środa, 17 kwietnia 2019

Kaszuby: Szlak Wzgórz Szymbarskich

W pierwszych dniach kwietnia miałam okazję po raz kolejny wybrać się na Kaszuby. Tym razem za cel obrałam sobie przejście Szlaku Wzgórz Szymbarskich z Sierakowic do Sopotu. Jest to jeden z zaledwie dwóch polskich szlaków długodystansowych (powyżej 100 km) znakowany kolorem czarnym. Ma 127 km, a jego pokonanie zajęło mi 3 dni - dystans akurat na 3 maratony. Plan był ambitny, a jego realizacja okupiona sporym wysiłkiem - gdybym miała przejść go jeszcze raz zaplanowałabym 4 dni i Wam również polecam spokojniejsze tempo.
Moim ulubionym rodzajem krajobrazu jest ten, w którym występują jednocześnie niewysokie góry, jeziora i lasy. Znaleźć go można także u nas - właśnie na Kaszubach. Wzniesienia moren czołowych z ostatniego zlodowacenia sprawiają, że Szlak Wzgórz Szymbarskich ma górski charakter, a do tego cała masa jezior, w tym głębokie i długie jeziora rynnowe.
Jeśli znudziły się Wam Beskidy i Sudety, ruszajcie na Pomorze :-)


Wędrówkę rozpoczęłam w sobotni poranek o 9:45 w centrum Sierakowic, pod słupem ze znanymi mi już szlakowskazami - w tym samym miejscu w lipcu 2016 rozpoczęliśmy z Yatzkiem i Pawłem marsz kombinacją trzech Szlaków Kaszubskich.




Minęłam zabytkowy drewniany kościół, przy którym rozstałam się z czerwonym Szlakiem Kaszubskim. Czarne znaki szybko wyprowadziły mnie z miasta na skraj lasu.




Szlak Wzgórz Szymbarskich prowadzi w dużej mierze przez lasy, dosyć różnorodne, mieszane, przede wszystkim z udziałem buków, świerków i sosen. Na samym początku zauważyłam sosnę ze starymi żłobieniami, pozostałymi po pozyskiwaniu żywicy. Obecnie rzadko już się takie spotyka.


Dalej minęłam leśniczówkę i długo kluczyłam przez las. Moja mało aktualna mapa w skali 1:75 000 okazała się bardzo zwodnicza, po kilku skrzyżowaniach nie wiedziałam już zupełnie gdzie jestem.





Zatrzymałam się na chwilę przy torfowisku, wsunęłam pół paczki chipsów, grzejąc się w wiosennym słońcu - temperatura sięgała 20 stopni, więc było bardzo przyjemnie.



Na końcu lasu zgubiłam szlak. Wyszłam na nowo wybudowaną szeroką drogę w lesie, a znaków nie było. Telefon długo szukał satelity i zdążyłam ujść pół kilometra w niewłaściwym kierunku. Nawrócona wreszcie na właściwy, wyszłam na wieś Bukowo. Odcinek asfaltowy był dość długi, pobocza nie było, szosą zaś pędzili zupełni wariaci.



Odetchnęłam z ulgą w kolejnym kompleksie leśnym. Tutaj czekało torfowisko ze zdającym się nie mieć dna oczkiem wodnym, tzw. sucharem. Na całym szlaku nie brakowało wszelkiego rodzaju stawków i mini jezior, będących pozostałościami po wytopionych bryłach lodu z lądolodu. W niektórych kotlinkach woda stoi tylko wiosną, inne są pełne przez cały rok.



Okazja do obejrzenia szerszej panoramy nadarzyła się tuż przed Bączem, wsią położoną w dolinie, nad brzegami Jeziora Bąckiego. Niestety, Kaszuby zabudowują się w zastraszającym tempie, nie widać żeby istniał jakiś nadzór budowlany, również na terenach parku krajobrazowego. Wioski, które do niedawna miały tradycyjny wygląd, dziś stają się osiedlami rozlokowanych bezładnie brzydkich nowych domów.


Wszelako, udało mi się wyłowić trochę wiejskiego krajobrazu z typową dla Kaszub architekturą, choć w fazie rozkładu.








Kolejny etap szlaku był bardzo ładny, polny i leśny.





Szlak skręcił w zarośniętą leśną drogę, zapachniało lisem. Było bardzo ciepło, półtora litra wody, jakie wzięłam z domu, było już na wykończeniu. Spotykałam już tego dnia małe strumyki, więc zaczęłam się rozglądać z kolejnym i rzeczywiście, tuż obok drogi, którą szłam, spostrzegłam rdzawą strużkę płynącą dnem jaru. Latem jest pewnie wyschnięta, ale teraz trafiła mi się idealnie. Zeszłam sarnią ścieżką, bo oczywiście nie tylko ludzie muszą pić, sarny też upodobały sobie ten strumyk. Przyklękłam, zanurzyłam butelkę, dopełniłam zakrętką. Woda miała kolor mocnej herbaty, bo okolica była bagienna, pełna torfowisk, ale zupełnie czysta (filtra nie zabrałam). Po dodaniu ciemnoczerwonych elektrolitów o smaku wiśniowym stała się nawet przystępna wizualnie.




Szlak wyszedł z lasu na skraju obszaru chronionego Staniszewskie Błoto i prowadził dalej przez małe wioski Bór i Łączki. Słońce rozpaliło niebo do białości. Na łąkach przechadzały się hałaśliwe żurawie.







Bardzo podoba mi się w kaszubskich wioskach to, że często są położone nad stawami. Naturalne zbiorniki wodne pogłębiono, utrzymano w czystości. Takie stawki są dla kaczek, pewnie kiedyś służyły też zwierzętom. Wędrując widziałam często nowo powstałe stawki, więc tradycja nie zginęła.



Fragment szlaku prowadził starym nasypem nieczynnej kolei wąskotorowej (tory dawno rozebrano). Szkoda, że nie dłużej - pozostałości po torach przecinały na pół jakiś pagórek i ginęły w oddali, natomiast szlak zaczął krążyć.









Krążyłam po okolicy dosyć skutecznie, w pewnym momencie trzeba było zrobić nagły nawrót, ja natomiast poszłam dalej, zaliczając śliczne bazie. Dalej szlak biegł przez środek gospodarstwa, droga była zagrodzona, ale wyszedł mi na spotkanie bardzo życzliwy gospodarz i wskazał mi drogę. Pogawędziliśmy odrobinę po kaszubsku (gwara śląska ma trochę wspólnego z kaszubską, więc coś rozumiałam, a odpowiadając pamiętałam żeby zamiast "ja, ja" mówić "jo, jo").





W pewnym momencie szlak wyraźnie skręcał w pole pełne kiełkującego zboża, rolnik pewnie nie jest zachwycony, ale najwyraźniej nowy właściciel domku poniżej nie zgodził się na przebieg szlaku przez jego teren. Okrążyłam posesję wzdłuż płotu polem. Miejsce to było położone na wzniesieniu, a zarośnięta ścieżynka zakosami zeszła w dolinę. Miedzą doszłam do drogi. Latem można tu mieć wątpliwości nawigacyjne i pewnie nazbierać trochę kleszczy.


Tymczasem zakończył się etap szlaku prowadzący przez Lasy Mirachowskie i rozpoczął kolejny - przez Szwajcarię Kaszubską, zdecydowanie najpiękniejszy.



Na całym szlaku nazwy miejscowości na tablicach były dwujęzyczne, bardzo miły akcent. Wędrówka drogami nie należała do przyjemności, w sobotni wieczór kierowcy po prostu szaleli, jakby wąskie drogi bez poboczy nadawały się doskonale na wyścigi.



Miałam już w nogach ze 30 km, około 17 zrobiłam sobie przerwę regeneracyjną pod kaszubską kapliczką. Nie było co prawda ławeczki, ale sucha trawa i nagrzany grunt wystarczyły. Nafaszerowałam się orzechami i suszonymi figami, po czym ruszyłam w dalszą drogę.



Niecierpliwie wypatrywałam widoków na jeziora i wreszcie się pojawiły. Jako pierwsze ukazało się Jezioro Łączyńskie. Wyglądało wspaniale, jak wyśmienita lokalizacja jakiejś warowni.




Ośrodek wypoczynkowy i domki zwiastowały coś jeszcze lepszego. Dolina Jezior Raduńskich to prawdziwy klejnot Pojezierza Kaszubskiego i z pewnością najpiękniejsze miejsce na trasie. Było mi trochę żal, że nie spędzę nad nim więcej czasu i fotografując mieniącą się wieczornym światłem taflę myślałam o tym, że z chęcią przenocowałabym gdzieś nad brzegiem. Szlak miał prowadzić przez jakiś czas wzdłuż Jeziora Raduńskiego Górnego, więc dałam sobie jeszcze czas na decyzję, choć z uwagi na późną porę rozpoczęcia wędrówki nie pokonałam jeszcze zakładanego dystansu.





Po pokonaniu mostu na rzece Raduni, która przepływa z Jeziora Raduńskiego Górnego do Dolnego w wąskim przesmyku skręciłam w dróżkę biegnącą nad wodą. To był śliczny odcinek. W czasie wakacji pewnie pełno tam ludzi.




Przy piaszczystej plaży było kąpielisko i wiele drewnianych pomostów, stanowiących doskonałe punkty obserwacyjne. Lustro wody znaczyły ślady płynących kaczek, wiatru prawie nie było, a za drzewami na dalekim przeciwległym brzegu zachodziło słońce.



Wtedy przypomniało mi się, że mam ostatnią szansę poprosić o pitną wodę - kąpielisko znajdowało się akurat przy dużym hotelu, wybudowanym na terenie ośrodka z domkami. Zajrzałam do recepcji, a tam same miłe i roześmiane dziewczyny. Napięcie trzeba stopniować, a więc poprosiłam najpierw o wodę, potem zaś zagadnęłam o możliwość noclegu. Nie trzeba było specjalnych negocjacji żeby uzyskać zgodę na biwakowanie, ale nad jeziorem wilgotno, chłodno... Zapytałam więc o możliwość spędzenia nocy w przedsionku, a moja prośba została rozpatrzona pozytywnie. Ostatecznie noc spędziłam jednak na wygodnym tapczanie wewnątrz przytulnego domku.




Obudziłam się zgodnie z planem, wstałam o 5:20 i wyszłam z małym opóźnieniem o 6:10. Poranek był piękny, jasny, zamglony, a nad jeziorem wilgoć straszna. Dobrze, że nie dałam się namówić na biwak na plaży. Odcinek nadjeziorny zajął mi więcej czasu, niż się spodziewałam. Najpierw zgubiłam znaki i niepotrzebnie wylazłam na strome zbocze, później już według znaków wędrowałam sarnią ścieżynką po zarośniętej skarpie, chwilami nawet musiałam czepiać się trawy żeby nie zjechać do jeziora. Widok na jezioro wynagradzał te niedogodności, był po prostu cudowny.







Opuściwszy brzeg Jeziora Raduńskiego Górnego, skierowałam się ku leśniczówce Uniradze i znajdującym się w jej bliskim sąsiedztwie kurhanom. Kurhany były schowane w lesie, opatrzone tablicami informacyjnymi, a między nimi poprowadzono ścieżkę dydaktyczną. Pierwszy był najstarszy, z epoki brązu, świetnie zachowany i otoczony kilkoma pozostałościami innych kurhanów. Kawałek dalej był kurhan wczesnośredniowieczny Kultury Pomorskiej - bardzo ciekawe jest to, że w odstępie wielu setek lat kurhany usypywano w tym samym miejscu. Ktoś postawił na nich znicze, co wydało mi się aktem dziwacznego wandalizmu.








Oglądając stanowiska archeologiczne zatoczyłam pętlę. Przeszłam obok leśniczówki i zeszłam w bagienną dolinę






Według pierwotnego planu do Gołunia miałam dotrzeć wieczorem poprzedniego dnia, tymczasem był już dość zaawansowany poranek, kiedy tam dotarłam. Przecięłam skrzyżowanie z czerwonym Szlakiem Kaszubskim, na którym w 2016 spotkaliśmy się z Asią. Gołuń jest pięknie położony i świetnie skomunikowany z Trójmiastem za pomocą osobowych pociągów. Odbyłam już kiedyś wycieczkę z Wieżycy do Gołunia z mamą, więc trasę na tym odcinku dobrze pamiętałam, miałam ją jednak tym razem pokonać w odwrotnym kierunku. Widoki jak na pogórzach, a do tego jeziora.





Najprzyjemniejsze miejsce na tym odcinku to brzeg Jeziora Kniewo, leśnego jeziorka, nad którym jest mała dzika plaża. Nie mogłam minąć go obojętnie, więc usiadłam na plaży i zjadłam kilka plastrów domowego ciasta, które niosłam od początku.





Mały wąwozik wyprowadził mnie z doliny w pola. Piaszczysta drożyna zmierzała w kierunku wsi Potuły i Szymbark - to właśnie od Szymbarku wzięła się nazwa szlaku, choć większość wzgórz na trasie nie ma z nim nic wspólnego. Jednak to właśnie tutaj znajduje się najwyższe, czyli Wieżyca. Widać już było szczyt Wieżycy z wieżą widokową.








Niedaleko wejścia do lasu otaczającego wieżycę znajduje się miejsce pamięci.


Na Wieżycy zameldowałam się w dość dobrym czasie, który osiągnęłam pędząc na spotkanie z kolegą, z którym się tam umówiłam - Bartkiem. Mieliśmy w planie do popołudnia wędrować razem, a Bartek wspierał mnie jako support utrzymujący to tempo :-)
Musiałam oczywiście uzyskać też pamiątkową fotografię ze zdobycia szczytu Wieżycy, która jest najwyższym wzniesieniem nie tylko Kaszub, Pomorza i Pojezierzy, ale i najwyższym punktem Niżu Polski, jeśli nie liczyć hałdy w Bełchatowie - 328,7 m n.p.m.




Niestety wieża widokowa była zamknięta z powodu remontu i musieliśmy się zadowolić widokiem spomiędzy drzew. Na dół sprowadziły nas wijące się serpentyny w pomorskiej buczynie.



Pasmo Wzgórz Szymbarskich nie kończy się oczywiście na Wieżycy, więc dalej też było chwilami stromo i były okazje do przyspieszania metodą zbiegania. Później jednak były konieczne przerwy, bo w runie leśnym zachwycały kwitnące przylaszczki i zawilce.




Wieżycę było jeszcze widać z dalszej perspektywy. Minęliśmy stację kolejową Wieżyca. Dalszego ciągu szlaku już nie znałam. Zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie pod rowerową wiatką i zeszliśmy do wsi Sławki, gdzie był kolejny przystanek na tej samej linii kolejowej. W Sławkach umieszczono pierwszy po Sierakowickim szlakowskaz, który sprowadził mnie na ziemię dość marnym wynikiem 56 pokonanych jak na razie kilometrów.








W towarzystwie czas mijał na pogawędkach, ciągle też trafiało się coś, co trzeba było sfotografować.




W okolicach Somonina trafiliśmy na odbywający się właśnie bieg - do wyboru 10 km i półmaraton. Biegacze podążali w odwrotnym kierunku, więc spotkaliśmy wszystkich. Nagle usłyszałam swoje nazwisko - zostałam rozpoznana przez sympatyczną biegaczkę :-) Pozdrowienia!


Tak nam się wydawało oczywiste, że bieg musi odbywać się szlakiem, że nie zauważyliśmy skrętu szlaku, co zauważyliśmy dopiero w Hopowie. Nie wracaliśmy już do skrzyżowania tylko dołączyliśmy do szlaku kawałek dalej. Nadłożyliśmy z kilometr.




Rzeczą charakterystyczną dla Kaszub jest wielka ilość kurhanów i kamiennych kręgów rozsianych po całym regionie. Także i na Szlaku Wzgórz Szymbarskich było ich wiele - po kurhanach w Uniradzu przyszedł czas na kompleks w Trątkownicy. Tutaj cmentarzysko było pozbawione drzew i nie było tak nastrojowe, było też wielu zwiedzających, niemniej też ciekawa rzecz. Cmentarzysko było użytkowane od I do III wieku n.e.




Niedzielna komunikacja publiczna była dosyć ograniczona, więc Bartek, chcąc dostać się do Gdańska, musiał odbić w las na dziko i przekraczając w bród Radunię dojść do stacji kolejowej w Babim Dole. Pożegnaliśmy się więc i umówiliśmy na dzień następny w Sopocie.


Tego dnia było jeszcze cieplej niż poprzedniego, nie byłam przygotowana na aż takie upały. Znów kończyła mi się woda, ale na szczęście niedaleko był Borcz, a tam nie tylko sklep (w niedzielę zamknięty), ale i hotel z restauracją, więc napełniłam wszystkie butelki, zapewniając sobie wystarczającą ilość wody aż do następnego dnia.




W lesie znów zrobiłam sobie przerwę, dystans tego dnia był duży, bo musiałam nadrabiać to, czego nie przeszłam poprzedniego. W cieniu było już chłodniej, więc odżyłam. Sprawnie pokonałam rejon wsi Michalin, choć oznakowanie było bardziej dla rowerów i musiałam się wspomóc nawigacją w telefonie.




Pod wieczór osiągnęłam strome i lesiste brzegi Jezior Głębokiego i Ząbrskiego. Było tam bardzo pięknie, świetną trasę spacerową zdobiły wiosenne kwiaty, ale już pomiędzy jeziora wdarła się nowa zabudowa, psując cały urok okolicy.




W planie miałam osiągnięcie Marszewskiej Góry, stamtąd zostałoby mi 45 km do Sopotu, ale miałam jeszcze pół godziny do zmierzchu, więc postanowiłam skrócić sobie ten dystans i pokonać jeszcze kilka kilometrów do miejsca, które Bartek polecał mi jako szczególnie piękne - doliny Reknicy. Rzeka Reknica, dopływ Raduni, wije się na krótkim odcinku wąskim jarem. Ma całkiem górski charakter, kamieniste dno, złożone z polodowcowych głazów i jest niezwykle piękna. Z pewnością cudownie będzie wybrać się tam kiedyś latem i wykąpać w chłodnej wodzie w czasie upałów.





Za kwadrans ósma spostrzegłam jakieś zabudowania na drugim brzegu rzeki, więc cofnęłam się mały kawałek, widząc odpowiednie wypłaszczenie, schowane w falistym terenie na wysokim brzegu. Chciałam się schować przed ludzkim wzrokiem a także przed nadrzecznym chłodem. Kotlinka, którą wybrałam na nocleg była wilgotna, więc liczyłam się z wystąpieniem kondensacji, ale ponieważ następnego dnia miałam w planie zakończyć wędrówkę, nie miało to znaczenia. Szybko rozbiłam namiot - MLD Solomida, za którym się stęskniłam - ugotowałam kolację i kisiel na deser, po czym udałam się na zasłużony spoczynek, zwinięta w 700 g puchu.



Tuż przed wschodem słońca na nieodległych mokradłach nadejście nowego dnia obwieściły donośnym klangorem żurawie. Ja także byłam już na nogach - wstałam o 5, a wyszłam o 6, planowo. Zdążyłam w samą porę pojawić się na skraju lasu - właśnie wschodziło słońce. Było zimno, szłam w rękawiczkach, a łąki były oszronione.



Minęłam Czapielsk i zeszłam nad kolejne jezioro, niespodziewanie bardzo ładne - Jezioro Łapińskie. Brzegiem jeziora prowadziła przyjemna ścieżka i kwitły zawilce.







Jezioro Łapińskie Nowe nie było już takie ładne, szlak prowadził jego lewym brzegiem, po asfaltowej drodze i wzdłuż nieczynnych torów kolejowych. Dopiero mostek na Raduni, która przepływa przez jezioro stanowił urokliwy zakątek.






Później szłam cały czas lasami, skręcając to w prawo, to w lewo, zupełnie inaczej niż na mojej starej mapie, ale oznakowanie było doskonałe. W lesie ciekawy paśnik z ziemianką, wyglądał prawie jak jakieś lapońskie domostwo. Może ludzie, którzy byli pochowani na cmentarzyskach mieszkali tu kiedyś w podobnych?





Jezioro Otomińskie osiągnęłam w sam raz w porze lunchu, rozłożyłam się więc na jakimś grubym konarze z widokiem na wodę i trzcinowiska. To miejsce to najdalszy kraniec trójmiejskich wycieczek, był parking i ślady obecności tłumów ludzi. Niebo zaczęły zasnuwać chmury i wiał zimny wiatr, z godziny na godzinę robiło się coraz zimniej, ale zbliżałam się już do granic Gdańska.




Gdański urban hiking był masakryczny. Wyszłam z lasu (też bardzo nieciekawego, najpierw jakieś niedorosłe sosenki, potem fragment liściasty, typowo podmiejski) prosto na osiedle. Chciałam przysiąść na przystanku, ale ławeczka była już okupowana przez miejscową żulerię. Pognałam dalej. W małym sklepiku poprosiłam o napełnienie butelki wodą z kranu, a chwilę woda pojawiła się też w powietrzu. Według prognozy sprzed kilku dni deszcz miał się pojawić dopiero następnego dnia (stąd też potrzeba zrobienia trzech maratonów), a tu taki pasztet. Nie zakładałam kurtki, bo to by przypieczętowało mój nieszczęśliwy los, zatrzymałam się na chwilę pod tunelem i już zaczęłam ubierać, kiedy przestało padać.




Kościół św. Walentego z pzełomu XIV i XV wieku wyłaniał się z tego krajobrazowego koszmaru jak jakiś relikt bezpowrotnie minionych czasów. Kawałek dalej stał też zabytkowy pałacyk w zieleniejącym parku. W trawie rosły łany złoci, zakątek był cichy i spokojny, aż można było zapomnieć o wszystkich obwodnicach i wielkopowierzchniowych hipermarketach.




PTTK coś pokręciło na szlakowskazach - w ciągu dwóch poprzednich dni kilometry dłużyły się niesamowicie, a teraz nagle skróciły się w niezwykły sposób. Wędrując może 10 minut pokonywałam 3 km... Odcinek miejski skończył się na skraju lasu - przyszedł czas na ostatni etap wędrówki, czyli Trójmiejski Park Krajobrazowy. Dopadłam drzewostanu w chwili kiedy znów zaczęło padać. Wysokie drzewa zatrzymywały część opadu, miałam na sobie czapkę i bluzę z powerstrechu, nie czułam więc że namakam - postanowiłam, że kurtki nie założę i koniec.


Trójmiejski Park Krajobrazowy jest bardzo ładny. Choć jest nieustannie podgryzany przez nowo powstające osiedla pozostaje cudowną enklawą dzikiej przyrody. Jest sporo rezerwatów, zdarzają się też stare wille schowane w lesie. Park przecina wiele szlaków, na których już nie raz byłam - wszystkie są ciekawe. TPK to też najbardziej górski odcinek czarnego szlaku - tutaj moreny są najbardziej pofałdowane. Czekało mnie więc kilka dość stromych podejść w stylu beskidzkim.






Szlakowskazów był wielki urodzaj i w pewnej chwili zauważyłam także znaki Szlaku Trójmiejskiego, będącego fragmentem Europejskiego Szlaku Długodystansowego E9, który powoli kompletuję w granicach Polski.




Wczesnowiosenna wędrówka przez liściasty las porastający najwyżej położony obszar TPK bardzo przypominał mi Appalachy. Była tam nawet prawdziwa ścieżka, nie tak jak w pozostałej części szlaku leśna droga. I tylko białe pasy znaków były w poziomie, a nie w pionie.



Przekroczyłam jakąś bardzo ruchliwą drogę, zatkaną samochodami, w których siedziała zawsze tylko jedna osoba, a było ich setki. Szlak przecinał drogę po przejściu dla pieszych, więc nie było problemu z przeprawieniem się na drugą stronę.


Liczyłam już niecierpliwie ubywający dystans. Przy szlaku było kilka ciekawych głazów, jeden wskazywał już Sopot, a drugi został postanowiony ku czci wędrowców, przemierzających szlaki Sopotu, Polski i Świata - tak się składa, że zaliczam się do wszystkich trzech kategorii :-)



Nie spodziewałam się, że ze Szlaku Wzgórz Szymbarskich zobaczę morze, a jednak! Ze szczytu Łysej Góry, na której jest stok narciarski, pomimo kiepskiej pogody dobrze widać było sopockie wille i dalej Gdańsk i Bałtyk.




Minęłam Operę Leśną, pokonałam jeszcze kawałek lasu i wyszłam w niego w jakimś parku. Sopot jest mały i wąski - jeszcze chwila i już widziałam przed sobą Aleję Niepodległości.




Jeszcze przed przejściem podziemnym wypatrzyłam kropkę na drzewie. O 17:45 zakończyłam przejście szlaku. Byłam bardzo zmęczona, ale zamiast pójść od razu na SKMkę spotkałam się z... Bartkiem, który zaprosił mnie na pizzę w nagrodę za pokonanie szlaku :-) Niestety byłam już tak zmęczona, że zapomniałam uwiecznić ową pizzę...



Po roku zmontowałam film z wędrówki :-)


16 komentarzy:

  1. Leśna! Testujesz nowy plecak? Konstrukcja skrajnie prosta. Czyje to dzieło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie jeszcze upraszczany :-) To plecak firmy On My Way z Nowego Targu. Chłopaki mają zacięcie, a ja pomagam im zaprojektować plecak idealny (oczywiście idealny dla mnie...). Testuję prototypy, to już któreś z kolei wcielenie, a właśnie opracowujemy większy. Nie mają jeszcze oficjalnej strony, ale niedługo powinni mieć.

      Usuń
    2. Supergan też testuje: http://lukaszsupergan.com/30-lekkich-i-ultralekkich-plecakow-ultralight-dlugi-dystans/ , ale jego jest z Wawy ;)
      Wygląda obiecująco, ale jak zawsze pewnie cena zdecyduje czy będą jakkolwiek konkurencyjni :/

      Usuń
    3. Wiem, Łukasz wrzucił już info o prototypach, ja poczekam jeszcze chwilę z ogłoszeniem ostatecznej wersji - dużo zmieniamy na bieżąco m.in. w układzie kieszeni. W Polsce w zasadzie nie mają konkurencji, więc mam nadzieję, że się rozwiną, rynek europejski potrzebuje większego wyboru. Nie mam jeszcze informacji co do ceny.

      Usuń
  2. Podpinam się pod wcześniejsze pytanie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Plecak bardzo ładny, pejzaże jeszcze ładniejsze. Gek.

    OdpowiedzUsuń
  4. Plecak istotnie super. Giena

    OdpowiedzUsuń
  5. Joooo!... Serdeczne gratulacje z okazji przejścia Shimbark Hills Trail ;) oraz podziękowania za możliwość towarzyszenia na wybranych odcinkach. Do zobaczenia na kolejnym "T".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Dzięki za doping i ciągnięcie oraz pizzę na koniec :-) Do zobaczenia!

      Usuń
  6. Jak dotąd, nigdy nie miałam okazji być na Kaszubach. Natomiast jest tam tak pięknie, że na pewno to tam, zaplanuję swoją kolejną podróż. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że pogoda na majówkę trafiła się mało przyjazna, ale z kolei latem można pływać w jeziorach. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Szlak Wzgórz Szymbarskich...dzięki Twojemu filmikowi i relacji, ruszyłam cztery litery...i postanowiłam przejść część. No, nie długi fragment, w porównaniu do całości i Twojego przejścia. Oczywiście są plany na następne fragmenty, ale cóż teraz grasuje korano...
    Trasę jaką przeszłam to Z Wieżycy do Gołębia..W km to naprawdę mało, ale moja towarzyszka jest 10 lat starsza, więc do jej kondycji muszę się dopasować, ale i tak mi odpowiadało, bo po drodze jak małe dzieci zachwycaliśmy się przyroda...mchem, rożnymi korami na drzewach,strumieniami, polami itd...i jak szalone próbowałyśmy, to w kadrze zatrzymać. W Szymbarku zjadłyśmy pyszne placki ziemniaczane, a potem z przejedzenia ledwo szłyśmy. Tam też oznakowanie na kościele było dziwne...i zagubiłyśmy się...ale to miało swoje plusy, gdyż dzięki temu zobaczyłyśmy stado pięknych koni...Później na czuja...doszłyśmy do czarnego szlaku. Mieszkam dość blisko Kaszub, i straszne że tak mało je znamy, bo tu na trasie i las i pola i bagienka z jeziorami ukrytymi w lesie miałyśmy. A to dzięki temu, że nas zachęciłaś:)) Na dworcu przygarnęła nas kobietka i ugościła gorącą herbatą, podarowując dwa ostatnie cukierki:) Szaleć nie mogłyśmy, bo w lutym szybko ciemno, więc wróciłyśmy do domku:)) Dzięki, że jesteś inspiracją:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odgrzebałam materiał filmowy z tego szlaku, którego nie miałam czasu zmontować przed PCT - powinien się niedługo pojawić.
      Wieżyca - Gołubie to świetny fragment. Gołubie - Jezioro Raduńskie też jest znakomity. Od jutra już można, więc życzę przyjemnych dalszych eksploracji!

      Usuń