poniedziałek, 11 grudnia 2023

Pieszy trawers Japonii: Muroto - Kioto (Shikoku, Awajishima, Honsiu), Quasi-Park Narodowy Meiji no Mori Minō

Po bardzo niespokojnej nocy z burzą tropikalną i ewakuacją do WC rano czułam się dość wyczerpana. Ale w WC nie mogłam spać w nieskończoność, więc o 5 czy 5:30 byłam na nogach, spakowałam rzeczy i szybko zjadłam śniadanie. Pogoda zmieniła się całkowicie, było bardzo słonecznie i pięknie, ale sztorm pozostawił za sobą bardzo wzburzone morze. Fale huczały, roztrzaskiwały się na przybrzeżnych skałach i rozbijały z łoskotem o sztuczne umocnienia. Szlak wiódł cały czas główną drogą wzdłuż morza. Czasem był chodnik, a czasem nie, częściej nie. Miejscowości pojawiały się bardzo rzadko, był tylko stromy stok górski, podcięty drogą. Nie wzięłam wystarczającej ilości wody, będąc przekonana, że na pewno jak zwykle będą wsie i toalety, ale nic takiego nie było. Totalne pustkowie. Udało mi się jednak nabrać wody z drenażu w betonowym umocnieniu, pewnie była to deszczówka, więc uznałam, że pewnie pitna. W porze drugiego śniadania wypatrywałam jakiejś wiaty i wreszcie trafił się parking z pergolą, pod którą można się było schować przed słońcem. Z daleka widziałam, że ktoś już tam siedzi. Postanowiłam się przyłączyć. Kiedy się zbliżyłam zauważyłam, że to pielgrzym o europejskich rysach i burzy jasnych włosów. Była to Francuzka spod Paryża, nazywała się Christianne Marie Agnes i miała 72 lata. Mówiła, że przeszła już Camino, jest w dobrej formie i nie czuje się zmęczona. Idzie powoli i jest super. Nocowała w hotelach, mówiła, że jest za stara na biwakowanie. Dała mi jedno onigiri z kwaśnym sosem ze swojego lunchu, chyba dostała je od gospodyni, u której spała - zdaje się, że był taki zwyczaj, że pielgrzymi w miejscach noclegowych dostawali kulkę ryżu na drogę.






Niedługo po tym miłym spotkaniu zauważyłam przy drodze kolorowe chorągwie, które niekiedy oznaczały bliskość kaplicy i faktycznie, kiedy zajrzałam w krzaki odkryłam tam uroczy zakątek z kapliczką. Była tam też toaleta, ale tak potwornie brudna, że nie odważyłam się skorzystać. Najbardziej ucieszyłam się z czystego strumienia, który z szumem spływał z góry. Nabrałam od razu ze dwie czy trzy butelki wody. Wejście osłaniała kotara z zapleśniałego żółtego materiału. Drzwi do kapliczki były zamknięte strzępem czerwonej materii. Pewnie dałoby się to rozplątać i przenocować, gdyby zaszła taka konieczność. 





Popołudnie upłynęło mi na wędrówce przez nieco gęściej zaludnione tereny - od czasu do czasu na bardziej płaskim w tym miejscu wybrzeżu wyrastała wioska. Pech chciał, że się zachmurzyło i wybrzeże pełne zatoczek, półwyspów i wysepek z czapkami zielonego lasu nie wyglądało to kolorowo, jak w słońcu. Na większej plaży, rojącej się od surferów była fajna pergola, pod którą zjadłam lunch. Zaczęło nawet pokrapywać, kiedy usiłowałam dosuszyć parasol.







W Shishikoiura zrobiłam małe zakupy w niewielkim sympatycznym markecie, w którym pracowały uśmiechnięte starsze panie. Do wsi prowadził uroczy most w kształcie mewy, rozpościerającej skrzydła. Skrzydła funkcjonowały jako przęsła mostu.





Planowałam zrobić tego dnia dystans rzędu 44 km, ale na 41 kilometrze odkryłam wiatę fajniejszą, bo na większym odludziu, niż ta którą miałam w planie. Doskwierał mi tego dnia zresztą shin splint w prawej nodze, co czasem mi się znienacka zdarza i zwykle przechodzi do następnego dnia. Osiadłam więc z ulgą pod fantazyjną wiatą. Miała ona przypominać kształtem jakieś morskie stworzenie bytujące w lokalnych wodach. Wnętrze było otoczone dość wysokim płotkiem-palisadą, nie było mnie więc widać ani od strony drogi, ani od parkingu (zupełnie zresztą pustego). Szkoda, że nie zaadaptowano dachu, byłby tam świetny loft. W czasie deszczu woda z pewnością spływa po dachu prosto do środka, ale na szczęście deszczu nie było. Nie było też toalety, tzn. była zamknięta. Na szczęście mogłam pozyskać wodę ze świętego źródełka przy kapliczce po drugiej stronie drogi. Obok był zamieszkały dom, ale osłaniały mnie od niego drzewa, a zresztą zaraz zrobiło się ciemno. Zjadłam na kolację kupioną w sklepie za 4 PLN panierowaną rybę, ofiarowane onigiri i pokrojoną paprykę. Ruch uliczny ustał i doskonale mi się tam spało.







Poranek był śliczny, dzień zapowiadał się gorący. Planowanej wcześniej wiaty nawet nie widziałam, mogła nie być bezpośrednio na szlaku albo pomyliłam drogę. Za to jeszcze dalej była znakomita obszerna wiata z toaletą, gdzie zrobiłam pranie. Moje getry nie były jeszcze prane od początku wędrówki, więc im się należało. Miałam jednak wersję z powerstrechu, a nie power dry, więc musiałam mocno wykręcać, a i tak pozostała w nich kapiąca woda. Cały dzień suszyły się na plecaku, obracałam je od czasu do czasu.

Mijane po drodze plaży były cudowne, każda następna ładniejsza od poprzedniej i wszystkie takie puste. Możliwe, że to dlatego że było przed sezonem kąpielowym, ale przypuszczam, że nigdy nie ma tam tłumów. A tak tam było pięknie i tropikalnie. 





Natrafiłam na dość okazałą świątynię buddyjską nie należącą do 88 świątyń pielgrzymkowego szlaku. Postanowiłam zajrzeć i zrobić rekonesans. Moją uwagę zwrócił obniżający się korytarz. Zostawiłam plecak na dziedzińcu, zdjęłam buty i w samych skarpetkach zapuściłam się w głąb korytarza, stąpając po miękkiej wykładzinie. Było tam mnóstwo figur świętych, tajemniczo zaaranżowanych i oświetlonych. W gablocie po prawej stały tysiące figur Ācali, którego imię oznacza "Nieporuszony Król Mądrości", a po japońsku brzmi Fudō Myōō. Ācala był najczęściej spotykanym bóstwem w buddyjskich świątyniach Shingon w Japonii. Zawsze przestawia się go w ten sam sposób. Siedzi na skale, symbolu niewzruszoności, w jednej ręce trzyma miecz, którym przecina nieświadome umysły, w drugiej linę, którą wiąże targanych namiętnościami. W głębi sali, w której kończył się spiralny korytarz była jego duża figura. Kaplica była niesamowita, przebywanie tam robiło wielkie wrażenie, szczególnie, że nikogo tam nie było.






Po wyjściu z kaplicy udałam się w dalszą drogę, znów asfaltem i znów z przepięknymi widokami na wybrzeże, które wynagradzały przykrość nawierzchni.





Późnym popołudniem zjawiłam się w Minami. Nie było tam porządnego sklepu spożywczego, jedynie market przemysłowo-spożywczy, a w takich zawsze niewiele było świeżej żywności ani garmażerki. No cóż, trzeba się było zadowolić tym co było. Wyżej na wzgórzu, w pięknym japońskim ogrodzie, znajdowała się świątynia 23. Bardzo podobał mi się parawan z tygrysem, skrywający jakiś święty kawałek drzewa bądź rzeźbę. Był też stamtąd świetny widok na miasteczko i wybrzeże (zwróćcie uwagę na to, jakie jest małe). Stali mieszkańcy świątyni rezydowali w osobnym budynku. Dało się tam zajrzeć w drodze do toalety (po wodę). Na drzwiach wywieszono ładny plakat przedstawiający życie pielgrzymów na szlaku.












Szukałam dobrego miejsca na ustawienie szczególnego znaku - oto wypadło mi już 1000 km. Znalazłam je robiąc dodatkową pętelkę wokół uroczego cypelka. Ocean drąży morską jaskinię i pewnie z czasem cypelek stanie się wyspą. Na skałach wylano trochę betonu, żeby można było przejść, a wokół cypla prowadziła ścieżka. W najwyższym miejscu była pergola i kaplica z cudnym widokiem. To było to właściwe miejsce. Po 1000 km zaczyna się prawdziwa wędrówka, na tym etapie wie się już czy szlak i kraj są fajne, czy marsz sprawia przyjemność. Byłam zadowolona bardzo :-)








Wieczór nadchodził jak zwykle zbyt szybko. Musiałam się śpieszyć żeby nie iść przez las pełen wystających korzeni po ciemku. Szkoda, że było tak późno, bo w dół prowadziła dzika ścieżka na jeszcze dzikszą plażę. Chętnie bym ją zbadała. Może kiedyś wrócę? O całkiem dziką plażę w Japonii nie jest tak łatwo. Albo nie da się dojść, albo wcale nie jest dzika, bo obok jest szosa. A tutaj ten las tropikalny i jeszcze buszujące w gałęziach małpy!

Jednak moim celem była znakomita wiata i koniecznie chciałam tam szybko dojść. Znajdowała się w malutkiej rybackiej wiosce, na samym jej początku. W budynku obok była toaleta z gniazdkiem elektrycznym, a sama wiata miała materace i pięterko, a lokalsom nie przeszkadzali pielgrzymi. Jest to jedna z najlepszych wiat na całym szlaku.






Rozłożyłam się na szerokim materacu, rozwiesiłam moskitierę i zrobiłam udon z warzywami i serem. Pech chciał, że na asfalt upadła mi ładowarka i przestała działać. To trochę popsuło mi humor. Ładowarka była na dodatek pożyczona od Szekspira :-( Próbowałam się tym nie martwić i mimo wszystko cieszyć spokojem. Wyjęłam najlepszą herbacianą czekoladę i z namaszczeniem spożyłam przed snem.







Niedługo po tym, jak opuściłam wygodne mieszkanie przy plaży humor mi się poprawił za sprawą plażowego prysznica. Wiedziałam, że będzie i bardzo się na niego cieszyłam. Bardzo dawno nie brałam prawdziwego prysznica. Obok była też wiata, spotkałam pielgrzyma, który tam nocował. Prysznic był nielimitowany i darmowy, zimny, ale nie aż tak bardzo, bo przecież powietrze i ziemia były ciepłe. Szybko się przyzwyczaiłam i porządnie wykąpałam. Było super! Liczyłam na więcej plażowych pryszniców w Japonii, ale prawie ich nie było, a jak były to zamknięte. Być może są otwierane w połowie lipca na czas krótkich wakacji, ale nie wiem. Ten musiał być otwarty z myślą o pielgrzymach.






Do świątyni 22 szło się bardziej w głębi lądu, leśnymi drogami, na których panował przyjemny cień. W jednej z wiosek była interesująca wiata, ale bez WC. Świątynia była ciekawa, podobał mi się bardzo obraz przedstawiający śmierć Buddy. Nie był podpisany, ale tak go z interpretowałam i potem sprawdziłam, że rzeczywiście tak było. Na obrazie były zrozpaczone zwierzęta i smutni ludzie, ale należało też mieć na uwadze, że Budda doznał oświecenia i wyzwolenia.










Dalej wreszcie był szlak górski. Rozpoczynał się przy bardzo fantazyjnej wiacie, nie chroniącej przed niczym, nawet przed słońcem. 









Wspinaczka do świątyni 21 nie była wcale prosta, do pokonania były dwa wzgórza i mnóstwo przewyższeń. Obiekt uznano za tak niedostępny, że wybudowano kolej linową. Kiedy tam doszłam miejsce kultu opuszczali ostatni odwiedzający, bo ostatnia kolejka miała właśnie odjechać. Byli tam nawet amerykańscy turyści. Ja oczywiście miałam dowolną ilość czasu, przynajmniej w teorii. W praktyce planowałam jeszcze więcej wspinania i jeszcze jedną świątynię. Ale tam mi się tak podobało, że długo się przechadzałam. Na drzwiach zauważyłam dwie pary tradycyjnych sandałów ze słomy ryżowej, które już dawno temu musieli przynieść pielgrzymi jako wota. Marzyłam o takich.









W świątyniach zawsze było wiele talizmanów do wyboru, ale większość to były niezbyt ciekawe plakietki z poliestru. Natomiast w tej świątyni można było zakupić lalkę Darumy (lub Dharmy). Co prawda nie wiedziałam jeszcze wtedy co to jest, ale i tak zapragnęłam wejść w jej posiadanie. Mała kosztowała tylko 300 jenów (10 PLN). Daruma jest wzorowana na Bodhidharmie, założycielu buddyzmu zen. Przedstawia brodatego mężczyznę. Ma znaczenie symboliczne i jest talizmanem szczęścia.

Lalki te kupuje się przeważnie z oczami bez namalowanych źrenic, „ślepą”, bo przez domalowanie źrenic zyskują moc przynoszenia szczęścia. Po wypełnieniu misji przez darumę lub najdalej po roku, stare lalki należy zanieść do świątyni, gdzie w ognisku rozpalonym na poświęconej ziemi zostaną uroczyście spalone, aby nie przyniosły niepowodzeń. Ceremonia ta nazywa się daruma-kuyō („ceremonia żałobna ku czci darumy”). Osamotniony właściciel kupuje natomiast inną, zazwyczaj większą darumę, aby dalej przynosiła mu szczęście.

Kłopot w tym, że lalki sprzedawano już z pomalowanymi oczami. Nie zamierzam jej palić, zresztą wątpię, żeby proboszcz w mojej miejscowości się na to zgodził :-D




Odczuwałam przyjemną satysfakcję z zakupu talizmanu. Musiałam się pospieszyć, chcąc zaliczyć jeszcze jedną świątynię. Czekało mnie długie zejście szlakiem w dół strumienia, który był prześliczny. Wciskał się pomiędzy skały, miał małe wodospady, dopiero na końcu się uspokoił i wpadł do wielkiej rzeki, przez którą był przerzucony duży most.







Z głębokiej doliny należało następnie wydrapać się z powrotem pod górę. Doliną biegła szosa, a przy niej wyrosła wioska. Jeden z mieszkańców miał przy szlaku wystawione doniczki z bonsai. To był jedyny raz w Japonii kiedy zobaczyłam bonsai. Do świątyni 20 prowadziła dobra ścieżka. Nikogo już tam nie było, zaczęło się ściemniać. Na raz usłyszałam szczekanie psa, chwilę potem wystrzały ze strzelby i pogoń policjantów! To był alarm. Takie dźwiękowe alarmy uruchamiane przez fotokomórki są w Japonii bardzo popularne. Byłam zmuszona je zignorować. Nic się nie stało, ochroniarz nie przyszedł. Może gdzieś była kamera. Znalazłam kran na ścianie budynku i nabrałam zapas wody na wieczór. Chwilę postałam w zadumie przed świątynią, po czym uruchamiając jeszcze jedno szczekanie wyszłam do lasu. Na parkingu stał samochód, pewnie ochroniarza. Było też WC, ale skoro już było wiadomo, że tam byłam to nie chciałam tam zostawać, zresztą zmierzałam do fajnej wiaty. Założyłam czołówkę i ruszyłam w dół po średniowiecznych schodkach. W ostatnich blaskach dnia, w totalnej szarówce właściwie, zobaczyłam jeszcze widok z punktu widokowego na rzekę w dole.









Wiata na szczęście była tuż przy szlaku, więc bez problemu znalazłam ją po ciemku. To była najbardziej zabudowana wiata na Sikoku, lecz nie sądzę żeby było w niej sucho podczas intensywnego deszczu. No ale deszczu nie było. Niezupełnie się wyspałam, bo za późno poszłam spać, a wschód słońca nastąpił bezlitośnie wcześnie. 







Ciekawa była ta kartka! Jak nic było to buddyjskie potępienie yellowblazingu na szlaku, czyli omijania fragmentów autostopem. Zdecydowanie się zgadzam, przejeżdżanie to nie przejście!



Miasteczko Katsuura poniżej było spore, była nawet restauracja która chwaliła się obsługą w języku angielskim - niebywałe! Były jakieś remonty drogi, ale dało się przejść. W jednym z kanałów na- czy od-wadniających zauważyłam dzikie żółwie błotne. Na Sikoku i później na Awajishimie było ich sporo. Jeśli słyszały człowieka to pluskały do wody, ale czasem można się było zaczaić i popatrzeć jak wypoczywają na brzegu.






Szła chyba zmiana pogody, bo pod świątynią 19 poczułam się sennie i słabo. Chwilowo się rozruszałam kiedy wyszło na jaw, że nie jestem tam jedynym YouTuberem. Był tam już Gump Suzuki, autor kanału Just For Fun, który przemierza świat ciągnąc rikszę. Nie pracował sam, miał swojego kamerzystę i jeszcze jakichś ludzi. Zabawnie było chwilę z nim pogadać. Wypowiedziałam nawet przed kamerą mądrość życiową, polegającą na tym, że należy robić w życiu rzeczy przyjemne, a tego co nieprzyjemne w miarę unikać. Gump potem wypuścił serię koszulek z tą sentencją, co prawda nie podpisując autorki. Możecie je nabyć w sieci :-).





W tym zgiełku zauważyłam też prawdziwego pielgrzyma, być może mnicha, który wykonywał o wiele więcej pielgrzymich czynności niż inni i był obwieszony większą ilością akcesoriów. 




Długo siedziałam na ławce, ale wreszcie się zwlekłam i podążyłam w kierunku świątyni 18. Był przed nią ładny bambusowy lasek, a w nim gryzły się jaszczurki. W świątyni było pustawo, bo leżała ona na uboczu. Otaczała ją zieleń. Pod okapem znajdowała się cała galeria buddyjskich świątobliwości. Wyglądali tak jak nasi, mieli takie same aureole, tylko twarze bledsze, pozbawione rumieńców. Azjaci mają grubszą skórę i dlatego ich twarze się nie rumienią, że naczynka nie prześwitują. To spostrzeżenie nasunęło mi się już wcześniej, ale widok szeregu świętych jeszcze bardziej mnie w tym utwierdził, że ludzie muszą mieć jakieś bardzo antyczne, pierwotne przekonanie na temat świata niematerialnego i istot w nim bytujących oraz tego jak należy się do nich zwracać, jak czcić i jakie budować świątynie, bo wszystkie one de facto wyglądają identycznie, czy są to świątynie buddyjskie, szintoistyczne, chrześcijańskie, żydowskie czy islamskie (w innych nie byłam). Wszędzie symetryczne ołtarze, pokłony lub klękania, modlitwy, złoto i dym, wznoszący modlitwy ku niebu. Z pewnością w świątyni Króla Salomona było identycznie. To jakoś mnie zawsze pokrzepia i sprawia, że nigdzie nie czuję się obco, również w żadnej świątyni, niezależnie od religii, bo one wszystkie służą do tego samego.







Wciąż w uduchowionym nastroju udałam się do świątyni handlu. Szłam długo główną drogą przez miasto, a tam było wiele dużych marketów. Spróbowałam ryżowych chrupek, ale niestety okazały się okropne, pozbawione smaku. Nie zawiódł ryż ani ryba, były cukierki i herbaciane ciasteczka. Szukałam kartki urodzinowej, którą chciałam wysłać dziadkowi na urodziny, ale nie mieli kartek dla dorosłych, tylko dla bardzo małych dzieci. Po drodze przystanęłam przy rewelacyjnej wiacie. Nie byłam pewna co to za wiata, czy dla pielgrzymów, czy nie. Stała na wiadukcie przy bardzo ruchliwej drodze, ale w środku było bardzo przytulnie. Nie było jej na mapie.





Ostatni tego dnia odcinek biegł lasami po zboczach Mount Bizan. Zaczął padać deszcz, ale na szczęście się wstrzymał, a ja niespodziewanie (tzn. wysyłałam do nieba sygnały o zapotrzebowaniu) znalazłam fajne schronienie w lesie. Planowałam iść na parking przy świątyni, gdzie była toaleta i zadaszenie, ale oto nie było takiej potrzeby, bo przy ścieżce była prowizoryczna wiata z daszkiem i podłogą, trochę krzywa i mała, ale akurat idealna żeby rozbić w niej namiot. Musiałam się postarać żeby poprzywiązywać linki, przymocować odciągi z kijków, ale udało się i miałam prawie domek na drzewie, coś jakby schronienie Robinsona Cruzoe i to w tak cudownym zielonym lesie. Tuż obok miałam źródełko z figurą świętego, niżej szemrał strumyk. Jak się rozbiłam deszcz zaczął szeleścić w koronach drzew, ale jeszcze minęło trochę czasu, zanim dotarł do ziemi. Spałam długo i smacznie, a całą noc lało. Rano miałam tylko zroszone rogi namiotu, poza tym wszystko suche. Kawa na wodzie ze świętego źródełka smakowała wyśmienicie. Chrupałam sobie herbaciane ciasteczka, aż nadeszła pora wymarszu. Tuż obok był cmentarz, a zanim wspomniany parking. Skorzystałam z toalety, nabrałam wody i ruszyłam w dalszą drogę.










Już nie szłam do kolejnej, 17 świątyni, bo teraz szlak zataczał wielką pętlę na wschód, a chodzenie w odwrotnym kierunku nie leżało w ogóle w moim interesie. I tak nie zaliczałam wszystkich 88 świątyń, a przecież w Japonii miałam jeszcze odwiedzić inne. Szłam więc przez miasto, prosto jak strzelił do świątyni numer 3. Lało przeokrutnie, szłam pod parasolem, ale chwilami wiatr mi go wyszarpywał. Najgorzej było na dużym moście, gdzie nie było chodnika i tylko bardzo wąskie pobocze, tonące w kałużach. W dole wielka rzeka o błotnistej barwie, górą pędziły ciężarówki. Ja też pędziłam, byle się stamtąd wydostać. Do świątyni dotarłam dopiero po wizycie w sklepie, gdzie czekałam aż deszcz trochę straci na intensywności. 

W świątyni spotkałam dwóch Duńczyków, którzy dopiero co zaczęli pielgrzymkę, ale planowali przejść tylko kawałek. Polecali mi szlak w Danii, Møn Rundt, ale ich poinformowałam, że już go przeszłam. Pochwaliłam oczywiście. Pytali gdzie nocuję, czy codziennie rezerwuję hotele, na co im odpowiedziałam, że nie korzystam z płatnych noclegów. Nałożyli kurtki przeciwdeszczowe i poszli. Ja pochrupałam niesmaczne ryżowe chrupki pod ozdobionym smokami okapem, a potem obeszłam świątynię. Na początek wizyty w świątyni, po obmyciu, można obwieścić swoje przybycie uderzając w wielki dzwon. Uderzyłam więc uroczyście i rozległ się wspaniały, głęboki i drżący ton.







Mieli tam mapę całego szlaku. 




Do świątyni 2 było bardzo blisko, tam też spędziłam trochę czasu, ale już mi się one pomieszały we wspomnieniach i nie pamiętam które zdjęcia są z której. Na koniec w każdym razie przyszedł czas odwiedzić ostatnią, 1 świątynię. Tam był niesamowity tłum. Byli i zwiedzający, i pielgrzymi. Pielgrzymi rozpoczynający, i pielgrzymi kończący. Już mi ktoś chciał gratulować, więc zmuszona byłam wyjaśnić, że nie przeszłam całości, tylko niecałą połowę, że idę z Kiusiu w zupełnie innym celu. Ale nie odmówiłam sobie zadzwonienia dzwonem. Świątynia była piękna, ale zbyt tłoczna, zbytnio pilnowana - ktoś z pracowników zawsze patrzył na człowieka.







Jak się później okazało, to właśnie na sam koniec Szlaku 88 Świątyń znowu padł mi aparat. Na szczęście nie wszystko po drodze przez następne kilka dni było warte uwiecznienia, więc w sumie cieszę się, że to akurat tam. Zdjęcia aż do Kobe pochodzą z telefonu.

Popołudnie nie zaczęło się dobrze i nie mam na myśli deszczu, który zaczął padać. Jako, że właśnie kończyłam etap i ruszałam w nieznane, chciałam naładować baterie żeby ruszyć z elektroniką w pełni naładowaną. Przed świątynią był punkt odpoczynkowy z ławeczkami pod dachem, a na ścianie gniazdko. Więc naturalnie do tego gniazdka się podłączyłam. Były tam też jednak sklepy z pamiątkami i sprzedawca ze sklepu, przed którym się znajdowałam specjalnie wyszedł żeby mnie poinformować, że ładowanie jest niedozwolone. Zauważyłam już wcześnie, że trudno o gniazdko, ale teraz zrozumiałam, że w tym kraju podpinanie się do publicznych gniazdek jest uważane za rzecz niewłaściwą i niestosowną. Specjalnie utrudnia się turystom ładowanie. Być może ma to związek z niechęcią do bezdomnych albo ogółem do ludzi, którzy chcą coś pozyskać za darmo. Nie wiem. Może ktoś wie? Ten mężczyzna nawet nic nie powiedział, tylko patrzył znacząco i bardzo nieprzyjemnie, aż wyjęłam kabel. Potem poszłam do łazienki, a ten typ stał pod drzwiami aż wyjdę, żeby dopilnować czy nie ładuję telefonu w toalecie. Uff. Rozumiem, że mają dużo turystów, że może nadmiar, ale czy to naprawdę jest coś złego? W innych krajach w tego typu miejscach po prostu robi się dużo gniazdek. Tak było w tej jednej jedynej świątyni, która udzielała też noclegów. Miejmy nadzieję, że atmosfera się na tym szlaku zmieni.

Rozeźlona ruszyłam z nienaładowanym sprzętem. Poszłam boczną drogą, nie bardzo nawet nadkładając drogi, przez jakieś zupełnie odludne tereny. Co charakterystyczne ludzie mieli na poletkach z warzywami alarmy i płoty. Widocznie to jakaś trefna okolica. Nie siadałam już nigdzie na lunch, przystanęłam tylko opierając się o drogową barierkę żeby zejść krabową rurkę. Mijałam jakieś sztuczne jeziorka, szłam wzdłuż strumienia, na przełęcz i na drugą stronę. Wieczorem chciałam nabrać gdzieś wody. W Japonii mnóstwo ludzi ma krany na zewnątrz, ale starałam się nie brać bez pytania. Tym razem jednak tak zrobiłam, przy wejściu do warsztatu samochodowego. Jeden problem miałam więc już z głowy. Ale znalezienie noclegu było wyzwaniem. Zeszłam nad morze, a tu albo wieś, albo ogrodzenie. Las wznosił się od razu bardzo stromo. Była kapliczka, ale przy drodze i blisko domów, więc odpadała. Do wielkiej świątyni szintoistycznej bałam się zapukać. Wreszcie już prawie po ciemku zdarzył się cud i przed mostem nad cieśniną, przy jakimś dziwnym pełnym rupieci parkingu znalazłam zapomniany pomnik nie wiadomo czego, zarośnięty i od dziesięcioleci nieodwiedzany. Było tam płasko, dość miejsca pod namiot i rosły gęste drzewa, które mnie całkiem zasłaniały. Jak się okazało rano, było tam niezłe kleszczowisko. Kleszcze japońskie były gigantyczne, wielkości paznokcia u małego palca, ale niezbyt groźne. Żaden z tych wielkich mi się nie wgryzł.









Pokrzepiona tym fajnym noclegiem ruszyłam na ostatni etap Sikoku. A właściwie już nawet nie Sikoku, ale maleńkiej wyspy Shimadashima. Przeszłam ją szybko, wróciłam na ostatni cypel Sikoku. Cypel był górzysty, roztaczały się z niego niesamowite widoki. Wiał wiatr i w zatoce kołysały się liczne żaglówki. Przy drodze był parking, tam właśnie znalazłam dobre miejsce, żeby wykonać znak 1100 km. Niestety nie zachowało się moje zdjęcie z nim. Robiąc znak zwróciłam na siebie uwagę Słoweńca, z którym zaraz zaczęliśmy gadać. Był w podróży, nocował w aucie na parkingu, a zajmował się fotografią. Wymieniliśmy się Instagramami i pożegnaliśmy. Idąc w stronę mostu, po którym miałam zamiar przedostać się z Sikoku na Awajishimę, wyspę leżącą pomiędzy Sikoku a Honsiu, spotkałam jeszcze parę przemiłych ludzi. Byli autem, zatrzymali się i zapytali gdzie idę - bo przecież szlak pielgrzymkowy już tutaj nie prowadził. Mówili, że sami go przeszli i teraz podróżują. Byli pod wrażeniem mojego przedsięwzięcia i chcieli zrobić dobry uczynek wręczając mi datek, osettai. Z wdzięcznością przyjęłam ofiarowane 1000 jenów, mówiąc że przeznaczę je na coś dobrego do jedzenia.






Robiłam wcześniej dochodzenie odnośnie możliwości chodzenia po wspomnianym wielkim moście. Znalazłam informację, że znajduje się na nim odgrodzony chodnik, że chodzić można i to samo mówili zapytani ludzie. Okazało się jednak, że most owszem jest atrakcją turystyczną i można na niego wejść, ale widokowy chodnik ma tylko 100 metrów i jak się skończy, trzeba wracać. Droga to autostrada, którą nie wolno chodzić. W informacji turystycznej nie bardzo umieli mi pomóc, sugerowali autobus z poprzedniego miasta, które minęłam dzień wcześniej. Przy moście się nie zatrzymywał. Wolałabym już autostop. Ale wtedy pomyślałam, że może poproszę Mitję, spotkanego tego ranka Słoweńca. Może będzie miał czas i mnie podwiezie? Wysłałam zaraz wiadomość przez Instagram, a Mitja się zgodził. Miał sporo czasu i przerzucił mnie na drugą stronę. Wysadził mnie na pętli, tam gdzie się dało zatrzymać. Dał mi też pudełko orzeszków w czekoladzie. Byłam bardzo wdzięczna, z autostopem pewnie zeszłoby o wiele więcej czasu, a tak mogłam od razu kontynuować.




Awajishima to niewielka wyspa, jej długość to jakieś 60 km, planowałam więc przejście w dwa dni. Wokół Awajishimy biegnie szlak rowerowy, niestety w całości asfaltowy. Wybrałam zachodnie wybrzeże wyspy, bo wyglądało na dziksze i bardziej górzyste. Chcąc uniknąć asfaltu, ruszyłam przez góry na skróty. Jak zwykle nie wiedziałam czy droga gruntowa którą idę gdzieś prowadzi, czy może się urwie na jakimś osuwisku. Gdzieś w połowie udało mi się zapytać jakiegoś człowieka za pomocą translatora, odpowiedział, że tak, ścieżka zaprowadzi mnie do Minato.




Rzeczywiście tak było. Wyszłam z lasu na pola cebuli, a jeszcze chwilę wcześniej z wyrzuconej do lasu pryzmy gnijącej cebuli udało mi się pozyskać kilka sztuk tego warzywa. Były to małe cebule nie nadające się na sprzedaż. W Minato z kolei była piękna plaża, obrzeżona cudownym sosnowym lasem nadmorskim rosnącym na wydmach. Przypominał mi on nadmorskie lasy w Estonii. Spędziłam tam trochę czasu odpoczywając.





Awajishima miała już zupełnie inną atmosferę niż dzika i uduchowiona Sikoku. Co prawda trafiały się wciąż kapliczki i małe świątynki, ale wszsytko tam było weekendowe i wakacyjne. Wiele elementów nawiązywało do klimatów hawajskich. Im dalej na północ tym mniej było dziko, ale póki co jeszcze całkiem dobrze. Źle się co prawda szło asfaltem, bo przeważnie nie było chodnika i przyciskałam się do barierki, a za tą barierką było już tylko morze. Na niebie ukazało się halo wokół słońca, zachód też był przyjemny.








Nocleg zapowiadał się niepewnie. Przy drodze nic nie było, wszędzie cywilizacja albo strome zbocze, całkiem zarośnięte. Ale znowu los się do mnie uśmiechnął. W Miyojin odnalazłam świątynię na małym skalistym cyplu, okoloną drzewami. Było tam jeszcze sporo ludzi, modlili się i spacerowali. Nie chciałam więc rozbijać się za świątynią. Obejrzałam ze skały zachód słońca, była tam specjalna ścieżka, którą można było okrążyć cypel. Toaleta na parkingu była nieczynna, nie chciałam więc otwarcie spać pod wiatą. Wobec tego wybrałam plażę. Była to mała plaża pod falochronem, zabezpieczona murem z zakazem wstępu, ale na piasku widziałam ślady, więc ludzie i tak tam chodzili. Zeskoczyłam niewidziana i tam się rozłożyłam. Awajishima leży na morzu wewnętrznym, więc nie ma tam dużych pływów. Widziałam na plaży patyki zaniesione najwyższym pływem i uznałam, że jak się rozbiję pod falochronem będzie zupełnie bezpiecznie. Szybko zrobiło się ciemno, więc miałam już zupełny spokój. Słyszałam od czasu do czasu przepływający kuter rybacki, a oprócz tego tylko delikatny plusk fal. Usmażyłam sobie jajecznicę z boczkiem i cebulą, piłam herbatę i patrzyłam na gwiazdy. Wybrałam najlepszą czekoladę herbacianą dla uczczenia tego wspaniałego wieczoru.





Obudził mnie rano kuter wypływający w morze, wczesnym rankiem zawsze było ich najwięcej. Nie było wiatru, słońce świeciło, zapowiadał się piękny dzień. Tylko ten asfalt... Ciągnęłam nim cały dzień. Ale po drodze były piękne plaże. Przy jednej był camping i pole golfowe, pełne starszych ludzi. W toalecie był prysznic plażowy, ale zamknięty na głucho.






Był weekend i Awajishimę odwiedzały gigantyczne tłumy z pobliskich metropolii, leżących już na Honsiu: Kobe i Osaki. Były dla nich restauracje, hotele i parki rozrywki. Ciężko tam było o biwak... Choć było jeszcze wcześnie pójście dalej odpadało, bo dalej były już te właśnie metropolie. Planowałam następnego dnia popłynąć rannym promem na Honsiu, do Akashi. Tutaj oprócz bardzo długiego mostu wiszącego na szczęście był ten prom. Doszłam do latarni morskiej i znajdującego się poniżej parkingu. Trochę posiedziałam, potem poszłam do latarni. Była otoczona płotem i miała kamerę, więc tam nie mogłam spać. Wokół było stromo, ale był też zarośnięty placyk z jakąś tablicą informacyjną. Zaopatrzywszy się w WC na parkingu w wodę tam rozbiłam namiot pod krzakami. Nie byłam niestety całkiem niewidoczna. Dziewczyna słuchająca głośno muzyki mnie zobaczyła, ale chyba pomyślała, że jestem bezdomna, bo się przestraszyła i uciekła. Miejscówka nie była rewelacyjna, było parno i wilgotno, nierówno i pełno kleszczy, ale lepsze to niż drogi hotel.






Zdążyłam na poranny prom bez problemu, zwinęłam się wcześnie i przeszłam ostatnie 3 km. Prom był niewielki, przewoził tylko pieszych i rowerzystów. Większość zdawała się jechać do pracy.





Akashi było po prostu nieciekawym betonowym miastem, które niepostrzeżenie przeszło w Kobe, jedno z największych miast japońskich. W tym rejonie jest wyjątkowo płasko, kotlina wciska się pod góry i jest gęsto zabudowana. Ja oczywiście chciałam iść w góry, musiałam się więc tylko przebić północno-zachodnimi obrzeżami Kobe. Zajęło mi to dwie trzecie dnia. Przede wszystkim polowałam na jakiś większy supermarket i szczęśliwie udało mi się taki znaleźć. Mieli tam moją ulubioną czekoladę, więc wykupiłam wszystkie 6 sztuk.






Usiłując zrobić jakieś zdjęcia z panoramą miasta odkryłam usterkę aparatu i czym prędzej wymieniłam kartę na nową. Od tego momentu mam znowu filmy i zdjęcia z aparatu.

Kobe było ku mojemu zaskoczeniu bardzo ładne. Bardzo zielone, z ładnymi osiedlami domków jednorodzinnych i dużymi parkami. Przez pomyłkę poszłam dalej niż chciałam, ale wróciłam do parku właśnie. Myślę, że spokojnie dałoby się tam zabiwakować w gąszczu. Idąc przez jedno z takich ładnych osiedli spotkałam bardzo sympatyczną panią, która mnie zaczepiła na ulicy i spytała gdzie zmierzam. Była zdziwiona, ale bardzo jej się to podobało. Odnosiła się do mojego przedsięwzięcia z szacunkiem i pytała czy pielgrzymuję. Wskazywał by na to mój strój - biała koszulka. Po raz kolejny stwierdziłam, że archetyp wędrownego mnicha, istniejący w Japonii co najmniej od wczesnego średniowiecza (nie wiem czy byli mnisi szintoistyczny wcześniej, czy zaistnieli wraz z buddyzmem) jest wciąż żywy. Sympatyczna pani dopytawszy jak się nazywam zwróciła się do mnie Zebra-san, dodając sufiks "san" jako tytuł honorowy. Wyjęła z torby truskawki wyciągnęła w moją stronę. Zjadłyśmy je razem wyrzucając ogonki w trawę (spytałam czy to dozwolone :-)). Na pożegnanie dała mi jeszcze pomidory.






Reszta Kobe, przynajmniej tego przylegającego do gór też była ładna. Mapy.cz prowadziły mnie takimi zapomnianymi zaułkami, że nawet lokalsi chyba tam nie chodzą. Fajnie to wyglądało. Bliżej dworca Shin Kobe było już bardziej miejsko, ale w starym stylu, z wieloma starymi willami. Trochę kolonialnie, ale niezupełnie, Tak po prostu wielonarodowościowo jeśli chodzi o architekturę.











Na stacji kończył się miejski etap mojej wędrówki, dalej był szlak, z początku bardzo popularny, bo prowadził do wodospadów. Właśnie na te wodospady się cieszyłam. Były rzeczywiście imponujące. Zaraz za strefą wodospadów tłum się skończył, nie było już nikogo, a ja zagłębiłam się w las.






Obóz bushcraftowy! Nawet opisany po angielsku! Była to taka działka rekreacyjna jak nasz ogródek działkowy, nikogo nie było i wszystko za płotem. Ale ciekawe. Szlak dalej wspinał się w górę, a tu zaczęło kropić. Chciałam wyjść na grzbiet i tam poszukać biwaku z ładnym widokiem. Ale skoro pogoda się pogarszała, to był to kiepski pomysł. Zziajana wyszłam na grzbiet, a tu zaczęło wiać i lać. Nie było skrawka płaskiego, grzbiet był wąski i miejscami skalisty. Oczywiście zrobiło się też szybko ciemno. Dopadłam siodełka i w desperacji zeszłam kawałek zwierzęcą ścieżką. Akurat tam była łata gospodarczego iglastego lasu, więc ziemia była zasłana gałęziami. Płasko też całkiem nie było, ale uszło. Rozbiłam się po rozgarnięciu gałęzi i szybko wrzuciłam wszystko do środka. Przedsionek na stoku wyszedł bardzo mały, więc nie bardzo dało się gotować. Na szczęście miałam kupionego gotowego kotleta z ryżem, a herbatę instant (był taki genialny wynalazek).






Rano przestało padać. Las był pełen dźwięków. Poniżej rozlało się błotniste bajorko, w którym energicznie rechotały żaby. Już prawie zapomniałam jak brzmi rechot żab, tak dawno już u nas wyginęły. Kiedy jadłam śniadanie pojawili się główni mieszkańcy bajorka: dziki. Matka z warchlakami. Spłoszyły się, kiedy się ruszyłam. Ale fajne! Wyszłam z powrotem na szlak na grzbiecie, porośniętym gęsto trawą bambusową. Po chwili zza zakrętu wychynęły warchlaki, ale już matka się nie pokazała. Ciekawe gdzie była? A mnie akurat tam wyszło 1200 km. Był to taki piękny górski las. Rosły w nim jakieś endemiczne krzewy o dzwoneczkowatych kwiatach, które były akurat w pełnym rozkwicie. Oprócz tego były też azalie, łososiowe i fioletowe. Choć na Kiusiu dawno już przekwitły, tutaj w górach Honsiu wciąż jeszcze były. Wędrowałam więc w pewnym sensie z wiosną, tak jak na Appalachian Trail.










Na szczycie Mount Maya była kapliczka, a dalej punkt widokowy, z którego nic nie było widać z powodu złej pogody. Kursowała tam kolejka, ale było za wcześnie i ludzi jeszcze nie było.





Szlak ciągnął się dalej i był coraz piękniejszy, ale wprost najeżony schodami. Grzbietem biegła wyasfaltowana droga turystyczna, a szlak biegł obok, przechodząc przez nią od czasu do czasu. Trochę jak w Parku Narodowym Shenandoah. Głównie użytkowali go biegacze, ale wędrowcy też byli. Mount Rokko była bardzo popularna (931 m n.p.m.).










Na szlaku zejściowym spotkałam tylko dwie osoby. Przejaśniło się, chmury się rozeszły, a wiatr przyjemnie chłodził. Z czasem pojawiły się widoki na aglomerację w dole, najdalej, nad morzem, była Osaka. Wieżowce przerażały, ale fajnie tak było popatrzeć na cywilizację tak odległą.







Wpadłam na chwilę do tej cywilizacji między jednym szlakiem, a drugim. Szłam po wodę i po jedzenie do sklepu, przeszłam przez dworzec, uczęszczany przez wracające ze szkoły dzieci w mundurkach. Chwilę później pięłam się już pod górę między domami i zaraz byłam znowu w lesie.






Na mapy.cz była wiata, do której szłam nie wiedząc czego się spodziewać. Okazała się bardzo fajna, miała szeroki dach i ławeczki. Po tych wszystkich schodach byłam bardzo głodna, więc kupiłam sobie aż dwa pudełka tanich pierożków z mięsem. Ugotowałam w wodzie cebulę, potem zagotowałam ją z pierożkami, a na koniec wrzuciłam dwie torebki zupy cebulowej instant. Powstało coś rodzaju rosyjskich pielmieni, pierożki w rosole. Cebulowa była jedyną zupą bez skrobi. Najadłam się wreszcie! W nocy przeszła nagła ulewa. Poczułam kilka kropelek na twarzy, ale nie było to nic wielkiego. Drzewa wokół dobrze zasłaniały.





Ruszyłam jak zwykle dość wcześnie, po 6 rano. Na liściach były jeszcze krople po deszczu. A na ścieżce niespodzianka: odchody niedźwiedzia. Niedźwiedzi jest w Japonii tak dużo, że rzeczywiście są wszędzie, nawet w pobliżu takich dużych miast. Był to dowód na to, że miasta stykają się bezpośrednio z dzikimi górami, które są one naprawdę dzikie.









Byłam zmuszona zaliczyć kolejny przerywnik miejski, tym razem w Kawanishi, które się wrzynało pomiędzy dwa masywy. W parku były ruiny zamku, ale bardzo niepozorne. W każdym razie było to dobre miejsce na drugie śniadanie. W Minohu zrobiłam zakupy, a potem ruszyłam na kolejny szlak, który zaczynał się od wodospadów. Tam też zaczynał się długodystansowy szlak Tokai Nature Trail. Miałam w planie skorzystać z jego fragmentu i dojść nim do Kioto. Tokai Nature Trail jest jedynym z Nature Trail, którego przebieg jest znany i dostępny w internecie. Ma on jednak pokręcony przebieg i prowadzi prosto do centrum Tokio, którego za wszelką cenę chciałam uniknąć (wolałam naturalnie dziksze miejsca). Pod koniec lata próbowała go przejść Christine Thürmer, ale w trakcie doszła do wniosku, że szlak nie nadaje się do przejścia, więc dobrze, że nie próbowałam iść nim dalej. Przede wszystkim było na nim strasznie dużo pijawek, a szlak był bardzo zniszczony przez erozję, do tego stopnia że stał się bardzo niebezpieczny. Przewyższenia oczywiście były też ogromne, a latem pogoda zbyt gorąca i parna.









W maju wciąż było fajnie i przynajmniej na tym moim odcinku byłam zadowolona. Niestety nie było żadnych wiat, więc biwakowałam w lesie.





TNT również odwiedził świątynię. Nikogo w niej nie było, więc trochę żałowałam, że tam nie spałam. Na zdjęciu był pokazany rytuał ognia związany z bogiem Ācalą. A kawałek dalej była jeszcze widokowa wieża na szczycie góry! Teraz to naprawdę żałowałam, ale skąd mogłam wiedzieć.







Oznakowanie TNT było kłopotliwe. Niby było, ale prowadziło często na manowce. Szlak miał wiele odnóg, a szlakowskazy tylko po japońsku. Musiałam więc ciągle patrzeć w telefon, a i tak udało mi się pójść źle. Mało nie wyzionęłam ducha piąć się na szczyt wodospadu, potem skręciłam na niewłaściwą ścieżkę i musiałam się wracać. Ostatecznie za jakimś polem golfowym odnalazłam szlak, który zszedł w piękną dolinę z, a jakże, wodospadami.











Na tym dwudniowym odcinku miało nie być sklepu. Niby się zaopatrzyłam, ale spalałam więcej niż zwykle kalorii i byłam zwyczajnie głodna. Ujrzawszy sklepik w rogu wioski, którą szlak ścinał bardzo się ucieszyłam. Kupiłam kilka drobiazgów i owoce. Potem poszłam w kierunku znanej świątyni Kabusan-ji. Była to rozległa świątynia, nawet przy wejściu był bar.







Nie zabrakło ołtarza szintoistycznego z lusterkiem.




Pozostało mi jeszcze wejść na Mount Ponpon. Siadłam na zwalonym drzewie żeby się posilić i masz ci los, znowu deszcz. Siedziałam pod parasolem, skulona. Miałam nadzieję, że uda mi się bez parasola wejść na szczyt używając dwóch kijków. Niestety ulewa przyszła wcześniej, ale jakoś weszłam z jednym kijkiem. Na szczycie nie było niestety widoku na Kioto ani też żadnej wiaty. Tylko zakaz palenia ognisk i mokre ławeczki. Zejście było dość śliskie i błotniste, ale byłam już przyzwyczajona. Potem szlak zdziczał, był mniej uczęszczany. Minął jakąś dziwną świątynię, której pilnowały psy na łańcuchach. Ale przed wejściem był kran, więc zabezpieczyłam sobie wodę.






Strasznie się zaplątałam szukając ścieżki. Nie znalazłam jej. Szłam wzdłuż linii elektrycznej, ale tam było tak potwornie stromo, że czasem zjeżdżałam w dół. Wreszcie trafiłam na jakąś inną ścieżkę i poszłam nią z braku innego wyjścia. Doprowadziła mnie do porośniętego mchem asfaltu. Myślałam, że to turystyczna trasa, ale wcale nie. Następna ścieżka też była jakaś podejrzana, biegła obok jakichś opuszczonych budynków i płotów, a w lesie walały się stare auta, opony i wszelkiego rodzaju śmieci. A przecież byłam już tylko kilometr od granicy Kioto! Nie spodziewałabym się czegoś takiego.

Ścieżka w końcu nabrała normalnego charakteru, pewnie tylko mieszkańcy pobliskich osiedli tam chodzili. Wybrałam miejsce biwakowe na ostatniej kulminacji, było tam płasko i przyjemnie, szczyt był wydeptany. Ledwo zaczęłam wbijać śledzie, a tu nadeszła kolejna ulewa. Nie zdążyłam... Rzeczy mi trochę zamokły. No ale trudno. Siedząc już w namiocie znalazłam sobie hostel w Kioto za 112 PLN, więc nie tak źle. Postanowiłam przejść połowę miasta i pozwiedzać, a potem przenocować. Udałam się na spoczynek a rano uroczyście ułożyłam 1300 km.












6 komentarzy:

  1. Japońskie bóstwa zaopiekowały się Panią, by rzec, że wędrowanie po Sikoku to sama przyjemność. pozdrawiam- MariaB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z perspektywy czasu już się nawet nie pamięta tego asfaltu :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Piszesz, że ludzie mieli Cię za bezdomną. Czy spotkałaś takie osoby?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, może niezbyt często, ale zdarzało się, kiedy byłam w większych miejscowościach, zwłaszcza na dworcach

      Usuń
  3. Zaciekawił mnie Gump Suzuki i czytam opis Twojej wędrówki równolegle z jego filmami na youtube :D Pozdrawiam, Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawy facet, jeszcze się potem spotkaliśmy w Tokio przed moim powrotem do Polski. Może przyjedzie do Polski :-)

      Usuń