środa, 24 kwietnia 2019

Test: Skarpety Injinji Run Lightweight No Show

Skarpetki z palcami Injinji na pewno kojarzycie, pisałam o nich już wielokrotnie w podsumowaniach sprzętowych swoich wypraw długodystansowych. Zrecenzowałam już wierzchnie skarpety Smartwool Phd Outdoor Light, których używam w zestawie z Injinji, najwyższa pora na pierwszą warstwę - skarpetki Injinji Run Lightweight No Show.
 
 

Idea

Idea zakładania dwóch skarpet, cienkich jako pierwszej warstwy i grubszych jako drugiej przypomina filozofię ubierania się na cebulkę. Ten bardzo funkcjonalny sposób ubierania się stosuje się także w przypadku skarpet. Nie chodzi tu jednak o lepszą regulację temperatury (choć w pewnym sensie również). Zakładanie linerów ma za zadanie przede wszystkim chronić skórę stóp przed uszkodzeniami, jakie często zdarzają się na skutek kontaktu wilgotnej skóry z powierzchnią skarpet i pośrednio butów. Grube skarpety trekkingowe nie są często przyjazne dla stóp, nie przylegają do nich dobrze i stają się częścią buta. Stosowanie zbyt ciasnych skarpet żeby zyskać lepsze dopasowanie nie jest tutaj rozwiązaniem. Choć jako linery można stosować także cienkie skarpetki bez palców to jednak skarpetki z palcami przylegają najlepiej stając się niemalże drugą skórą. Chronią przed powstawaniem pęcherzy, otarć, hot spotów, również między palcami, gdzie zdarzają się one bardzo często.




Dane techniczne

Skład:

28% Coolmax Polyester
67% Nylon
5% Elastan

Para skarpet waży 30 g (rozmiar S).

Skarpety występują w czterech rozmiarach, od S do XL i wielu wariantach kolorystycznych. Mając stopę w rozmiarze 38 wybieram rozmiar S, przeznaczony dla rozmiarów 37-40.

Długość skarpetek pod kostkę jest idealna do niskich butów, zwłaszcza kiedy nosimy lekkie biegowe stuptuty - nie ma potrzeby zakładać dłuższych skarpet. Używam ich jako linerów w zestawie ze skarpetami hikingowymi Smartwool Phd Outdoor Light i stuptutami Dirty Girl Gaiters do butów biegowych Altra Lone Peak. Posiadam też wersję długą ponad kostkę o nazwie Injinji Liner Crew, których używam z wysokimi butami zimą, do rakiet śnieżnych i nart.
 
 
Użytkowanie
Skarpet Injinji używam od 4 lat. Po raz pierwszy zetknęłam się z ideą zakładania skarpetek z palcami pod właściwe skarpety oglądając filmy z przygotowań sprzętowych długodystansowców, a mając zawsze problemy z pęcherzami postanowiłam wypróbować je natychmiast. Zanim weszłam w posiadanie skarpet Injinji używałam skarpetek z palcami z wełny merino Smartwoola. Były nieco wyższe i grubsze i w perspektywie mniej wytrzymałe, ale również w porządku, tyle że bardzo trudno dostępne. Jak tylko znalazłam Injinji w polskim sklepie (wtedy jeszcze stacjonarnym Vibram Fivefingers w Krakowie) zaopatrzyłam się najpierw w jedną parę na próbę, a później kilka. Było to bodajże w roku 2015.

Od tej pory używam tylko tego modelu. Zużyłam kilka par, nosząc je na wszystkich długich i krótkich dystansach, w tym naturalnie w trakcie przejść Te Araroa, Appalachian Trail i Continental Divide Trail. Mam więc z nimi wielotysięczno-kilometrowe doświadczenia.
 
Komfort
To właśnie zapewnienie maksymalnego komfortu jest przyczyną dla której w ogóle zakładam skarpetki z palcami. Jak już wspominałam, ich zadaniem jest chronić skórę stóp przed uszkodzeniami oraz zapewniać większy komfort w trakcie wędrówki w mokrych butach. Zadania te spełniają doskonale. Trzeba jednak dbać aby nie były zapiaszczone - jeżeli piasek i brud dostaną się między palce może dojść do otarcia. W miejscach, gdzie jest dużo piachu i pyłu choć czasami jest to walka z wiatrakami, o czym przekonałam się boleśnie na nowomeksykańskim etapie CDT. Warto w takich przypadkach dodatkowo obkleić stopy plastrami tkaninowymi lub flizelinowymi profilaktycznie.
 
 
Materiał, z którego są wykonane jest cienki, delikatny w dotyku. Skarpetki zachowują się jak druga skóra, przylegają do stopy. Pasują na każdy kształt stopy, gdyż są bardzo rozciągliwe. Kieszonki na palce są wystarczająco obszerne, nic nie uciska.
 
 
Krawędzie skarpetek wokół kostek są miękko odszyte z podwójną warstwą materiału, lecz materiał wywinięty jest do wewnątrz i obręb jest wyczuwalny. Czasami zdarza się, że czuję, że zaczynają mnie tam obcierać, zwłaszcza jeśli są bardzo brudne i mokre. Po praniu problem na szczęście znika.
 
 

Nigdy nie nosiłam Injinji bez skarpet wierzchnich, moim zdaniem są zbyt cienkie.

Do niskich butów w zupełności wystarcza długość pod kostkę, do wysokich butów skarpetki muszą być dłuższe, gdyż w wyniku zasznurowania cholewki następuje ucisk i krawędź skarpetki boleśnie odciska się na stopie. Poniżej porównanie Run Lightweight No Show z Liner Crew (niestety niedostępne w Polsce, ale są inne wysokie skarpety Injinji).

 
 
 

Termika i oddychalność
Testowanych skarpetek używałam w bardzo różnych temperaturach i warunkach wilgotności - zawsze się sprawdzały. W temperaturze bliskiej 0 i poniżej (w wodoodpornych skarpetkach) miałam dodatkową warstwę izolacji. Wędrując przez pustynię w upale nie narzekałam na gorąco. Choć wydaje się, że w trakcie wędrówki przez pustynię lepiej mieć na sobie jak najmniej, nie dotyczy to skarpet. Podwójne skarpetki pomagają chronić stopy przed otarciami na skutek wdzierania się pyłu do butów, ale też przed wilgocią z potu. Tu właśnie tak ważne są linery, które wilgoć pochłaniają i pomagają przetransportować z daleka od skóry. Podobną funkcję pełnią linery w trakcie wędrówki w mokrych butach, czy to w deszczu czy przy przekraczaniu strumieni i bagien. Skarpetki pozostają mokre, ale odczucie jest takie, jakby odciągały wodę od skóry. Dzięki temu, że są cienkie i syntetyczne, schną bardzo szybko, a wilgoć jest mniej wyczuwalna niż w skarpetach zewnętrznych. Oczywiście system ten działać będzie tylko z bardzo dobrze oddychającymi butami, takimi jak bezmembranowe buty do biegania. Warto wspomagać schnięcie zdejmując buty w trakcie przerw i suszyć skarpetki. 
 

Wytrzymałość
Mimo, że używam najcieńszej wersji skarpet Injinji (uważam, że są najwygodniejsze, bo najmniej wyczuwalne), jestem bardzo zadowolona z ich wytrzymałości. Za każdym razem wytrzymują bardzo długo, ponad 2000 a nawet 3000 km (rekordzistki 3500). Na Appalachian Trail zużyłam jedną parę, drugą, wymienioną w New Hampshire, użytkuję do dziś. Na Continental Divide Trail skarpetki wytrzymały jeszcze dłużej - zużyłam dwie pary, z czego drugą używałam jeszcze po powrocie i właśnie zaczęła się przecierać. Na Te Araroa miałam starszą wersję, która zużyła się dość szybko jeszcze na Wyspie Północnej, ale później miałam już nowszą, wytrzymalszą.  

Wszystko wskazuje na to, że obecność brudu ma największy wpływ na degradację skarpetek, a także to, czy są częściej mokre czy suche. W warunkach wilgotnych, kiedy są pełne błota i piasku zniszczą się szybciej, natomiast używane w suchszych rejonach i częściej prane wytrzymają bardzo długo. Pomaga także codzienne trzepanie obu par skarpet (linerów i skarpet zewnętrznych) oraz dbanie o czystość obuwia i wkładek.

Z pewnością używane solo byłyby dużo mniej trwałe.

Cerowanie tak cienkich skarpetek nie ma zbyt wielkiego sensu, dlatego kiedy pojawiają się dziury, skarpety wymieniam na nowe.



 

Smrodliwość 
Po syntetycznych skarpetkach nie można oczekiwać zbyt wiele, a jednak Injinji Lightweight nie łapią brzydkiego zapachu zbyt szybko - dokładnie w tym samym czasie co zewnętrzne skarpety z wełny merino. Nie zauważyłam dobroczynnego wpływu obecności Coolmaxu. Największe znaczenie ma tutaj teren w jakim się poruszamy, tzn. ilość wilgoci, jaką mamy w butach. Najgorzej jest kiedy przez dłuższy czas wędruje się w mokrych butach i skarpetach, jest do tego ciepło - wtedy nieprzyjemny zapach jest nieunikniony. Warunkach suchych można nosić skarpetki kilka dni z rzędu bez problemu. Oczywiście znaczenie ma też wybór obuwia - najlepsze będą oddychające buty do biegania wykonane z siateczki. 
 

Pranie i schnięcie
Pranie skarpet uskuteczniam dosyć rzadko. Częściej są mokre z powodu przemoczenia, niż prania. Pranie nie usuwa brzydkiego zapachu, ale tak samo jest z wełnianymi wierzchnimi skarpetami. Dobór środków piorących nie ma znaczenia, nie ma też co liczyć na to, że po praniu będą wyglądały jak nowe - zabrudzenia robią się trwałe.

Schną bardzo szybko, wręcz ekspresowo - są w końcu cienkie i syntetyczne, więc tego należałoby też oczekiwać.

 
 

Podsumowanie
Skarpetki Injinji Run Lightweight stosowane jako linery rozwiązały większość moich problemów z pęcherzami i otarciami. Używałam ich na wszystkich wędrówkach w ciągu ostatnich 4 lat i mam zamiar użytkować je w dalszym ciągu. Nie znam innej metody pozwalającej wędrować w odczuciu podobnego komfortu. Skarpetki nie są może tanie, ale można je czasem kupić w promocji, osobiście zresztą uważam, że zważywszy bardzo dobrą wytrzymałość są warte nawet swojej standardowej ceny.
 
 
 

środa, 17 kwietnia 2019

Kaszuby: Szlak Wzgórz Szymbarskich

W pierwszych dniach kwietnia miałam okazję po raz kolejny wybrać się na Kaszuby. Tym razem za cel obrałam sobie przejście Szlaku Wzgórz Szymbarskich z Sierakowic do Sopotu. Jest to jeden z zaledwie dwóch polskich szlaków długodystansowych (powyżej 100 km) znakowany kolorem czarnym. Ma 127 km, a jego pokonanie zajęło mi 3 dni - dystans akurat na 3 maratony. Plan był ambitny, a jego realizacja okupiona sporym wysiłkiem - gdybym miała przejść go jeszcze raz zaplanowałabym 4 dni i Wam również polecam spokojniejsze tempo.
 
Moim ulubionym rodzajem krajobrazu jest ten, w którym występują jednocześnie niewysokie góry, jeziora i lasy. Znaleźć go można także u nas - właśnie na Kaszubach. Wzniesienia moren czołowych z ostatniego zlodowacenia sprawiają, że Szlak Wzgórz Szymbarskich ma górki charakter, a do tego cała masa jezior, w tym głębokie i długie jeziora rynnowe.
 
Jeśli znudziły się Wam Beskidy i Sudety, ruszajcie na Pomorze :-)


Wędrówkę rozpoczęłam w sobotni poranek o 9:45 w centrum Sierakowic, pod słupem ze znanymi mi już szlakowskazami - w tym samym miejscu w lipcu 2016 rozpoczęliśmy z Yatzkiem i Pawłem marsz kombinacją trzech Szlaków Kaszubskich.




Minęłam zabytkowy drewniany kościół, przy którym rozstałam się z czerwonym Szlakiem Kaszubskim. Czarne znaki szybko wyprowadziły mnie z miasta na skraj lasu.




Szlak Wzgórz Szymbarskich prowadzi w dużej mierze przez lasy, dosyć różnorodne, mieszane, przede wszystkim z udziałem buków, świerków i sosen. Na samym początku zauważyłam sosnę ze starymi żłobieniami, pozostałymi po pozyskiwaniu żywicy. Obecnie rzadko już się takie spotyka.


Dalej minęłam leśniczówkę i długo kluczyłam przez las. Moja mało aktualna mapa w skali 1:75 000 okazała się bardzo zwodnicza, po kilku skrzyżowaniach nie wiedziałam już zupełnie gdzie jestem.





Zatrzymałam się na chwilę przy torfowisku, wsunęłam pół paczki chipsów, grzejąc się w wiosennym słońcu - temperatura sięgała 20 stopni, więc było bardzo przyjemnie.



Na końcu lasu zgubiłam szlak. Wyszłam na nowo wybudowaną szeroką drogę w lesie, a znaków nie było. Telefon długo szukał satelity i zdążyłam ujść pół kilometra w niewłaściwym kierunku. Nawrócona wreszcie na właściwy, wyszłam na wieś Bukowo. Odcinek asfaltowy był dość długi, pobocza nie było, szosą zaś pędzili zupełni wariaci.



Odetchnęłam z ulgą w kolejnym kompleksie leśnym. Tutaj czekało torfowisko ze zdającym się nie mieć dna oczkiem wodnym, tzw. sucharem. Na całym szlaku nie brakowało wszelkiego rodzaju stawków i mini jezior, będących pozostałościami po wytopionych bryłach lodu z lądolodu. W niektórych kotlinkach woda stoi tylko wiosną, inne są pełne przez cały rok.



Okazja do obejrzenia szerszej panoramy nadarzyła się tuż przed Bączem, wsią położoną w dolinie, nad brzegami Jeziora Bąckiego. Niestety, Kaszuby zabudowują się w zastraszającym tempie, nie widać żeby istniał jakiś nadzór budowlany, również na terenach parku krajobrazowego. Wioski, które do niedawna miały tradycyjny wygląd, dziś stają się osiedlami rozlokowanych bezładnie brzydkich nowych domów.


Wszelako, udało mi się wyłowić trochę wiejskiego krajobrazu z typową dla Kaszub architekturą, choć w fazie rozkładu.








Kolejny etap szlaku był bardzo ładny, polny i leśny.





Szlak skręcił w zarośniętą leśną drogę, zapachniało lisem. Było bardzo ciepło, półtora litra wody, jakie wzięłam z domu, było już na wykończeniu. Spotykałam już tego dnia małe strumyki, więc zaczęłam się rozglądać z kolejnym i rzeczywiście, tuż obok drogi, którą szłam, spostrzegłam rdzawą strużkę płynącą dnem jaru. Latem jest pewnie wyschnięta, ale teraz trafiła mi się idealnie. Zeszłam sarnią ścieżką, bo oczywiście nie tylko ludzie muszą pić, sarny też upodobały sobie ten strumyk. Przyklękłam, zanurzyłam butelkę, dopełniłam zakrętką. Woda miała kolor mocnej herbaty, bo okolica była bagienna, pełna torfowisk, ale zupełnie czysta (filtra nie zabrałam). Po dodaniu ciemnoczerwonych elektrolitów o smaku wiśniowym stała się nawet przystępna wizualnie.




Szlak wyszedł z lasu na skraju obszaru chronionego Staniszewskie Błoto i prowadził dalej przez małe wioski Bór i Łączki. Słońce rozpaliło niebo do białości. Na łąkach przechadzały się hałaśliwe żurawie.







Bardzo podoba mi się w kaszubskich wioskach to, że często są położone nad stawami. Naturalne zbiorniki wodne pogłębiono, utrzymano w czystości. Takie stawki są dla kaczek, pewnie kiedyś służyły też zwierzętom. Wędrując widziałam często nowo powstałe stawki, więc tradycja nie zginęła.



Fragment szlaku prowadził starym nasypem nieczynnej kolei wąskotorowej (tory dawno rozebrano). Szkoda, że nie dłużej - pozostałości po torach przecinały na pół jakiś pagórek i ginęły w oddali, natomiast szlak zaczął krążyć.









Krążyłam po okolicy dosyć skutecznie, w pewnym momencie trzeba było zrobić nagły nawrót, ja natomiast poszłam dalej, zaliczając śliczne bazie. Dalej szlak biegł przez środek gospodarstwa, droga była zagrodzona, ale wyszedł mi na spotkanie bardzo życzliwy gospodarz i wskazał mi drogę. Pogawędziliśmy odrobinę po kaszubsku (gwara śląska ma trochę wspólnego z kaszubską, więc coś rozumiałam, a odpowiadając pamiętałam żeby zamiast "ja, ja" mówić "jo, jo").





W pewnym momencie szlak wyraźnie skręcał w pole pełne kiełkującego zboża, rolnik pewnie nie jest zachwycony, ale najwyraźniej nowy właściciel domku poniżej nie zgodził się na przebieg szlaku przez jego teren. Okrążyłam posesję wzdłuż płotu polem. Miejsce to było położone na wzniesieniu, a zarośnięta ścieżynka zakosami zeszła w dolinę. Miedzą doszłam do drogi. Latem można tu mieć wątpliwości nawigacyjne i pewnie nazbierać trochę kleszczy.


Tymczasem zakończył się etap szlaku prowadzący przez Lasy Mirachowskie i rozpoczął kolejny - przez Szwajcarię Kaszubską, zdecydowanie najpiękniejszy.



Na całym szlaku nazwy miejscowości na tablicach były dwujęzyczne, bardzo miły akcent. Wędrówka drogami nie należała do przyjemności, w sobotni wieczór kierowcy po prostu szaleli, jakby wąskie drogi bez poboczy nadawały się doskonale na wyścigi.



Miałam już w nogach ze 30 km, około 17 zrobiłam sobie przerwę regeneracyjną pod kaszubską kapliczką. Nie było co prawda ławeczki, ale sucha trawa i nagrzany grunt wystarczyły. Nafaszerowałam się orzechami i suszonymi figami, po czym ruszyłam w dalszą drogę.



Niecierpliwie wypatrywałam widoków na jeziora i wreszcie się pojawiły. Jako pierwsze ukazało się Jezioro Łączyńskie. Wyglądało wspaniale, jak wyśmienita lokalizacja jakiejś warowni.




Ośrodek wypoczynkowy i domki zwiastowały coś jeszcze lepszego. Dolina Jezior Raduńskich to prawdziwy klejnot Pojezierza Kaszubskiego i z pewnością najpiękniejsze miejsce na trasie. Było mi trochę żal, że nie spędzę nad nim więcej czasu i fotografując mieniącą się wieczornym światłem taflę myślałam o tym, że z chęcią przenocowałabym gdzieś nad brzegiem. Szlak miał prowadzić przez jakiś czas wzdłuż Jeziora Raduńskiego Górnego, więc dałam sobie jeszcze czas na decyzję, choć z uwagi na późną porę rozpoczęcia wędrówki nie pokonałam jeszcze zakładanego dystansu.





Po pokonaniu mostu na rzece Raduni, która przepływa z Jeziora Raduńskiego Górnego do Dolnego w wąskim przesmyku skręciłam w dróżkę biegnącą nad wodą. To był śliczny odcinek. W czasie wakacji pewnie pełno tam ludzi.




Przy piaszczystej plaży było kąpielisko i wiele drewnianych pomostów, stanowiących doskonałe punkty obserwacyjne. Lustro wody znaczyły ślady płynących kaczek, wiatru prawie nie było, a za drzewami na dalekim przeciwległym brzegu zachodziło słońce.



Wtedy przypomniało mi się, że mam ostatnią szansę poprosić o pitną wodę - kąpielisko znajdowało się akurat przy dużym hotelu, wybudowanym na terenie ośrodka z domkami. Zajrzałam do recepcji, a tam same miłe i roześmiane dziewczyny. Napięcie trzeba stopniować, a więc poprosiłam najpierw o wodę, potem zaś zagadnęłam o możliwość noclegu. Nie trzeba było specjalnych negocjacji żeby uzyskać zgodę na biwakowanie, ale nad jeziorem wilgotno, chłodno... Zapytałam więc o możliwość spędzenia nocy w przedsionku, a moja prośba została rozpatrzona pozytywnie. Ostatecznie noc spędziłam jednak na wygodnym tapczanie wewnątrz przytulnego domku.




Obudziłam się zgodnie z planem, wstałam o 5:20 i wyszłam z małym opóźnieniem o 6:10. Poranek był piękny, jasny, zamglony, a nad jeziorem wilgoć straszna. Dobrze, że nie dałam się namówić na biwak na plaży. Odcinek nadjeziorny zajął mi więcej czasu, niż się spodziewałam. Najpierw zgubiłam znaki i niepotrzebnie wylazłam na strome zbocze, później już według znaków wędrowałam sarnią ścieżynką po zarośniętej skarpie, chwilami nawet musiałam czepiać się trawy żeby nie zjechać do jeziora. Widok na jezioro wynagradzał te niedogodności, był po prostu cudowny.







Opuściwszy brzeg Jeziora Raduńskiego Górnego, skierowałam się ku leśniczówce Uniradze i znajdującym się w jej bliskim sąsiedztwie kurhanom. Kurhany były schowane w lesie, opatrzone tablicami informacyjnymi, a między nimi poprowadzono ścieżkę dydaktyczną. Pierwszy był najstarszy, z epoki brązu, świetnie zachowany i otoczony kilkoma pozostałościami innych kurhanów. Kawałek dalej był kurhan wczesnośredniowieczny Kultury Pomorskiej - bardzo ciekawe jest to, że w odstępie wielu setek lat kurhany usypywano w tym samym miejscu. Ktoś postawił na nich znicze, co wydało mi się aktem dziwacznego wandalizmu.








Oglądając stanowiska archeologiczne zatoczyłam pętlę. Przeszłam obok leśniczówki i zeszłam w bagienną dolinę






Według pierwotnego planu do Gołunia miałam dotrzeć wieczorem poprzedniego dnia, tymczasem był już dość zaawansowany poranek, kiedy tam dotarłam. Przecięłam skrzyżowanie z czerwonym Szlakiem Kaszubskim, na którym w 2016 spotkaliśmy się z Asią. Gołuń jest pięknie położony i świetnie skomunikowany z Trójmiastem za pomocą osobowych pociągów. Odbyłam już kiedyś wycieczkę z Wieżycy do Gołunia z mamą, więc trasę na tym odcinku dobrze pamiętałam, miałam ją jednak tym razem pokonać w odwrotnym kierunku. Widoki jak na pogórzach, a do tego jeziora.





Najprzyjemniejsze miejsce na tym odcinku to brzeg Jeziora Kniewo, leśnego jeziorka, nad którym jest mała dzika plaża. Nie mogłam minąć go obojętnie, więc usiadłam na plaży i zjadłam kilka plastrów domowego ciasta, które niosłam od początku.





Mały wąwozik wyprowadził mnie z doliny w pola. Piaszczysta drożyna zmierzała w kierunku wsi Potuły i Szymbark - to właśnie od Szymbarku wzięła się nazwa szlaku, choć większość wzgórz na trasie nie ma z nim nic wspólnego. Jednak to właśnie tutaj znajduje się najwyższe, czyli Wieżyca. Widać już było szczyt Wieżycy z wieżą widokową.








Niedaleko wejścia do lasu otaczającego wieżycę znajduje się miejsce pamięci.


Na Wieżycy zameldowałam się w dość dobrym czasie, który osiągnęłam pędząc na spotkanie z kolegą, z którym się tam umówiłam - Bartkiem. Mieliśmy w planie do popołudnia wędrować razem, a Bartek wspierał mnie jako support utrzymujący to tempo :-)
 
Musiałam oczywiście uzyskać też pamiątkową fotografię ze zdobycia szczytu Wieżycy, która jest najwyższym wzniesieniem nie tylko Kaszub, Pomorza i Pojezierzy, ale i najwyższym punktem Niżu Polski, jeśli nie liczyć hałdy w Bełchatowie - 328,7 m n.p.m.




Niestety wieża widokowa była zamknięta z powodu remontu i musieliśmy się zadowolić widokiem spomiędzy drzew. Na dół sprowadziły nas wijące się serpentyny w pomorskiej buczynie.



Pasmo Wzgórz Szymbarskich nie kończy się oczywiście na Wieżycy, więc dalej też było chwilami stromo i były okazje do przyspieszania metodą zbiegania. Później jednak były konieczne przerwy, bo w runie leśnym zachwycały kwitnące przylaszczki i zawilce.




Wieżycę było jeszcze widać z dalszej perspektywy. Minęliśmy stację kolejową Wieżyca. Dalszego ciągu szlaku już nie znałam. Zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie pod rowerową wiatką i zeszliśmy do wsi Sławki, gdzie był kolejny przystanek na tej samej linii kolejowej. W Sławkach umieszczono pierwszy po Sierakowickim szlakowskaz, który sprowadził mnie na ziemię dość marnym wynikiem 56 pokonanych jak na razie kilometrów.








W towarzystwie czas mijał na pogawędkach, ciągle też trafiało się coś, co trzeba było sfotografować.




W okolicach Somonina trafiliśmy na odbywający się właśnie bieg - do wyboru 10 km i półmaraton. Biegacze podążali w odwrotnym kierunku, więc spotkaliśmy wszystkich. Nagle usłyszałam swoje nazwisko - zostałam rozpoznana przez sympatyczną biegaczkę :-) Pozdrowienia!


Tak nam się wydawało oczywiste, że bieg musi odbywać się szlakiem, że nie zauważyliśmy skrętu szlaku, co zauważyliśmy dopiero w Hopowie. Nie wracaliśmy już do skrzyżowania tylko dołączyliśmy do szlaku kawałek dalej. Nadłożyliśmy z kilometr.




Rzeczą charakterystyczną dla Kaszub jest wielka ilość kurhanów i kamiennych kręgów rozsianych po całym regionie. Także i na Szlaku Wzgórz Szymbarskich było ich wiele - po kurhanach w Uniradzu przyszedł czas na kompleks w Trątkownicy. Tutaj cmentarzysko było pozbawione drzew i nie było tak nastrojowe, było też wielu zwiedzających, niemniej też ciekawa rzecz. Cmentarzysko było użytkowane od I do III wieku n.e.




Niedzielna komunikacja publiczna była dosyć ograniczona, więc Bartek, chcąc dostać się do Gdańska, musiał odbić w las na dziko i przekraczając w bród Radunię dojść do stacji kolejowej w Babim Dole. Pożegnaliśmy się więc i umówiliśmy na dzień następny w Sopocie.


Tego dnia było jeszcze cieplej niż poprzedniego, nie byłam przygotowana na aż takie upały. Znów kończyła mi się woda, ale na szczęście niedaleko był Borcz, a tam nie tylko sklep (w niedzielę zamknięty), ale i hotel z restauracją, więc napełniłam wszystkie butelki, zapewniając sobie wystarczającą ilość wody aż do następnego dnia.




W lesie znów zrobiłam sobie przerwę, dystans tego dnia był duży, bo musiałam nadrabiać to, czego nie przeszłam poprzedniego. W cieniu było już chłodniej, więc odżyłam. Sprawnie pokonałam rejon wsi Michalin, choć oznakowanie było bardziej dla rowerów i musiałam się wspomóc nawigacją w telefonie.




Pod wieczór osiągnęłam strome i lesiste brzegi Jezior Głębokiego i Ząbrskiego. Było tam bardzo pięknie, świetną trasę spacerową zdobiły wiosenne kwiaty, ale już pomiędzy jeziora wdarła się nowa zabudowa, psując cały urok okolicy.




W planie miałam osiągnięcie Marszewskiej Góry, stamtąd zostałoby mi 45 km do Sopotu, ale miałam jeszcze pół godziny do zmierzchu, więc postanowiłam skrócić sobie ten dystans i pokonać jeszcze kilka kilometrów do miejsca, które Bartek polecał mi jako szczególnie piękne - doliny Reknicy. Rzeka Reknica, dopływ Raduni, wije się na krótkim odcinku wąskim jarem. Ma całkiem górski charakter, kamieniste dno, złożone z polodowcowych głazów i jest niezwykle piękna. Z pewnością cudownie będzie wybrać się tam kiedyś latem i wykąpać w chłodnej wodzie w czasie upałów.





Za kwadrans ósma spostrzegłam jakieś zabudowania na drugim brzegu rzeki, więc cofnęłam się mały kawałek, widząc odpowiednie wypłaszczenie, schowane w falistym terenie na wysokim brzegu. Chciałam się schować przed ludzkim wzrokiem a także przed nadrzecznym chłodem. Kotlinka, którą wybrałam na nocleg była wilgotna, więc liczyłam się z wystąpieniem kondensacji, ale ponieważ następnego dnia miałam w planie zakończyć wędrówkę, nie miało to znaczenia. Szybko rozbiłam namiot - MLD Solomida, za którym się stęskniłam - ugotowałam kolację i kisiel na deser, po czym udałam się na zasłużony spoczynek, zwinięta w 700 g puchu.



Tuż przed wschodem słońca na nieodległych mokradłach nadejście nowego dnia obwieściły donośnym klangorem żurawie. Ja także byłam już na nogach - wstałam o 5, a wyszłam o 6, planowo. Zdążyłam w samą porę pojawić się na skraju lasu - właśnie wschodziło słońce. Było zimno, szłam w rękawiczkach, a łąki były oszronione.



Minęłam Czapielsk i zeszłam nad kolejne jezioro, niespodziewanie bardzo ładne - Jezioro Łapińskie. Brzegiem jeziora prowadziła przyjemna ścieżka i kwitły zawilce.







Jezioro Łapińskie Nowe nie było już takie ładne, szlak prowadził jego lewym brzegiem, po asfaltowej drodze i wzdłuż nieczynnych torów kolejowych. Dopiero mostek na Raduni, która przepływa przez jezioro stanowił urokliwy zakątek.






Później szłam cały czas lasami, skręcając to w prawo, to w lewo, zupełnie inaczej niż na mojej starej mapie, ale oznakowanie było doskonałe. W lesie ciekawy paśnik z ziemianką, wyglądał prawie jak jakieś lapońskie domostwo. Może ludzie, którzy byli pochowani na cmentarzyskach mieszkali tu kiedyś w podobnych?





Jezioro Otomińskie osiągnęłam w sam raz w porze lunchu, rozłożyłam się więc na jakimś grubym konarze z widokiem na wodę i trzcinowiska. To miejsce to najdalszy kraniec trójmiejskich wycieczek, był parking i ślady obecności tłumów ludzi. Niebo zaczęły zasnuwać chmury i wiał zimny wiatr, z godziny na godzinę robiło się coraz zimniej, ale zbliżałam się już do granic Gdańska.




Gdański urban hiking był masakryczny. Wyszłam z lasu (też bardzo nieciekawego, najpierw jakieś niedorosłe sosenki, potem fragment liściasty, typowo podmiejski) prosto na osiedle. Chciałam przysiąść na przystanku, ale ławeczka była już okupowana przez miejscową żulerię. Pognałam dalej. W małym sklepiku poprosiłam o napełnienie butelki wodą z kranu, a chwilę woda pojawiła się też w powietrzu. Według prognozy sprzed kilku dni deszcz miał się pojawić dopiero następnego dnia (stąd też potrzeba zrobienia trzech maratonów), a tu taki pasztet. Nie zakładałam kurtki, bo to by przypieczętowało mój nieszczęśliwy los, zatrzymałam się na chwilę pod tunelem i już zaczęłam ubierać, kiedy przestało padać.




Kościół św. Walentego z pzełomu XIV i XV wieku wyłaniał się z tego krajobrazowego koszmaru jak jakiś relikt bezpowrotnie minionych czasów. Kawałek dalej stał też zabytkowy pałacyk w zieleniejącym parku. W trawie rosły łany złoci, zakątek był cichy i spokojny, aż można było zapomnieć o wszystkich obwodnicach i wielkopowierzchniowych hipermarketach.




PTTK coś pokręciło na szlakowskazach - w ciągu dwóch poprzednich dni kilometry dłużyły się niesamowicie, a teraz nagle skróciły się w niezwykły sposób. Wędrując może 10 minut pokonywałam 3 km... Odcinek miejski skończył się na skraju lasu - przyszedł czas na ostatni etap wędrówki, czyli Trójmiejski Park Krajobrazowy. Dopadłam drzewostanu w chwili kiedy znów zaczęło padać. Wysokie drzewa zatrzymywały część opadu, miałam na sobie czapkę i bluzę z powerstrechu, nie czułam więc że namakam - postanowiłam, że kurtki nie założę i koniec.


Trójmiejski Park Krajobrazowy jest bardzo ładny. Choć jest nieustannie podgryzany przez nowo powstające osiedla pozostaje cudowną enklawą dzikiej przyrody. Jest sporo rezerwatów, zdarzają się też stare wille schowane w lesie. Park przecina wiele szlaków, na których już nie raz byłam - wszystkie są ciekawe. TPK to też najbardziej górski odcinek czarnego szlaku - tutaj moreny są najbardziej pofałdowane. Czekało mnie więc kilka dość stromych podejść w stylu beskidzkim.






Szlakowskazów był wielki urodzaj i w pewnej chwili zauważyłam także znaki Szlaku Trójmiejskiego, będącego fragmentem Europejskiego Szlaku Długodystansowego E9, który powoli kompletuję w granicach Polski.




Wczesnowiosenna wędrówka przez liściasty las porastający najwyżej położony obszar TPK bardzo przypominał mi Appalachy. Była tam nawet prawdziwa ścieżka, nie tak jak w pozostałej części szlaku leśna droga. I tylko białe pasy znaków były w poziomie, a nie w pionie.



Przekroczyłam jakąś bardzo ruchliwą drogę, zatkaną samochodami, w których siedziała zawsze tylko jedna osoba, a było ich setki. Szlak przecinał drogę po przejściu dla pieszych, więc nie było problemu z przeprawieniem się na drugą stronę.


Liczyłam już niecierpliwie ubywający dystans. Przy szlaku było kilka ciekawych głazów, jeden wskazywał już Sopot, a drugi został postanowiony ku czci wędrowców, przemierzających szlaki Sopotu, Polski i Świata - tak się składa, że zaliczam się do wszystkich trzech kategorii :-)



Nie spodziewałam się, że ze Szlaku Wzgórz Szymbarskich zobaczę morze, a jednak! Ze szczytu Łysej Góry, na której jest stok narciarski, pomimo kiepskiej pogody dobrze widać było sopockie wille i dalej Gdańsk i Bałtyk.




Minęłam Operę Leśną, pokonałam jeszcze kawałek lasu i wyszłam w niego w jakimś parku. Sopot jest mały i wąski - jeszcze chwila i już widziałam przed sobą Aleję Niepodległości.




 
Jeszcze przed przejściem podziemnym wypatrzyłam kropkę na drzewie. O 17:45 zakończyłam przejście szlaku. Byłam bardzo zmęczona, ale zamiast pójść od razu na SKMkę spotkałam się z... Bartkiem, który zaprosił mnie na pizzę w nagrodę za pokonanie szlaku :-) Niestety byłam już zmęczona i zapomniałam uwiecznić ową pizzę...