poniedziałek, 6 stycznia 2020

Depresja długodystansowca - skąd się bierze i jak sobie z nią radzić

Życie długodystansowca dzieli się na czas spędzony na szlaku i poza nim - w zwykłej rzeczywistości; ma swoje wzloty i upadki, a następują one w regularnych odstępach czasu. Życie na szlaku to jedna wielka przygoda, która gwałtownie kończy się po dotarciu do celu. Z drugiej strony jest pospolita egzystencja, którą na czas wędrówki porzucamy, a potem do niej wracamy, pogrążając się w wielkim smutku, bezradności i złości, określanych przez thuhikerską społeczność mianem depresji poszlakowej (post thru-hike depression).

Zjawisko to  dotyka większości z nas, długodystansowców. Rozpoznanie objawów nie jest trudne, oczywiste wydają się też przyczyny (o tym za chwilę), wszyscy cierpią dość podobnie. Wspólna dla wszystkich cierpiących na poszlakową depresję jest nawet pora jej nadejścia - jesień i zima, bo przecież większość z nas swoje wędrówki odbywa latem. Wspomnienia blakną i idealizujemy obraz życia na szlaku. Zapominamy jak byliśmy zmęczeni, jak było nam zimno i jak nas bolało, jak marzyliśmy o tym żeby już za wszelką cenę skończyć i wrócić do strefy komfortu. A potem strefa komfortu okazała się pułapką, z której nie możemy się wyplątać. Wszyscy próbujemy sobie radzić z powrotem do normalności, część wyczekuje kolejnego sezonu, niech więc ten wpis będzie wyrazem zrozumienia, a przygotowującym się do swojej pierwszej długiej wędrówki może pomoże uświadomić co ich czeka.

Nasz smutek jest wyrazem tęsknoty. Trudno będzie ją zrozumieć bez zagłębienia się w istotę wędrowania, od tego więc zacznę.




 
Czym jest wędrówka


Hikerspace

Wędrówka na długim dystansie to szczególne doświadczenie. Na szlaku jesteśmy wolni, nasze życie jest bardzo proste i sprowadza się do podstawowych czynności, mających zapewnić przetrwanie. Wszelkie konwencje niezwiązane bezpośrednio z wędrówką idą w niepamięć, a my pogrążamy się w alternatywnej rzeczywistości, w jaką przenosimy się na długie miesiące, żyjąc w transie przebierania nogami, w ascezie minimalizmu. Jest to rzecz bardzo intensywna, przeżywana często wraz z innymi hikerami, którzy odbierają ją w podobny sposób - stajemy się w ten sposób częścią społeczności.
 
Dla wielu z nas ważne jest poczucie kontroli. W rzeczywistości idziemy po prostej linii prowadzeni niemalże na sznurku przez nasze smartfony, przy tym jednak sami decydujemy o wszystkim innym: panujemy nad własnym ciałem, widzimy do czego jest zdolne - to niesamowite. Idziemy ile chcemy (więcej, więcej, więcej!), jemy ile chcemy i co chcemy, spotykamy ludzi podobnych sobie, którym nie trzeba niczego tłumaczyć.
 
Ci z nas, dla których wędrowanie to rodzaj medytacji (znacznie częściej będą to osoby wędrujące samotnie) przenoszą się na nieco inny poziom odbierania rzeczywistości, w którym w trakcie wędrówki myśli nie nabierają konkretnych kształtów, a jeśli nabierają, przepływają swobodnie. Czasem skupiamy się na jakichś, lub chłoniemy otoczenie, odbierając wrażenia. Wokół nic się nie dzieje, jest tylko miarowe poruszanie nogami, oddech, radosne "dryfowanie". Tą właśnie rzeczywistość zwykłam nazywać "hikerspace" (termin ten jest mojego autorstwa :-)).




Uzależnienie od chodzenia

Osiągnięcie tego stanu jest tym łatwiejsze im mniej czynników zewnętrznych do nas dociera. Trudno je osiągnąć, kiedy nasze ciało protestuje, ale kiedy organizm osiąga taki poziom wytrzymałości, że przestajemy czuć ból i zmęczenie (niektórzy markują ten stan zażywaniem środków przeciwbólowych), możemy nurzać się w rozkosznym odrętwieniu umysłu przez wiele godzin.

Wędrówka na długim dystansie to przede wszystkim aktywność fizyczna. Niektórzy nie robią nawet krótkich przerw w ciągu dnia - nie chcą, nie potrzebują. Hormony szczęścia goszczą w nas stale, a my przyzwyczajamy się do nich. Wysiłek fizyczny powoduje nieustanne wydzielanie endorfin, a posiadanie cały czas przed sobą celu (i drobnych celów pośrednich, jak pokonanie zaplanowanego na konretny dzień dystansu), pokonywanie trudności i niebezpieczeństw zapewnia stały dopływ adrenaliny. Na nich z pewnością się nie kończy. Przez kilka miesięcy żyjemy na  haju, a kiedy wędrówka się kończy przeżywamy nagły crush.
 
Łatwo to sobie uświadomić niedługo po zakończeniu wędrówki, po tym kiedy już trochę odpoczniemy. Nie możemy wytrzymać w bezruchu, marzymy o tym żeby móc gdzieś iść, wszystko jedno gdzie, byle przed siebie. Kiedy wracamy na szlak, choćby niedzielną wycieczkę, te pierwsze kroki to wielka rozkosz. Dlatego ważne jest żeby dać sobie możliwość powolnego "odstawiania" chodzenia.


Cel

To co odróżnia przejścia szlaków w całości od innych wędrówek i trekkingów to wytyczony cel. Nie jesteśmy tam dla przyjemności - jesteśmy tam żeby ów cel zrealizować. O ile nam się to uda, mamy wielką satysfakcję i radość, ale często miesza się ona z pustką i rozczarowaniem, kiedy zrealizowany cel znika. Już na kilka tygodni przed końcem wędrówki na twarzach hikerów pojawia się smutek i złość. Nikt nie chce kończyć przygody, wszyscy chcą żeby trwała wiecznie. Pod koniec jedyne co pcha do przodu większość wycieńczonych piechurów to wyłącznie zmęczenie.





Objawy
 
Objawy depresji poszlakowej są podobne do objawów zwykłej, pozaszlakowej, depresji. Należą do nich poczucie pustki i odizolowania, rozdrażnienie, złość (ale nie ograniczają się do tego zestawu). Trudno nam znaleźć motywację do jakiegokolwiek działania, czujemy się niezrozumiani - nasze otoczenie, nasi starzy znajomi i rodzina nie mają pojęcia o tym co robiliśmy, co czuliśmy. Nasi znajomi ze szlaku są teraz daleko - czujemy się samotni. Zbudowaliśmy swoją tożsamość wokół wędrowania, a teraz stoimy w miejscu. Czujemy tęsknotę za samym doświadczeniem, za poruszaniem się i za miejscami, w których już nas nie ma. Objawy niekoniecznie są wszechogarniające, jednak czasem po prostu mamy dość...


Jak sobie radzić

Zanim nadejdzie

Zanim zaczęłam wędrować na długich dystansach poddawałam w wątpliwość istnienie poszlakowej depresji. Jak to: coś tak wspaniałego jak kilkumiesięczny trekking, w pięknych górach, wśród ciekawych ludzi, mogłoby doprowadzić do depresji? Nie każdy na nią zapada, każdy rozstanie ze szlakiem przeżywa w nieco inny sposób, za każdym razem też jest nieco inaczej. Depresja poszlakowa jednak z pewnością istnieje i dobrze jest wiedzieć o tym wcześniej.

Wiele osób zostawia swoje sprawy nie zamknięte, rozpoczyna wędrówkę z zamiarem uporządkowania różnych spraw w głowie, inni odsuwają je na czas nieokreślony. Jest to niestety prosta droga do dotkliwego zderzenia się z nimi po powrocie. W trakcie wędrówki też takie porządki się nie udają, z tej prostej przyczyny, że na głowie mamy co innego.


Kiedy nadchodzi

Połowa sukcesu to zdanie sobie sprawy, że właśnie wpadliśmy w hikerskiego doła. Zmiast wyżywać się na otoczeniu przeanalizujmy co czujemy, zastanówmy się dlaczego i za czym tęsknimy. A potem przystąpmy do działania, bo tego nam właśnie brakuje.


Przyjaciele

Dla wielu z nas rozmowa  z innymi wędrowcami, ludźmi, których znaliśmy na szlaku i którzy teraz przeżywają to samo co my na pewno wiele nam da. Umówmy się na spotkanie czy rozmowę, możemy ze znajomymi zza oceanu porozmawiać na Skypie, możemy wybrać się w odwiedziny albo umówić na wycieczkę z tymi, których mamy blisko.


Wysiłek fizyczny

Jednym z najlepszych sposobów na posezonowe przygnębienie jest wysiłek fizyczny. Możemy nawet czasowo wrócić na szlak, przejść jakiś krótszy (vide moja październikowa Estonia), a jeśli wracamy zaraz do pracy zarezerwujmy sobie wszystkie wolne weekendy na wycieczki w góry. Zapiszmy się na basen, wsiądźmy na rower, biegajmy (o ile nasz stan zdrowia na to pozwala) po 30 minutach wypełni nas błogość endorfinowego zastrzyku.

Regeneracja

Zróbmy dla siebie coś dobrego. Teraz jest czas na regenerację - zajmijmy się naszymi niedoleczonymi kontuzjami, przygotujmy organizm do następnego sezonu. Warto wybrać się do fizjoterapeuty, nauczyć się odpowiednich ćwiczeń rozciągających itp.

Dieta

Zadbajmy o zdrową dietę - przez kilka miesięcy systematycznie wyniszczaliśmy organizm, teraz trzeba go odżywić, dostarczyć brakujących składników. Potrzebują tego zwłaszcza nasze stawy i kości. Przy tym wszystkim trudno nam będzie się powstrzymać od pochłaniania kalorii i zapewne przybierzemy na wadze, tym bardziej więc wskazane są ćwiczenia. Organizm wędrowca, który właśnie przestał wędrować jest nastawiony na magazynowanie tłuszczu - do niedawna potrzebowaliśmy 5000 kcal dziennie i nie jesteśmy w stanie od razu zadowolić się 2000. Trzeba mieć to na uwadze ustalając nowy jadłospis.

Nie idealizujmy

Może się wydawać, że życie długodystansowca to radosny bushraft, wąchanie kwiatków i oglądanie wspaniałych widoków. Z drugiej strony trudno nie zauważyć ciemnych stron wędrowania: zmęczenia, bólu, nudy. Sztuką powrotu do normalności jest połączenie tych dwóch skrajności. Nie idealizujmy, przypomnijmy sobie wszystkie trudne chwile i nieprzyjemne doświadczenia. Przypomnijmy sobie jak tęskniliśmy za tym, co mamy teraz: ciepłem, spaniem w łóżku, możliwością kąpieli, sycącym posiłkiem. Jeszcze niedawno naszym największym marzeniem było znaleźć się w bezruchu.

Kolejna wędrówka i nowe cele

Coś, za co zabierzemy się z największym entuzjazmem to planowanie kolejnej eskapady. Planowanie wymaga dużego zaangażowania i pozwoli nam znów być hikerami. Myślami będziemy tam, gdzie chcemy być.
 
Spróbujmy nie poddawać się stagnacji, stawiajmy sobie nowe cele, realizujmy nowe zadania. Łatwo powiedzieć, ale też nie trzeba zaczynać od czegoś wielkiego. Może chcemy spisać wspomnienia, zmontować film z miliona ujęć, które wykonaliśmy na szlaku. A może przypomina nam się, że w pewnym momencie mieliśmy dość chodzenia i teraz warto wrócić do pomysłu zrobienia prawa jazdy?




Jeśli stan przygnębienia utrzymuje się dłużej i nie wiemy jak sobie z nią poradzić, nie wahajmy się skorzystać z pomocy psychologa/psychoterapeuty.
 
 
Tymczasem... Byle do wiosny :-)
 

13 komentarzy:

  1. Depresja długodystansowca, powiadasz...
    Zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Na razie muszę się zadowolić depresją krótkodystansowca, który w dodatku zbyt rzadko ma okazję wybrać się w zielone (w góry, do lasu, nad wodę). Ale z nadzieją (jak dziecko podrośnie) że może z raz dopadnie mnie depresja średniodystansowca?... W każdym razie pośród innych metod radzenia sobie z moimi przypadłościami jest i lektura Twojego bloga za którego Ci serdecznie dziękuję ;-)

    Michał Janik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawić że ktoś zacznie marzyć o wystąpieniu tego syndromu z pewnością nie było moją intencją...

      Usuń
  3. Agnieszko ale mnie "pięknie tąpnęło". Oczywiście chodzi o Twój powyższy tekst, ile tu poetycki zwrotów - 'hikerspace', 'asceza minimalizmu', 'inny pozom odbierania rzeczywistości', 'zbudowaliśmy swoją tożsamość wokół wędrowania...' czy wreszcie 'radosny bushcraft':):):). Moje Gratulacje! Czy nie myślałaś już przypadkiem, o spisaniu swoich przygód i doświadczeń w formie książki.
    Choć tekst traktuje o depresji to bardzo mi się podoba, pewnie dla tego, że w pełni się z nim zgadzam, a zaliczam się co najwyżej do średniodystansowców. Ta depresja którą opisujesz to poczucie swojego egzystencjalizmu w najczystszej postaci. Co do prawa jazdy - mam kilka kilometrów do pracy, kilka lat temu sprzedałem samochód bo jak nim jeździłem to towarzyszyło mi irracjonalne uczucie, że profanuję teren. Teraz chodzę na piechotę i bardzo dobrze się z tym czuję :) Serdecznie Pozdrawiam, HEJ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło, że czytacie - obawiałam się, że część czytelników może nie przebrnąć przez ten tekst :-) Chciałam raz napisać o czymś innym niż gdzie szłam, ile zrobiłam km i jaką co ma wodoodporność. Taki hikerski weltschmerz :-)

      Myślę o książce, powstał już nawet zarys... Zobaczymy :-)

      Pozdrowienia!

      Usuń
  4. Jak mogłaś tak pomyśleć... nie przebrnąć przez taki tekst... no wiesz co :)
    Wędrówka składa się z 1. technikalia-sprzęt, 2. teren-pejzaż i trzeci punkt to własnie - radość, wolność, zmęczenie, asceza minimalizmu oraz inne doznania duchowe, to tak z grubsza. Myślę, że wędrujemy głównie dla tego trzeciego punktu. Tak więc Aga nie krępuj się i pisz o wszystkim, bo wszystko ważne. Mocno trzymam kciuki za książkę (roboczy tytuł, "Jak zostać Królową i nie wpaść w depresję") :):):) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, czekałam kiedy to opiszesz. Dobrze wiedzieć, że problem dotyczy większości wędrowców. Moje wyjazdy są krótkie, tylko miesiąc, i ponieważ nie mają celu (to tylko włóczęgi) nie ma w nich też tych gorszych dni, nudy, czy zmęczenia wędrówką. Zawsze Ci zazdrościłam dotarcia do granicy kiedy człowiek już nie ma ochoty iść. Chociaż teraz widzę, że moje 4 miesiące w roku rozbite na 4 oddzielne części chyba są dla psychiki trochę zdrowsze. Dół narasta powoli nie nagle, a kolejny wyjazd nie jest nigdy bardzo daleko. Tak czy siak jestem ciekawa gdzie jest moja granica i czy ma na nią wpływ (słabo mi znane) dążenie do określonego celu. Na razie niedoścignionym ideałem wydaje mi się wyjście na zawsze i bez planowania :). Koniecznie pisz. To bardzo ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjątki są bardzo nieliczne, choć po powrocie z Nowej Zelandii zupełnie tego nie miałam - podejrzewam że chodzi o to, że po pierwsze nie poruszałam się wtedy jeszcze zbyt szybko, więc i hormonów było mniej, a po drugie jak wróciłam było lato (od razu uciekłam na szlak). No i za NZ nigdy nie tęskniłam.

      Osobiście nie dotarłam jeszcze do takiego momentu, kiedy nie mam ochoty iść, raczej takiego kiedy mam ochotę zwolnić/iść gdzie indziej, po wzięciu kilku pryszniców... Ale widzę to u innych bardzo wyraźnie.

      Wyjście na zawsze wydaje mi się dość straszne. Musiałoby być bezcelowe żeby mogło być na zawsze...

      Usuń
    2. może się starzeję ale powoli zauważam że to droga jest celem samym w sobie

      Usuń
    3. koniecznie bezcelowe. Dla samej radości wędrówki. Tylko tu i teraz.

      Nie wiem czy to wynik starzenia, z wiekiem przybywa doświadczeń, a ubywa czasu więc człowiek staje się bardziej świadomy tego, co dla niego dobre i ważne.

      Usuń
  6. Bardzo fajnie napisane. Jestem pod wrażeniem i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń