszcz, a potem na niebie długo wisiały chmury. Płynąca przez następną wioskę rzeczka była mocno wezbrana po wielkiej ulewie.






W Hasselager zwiedziłam bardzo ciekawy kościół z zachowanymi malowidłami. Miały one jakiś związek z historią wsi.











W przedsionku wisiał haftowany obraz przedstawiający historię Danii, był naprawdę rewelacyjny. Ciekawe czy wyhaftowała go jedna osoba, czy była to zbiorowa praca.






Szłam dalej drogami. W przydrożnym murku były ogromne krzemienie. Zamek tym razem nie był udostępniony do zwiedzania.






Wreszcie pojawił się szlak z prawdziwego zdarzenia. Prowadził do lasu, w którym znajdowały się wspaniałe dolmeny, grobowce korytarzowe prawdopodobnie z epoki żelaza (lub późnego neolitu - nie byłam pewna). Prowadziła do nich ścieżka. Długo oglądałam omszałe kamienie.








Jak tylko ruszyłam dalej nadeszła wielka burzowa chmura i wkrótce lunęło. Skryłam się pod parasolem i drzewami jednocześnie, ale padało tak długo i mocno, że i tak mnie zmoczyło. Chciałam założyć spodnie i kurtkę od deszczu, ale nie było jak odłożyć parasola. Wreszcie deszcz zelżał, chmura odeszła, ale niebawem na niebie pojawiła się kolejna i cały wieczór lękliwie spoglądałam na północ czy aby czasem nie zacznie znowu padać. Ale nie zaczęło, chmura popełzła w inną stronę. Nie byłam jeszcze zaznajomiona z kierunkami przesuwania się burz w tym regionie.










Pod wieczór wędrowałam szlakiem wybudowanym na starej linii kolejowej. Prowadziła ona do miasta Svendborg. Na skraju miasta miałam zaznaczony zabytek archeologiczny i poszłam go zbadać. Okazał się szalenie ciekawy. Był to wielki głaz cały pokryty dziurkami. Wokół ustawiono inne kamienie, wykorzystane później jako żarna, w których też były takie dziurki. Pochodził z epoki brązu, a dziurki pełniły prawdopodobnie jakieś funkcje rytualne, ale nie wiadomo jakie. Zachodzi podejrzenie, że chodziło o rytuały związane z płodnością.







Czekał mnie jeszcze kawał drogi, ale trzymałam się szlaku ze względu na ciekawy przebieg. Szłam przez park, potem nadmorskim bulwarem i trochę przez miasto, za którym szlak porzuciłam żeby dotrzeć do wiat. Długo krążyłam, nie wiedziałam jak do nich dojść ani czy naprawdę istnieją, ale były faktycznie tam gdzie pokazywała aplikacja. Prowadziła do nich zapomniana ścieżka z lasu, z zupełnie innej strony. Dotarłam tam instynktownie, bo na mapie żadnych ścieżek nie było. Chyba nikt tam nigdy nie bywa. Polanka była zarośnięta wysoką trawą, a wiaty zasiedliły osy i robactwo toczące drewno. Ale za to był święty spokój i ładny zachód słońca.








Znów miałam na obiad ziemniaki z wędzoną rybą i śmietaną. Do dziś robię się głodna na samo wspomnienie.






Kolejny dzień był dość urozmaicony jeżeli chodzi o atrakcje. Rano od razu zarezerwowałam nocleg pod wiatą w prywatnym lesie. Wyjątkowo była możliwość zarezerwowania dla jednej osoby, za 30 DKK. W Egense był kościół, który miał i toaletę i gniazdka w przedsionku, z których skorzystałam. Potem poszłam w kierunku Ollerup, gdzie zrobiłam zakupy w Brugsenie. Zdobyłam znakomite pieczone żeberka, którymi delektowałam się pod sklepem. Jeden człowiek zainteresował się mną na tyle, żeby zagadnąć gdzie zmierzam i życzył powodzenia, a wszyscy równo patrzyli z zaciekawieniem.










Z Ollerup dobiłam do szlaku Øhavsstien, który okazał się o dziwo uczęszczany. Po paru minutach spotkałam pierwszego hikera i z radości zagadnęłam. Szlak to spora pętla, człowiek był Francuzem, widać było że go moje zainteresowanie bardzo zdziwiło. Potem kiedy zaczęły się pojawiać następne osoby zrozumiałam, że zdziwiło go to, że właśnie on stał się obiektem mojego zainteresowania. A mnie cieszyło, że jednak w Danii ktoś chodzi pieszo. Zanim weszłam na szlak zebrałam kilka garści słodkich mirabelek. A na szlaku była trail magic, ale płatna. Pierwszy raz w życiu widziałam płatną trail magic. De facto był to sklep. Ale trzeba dodać, że woda była za darmo. Wszyscy hikerzy musieli nocować mniej więcej w tym samym miejscu, bo najpierw było ich pełno, a potem wszyscy zniknęli i znowu byłam sama na nadmorskiej ścieżce. Szło się również trochę kamienistą plażą. Po drodze był też odcinek doliną strumienia, ale została ona zalana wskutek powodzi i trzeba było ją ominąć.











Po południu zrobiłam sobie przerwę na biwaku z dwoma wiatami. Obie były zarezerwowane i mimo wczesnej pory już zasiedlone. Nikt tu chyba nie robił długich dystansów. Wszyscy się zdziwili kiedy podniosłam plecak i poszłam dalej. Szlak okrążał Nakkebøle Fjord (Fjord to po duńsku zatoka - każda, nie tylko fiordowa). Została ona odcięta groblą i w ten sposób stała się jeziorem. Wyglądało to bardzo romantycznie. Nad brzegami jeziora znajdowało się też wczesnośredniowieczne grodzisko, a jego wały obecnie dotykały wody.








Nabrałam wody w kościele w Åstrup i tam też odbiłam do szlaku żeby dostać się do zarezerwowanej wiaty w prywatnym lesie Pipstorn. Tablica w lesie wskazywała miejsce starożytnego pochówku, ale nie dało się tam przebić przez chaszcze. Wiata okazała się być bardzo dziwna i trudno dostępna. Ewidentnie była dziełem jakiegoś architekta, który chyba nigdy nie spał pod żadną wiatą. Zadaszenie obejmowało również miejsce na ognisko, rezerwowalne osobno. Podest do spania był na górze, pod dachem, i mial kształt trójkąta. Trzeba było do niego wejść, ale nawet nie po drabinie, ale po schodkach, a na podeście nie było się czego złapać, więc musiałam się całym ciałem wyłożyć i podciągnąć nogi. Wykonanie tego z plecakiem to była ryzykowna ekwilibrystyka. W ścianach dla ozdoby były dziury, niektóre przesłonięte szybkami, ale większość z tych szybek zdążyła już powylatywać. Szczęściem tego dnia nie padał deszcz ani nie wiało.