wtorek, 24 sierpnia 2021

Chorwacki Szlak Długodystansowy: Sekcja A, Ilok - Sveti Martin na Muri

Nigdy nie tracę czasu na długie przygotowania, ale tym razem i wybór szlaku na tegoroczne lato i jak całe pakowanie i zbieranie informacji przebiegło nadzwyczaj szybko. Aplikację do nawigacji ściągnęłam trzy dni przed wyjazdem, przejrzałam pobieżne, spakowałam plecak i... stawiłam się na dworcu kolejowym w Czeskim Cieszynie. Kiedy dokonano podziału Cieszyna to właśnie Czechom przypadł główny dworzec kolejowy, zbudowany za czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Wciąż można się stamtąd wygodnie i szybko dostać w każdy zakątek byłego Cesarstwa, z Chorwacją włącznie. Tak też właśnie miałam zamiar zrobić, dostać się na start szlaku drogą lądową. 




Miałam po drodze dwie przesiadki, w Ostrawie i Wiedniu. We Wiedniu czekałam dodatkowe dwie godziny, bo pociąg był już na starcie opóźniony z powodu wypadku na torach. W końcu jednak odjechaliśmy, długo sunęliśmy wzdłuż rzeki Mur (Mury), a do Słowenii wjechaliśmy o zmierzchu. Za każdym razem zmieniała się załoga, a na granicy Słoweńsko-Chorwackiej była wnikliwa kontrola (jest to granica strefy Schengen). Uff, zostałam wpuszczona. Na zaniedbanym dworcu w Zagrzebiu wysiadłam już po północy. Na szczęście tani hostel, w którym zarezerwowałam sobie miejsce był tylko 300 m dalej. W pokoju byłam sama. Padłam spać.





Rano miałam kilka godzin na zwiedzanie stolicy Chorwacji. Do gotyckiej katedry nie dało się wejść była w remoncie. Zajrzałam na targowisko, przeszłam małymi uliczkami. Potem po prostu siedziałam na ławce, próbując przyzwyczaić się do panującego upału.











Po południu poszłam na dworzec autobusowy, na którym z niejakim trudem odnalazłam właściwy peron, z którego odjeżdżał bezpośredni autobus do Iloka, miejsca skąd miałam rozpocząć swoją kolejną długą wędrówkę. Pasażerów nie było przesadnie wielu, a większość wysiadła w większych miastach po drodze. Za Slavonskim Brodem odbiliśmy od autostrady i skierowaliśmy się nad Dunaj. Na sam koniec minęliśmy kilka uroczych wsi, ulokowanych na wysokim brzegu. Lessowe wzgórza miały liczne wąwozy, a gliniasta ściana urywała się nad rzeką. Także Ilok jest położony na wzgórzach, dawniej było to spore miasteczko, ale w ostatnim czasie się wyludniło na skutek emigracji. Słyszałam o naddunajskich komarach, ale nie spodziewałam się ich w mieście. Ledwie wysiadłam z autobusu już mnie pokąsały. Rozejrzałam się i poszłam do hostelu... Ale na miejscu wyjaśniło się, dlaczego nie można się było do niego dodzwonić - od dawna nie istniał. Oprócz drogiego hotelu wszystkie obiekty noclegowe były zamknięte i pokryte grubą warstwą kurzu. Weszłam na wzniesienie, na którym stała dawniej turecka warownia, a obecnie kościół. Chciałam spytać w klasztorze czy mogę rozbić namiot, ale nie było jak dobić się do ludzi. Wreszcie spotkałam dziewczynę, która zaoferowała się zaprowadzić mnie do lokalnej winiarni, która ma pokoje, ale może pozwolą mi tam się rozbić. I faktycznie, po kilku zdaniach pertraktacji zostałam zaproszona na tyły ogrodu, a także do skorzystania z prysznica, co przyjęłam z radością. Zmęczona podróżą wcześnie poszłam spać.







Rano musiałam zejść ze wzgórza i dojść aż na sam brzeg rzeki, która stanowi w tym miejscu granicę Chorwacji i Serbii. Tak naprawdę najbardziej na wschód wysunięty punkt Chorwacji jest kawałek dalej, w jakichś krzakach, ale to tu, na bulwarze, zaczyna się szlak. Przepłynęła łódź z motorem, zacumowana stała barka, było w tym wszystkich jeszcze coś z dawnego życia w rytmie wielkiej rzeki. Nagrałam film, zrobiłam zdjęcia i o 7:50 wyruszyłam na zachód. Był 17 czerwca.









Do miasteczka wróciłam tą samą drogą, ale już nie wchodziłam na wzgórze - szlak odbijał wgłąb lądu przy przystanku. Po drodze kupiłam nową zapalniczkę, bo się okazało, że ta, którą zabrałam nie działa.






Już wcześnie rano było gorąco, ale jeszcze dało się oddychać. Ciekawie rozglądałam się po okolicy. Reperowano coś na starym prawosławnym cmentarzu, czasem przejechało auto, bo szłam asfaltem. Zboża były już prawie dojrzałe, kwitły maki. Domy były niewielkie, przeważnie w kolorze gliny albo białe, o drewnianej konstrukcji. W podwórkach też było dużo przewiewnych drewnianych budowli - studni, stodół, szop. Chyba podobne zabudowania występują w innych naddunajskich krajach, na Węgrzech, w Rumunii. Przypomniał mi się węgierski film "Delta", który swego czasu ogromnie mi się podobał. Przez resztę wędrówki chodziła mi po głowie melodia z tego filmu. Skrzypce rozpaczliwie w niej zawodziły. Możecie zresztą posłuchać, z tym że ta wersja jest bardziej rozbudowana: https://www.youtube.com/watch?v=IQwG1Cc7f3k





Chorwacja w ogóle w każdym miejscu jest wąska, a tutaj do przeciwległej granicy było zupełnie blisko. Jednak szlak nie dochodził do samej granicy, tylko skręcał w las (przez zamkniętą bramę z symbolem zakazu wchodzenia) i prowadził dalej wzdłuż niej. Przeszłam przez bramę bez problemu, samochody też przejechały - widocznie to znak dla obcych. Myślałam, że w lesie odetchnę i faktycznie słońce mniej prażyło, ale za to pojawiły się owady, komary i drobne muchy. Po jakimś czasie pojawiła się też policja i zostałam wylegitymowana. Spodziewałam się tego, więc nie było niespodzianek. Na pytanie gdzie idę odpowiedziałam ze śmiechem, że na zachód. Tak jak wszyscy.





Dalej jednak nie było mi już tak do śmiechu, bo szlak prowadził przez chaszcze, w których musiałam nawigować wyłącznie z gpsem. Doszłam do płotu, który musiałam pokonać, wskakując prosto w pokrzywy. Obawiałam się, że granica może być bliżej niż mi się wydaje, a także że teren może być zaminowany... Ale nie był. Wygramoliłam się stamtąd straszliwie pogryziona przez komary (choć się opryskałam DEETem), ale niedługo pojawiła się leśna droga, która wyszła na pola. A na polach nie było już tylu komarów. Przez pola i czasem wsie wędrowałam przez resztę dnia. Niziny naddunajskie ukazały się w całej okazałości. Wszędzie pszenica i kukurydza, aż po horyzont. Czasem sady i niewielkie winnice, ale głównie zboża. To właśnie tutaj w neolicie w Europie pojawiło się rolnictwo, to stąd i do nas przybyli ludzie, którzy wiedzieli co zrobić żeby rosło zboże - to była największa rewolucja na naszym kontynencie aż do czasu rewolucji przemysłowej. Ciekawie było znaleźć się w tym miejscu i mieć świadomość, że w ziemi są tu popioły lasów wypalonych tysiące lat temu, resztki dawnych osad i glinianych naczyń - zostały odkryte w bardzo wielu miejscach.







Aplikacja do nawigacji, amerykański Guthook, posiada całkiem sporo waypointów, jednak sporo brakowało (zaczęłam je później dodawać i prawdopodobnie od przyszłego sezonu następni wędrowcy będą z nich korzystać). Znalazłam więc wiele źródeł wody, zwłaszcza kranów na cmentarzach - w Europie często można liczyć na wodę właśnie tam.




Ta okolica obfitowała w miejsca bitew, jakieś stare posterunki, opuszczone i ze śladami po kulach - dawne gospodarstwa, zniszczone w czasie wojny w byłej Jugosławii na początku lat 90. Trzeba było przejść przez jedno takie, przez zamkniętą bramę, na pole. Dalej była droga zarośnięta rumiankiem, pachnąca i pełna pszczół. Ale jak się spojrzało do tyłu były te ponure ruiny.




Sfotografowanie zachodu słońca uniemożliwiały komary. W polach też były, ale uaktywniały się dopiero po południu. W dzień pojawiało się tylko kilkanaście na raz, pod wieczór zbierały się całe kohorty. Nie można się było zatrzymać, trzeba było iść bardzo szybko, a i tak siadały na nogach, rękach, próbowały wbić się między plecy z plecak. Jeszcze czegoś takiego nie widziałam, cała brzęcząca, krwiożercza armia. A jak na złość nie było gdzie się rozbić. W końcu zrobiłam 42 kilometry i osiadłam w sadzie za Sotinem. Myślałam, że we wsi będzie jakiś plac zabaw czy kościół, ale skończyło się na kolejnej rozmowie z policją, która polecała drogie noclegi nad barem - ech. Sad był podlany i rano miałam kondensację. Brak wiatru sprawiał, że było bardzo duszno... Pierwszy dzień nie był łatwy i pierwsza noc też niezbyt przyjemna.





Drugiego dnia nadal szłam przez pola i było kolejne miejsce pamięci, a dalej zamknięte muzeum, w którym zebrano pamiątki z wojny. Wszędzie było wyraźnie napisane o serbskiej agresji, znicze były specjalne, z chorwackimi flagami. I długie listy poległych.







Zbliżyłam się znów do Dunaju i szłam nadrzecznym wałem. Były tam lessowe klify, jedne z największych w kraju. A dalej miasto Vukovar, które było ogromnie długie i bardzo zrujnowane w czasie wojny. Centrum odremontowano, choć na środku straszył opuszczony hotel. Dworzec kolejowy kompletnie zniszczone, jakieś hotele nad rzeką to już tylko resztki ścian. Szlak kluczył między tymi ruinami żeby zejść znów na betonowy brzeg Dunaju. Trwała budowa ścieżki rowerowej i jakiegoś monumentu w chorwackich barwach, wystawionego tak, żeby z drugiego brzegu widzieli go Serbowie. Niezbyt mi się to podobało.





Ten ptak to interpretacja sztuki neolitycznej z tego regionu.









W kolejnej wiosce też było mnóstwo śladów po kulach, na elewacjach i bramach. A tabliczki z nazwami ulic były dwujęzyczne, czy raczej w dwóch alfabetach, łacińskim którym posługują się Chorwaci i cyrylicy serbskiej, jaką posługują się Serbowie. Ale tabliczki mogły być przedwojenne, bo teraz nic co serbskie nie jest mile widziane - takie w każdym razie odniosłam wrażenie.





W polach była też mnogość kapliczek, Chorwaci zrobili się bardzo religijni, ale w taki mocno ostentacyjny sposób, który polega głównie na stawianiu wszędzie krzyży. Prawosławne kapliczki albo zostały przerobione labo rozebrane, cerkwie są w ruinach.




Wieczorem zawitałam do sklepu spożywczego (po drodze było ich sporo), kupiłam sok, lody i poprosiłam o wodę. Całą wodę pozyskiwać trzeba było od ludzi, albo z cmentarzy albo prosząc po domach. Przynajmniej wiadomo było, że jest pitna. Siadłam na ławeczce i zjadłam jeszcze trochę przydrożnych czereśni. Drzewa owocowe sadzono wszędzie w Austro-Węgrzech, są jeszcze na Morawach, ale w moich okolicach już nie, choć mój tata pamięta czereśnie, które rosły wzdłuż głównej drogi. Pewnie smakowały tak jak te - a te były jakby pół dzikie. Niewielkie, ale soczyste i słodkie, choć z gorzkawym posmakiem, charakterystycznym dla dzikich czereśni. Cudowne!





Komary znów obudziły się do działania, a po 19 ogarnęło je zupełne szaleństwo. Na nieszczęście szłam polami wzdłuż kanałów nawadniających i tam było ich jeszcze więcej. Nie mogłam znaleźć biwaku, bo same pola, wreszcie trafiłam na samotną morwę, po którą był kawałek niezaoranego gruntu. Nie mogłam rozbić namiotu od razu, musiałam ubrać kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe, mimo 35 stopni, bo komary zeżarłyby mnie żywcem.





Na tym biwaku wreszcie znalazłam czas żeby włożyć do telefonu chorwacką kartę SIM i mogłam wrzucić pierwszą relację ze szlaku na Instagram :-).





Ruszyłam koło 7 dalej przez pola, jeszcze temperatura była znośna. Niektóre drogi były zarośnięte, wolno się szło. A przy asfalcie zdarzyła mi się ciekawa historia - usłyszałam dzwonek telefonu w rowie, znalazłam smartfon, odebrałam - dzwonił właściciel w zupełnej rozpaczy. Umówiliśmy się na odbiór przy torach kolejowych, które widziałam na mapie. Przyjechał, był przeszczęśliwy, ściskał mnie z wdzięczności i mimo, że nie chciałam, dał mi 200 kun. Działo się to w mieście Osijek. Tam też musiałam przejść się do apteki, bo okazało się, że mam za mało plastra - potrzebowałam okleić uda, które ocierały się w za krótkich spodenkach oraz talku nad odparzenia. Wszystko to udało mi się bez problemu dostać. Poszłam zwiedzić centrum, ale było w remoncie. W każdym razie spoczęłam na trawie, było tak okropnie gorąco... Właśnie pokonałam pierwsze 100 km.








W Osijeku też była kiedyś turecka twierdza, nad samą rzeką. Zostawiłam ją za sobą, a za mostem czekał mnie długi odcinek wału przeciwpowodziowego, w pełnym słońcu, gdzie temperatura znacznie przekraczała 40 stopni. Było ciężko... W krzakach poniżej wału czyhały nie tylko komary, ale też i miny - były tabliczki "uwaga miny", całe bagna wzdłuż granicy wciąż są ich pełne.







Mokradła są cenne przyrodniczo, ogromne, rozciągają się u ujścia Drawy do Dunaju. Tam lęgną się komary... Tylko w miejscu odpoczynku rowerzystów było spryskane i komarów mniej. Było tam jezioro i plaża, przy które postanowiłam przenocować, bo znalazłam wodę w kranie za budynkiem wc, więc z wodą był spokój. Poszłam popływać, a potem rozbiłam namiot tak, żeby nie był widoczny w kamerach monitoringu. Całe to miejsce ufundowała unia, a Park Krajobrazowy (czy coś takiego) zadbał o to, żeby pomieszczenia, w tym wc, nie były dostępne dla turystów. Zamknięto je na kłódkę, dzięki czemu nikt nie musiał sprzątać.







Resztę wału pokonałam rano, później szłam wzdłuż jakiejś odnogi rzecznej przez las (koszmarne komary, dużo dzików), do pałacu, który okazał się dużą willą. Też było tam pusto i w remoncie, a tym razem zaznaczonej w aplikacji wody nie znalazłam. Tylko martwego zimorodka.








Myślałam, że przebiduję z resztką wody do następnej wsi, ale potworny upał szybko pozbawił mnie wody. Spotkałam jednak rolnika, który wypompowywał wodę z kanału i podlewał nią swoje uprawy. Dostałam od niego butelkę winogronowego napoju. Jakże mi smakowała! W nagrzanych polach buchał taki żar, że odwracałam twarz od zboża. Droga była biała, odbijała światło. Była niedziela i kościół we wsi był otwarty. Jak tylko go dopadłam, padłam na posadzkę - była lodowata. Siedziałam tam z godzinę. Potem dopiero nabrałam zapas wody na starym cmentarzu.










Teraz pierwszy raz teren był pofalowany, bardzo niewielkie były to wzgórza, ale widoczne z daleka. Były na nich spore winnice, odrobina wiatru.





Pod wieczór znalazłam sie w kolejnej wsi, gdzie poprosiłam o wodę. "Kraj asfalta" wyglądał zabawnie, ale znak mówił tylko, że asfalt się kończy. Błotnista droga przez las sprowadziła na mnie kolejną armię komarów, która odpuściła dopiero na szczycie ostatniego wzniesienia. Był stamtąd niezły widok, ale po słońce. Nadeszła cienka warstwa chmur. Rozbiłam się pod przekaźnikiem, który trochę hałasował.







Rano kolejna porcja zarośniętych dróżek, ale potem już lepiej. Stacja benzynowa, cywilizacja... Niekończące się pola, wielki upał, starałam się iść jak najszybciej, bo w odległym mieście Valpovo zarezerwowałam sobie nocleg. Marzyłam o prysznicu i braku komarów.





Niestety, najpierw musiałam znowu długo iść wałem. Ten dzień był najgorętszy na całym etapie, właściwie jeden z dwóch najgorętszych na całym szlaku. Nie byłam w stanie połknąć na raz tego odcinka, musiałam zejść w cień i chwilę odpocząć - bałam się dostać udaru. Pot lał się ze mnie strumieniami, wykręcałam koszulkę i czułam jak kolejna strużka spływa wzdłuż kręgosłupa. Wreszcie doszłam do głównej drogi, słońce trochę się pochyliło i pojawił się cień. Przekroczyłam Drawę i jeszcze kilka kilometrów zostało mi do pokonania, a tu zaczęły dokuczać pęcherze. Pojawiły się już pierwszego dnia na piętach, a teraz jeszcze doszło śródstopie. Okazało się, że test nowych butów to był fatalny pomysł, a Altra Olympus to najgorsze buty, z jakimi miałam do czynienia... Wreszcie doszłam do centrum, zrobiłam zakupy i poszłam do guesthouse'u. Był tani, a to oznaczało brak klimatyzacji, ale chociaż był prysznic. Niestety potem się okazało, że miał też zawirusowane wifi, co było zgubne dla mojego telefonu i mojego gmaila, z którymi miałam problemy aż do końca wyprawy.





W każdym razie trochę odpoczęłam i się ochłodziłam. Rano osiągnęłam 200 km. To znaczyło, że niedużo płaskiej Slavonii mi już zostało - ten najgorszy odcinek zajmuje tylko 6 dni. Chciałam go mieć szybko z głowy i znaleźć się w górach. Już na ten dzień przypadała odrobina lasu, choć niestety drzewa wzdłuż drogi były wycięte i nie było cienia.





Na końcu lasu było takie jakby pole namiotowe z wiatami i nieczynną studnią. To chyba jednak ten dzień był najgorętszy... Kompletnie wypompowana padłam na ławkę i drzemałam dwie godziny. Wyjście na słońce źle by się skończyło. A komarów akurat tam nie było z jakiegoś powodu. Potem dopiero ruszyłam dalej.






Wieczorem dobiłam do Našic, gdzie zaznaczono biwak nad sztucznym jeziorem. Jakieś wredne dzieciaki jadące na hulajnodze uderzyły mnie plastikową pałką. Rany, co to za miejsce, co to za ludzie? Ale nad jeziorem byli normalni ludzie, normalne dzieci, które się kąpały. Ja też zaraz wskoczyłam do wody. Jaka to była ulga...





Našice to spore miasto, miasto w którym musiałam się zaopatrzyć na 5 następnych dni w górach Papuk. Patrzac na waypointy myślałam, że nie ma takich długich odcinków, ale się myliłam... W mieście był supermarket Spar i targ warzywny, gdzie kupiłam torbę zielonego groszku i najlepsze na szlaku brzoskwinie (wszędzie były okropne, tak jak i u nas twarde i pozbawione smaku - następne pokolenia już w ogóle nie będą wiedziały jak smakują owoce). Upał potworny był już od rana, a z ciężkim plecakiem było jeszcze gorzej. Wychodząc z miasta musiałam usiąść na chwilę w cieniu. Ale jeszcze tylko 2 km i już byłam w górach, w cieniu!






Zmiana była wielka. Choć też było gorąco, to już nie 38, a bardziej 34 stopnie, które w cieniu są naprawdę 34 stopniami, a nie 45 ani 50. Pojawiło się oznakowanie szlaku turystycznego! Choć z początku szlak nie istniał i kluczyłam po lesie, dalej już było w porządku, głównie leśne drogi. Bukowy las był nieruchomy, brzęczały w nim pszczoły, pachniało lipowym miodem.







Po południu weszłam w większe wzniesienia, były nawet punkty widokowe (zwłaszcza z przełęczy z asfaltową drogą, inne nie takie dobre). W aplikacji nie było zaznaczonej wody, ale w podkładzie, na mapie, było źródło. Liczyłam na nie bardzo i rzeczywiście było. Miałam wodę nie tylko do picia, ale też do mycia - kranik z listka pozwolił napełnić butelki. Trudno było na stoku rozbić namiot, ale się udało. Schowałam się w nim przed gzami, które były potworne. Zapomniałam o nich wspomnieć, ale oprócz komarów i much to one najbardziej dawały się we znaki.








No i jeszcze niewygodne buty... Wystająca na zewnątrz podeszwa w nierównym terenie jeszcze bardziej wbijała się w pięty. Na każdym kroku dźgała skórę, sprawiając że pod jednym pęcherzem pojawiał się następny. Nie mogłam tak iść. Wzięłam nóż i spróbowałam wyciąć nadmiar gumy. Nie wszystko się cało, mam tylko mały scyzoryk, a tu by trzeba wyciąć pół podeszwy, ale już to co mi się udało zrobić pomogło trochę. Wycięłam kilka "klocków" i tył, tak że już nie hamowała mnie ta podeszwa przy przechodzeniu przez trawy. W YouTube opublikuję recenzję tych butów, były tak koszmarne, że trzeba to zrobić.






Roślinność Parku Naturalnego Papuk była bardzo ciekawa, rzucały się zwłaszcza w oczy liście ciemierników. Ale to musiało wyglądać kiedy kwitły na wiosnę!





Zeszłam w głęboką dolinę, gdzie były małe stawki, a potem musiałam znów wygramolić się w górę. Ku mojemu zaskoczeniu prawie nie było zasięgu, nawet na samej górze. Góra Papuk ma 953 m n.p.m. Szlak na nią nie wchodzi, ale te 800-900 które osiąga już były o wiele chłodniejsze. Oprócz buków rosły jodły, jak w buczynie karpackiej. Było tam przyjemnie dziko, żywego ducha (dwóch biegaczy na drodze, zero turystów z plecakami). Tylko jelenie i dziki, setki dzików. Przy źródełku była chatka, a w niej wpis wędrowca, który też szedł CLDT, kilka dni przede mną. Jak się później dowiedziałam zrezygnował.







Było za wcześnie na nocleg, poszłam dalej. Zgubiłam drogę na koniec, ale wreszcie doszłam do wsi, do Zvečeva. Zapytałam czy mogę dostać wody, czy będzie w porządku jeśli zabiwakuję, a dostałam propozycję rozbicia się w ogródku i do tego prysznic! Cudownie! Gospodyni nie znała angielskiego, ale poradziłyśmy sobie. Mówię trochę po czesku, zaczęłam uczyć się chorwackich słów - jakoś się porozumiałyśmy. A właśnie w tym miejscu wypadło 300 km.






Rano na drodze były smutne ślady. Chorwaci prowadzą samochody jak szaleni, dzikiej zwierzyny jest mnóstwo - o wypadek nie trudno.




Szlak dalej prowadził górami, głównym grzbietem. Rozgrzane powietrze było mgliste, widoki niezbyt wyraźne. Jedno podejście naprawdę upiorne, a potem sporo dróg zawalonych gałęziami przez leśników - zupełnie się oni nie przejmują ewentualnymi wędrowcami. Ale też trudno im się dziwić - wyglądało na to, że szlakami nikt tu nie chodzi.









Podobał mi się ten leśny odcinek, było dużo ładnego lasu. Znaki odnowione, zadbane, strzałka do źródełka (też było tylko na mapie).








Niestety po południu przegapiłam skręt i zrobiłam dodatkowe 3 km. Nowa utwardzona leśna droga była tak oczywista, a należało skręcić w zapomnianą drogę zrywkową. Ta była koszmarna, strom, zawalona gałęziami. Załapałam takie opóźnienie, że już daleko nie zaszłam - rozbiłam się nad strumieniem. Zdaje się, że nie ja pierwsza - było tam miejsce na ognisko. W dolinie było chłodno, strumień szumiał. Oczywiście była kąpiel. Świetna miejscówka.





W nocy popadało, przeszła burza i rano wszystko było mokre, a ja akurat musiałam przedzierać się przez chaszcze, głównie jeżyny. Strasznie się podrapałam... 






Po drodze były ruiny zamku, myślałam, że tam będzie wydeptana ścieżka, turyści, ale nie, tu też żywego ducha.






I tak się Papuk skończył. Zeszłam do wsi - było ich kilka. W pierwszej jeszcze jacyś ludzie, ale w następnych już prawie nikogo. Były to serbskie wsie, opuszczone po wojnie. Domy powoli się rozpadały, i te sprzed II wojny światowej, drewniane, i te z lat 90., ceglane. Niczyje. Ani Serbowie już w nich nie zamieszkają, ani Chorwaci nie chcą tej ziemi. W jednym domu, na ocienionej werandzie, siedziała staruszka w czarnej chuście. Wyraźnie się ucieszyła kiedy jej się ukłoniłam.












Dobrze było znów wejść do lasu, z tej martwej ruiny do czegoś żywego, pełnego pszczół. Był nawet jeden znak szlaku, choć niezbyt mądrze przybity do martwego drzewa, które za rok czy dwa upadnie.




Po południu minęłam pierwszą chatkę-schronisko, zamknięte. Jak się później okazało, trudno trafić na coś otwartego - schroniska należą do górskich klubów, są pozamykane.




Wieczorem odrobinę gubiłam się w lesie, ale była to ładna okolica. W dolinie były stawy, bo biły tam z lessu źródła. Nad takim źródłem rozbiłam swój namiot. Woda była lodowata.








Kolejny etap nadal był leśny, wysokość n.p.m. niewielka, jakieś 200 m. Nie było tu już oficjalnego szlaku turystycznego, ale członkowie CLDTA namalowali żółte znaki na drzewach - bardzo przydatne w gąszczu leśnych dróżek.





A wieczorem czekała mnie uczta - w agroturystyce. Miałam to miejsce zaznaczone jako cudowne, oferujące dobre jedzenie i noclegi - nie mogłam się powstrzymać ani też nie miałam takiego zamiaru. Właściciel był szalenie sympatyczny, dał mi zniżkę hikerską, syrop z kwiatów czarnego bzu (na Śląsku Cieszyńskim też się taki robi - znowu znalazłam coś, co mamy wspólnego z Chorwatami). Pokój był chłodny, wypoczęłam wreszcie i napełniłam brzuch wspaniałym obiadem.







Zrobiło się znów nieco bardziej górzyście, trochę jak na Słowacji. Wsie ładnie wyglądały, był zaludnione. Każdy miał ogródek, sad, kwiaty.





400 km!




Aż od Našic nie było jednak sklepu. Minęłam pierwszy, który miał być, bo nie był przy szlaku, a tu się okazało, że drugi to jakiś malutki sklepik, który otwierają tylko rano. A już wcale nie miałam jedzenia. Była jedna restauracja/winiarnia - poszłam tam poprosić. Bardzo mili ludzie, napakowali mi całą torbę mięsa, sera, owoców, bochen chleba i sok pomarańczowy też się znalazły i nie wyszło to wcale drogo.





Zabudowa w tej części Slavonii (tak się nazywa wschodni region Chorwacji) była zróżnicowana. Były domy z drewna, drewna z gliną, ale też takie murowane, ze zdobieniami. No i najnowsze, ceglane, często nieotynkowane, z relingami z chromowanej stali - jak na basenie, okropne.




Co jakiś czas były też stare leśniczówki, takie małe chatki, w których nikt na stałe nie mieszkał, tylko leśniczy albo koło łowieckie czasem wpadali. Koło takiej chatki wypadł kolejny biwak.






W okolicy wydobywa się też gaz ziemny, mnóstwo było takich szybów, dźwigów, rur i nawet płonący gaz.





Przed Koprivnicą czekała przykra niespodzianka - szlak wyznaczony w teorii, bez sprawdzania czy da się przejść. Ścieżka istniała 100 lat temu, stara winnica zarosła. Przeciskałam się długo pod drutami, przez pokrzywy, wreszcie stamtąd wylazłam i... niespodziewanie trafiłam na sklep spożywczy!




Koprivnica to spore miasteczko i podmiejski las był pełen ścieżek, po których przynajmniej w weekendy spacerują ludzie. Ludzi nie widziałam, ale widziałam ślady. I zamkniętą chatkę. Widziałam też wielkiego chrząszcza (u nas już dawno wyginęły, wytrute), nabrałam wody ze źródła.







Zdarzyło się po raz kolejny, że musiałam omijać ule - pszczoły mieszkają w przyczepach, które można potem odwieźć w inne miejsce. A przyczepa najczęściej stoi u wylotu szlaku - no bo przecież nikt tam nie chodzi.




Bardzo ciekawe rzeczy zobaczyłam w Vrhovacu Sokolovackim - wciąż jeszcze funkcjonujące piece do wypalania węgla drzewnego. Jeszcze nigdy takich nie widziałam!




Wieczorem planowałam biwak przy zamkniętej leśniczówce, ale się okazało, że nie była ona tak całkiem zamknięta ;-). Cudownie było spać bez komarów, w prawdziwym pokoju, czterech ścinach. A naprzeciwko był nawet obrośnięty pajęczynami wychodek!





Pozostałe kilka km do Apatovaca rano minęło gładko. Właśnie kolejną górę wieńczono krzyżem. Apatovac ślicznie wyglądał z daleka, a i z bliska nieźle - dużo drewnianej starej zabudowy. Sklep niewielki, ale dobrze zaopatrzony i zasięg był.






Miałam przed sobą sporo wspinania, ale nienajgorszą trasą, tylko trochę się szlak nie zgadzał z mapą. Pod koniec trafiłam na uczęszczany rejon, jakieś skałki - oto dostałam się już w zasięg wapiennych skał, z jakich są zbudowane Góry Dynarskie. Odpoczęłam pod schroniskiem, obok ruin zamku. Miejsce jest na tyle popularne, że schronisko było otwarte. Szlak prowadził dalej na szczyt góry Vranilac, z której roztaczał się świetny widok. Z jednej strony na pola, z drugiej na góry.










Skoro tak długo szłam w górę to teraz oczywiście trzeba było zejść w dół, na sam dół... Ale chociaż była tam woda. I kapliczka. A potem znowu musiałam iść w górę, zdobyć sąsiedni szczyt Peca. W sam raz mi się udało na wieczór dotrzeć do zamkniętej chatki, w której w czasie II wojny światowej chowali się partyzanci. Miała ona duży dach, pod którym rozbiłam namiot na stole piknikowym, bo zanosiło się na deszcz (nie nadszedł on jednak). Było tam dobre źródło, ale też woda deszczowa w beczce, nagrzana, choć pełna larw komarów. Nie przeszkadzało mi to wykąpać się w niej w porządnie (polewałam się garnkiem).











Po dobrym śniadaniu szykowałam się na rychłe 500 km, ale trochę się opóźniło, bo zgubiłam szlak. Ale było :-)





Tutaj szlak to była znowu jakaś nowa koncepcja. Nie mógł prowadzić starymi drogami, bo były to zawalone drzewami tunele. Bardzo kluczył, był znów na żółto oznakowany, ale strasznie niekonsekwentnie - albo było pełno znaków, albo wcale. I tak udało mi się zabłądzić.




Jak doszłam do wsi, myślałam że to już koniec komplikacji, było tam zupełnie cywilizowanie, mnóstwo małych winnic. Ale skąd, szlak zaraz wszedł w potworne maliny i ostrężyny, przez które przedzierałam się godzinę, choć to było tylko 300 m. 









Wydostałam się stamtąd klnąc na czym świat stoi. Po co prowadzić szlak w takim miejscu? Poprzednicy ponoć nic nie raportowali - kazało to wątpić w kompletność przejść poprzedników. W każdym razie dalej miała być już do końca tego etapu cywilizacja. Supermarket Plodine ukazał się na horyzoncie - spędziłam tam godzinę na porządnym resupply'u.





Ludbreg był ciekawy, miał parę zabytków, w tym ciekawy kościół otoczony murem z arkadami. Stały tam palmy, suszyły się komże. Było darmowe WC, otwarte. Wnętrze przyjemne, kilka osób się modliło.







Nadeszły chmury, zanosiło się na deszcz. Patrzyłam jak chmura się przybliża, zaczęło kropić. Niestety, źle poszłam i straciłam godzinę. W tym czasie deszcz nadszedł. Zapytałam czy mogę się rozbić na boisku, ale odpowiedź brzmiała "nie", właściciel się nie zgadza. W sadzie? Też "nie"... No to poszłam sobie. Nad sztuczne jezioro, gdzie był zaznaczony szlakowy biwak. W tym czasie lunęło i zdążyłam przemoknąć. Doszłam jak przestało padać. Było to miejsce, gdzie były małe działki, na niektórych stały przyczepy kempingowe, wszystkie miały boiska do siatkówki. Rozbiłam się pod wiatką, za krzakami, tak że prawie nie było mnie widać. Jezioro pięknie wyglądało.






Rano było wilgotno, no ale nie pod wiatą! Kiedy jadłam śniadanie było bardzo wcześnie. Nadjechał samochód terenowy, który pryskał insektycydami całą okolicę, z takich jakby wodnych armatek. Słyszałam już że wszędzie pryskają, że to nie wystarcza i komary są i tak. Ale żeby tak wszędzie...? Kierowca nie przejął się mną ani śniadaniem na stole, pryskał wszystko jak leci...







Znów się zachmurzyło, za Prelogiem pokropiło, ale tylko chwilę. Było bardzo parno, ale przynajmniej nie prażyło. A ten odcinek był znów polny. Pierwsze słoneczniki właśnie rozkwitały. W polach niestety panował wielki nieład. Wszędzie leżały kupy gnijących śmieci. Ludzie ze wsi wywozili śmieci wprost na swoje pola - tzn. pewnie pola sąsiadów. Minął mnie jeden traktor z przyczepą pełną złomu...







W centrum wsi za to mnóstwo odremontowanych kapliczek - jakie to typowe... Prawie jak na Roztoczu. Im więcej kapliczek, tym więcej śmieci. 





Edycja queerowa ;-)








Dostałam ostrzeżenie, żeby w tej okolicy nie biwakować, bo hiker, który zrezygnował, został tam okradziony z plecaka. Akurat jednak tak się składało, że biwak wypadał mi na końcowym punkcie tego etapu, czyli najbardziej na północ wysuniętym punkcie Chorwacji, na granicy ze Słowenią (znów - prawie), a tam była restauracja, która pozwala hikerom rozbijać namioty w bezpiecznym miejscu. Nie miałam wielkich problemów po drodze, co prawda przyczepiła się do mnie banda romskich dzieciaków, ale dało się z nimi normalnie rozmawiać i odmówić dania pieniędzy. 

I tak zakończyłam pierwszy etap wędrówki, o którym wiadomo było, że jest najmniej interesujący, więc dobrze było go mieć z głowy. Tablica szlakowa stała nad brzegiem Mury, tej samej rzeki, wzdłuż której jechałam pociągiem. Ma ona źródła w Hohe Tauern w Austrii, spływa z alpejskich lodowców. To duża i bystra rzeka. Koło restauracji był prom, którym można (było dawniej) przepłynąć na drugą stronę.









Ciąg dalszy nastąpi :-)