Prom na Wyspę Wan (Wando) przypłynął późno. Wcześniej sprawdzałam noclegi i myślałam, że załapię się na hostel, jednak wszystko było już zarezerwowane i pozostały tylko drogie hotele, w związku z czym udałam się w kierunku najbliższego zalesionego wzniesienia. Nie doceniłam podejścia. Zasapałam się i zrobiło się ciemno, trzeba było wyjąć czołówkę. Ale nikogo nie spotkałam. Rozważałam mały plac zabaw z ławkami, ale podeszłam jednak na szczyt. Była to dobra decyzja, bo stała tam malownicza wiata ze wspaniałym widokiem. Wiał wiatr i nie zdecydowałam się na nocleg na deskach. Zamiast tego rozbiłam namiot obok. Byłam najedzona i w ramach kolacji skosztowałam tylko ciastek ryżowych. Wyglądają one lepiej niż smakują - są w zasadzie pozbawione smaku.
Blog Agnieszki "Zebry" Dziadek - podróże i szlaki długodystansowe w stylu ultralight
czwartek, 22 stycznia 2026
Trawers Korei Południowej 2: Wando i Namparang Trail
Noc była znów bardzo zimna, musiałam się owinąć w kurtkę i spałam nie tylko w bluzie, ale i w koszulce, o dwóch parach skarpet nie wspominając. Wystąpiła kondensacja - trzeba było rozbić namiot pod wiatą, ale nie chciało mi się walczyć po nocy ze śledziami. Słońce wynurzyło się zza innej wyspy i szybko zaczęło grzać. Rozłożyłam się ze śniadaniem pod zadaszeniem i podziwiałam zatokę. Widać było w dole stojący prom.
Nasyciwszy się, szczególnie ogórkiem polanym sezamowym sosem, ruszyłam szlakiem w dół na drugą stronę pagórka. Rosły tam nasadzone sztucznie rododendrony. Na dole było urządzenie do opryskiwania się pestycydem mającym odstraszać licznie występujące kleszcze. Nie uwierzyłam mapy.cz w istnienie szlaku wiodącego pozostałymi pagórkami, ale teraz jestem przekonana że istniał i że powinnam była nim pójść, tyle że nie miałam dość wody. Szłam drogą przez wioski i dopiero po jakimś czasie dotarłam nad morze, a tam był park i krany z wodą.
Koło parku stała pierwsza świątynia, jaką w Korei napotkałam. Trawa była wysoka i nie wyglądało na to, żeby ktoś ją nawiedzał. Niedaleko brzegu była wyspa, na którą prowadził most. Jak się okazało, znajdował się tam fort obronny, najpewniej z późnego średniowiecza (niezupełnie jestem zorientowana w koreańskich epokach historycznych). Ktoś z turystów poprosił o zrobienie zdjęcie i odwzajemnił się tym samym.
W kilku miejscach na wybrzeżu spotkałam takie baseniki, myślę że były to zadbane źródła słodkiej wody z dawnych czasów.
Niespodziewanie znalazłam się na szlaku. Był to szlak dookoła Korei, a ściślej rzecz ujmując jego południowa sekcja, Namparang Trail. Przypuszczałam że powinien gdzieś tu być, ale że pierwotnie zamierzałam wejść od razu w głąb lądu, nie badałam za bardzo jego przebiegu. Teraz wydało mi się jedynie logiczne iść nim przez jakiś czas. Szlaków w głębi lądu w tym regionie nie było, musiałabym bardzo dużo kluczyć asfaltowymi drogami, a tutaj przynajmniej był wytyczony szlak i najpewniej jakieś atrakcje. Ciekawe były dla mnie odcinki wiejskie, bo pokazywały taką prawdziwą rolniczą Koreę. Zauważyłam, że w każdej wsi było ogromne drzewo - siedziba ducha opiekuńczego i miejsce odpoczynku mieszkańców. Było wiele gospodarstw, w których hodowano owoce morza. Pompy przepompowywały wodę z oceanu do basenów. Przy wypływach żerowały czaple. Był też odcinek śliczną kamienistą plażą. Ale przeważnie szłam betonowym nabrzeżem, chroniącym od sztormów.
W małym porcie zrobiłam sobie przerwę. Była tam altana, w której siedziała starsza pani i robiła na drutach. Była bardzo miła, rozmawiałyśmy w taki sposób, że pisałam do niej na translatorze i uśmiechałyśmy się do siebie. Byłam bardzo zdesperowana jeżeli chodzi o wodę, pokazałam jej butelki, a ona zaprowadziła mnie do budynku portowego, gdzie nalałam sobie wody z węża. Na przyszłość postanowiłam nosić więcej wody, bo nie było tutaj żadnych publicznych kranów. Dostałam też kawę i loda, który wcale się szybko nie rozpuścił, bo było ledwo 20 stopni. Niebo było przejrzyste i panel solarny działał znakomicie.
Nie dowiedziałam się do czego służyły kamienne kopce.
A potem skończyłam przejście Wando i przeszłam na stały ląd azjatycki. Czułam się, jakbym miała już przed sobą Mandżurię i Junnan, jakbym teraz miała trafić na Jedwabny Szlak i dojść nim prosto do Cieszyna. Ale najpierw należało Pokonać Półwysep Koreański. W miejscowości leżącej za mostem był dworzec autobusowy, a tam WC, w którym nabrałam wody. Było tam też kilka sklepów, o których Google nic nie wiedział. Google w ogóle mało wiedział o Korei Południowej, ze względu na bliskość Korei Północnej - wszystkie informacje są chronione.
Żadni turyści już się nie pojawili, mieszkańcy też już zbierali się do domów, a mnie pozostało iść gdzieś jeszcze parę kilometrów żeby znaleźć nocleg. Na mapie były altany, ale byłam pewna, że będą tuż przy domach. Wolałam się zaszyć w krzakach. A tymczasem wypadło pierwsze 100 km wędrówki.
Krzaki były tuż obok, na pagórku, ale pagórek był podcięty, bo pola są w Korei tarasowane. Musiałam się wdrapać i nie było łatwo. Zadrzewienie było gęste i kolczaste, ale jakoś się wcisnęłam. Zanosiło się na lodowatą noc, więc tym bardziej chciałam spać pod osłoną drzew. Miałam jeszcze jednego kotleta i pół porcji ryżu z ciecierzycą. To był mój ostatni tak dobry posiłek przed końcem wyprawy...
Istotnie było w nocy bardzo zimno, zwinęłam się w kłębek w śpiworze, ubrana w co się dało. Nie spodziewałam się tak chłodnej wiosny w Korei i zabrałam śpiwór letni, 325 g puchu. Ostatecznie nie narzekałam, bo miało się potem ocieplić, a każdy gram się liczył. Zejście z miejscówki było karkołomne, musiałam zjechać ze skarpy trzymając się gałęzi.
Ocean znów był w fazie odpływu, nadmorskie błota lśniły w słońcu. To było bardzo ciekawe, że całe wybrzeże było tak błotniste. To oznaczało obfitość morskich żyjątek i pewnie i ryb, a także chyba to, że ziemie na lądzie były żyzne. Gdzie się dało teren był przygotowany pod uprawy, aż do samego brzegu. Znów natknęłam się na kamienną budowlę z sadzawką.
O poranku pojawiła się pierwsza hikerka, minęła mnie i pognała do przodu w niesamowitym tempie. Mieszkańcy wiosek zbierali małże, a w zalanych wodą polach właśnie zasadzono ryż. Później spotkałam jeszcze więcej wędrowców, nadchodzili falami. Jedna grupa chciała nawet pogadać, przeczekaliśmy pod wiatą chwilowy deszcz.
Miejscowości były małe i nie wyglądały zbyt dostatnio, ale widać było że mieszkańcy chcą się jakoś zaprezentować, bo ściany pomalowano w morskie motywy.
Dzięki zapasom z Jeju City mogłam sobie pozwolić na przyzwoity lunch - kanapkę z wędzoną rybą. Cebulkę znalazłam na środku drogi. Bulwę zostawiłam do obiadu, a szczypior wkroiłam do kanapki. Próbowałam czy panel solarny zadziała w pochmurną pogodę, ale ani drgnął, a po chwili zaczął padać deszcz. Ruszyłam dalej z parasolem. Deszcz gęstniał.
Na mapie był zaznaczony kemping i wiata, chciałam tam poszukać noclegu. Okazało się, że kemping jest czynny tylko latem, ale wiata była wspaniała. Typowa wiejska wiata, ale był tam też stojak na rowery, który potraktowałam jako zaproszenie dla turystów. Nigdy się nie przekonałam jaki jest stosunek Koreańczyków do nocowania w tych wiatach, otwartych czy oszklonych. W przewodniku po Baekdu Daegan napisano że należy spytać o pozwolenie, ale przewodnik jest już stary. Nie było kogo zapytać, więc dyskretnie się wprowadziłam. Była to wielka ulga. Na zewnątrz zerwał się wicher, deszcz wciąż padał i było zimno. Zrobiłam sobie barszcz z jajkami na twardo, wbijając jajka prosto do zupy i chwilę gotując.
Do rana deszcz zamienił się w mżawkę. Wiata była poza szlakiem, więc musiałam się do niego wrócić. Zgubiłam szlak, a nie wiedziałam jak wrócić, więc szłam na oko, licząc że na pewno znajdzie się przy niedalekiej świątyni. Musiała to być jakąś znana świątynia, bo stanowiła atrakcję turystyczną. W sklepikach z pamiątkami sprzedawano śliczną seledynową celadonową ceramikę. Zapragnęłam sobie taką kupić, ale ponieważ nie znałam nikogo w Korei i nie mogłam kupić wtedy. Nie miałam do kogo wysłać paczki.
Wdrapałam się do świątyni. Styl architektoniczny, zdobienia i kolory były inne niż w buddyjskich świątyniach w Japonii, ale rozkład budynków był podobny. Musiałam się naszukać studni z wodą do oczyszczenia, w Japonii zawsze była przy wejściu, a tu przy głównym budynku. Niewiele osób z niej korzystało i nikt się nie modlił. Dla tych, co chcieli się modlić było osobne pomieszczenie z zamkniętymi drzwiami. Koreańczycy w większości nie są religijni, tylko 17% wyznaje buddyzm. Niemniej był tam sklep z dewocjonaliami, w którym nabyłam kilka rzeczy przynoszących szczęście.
Znów padało, kanapkę zjadłam na przystanku autobusowym. Szlak wiódł trasą rowerową wzdłuż morza. Szkoda tylko, że cały czas był asfaltowy.
Wciąż trafiały się po drodze małe miejscowości. Ogrody były bardzo zadbane, widać było intensywne użycie herbicydów i folii. A pomiędzy zagonami stały mogiły - gładko wykoszone kopce. Zmarłych chowa się jak najbliżej domu, na swojej ziemi.
W podobnych okolicznościach przyszło mi przenocować. W tym rolniczym krajobrazie nie dało się znaleźć dyskretnego biwaku. Widziałam po drugiej stronie rzeki wiatę, ale była tuż przy drodze i parkował tam samochód. Dałam więc nura w lasek, w nadziei na coś płaskiego. Drzewa rosły ciasno, miejsce, w którym postawiłam namiot było pochyłe, a do najbliższego nagrobka było kilka metrów. Co zrobić... Wiedziałam, że Azjaci krzywo patrzą na takie noclegi, ale naprawdę nie było wyjścia.
Najwyraźniej w zaświatach zadziałały jakieś sprzyjające moce, bo rano była tak gęsta mgła, że nikt nie mógł zobaczyć ani namiotu, ani mnie schodzącej z cmentarzyka. Słońce zaczęło się przebijać przez mgłę, która uniosła się z doliny. Wstąpiłam do nowej świątyni, wybudowanej obok starej, bo szukałam wody. Brama była zamknięta, ale znalazłam przerwę w murze i toaletę w dziedzińcu. Niestety woda była odłączona. Świątynia nowa, więc potrzebna, ale dziwne było, że budynek był zamknięty i nie można się było modlić. Później skonstatowałam, że jest tak we wszystkich koreańskich świątyniach, z wyjątkiem tych najważniejszych.
Wodę zdobyłam w końcu w warsztacie samochodowym. Pan któremu pokazałam puste butelki zaprowadził mnie do kranu, a kiedy wychodziłam wręczył mi jeszcze kiść bananów. Udałam się z tym wszystkim na najbliższy grzbiet górski, bo wreszcie pojawiła się możliwość pójścia prawdziwym szlakiem. Wzniesienie miało 387 m n.pm. Na skręcie do lasu stały kamery, ale chyba nie pilnujące turystów, a osób chcących wyrzucić śmieci do lasu. Władza bardzo w tym kraju pilnuje spraw związanych ze śmieciami, przy śmietnikach zawsze są kamery i często automatycznie robią zdjęcia przechodzących osób, na wypadek gdyby osoba nie mająca uprawnień do korzystania z danego śmietnika chciała coś wyrzucić. Jednak w lesie wcale nie ma aż tak dużo śmieci. Bardziej chodzi o to żeby był postrach i ludzie czuli, że władza ich kontroluje. Szlak okazał się zarośnięty i nieuczęszczany, ale ścieżynkę dało się rozpoznać. Większą część czasu biegła samym grzbietem. Dobrze się czułam będąc wreszcie w lesie. Wiele tam kwitło, w tym rododendrony, a za szczytem spomiędzy gałęzi można było zobaczyć jakiś widok. Do gałęzi wędrowcy poprzyczepiali pamiątkowe tasiemki - takie plastikowe wstążki wieszają przeważnie kluby górskie, żeby zaznaczyć swoją obecność. Jako że szlaki nie są znakowane, tasiemki pełnią niekiedy rolę oznakowania.
Za szczytem gąszcz był jeszcze większy, bo kilka drzew było powalonych i na ich miejscu wyrosły chaszcze. Poczułam że coś mnie boleśnie gryzie w kolano, instynktownie złapałam to coś i w moich palcach znalazł się ogromny kleszcz. Ruszał jeszcze szczęką, rozczarowany.
Z chaszczy wyszłam na przepiękną, zadbaną ścieżkę. Kawałek dalej było obserwatorium astronomiczne, a przy parkingu WC - prąd i woda. Zrobiłam sobie przerwę, a potem ruszyłam na kolejne wzniesienie na tym samym grzbiecie, tym razem 518 m n.pm. Tutaj były dwa warianty szlaku, stary skalisto-gruntowy i nowy w postaci drewnianej kładki, którą gładko sunęło się w górę.
Na szczycie można było podziwiać panoramę, była naprawdę niezła. Miasteczka tylko w dolinach, tam też pola, a góry zielone i kwitnące. Była najlepsza pora na rododendrony.
Kładka skończyła się, parking do którego wiodła był z innej strony niż ta, w którą zmierzałam. Szlaków do wyboru było wiele, chociaż na mapie więcej - któreś zamknięto. Wybrałam biegnący najbardziej na północ. Zaczął się od upiornie stromych schodów. Ale dobrze że były, bez nich nie dałoby się zejść. Zaprowadziły mnie pod skałę, gdzie ścieżka już w ogóle nie była wydeptana. Chyba nikt tam nigdy nie chodził. Ale zdaje się, że na skałę można się było wspinać. Wyglądało na to, że nachylenie się nie zmieni aż do dna doliny. Miałam nadzieję na schody, tymczasem pozostałe dwa kilometry szlaku to było prawie że zejście na dziko po piargu. Były jeszcze stare liny, trochę zmurszałe, trochę przysypane osypującymi się kamieniami i ziemią. Był to jeden z najtrudniejszych odcinków, na jakich byłam. Ale nie chciałam się wracać po schodach. Pełzałam jak pająk, na czterech kończynach, ale plecami do dołu. Kiedy już mi się wydawało, że w gąszczu poison ivy zgubiłam szlak, zauważyłam żółtą tasiemkę turystyczną. Od tego momentu nachylenie trochę złagodniało, aż wreszcie można było poruszać się normalnie, tyle że las był wycięte i resztki ścieżki pozawalane gałęziami. A na dole był leśny park rozrywki! Był tam też bardzo drogi kemping, raczej zamknięty i łazienka. W łazience nabrałam wody i ruszyłam na przeciwległy grzbiet, choć już było późno. Przekroczyłam szosę w dolinie i małymi drogami weszłam w las. Droga zamieniła się w gruntową obok pilnie strzeżonej farmy paneli solarnych. Zaczęło się ściemniać, zbocza były strome, na dodatek w pobliżu szczekały psy, bo w lesie były gdzieś pochowane domy. Ale udało mi się coś znaleźć przy zlikwidowanym szlaku.
Pospałam trochę dłużej, bo po tym karkołomnym zejściu byłam dość zmęczona. Tym razem już nie było zimno, las był przyjemny, słyszałam świergot ptaków. Nie podobało mi się tylko, że oblazły mnie kleszcze, w sumie 5.
Ze dwa kilometry dalej była wiata nad strumieniem - gdybym tylko wiedziała! Było to już na kolejnym szlaku. Dawniej takie miejsca były bardzo popularne, bo Koreańczycy lubili jeździć na pikniki na łonie natury i gotować na kuchenkach różne dania, ale władze zabroniły używania kuchenek w lesie, więc teraz już nie ma takich pikników, chyba że ktoś się bardzo schowa.
Byłam pełna obaw odnośnie kolejnego szlaku, jednak tym razem było normalnie. Owszem, były schody, ale to w Azji nic dziwnego i zdawałam sobie sprawę, że podczas całej wędrówki pokonam miliony stopni. Okazało się, że grzbiet był atrakcją botaniczną, bo porastały go całe łany rododendronów. Purpurowe kwiaty właśnie się pootwierały, było prześlicznie.
Pokonawszy ten grzbiet znowu zeszłam dolinę i zmierzałam w kierunku kolejnego. Tak wychodziło, że chcąc iść w miarę na północ - północny wschód muszę przecinać grzbiety zamiast iść wzdłuż. Tak akurat wygląda ukształtowanie terenu na samym południu Korei. Trafiłam na bardzo ciekawą okolicę, bo szlak który szczęśliwie istniał, choć nie był jakoś bardzo wydeptany, to wyprowadził mnie na plantację herbaty. Okazało się, że to jedno z niewielu takich miejsc w Korei, w której już się od dawna herbaty nie pije i produkuje tylko na potrzeby turystów. Terasy pięknie wyglądały, ciekawie było to zobaczyć. Myślałam, że potem na przełęczy, którą przecinała asfaltowa droga będzie jakiś sklep, ale były tylko herbaciarnie dla turystów. Kupiłam trochę słodyczy (były średniej jakości żeby nie powiedzieć kiepskiej) i dostałam bardzo lurowatą herbatę z plastikowej torebki. Znajomi właściciela siedzieli przy stole, zadali parę pytań, ale potem stracili zainteresowanie mną. Ale było tam całkiem miło i mogłam nabrać wody.
Poniżej przełęczy było jeszcze Koreańskie Muzeum Herbaty. Zdaje się, że atrakcja turystyczna, bo widziałam dwie białe osoby wsiadające do autobusu. Ale muzeum właśnie zamknięto. Przeszłam jeszcze trochę doliną i rozpoczęłam kolejne podejście. Wybrałam gruntową drogę na szczyt, na którym na mapie znalazłam wieżę widokową. Miałam nadzieję, że będzie dawała osłonę przed deszczem, który zapowiadała prognoza.
Kimchi przy ostatnim gospodarstwie.
Niestety wieża była całkiem otwarta i nie dawała żadnej osłony. Wiał wiatr, więc zrezygnowałam z wieży i poszukałam innego miejsca. Obok była jakaś ruina i altana z wistarii, niestety nie miała dachu, tylko belki dla roślin. Ale żywopłot dawał trochę osłony i właśnie tam się rozbiłam, pod wistarią.
Makaron zjadłam z czymś niezidentyfikowanym. Potem umyłam zęby patrząc na migoczące światełka w dolinie i zanurzyłam się w śpiworze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz