Kiedy rano obudziłam się nad rzeką w chaszczach było mi tak duszno, jakbym spała na ponad 3000 m n.p.m. W wąskiej dolinie taka aura utrzymała się cały dzień. Ciężko byłoby znieść takie warunki na całej trasie, ale na szczęście na grzbietach górskich, którymi głównie biegła moja trasa nigdy takiej pogody nie było. Tęskniłam za ścieżką i chciałam szybko na nią wrócić, ale też musiałam zrobić zakupy i ominąć kolejną zamkniętą część szlaku Baekdu Daegan trail. Niespodziewanie trafił się mały sklepik w wiosce Galgyeri, w którym zakupiłam pyszny śliwkowy napój, straszliwie słodki, ale jednocześnie kwaśny. Było tam też kilka zabytków, mała świątynia ze starożytną rzeźbą i stare gospodarstwo, w którym niegdyś mieszkał jakiś mędrzec.
Blog Agnieszki "Zebry" Dziadek - podróże i szlaki długodystansowe w stylu ultralight
środa, 11 marca 2026
Trawers Korei Południowej 5: Niższe pasma i obejście Parku Narodowego Songnisan (Baekdu Daegan Trail 2)
Szłam drogą ku Przełęczy Ppaejae, ale do niej było jeszcze daleko. Wiosna była w pełni i nawet w górach sadzono już ryż, sezon sadzenia miał się już ku końcowi. Wieś Soyeong ciągnęła się długo. Nie było nigdzie wody ani sensownego parku, ale znalazłam fajne miejsce na odpoczynek - platformę pod wielkim Drzewem Opiekunem. We wsi był też chrześcijański kościół - jest ich w Korei mnóstwo, jako że wyznawców chrześcijaństwa jest obecnie więcej niż buddystów. Miałam nadzieję, że trafię kiedyś na niedzielny poranek i jakieś nabożeństwo, ale niestety nie udało mi się wstrzelić.
Kiedy osiągnęłam tunel pod przełęczą miałam już jakąś ogromną ilość metrów w pionie za sobą. Serpentyna była bardzo stroma. Ruch nie był duży, ale minęło mnie parę ciężarówek. Powyżej tunelu biegł mój szlak, ale postanowiłam podejść jeszcze kawałek drogą i wbić się na szlak dalej, za miejscowością ze sklepem . Gdybym tylko mogła jakoś zdobyć wodę... Ale na tym odcinku znów miało jej nie być i choć kilometrów nie było wiele, to w przewodniku opisano ten odcinek jako wybitnie trudny technicznie. Więc musiałabym nieść wody tyle, żeby starczyło mi na dwa noclegi. A na to nie miałam siły. Liczyłam też na sklep, bo w tym poprzednim małym nie było nic poza zupkami chińskimi i nie miałam nic na obiad.
Nie było łatwo schodzić ze świadomością ile wysokości tracę i ile jej będę musieć znowu zdobyć. Ale tak niestety zawsze było, czy na grzbiecie, czy z zejściem w dolinę, zawsze tych przewyższeń w Korei było potwornie dużo.
Pojazd służył do oprysków na polach. A zapomniane lwy z granitu stróżowały przy bardzo starej kapliczce, pewnie średniowiecznej.
Zdążyłam do sklepu przed zamknięciem. Nie jestem pewna co do nazwy miejscowości, ale wydawało mi się, że wchodzi w skład jednostki administracyjnej Mupung. W każdym razie faktycznie był tam zakamuflowany sklep. Z Zewnątrz trudno było często odgadnąć czy ma się do czynienia ze sklepem spożywczym, bo nie było żadnych reklam, a szyby zaklejone. Tak że czasem wchodziłam do banku, myśląc że to sklep, a tym razem myślałam że to bank, a jednak był sklep. Sprzedawca, młody chłopak, wykrztusił z siebie kilka słów po angielsku, ja opowiedziałam że idę z Marado, i w konsekwencji dostałam ciastko i mandarynkę. Z owoców zawsze cieszyłam się najbardziej, bo tak trudno je było dostać i były takie kosztowne. A sklep był całkiem sensowny, udało mi się kupić torbę kukurydzianych bułek. Była też toaleta, w której pozyskałam zapas wody. Zmierzchało, kiedy zaczęłam się piąć w górę wiejską dróżką, ale wraz z nastaniem ciemności osiągnęłam pośrednią przełęcz. Bałam się, że nie znajdę nawet metra płaskiego terenu, na którym mogłabym się rozbić nie widziana z drogi, ale duchy znów mi sprzyjały, bo tuż za przełęczą był stary wjazd na porębę i było tam miejsce z krótką trawą i pięknym widokiem. Nie grymasiłam na widok, chociaż brak drzew gwarantował, że zrobi się kondensacja.
W rzeczy samej rano namiot nie był całkiem suchy. Opiekunowie tej miejscówki zesłali rano mgłę, tak że z wioski nikt by mnie nie mógł wypatrzeć. Więc spokojnie jadłam śniadanie, mimo że szczekał na mnie pies. Okazało się, że był przypięty niedaleko na działce, której wieczorem nie dostrzegłam.
Widziałam z góry oszkloną wiatę, ale nie byłoby dobrze tam spać w samym środku wsi, z wszystkimi psami które się na mój widok rozszczekały. To było niezwykle, jak wiele szczekających psów było w Korei, chyba tyle samo co w Polsce. Pies i gliniane beczki z kimchi stanowiły obowiązkowe wyposażenie każdego domu.
Odprowadzona kilkoma zadziwionymi spojrzeniami (jak zwykle nikt nie odpowiedział na moje koreańskie "dzień dobry") osiągnęłam koniec drogi. Wreszcie byłam na szlaku i szlak ten istniał - przyjęłam tę wiadomość z wielką ulgą. Co do Beakdu Daegan zawsze było wiadomo, że jest nie jest zamknięty, to jest widoczna ścieżka, natomiast co do szlaków dochodzących do grzbietu, to nigdy nie było wiadomo. Nie był to szlak uczęszczany, ale jeszcze widoczny w terenie i miał trochę schodów w najbardziej stromych miejscach. Początkowo biegł wzdłuż strumienia, więc mogłam jeszcze podolewać wody do wszystkich butelek.
Wlazłam na grzbiet i od razu spotkałam grupę panów z małymi plecakami - robili sekcję Beakdu Daegan. Zeszli do źródła, które było po przeciwnej stronie, a ja poszłam dalej na szczyt Samdobong, zostawiając ich w tyle. Zobaczyliśmy się znów po południu, kiedy zrobiłam sobie przerwę. Szlak był pofalowany i pełen schodów, ale jakoś dawało się iść i przesuwałam się do przodu. Towarzyszyły mi mgliste widoki po obu stronach wąskiego grzbietu.
W jednym miejscu było ogromnie stromo, tak że nawet z liną ciężko było zsunąć się z rozpadliny skalnej. Pokonanie tych kilkudziesięciu metrów (było kilka serii lin) zajęło mi z pół godziny. Panom z małymi plecakami na pewno poszło szybciej, bo właśnie potem się spotkaliśmy.
Tak wygląda symbol Baekdu Daegan Trail.
Stuknęło mi 500 km, ale odczekałam na jakieś wypłaszczenie, w którym mogłabym zrobić znak. Takich wydeptanych miejsc było na szlaku czasem sporo. Jeśli tylko było coś płaskiego, to następowało wydeptanie. Raczej nie były to miejsca biwakowe, a raczej takie, w których urządzano dawniej pikniki podczas jednodniowych wypadów. Było to wtedy, kiedy jeszcze wolno było oficjalnie używać kuchenek turystycznych.
Panowie doszli do Przełęczy Uduryeong i stamtąd odebrały ich samochody, którymi pojechali do hotelu. Przewodnik radził, żeby łapać stamtąd stopa albo zamówić sobie taksówkę żeby zjechać do miejscowości po wodę. Miałam jeszcze wodę i nie miałam w ogóle zamiaru łapać stopa w celu robienia jakichkolwiek resupplyów w Korei. Wiedziałam, że skoro nikt mi nie mówi dzień dobry i większość spotkanych ludzi na mój widok odwraca wzrok, nikt mnie nigdzie nie zabierze. A nie mówiąc po koreańsku nie mogłam też nigdzie zadzwonić, zresztą moja karta SIM obejmowała tylko dane, a nie rozmowy. I tak nie złapałabym tam stopa, ponieważ przez przełęcz nie przejeżdżały żadne auta. Było cicho i głucho, wiał wiatr i przywiewał wilgoć. Szedł deszcz. Zostawszy sama na szlaku lepiej się poczułam, zawsze to milej mieć góry tylko dla siebie. Myślałam, że skorzystam ze szlaku zejściowego sprowadzającego na dół za kilka km, bo poniżej była bardzo znana świątynia i na pewno dostałabym tam wodę. Ale kiedy dotarłam do rzekomego skrzyżowania, okazało się że żadnego szlaku tam nie ma. Nie było nawet śladu, że kiedykolwiek był. Wobec tego pozostałam na grzbiecie i z resztką wody rozbiłam namiot na wypłaszczeniu pod azalią. Deszcz zaczął padać już wcześniej i zrobiło się bardzo zimno. Żałowałam, że nie mogę wypić całej butelki gorącej herbaty, będąc zmuszona oszczędzać ją na dzień następny.
Rano już nie padało, nawet odrobinę podeschło. Ten biwak był tak naprawdę bardzo fajny. Z pozostałym pół litrem płynów szłam jeszcze trochę grzbietem, aż doszłam do Przełęczy Baramjae, do której miała dochodzić gruntowa droga. Widziałam na mapie, że dalej w dole jest strumyk, więc liczyłam na to, że jak tam skręcę to nabiorę wody. I faktycznie tak było, zeszłam do rowu i płynęła tam woda. Zgarnęłam też od razu kleszcze. Wypiłam litr na miejscu, wzięłam jeszcze dwa i nie mogłam się powstrzymać przed zejściem w dolinę. Znów sklep okazał się zbyt kuszący.
Owa kusząca miejscowość to była Hyangcheon. Powinnam była stamtąd wrócić do świątyni i wejść na grzbiet, ale myślałam, że tam też szlaki dojściowe nie istnieją. Wydaje mi się jednak, że któryś musi istnieć. Zrobiłam zakupy w dobrze zaopatrzonej "Żabce", naładowałam elektronikę i zrobiłam pranie w publicznym WC. Ze względu na świątynię było tam całkiem turystycznie, stąd parking i WC. Znów stwierdziłam, że dobiję do szlaku kawałek dalej. W ten sposób udało mi się jeden jedyny raz zobaczyć w Korei szybki pociąg, bo przechodziłam pod wiaduktem. W parkach były jakieś kosmicznie dziwaczne rzeźby z granitu grobowcowego.
Zostało już tylko pójść wzdłuż rzeki, wśród pól ryżowych minąć jedną wioskę i już zaraz miała być przełęcz. Na mapie dochodziła do niej droga gruntowa. Tymczasem weszłam w jakieś rozwidlenia i tereny prywatne. Nic nie szczekało, więc szłam, choć wyglądało na to, że drogą już dawno nikt nie jeździ, bo rosła na niej trawa. Zaraz się wyjaśniło - droga została zmyta w czasie powodzi i przerwana przez strumień. Udało mi się przejść i znaleźć zarośniętą kontynuację. Droga biegła dalej przez las, więc w cieniu nie zarosła jeszcze całkiem i mogłam kontynuować sarnią ścieżką aż do przełęczy. Uff, byłam znów na Baekdu Daegan Trail. Przywitały mnie kolorowe tasiemki.
Teren był tam niższy, schodził na zaledwie 700 m n.p.m. i szlak przecinał się z leśnymi drogami. Przy jednej był taki dziwny wojskowy okop z oponą. Nie było jeszcze zbyt późno, kiedy zeszłam na Przełęcz Gwebangryeong. Poniżej widziałam człowieka, była tam działeczka z warzywami, ale pilnowały jej tak straszliwe psiska, że nie odważyłam się iść prosić od wodę (a widziałam, że leci z węża, podpięta do źródła). Wyżej miał być szpital, dziwacznie zlokalizowany w tej odludnej dziczy, nie wiedziałam nawet jak tam dojść i ile by to zajęło - może droga była z zupełnie innej strony, a może mapa kłamała i wcale go tam nie było. Tajemnicze miejsce. Poszłam na drugą stronę przełęczy i tam całkiem niedaleko było gospodarstwo, w którym mieszkała starsza para. Na migi poprosiłam o wodę i dostałam bez problemu, próbowałam podziękować odpowiednio, ale nie wiem czy mi się udało, bo gospodarze mieli miny, jakby byli rzeźbami z kamienia. Mieli też psa, ale na łańcuchu. Kazali mi zostać na zewnątrz domu, a pani przyniosła dużą butlę, z której rozlaliśmy wodę do moich butelek.
Nie spałam na przełęczy, bo wiata była widoczna z drogi. Wspięłam się jeszcze kilometr czy dwa, w nadziei na spokojne miejsce na grzbiecie. Wiało trochę, ale jak weszłam do namiotu, już tego nie zauważałam. Nie było zbyt płasko - kulminacja okazała się być jak w większości przypadków tylko małym stożkiem. Spało się tam jednak całkiem dobrze. W Korei naprawdę bardzo dobrze się spało, bo w górach był taki spokój. Zebrawszy manatki ciągnęłam dalej falującym grzbietem, sapiąc na schodach. W miejscu, gdzie ustawiono ławkę też nie było zbyt płasko, akurat tyle żeby dało się ją ustawić.
Ostrzeżenie o 30% nachyleniu pokazało, że zwykle bywa więcej. Bo nie było tam wcale bardziej stromo niż zazwyczaj. Moja strategia polegała na tym, żeby iść wolno i ostrożnie, nie przeciążając nadgarstków. W poprzednim sezonie dożywotnio już chyba uszkodziłam sobie nadgarstek opierając się na dłoniach przy stromych zejściach, teraz musiałam bardzo pilnować żeby tego nie robić, a jednocześnie żeby nie przywalić sobie w kolana. Więc nie byłam szybka.
Widok grobowców zwiastował jakiś rodzaj cywilizacji. Nie wiedziałam czego, ale czegoś się spodziewałam, bo przewodnik zapowiadał obecność jakiegoś ośrodka edukacji ekologicznej. Wiadomo było, że nie zgadzają się, żeby wędrowcy tam nocowali, ale miała być woda. I faktycznie, były krany na zewnątrz. Mieli tam właśnie jakąś zorganizowaną imprezę, więc skoro było otwarte to odważyłam się zajrzeć i zapytać czy mogłabym podładować elektronikę (było pochmurno i nie mogłam korzystać z panelu). Chyba nawet nikt nie pytał co tam robię, ale pokazano mi salę, gdzie mogłam się podłączyć, więc bardzo się cieszyłam. Widziałam, że na zewnątrz szykują dużą ilość jedzenia dla uczestników i nieśmiało zaczęłam marzyć, że zostanę zaproszona. Jeden z panów, którzy siedzieli w pomieszczeniu do którego weszłam zapytał czy chciałabym zjeść zupkę chińską w kubku, a kiedy potwierdziłam, nastawił wrzątek. Nie powinnam jeść tych zupek, bo mnie po nich boli brzuch, ale zawsze to ciepłe jedzenie. Jadłam tę zupkę, kiedy przyszli pozostali i zaczęli ustawiać stół do obiadu. Niestety powiedzieli, że teraz będę musiała już sobie iść, bo będą mieli obiad. Właśnie zaczęło lać... No cóż, wyszłam, założyłam ubranie przeciwdeszczowe i podpięłam parasol. W tych warunkach nie dało się iść szlakiem, więc te kilka kilometrów zrobiłam drogą. Prowadziła wokół zapory. Nawet jacyś ludzie biwakowali tam na dziko (tzn. były suche toalety), ale było trochę za wcześnie i chciałam wejść na przełęcz, żeby znów być tam gdzie najlepiej, czyli na szlaku. Tym razem obyło się bez problemów i jeszcze było jasno, kiedy znalazłam miejsce. Teren był chyba prywatny, były jakieś tasiemki, ale przy parkingu też nie chciałam spać. Wciągnęłam makaron z parówkami i poszłam spać. Był to wciąż polski makaron, który dawkowałam sobie w małych porcjach.
Padało jeszcze w nocy i rano było bardzo mokro, ale słońce już się przesączało przez chmury i zapowiadał się ładny dzień.
To był jeden z łatwiejszych odcinków szlaku, przewyższenia nie były katastrofalne i dobrze się szło. Oczywiście były schody, ale nie cały czas i były chwile, kiedy czułam się jak na normalnym szlaku w stylu appalaskim. Od czasu do czasu wyłaniały się widoki na niższe pasma i rolnicze doliny.
Na tej przełęczy zrobiłam sobie przerwę przy przystanku autobusowym, gdzie było również WC. Fajny był znak, pokazujący wododział (Pasmo Beakdu Daegan jest wododziałowe). Słońce świeciło tak mocno, że mogłam jednocześnie ładować telefon i oglądać filmy na YouTube, a bateria i tak się ładowała.
Na kolejnej przełęczy miałam miłe spotkanie z ludźmi, którzy nie tylko się przywitali, spytali czy wędruję Baekdu Daegan, ale też zaprosili mnie na lunch. Zjedliśmy razem ryż i kimchi, a na deser były ciastka ryżowe. Śmiali się z moich łez i smarków, wydobywających się po spożyciu kimchi. Zrobiła je sama pani domu.
Po południu doczłapałam do przełęczy, przecinanej przez ruchliwą autostradę. Szlak przechodził po wiadukcie po czym wbijał bardzo stromo na grzbiet, na którym kawałek dalej zaczynał się Park Narodowy Songnisan i tam był znów zamknięty odcinek. Przed granicą parku można było jeszcze kontynuować, ale potem trzeba było zejść z powrotem w dół i nie było dostępu do wody. Stwierdziłam, że nie ma sensu wspinać się żeby za dwa kilometry schodzić prawie że w to samo miejsce. A więc znów obejście i pola ryżowe, ale i ciekawostka: muzeum wojny koreańskiej. Było już zamknięte, ale pooglądałam banery i czołgi. W parku był kran z wodą.
Z Yongu skręciłam w kierunku Nongam. Droga była zupełnie pusta i nikt nią nie jechał. Park narodowy był wciąż na horyzoncie, ale do samej drogi nie dochodził, więc postanowiłam buchnąć w las na nocleg. Ale to nie takie proste. Przede wszystkim przewyższenia, ale i wycinka - akurat tam las był wycięty do gołego. Zrąb zupełny na takiej stromiźnie sprawił, że powstały też osuwiska. Doszłam prawie do przełęczy i tam zaryzykowałam wspięcie się na grzbiet przy słupie elektrycznym. Okazało się, że jedyne dostępne miejsce jest zajęte przez mogiły. Wspinałam się więc dalej i na samiuśkim szczycie wzniesienie znalazłam miejsce, w które się wcisnęłam. To był fajny, widny i suchy las, w którym się czuło, że jeszcze niedawno mieszkały tygrysy. Teraz była tylko kukułka. Kukała wieczorem i przyleciała kukać też rano, tuż nad moim namiotem. Przyjemność z biwaku jak zwykle była wielka, spotęgowałam ją jeszcze konsumpcją melona na deser.
Zaraz obok słupa elektrycznego była kamera, a po przeciwnej stronie puste gospodarstwo, które miało jeszcze czujnik ruchu i coś zawsze piszczało, jeżeli drogą przejeżdżał samochód. Czujka pilnowała pięciu krzaków pomidorów...
Park Songnisan musiałam obejść w całości, a więc kontynuowałam drogą, celując tym razem w szlak rowerowy wiodący doliną Rzeki Yeong. Miałam tam jeszcze kawał drogi i dwie wysokie przełęcze. Okolica była pusta, czasem wieś, pola, itd.
Na Przełęczy, która wyznaczała granicę nowego powiatu znajdował się piękny duży klasztor buddyjski, który na dodatek prawdopodobnie był klasztorem żeńskim, bo widziałam w nim mniszki. Właśnie zajmowały się czyszczeniem warzyw na obiad, a działo się to obok stacji oczyszczenia do której podeszłam, żeby w odpowiedni sposób zachować się w chodząc do świątyni. Jedna z mniszek bardzo ciekawie na mnie patrzyła, uśmiechała się i dało się z nią przywitać. Dłuższej rozmowy nie było ze względu na barierę językową, ale było tam bardzo sympatycznie i wiele czasu spędziłam przechadzając się między kaplicami. Z głośników nadawano jakieś śpiewane rozważania czy mantrę, a śpiew ten rozchodził się na całą dolinę. Byłam ciekawa czy przyjęto by mnie tam na nocleg, ale jako że dopiero co minęło południe nie miało sensu pytać.
Zeszłam w dolinę, oddalając się od nabożnego głosu. Były tam jeszcze lampiony, ale urywały się nie dochodząc do żadnej świątyni. Nongam okazało się dość nędzną mieściną z wieloma jeszcze zabytkowymi domostwami. Był i sklep, przyzwoicie zaopatrzony. Jabłka były tak drogie, 15 zł za sztukę, że z żalem sobie odmówiłam. Wypróbowałam za to naleśniki, które okazały się być zrobione z mielonej ośmiornicy. Myślałam, że są z maki i zrobiłam z nich wrapy z papryką i majonezem. Nie były złe i jeszcze je później jadałam. Na opakowaniu innej marki był obrazek z zupą, do której te naleśniki były wkrojone.
Spory kawałek szłam główną drogą, ale biegła ona nad rzeką i przynajmniej mogłam fantazjować o starożytnych traktach kupieckich i towarach, jakie owi kupcy mogli przewozić. Zszedłszy z tej drogi znalazłam się na koreańskim Camino de Santiago! Nigdy bym nie przypuszczała, że coś takiego istnieje. Szlak nie biegł wcale do Santiago, tylko od jednej katedry do drugiej, ale zawsze to coś.
Nieczynna przydrożna knajpa miała takie piece do grillowania. Takich pieców używano już w neolicie, nic się od tego czasu nie zmieniło, z wyjątkiem pojawienia się metalowych naczyń i pustaków.
Wieczorem szłam wzdłuż szumiącej górskiej rzeki. Były nad nią kempingi, ale zamknięte, bo to jeszcze nie było lato. Mogłam się tak po prostu rozbić, pewnie by się nie stało, ale zarówno w Googlu, jak i na mapy.cz miałam zaznaczone darmowe pole namiotowe już na tym szlaku rowerowym, więc chciałam tam dojść, jako że dałoby mi to możliwość dotarcia następnego dnia do granicy Parku Narodowego Woraksan. Tak więc szłam jeszcze jakiś czas po zmierzchu, co nie było zbyt bezpieczne, bo droga była kręta i pozbawiona pobocza. Szlakiem rowerowym musiałam jeszcze pójść półtora kilometra, ale pole namiotowe faktycznie tam było. Był to po prostu wyłożony betonowymi kostkami parking pod mostem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)