niedziela, 22 marca 2026

Trawers Korei Południowej 6: Woraksan - Sobaeksan (Baekdu Daegan Trail 3)

Nie wiem czy warto było po nocy iść do biwaku pod mostem. Najbardziej kuszące było w nim to, że był to oficjalny biwak. Widziałam rozbijając się dwa kampery. Trochę się zdziwiłam, że tam tak pusto. Namiot postawiłam na skrawku trawy pomiędzy parkingiem, a rzeką, bo w beton wbić śledzi nie dało rady. Dopiero rano odkryłam, że jest to biwak przeznaczony tylko dla samochodów. Na banerze był obrazek z przekreślonym namiotem. No ale było już za późno. Był też zakaz używania kuchenek, jak wszędzie. Betonowy parking nad rzeką to faktycznie miejsce skrajnego zagrożenia pożarowego... Ech. Niedaleko odnalazłam publiczne WC, więc tam się udałam po wodę spakowawszy się wcześnie.







Skoro byłam już na szlaku rowerowym, pozostało mi nim podążać na północ. Miałam w planie na wieczór osiągnąć granicę Parku Narodowego Woraksan, w którym większość Szlaku Baekdu Deagan była co prawda zamknięta, ale można było przejść jeden odcinek, a przy okazji zobaczyć zabytkową dolinę, będącą w bardzo dawnych czasach drogą przez przełęcz. Po drodze miałam przejść przez miejscowość Mungyeong, w której wypadały kolejne zakupy spożywcze. Miałam nadzieję na większy sklep.

Po drugiej stronie rzeki był fort wojskowy sprzed kilkuset lat, widać było mur. A nad rzeką jeździł samochód wykonujący oprysk. Przeciw komarom czy przeciw czemuś innemu, nie wiem, ale wrażenie było piorunujące. Widziałam już coś takiego w Chorwacji, gdzie z pasją usiłowano wytruć owady, zresztą bezskutecznie.





Szlak był asfaltowy, byli też na nim piesi, ale rowerzystów więcej. Okazało się, że to jakaś popularna długodystansowa trasa, prawdopodobnie wszerz Korei, być może z Busan do Seulu. Mijały mnie całe grupy i rowerzyści obładowani sakwami. Panowała tam bardzo miła atmosfera, byli i biali turyści, a większość pozdrawiała mnie i pokazywała gesty oznaczające uznanie i życzenia powodzenia. W wioskach zupełnie co innego, znów ludzie odwracali wzrok kiedy mnie spostrzegali. Nikt się nie uśmiechnął. Postanowiłam wtedy, że dam sobie spokój z mówieniem "dzień dobry" (co po koreańsku brzmi "annyeonghaseyo") i nie będę już próbować.






Mungyeong nie rozczarowywał. Albo tylko trochę... Liczyłam na prawdziwy duży supermarket, a był tylko mały, ale zupełnie przyzwoicie zaopatrzony i jabłka były tańsze niż w poprzedniej miejscowości, więc tym razem kupiłam sobie trzy. Udało mi się zdobyć fasolkę w sosie sojowym, a nawet produkty garmażeryjne. Były to pierogi (połowa z mięsem, połowa z kimchi) i coś, co wyglądało jak tempura, ale ciasto było ze zmielonych ośmiornic, grube, a nie chrupiące z mąki.






Niedaleko za miastem rozstałam się ze szlakiem rowerowym. Biegł dalej wzdłuż dolin rzecznych na północny wchód, natomiast ja szłam na północny zachód. Doszłam do ostatniej miejscowości przez parkiem narodowym, gdzie było wiele parkingów, ale niespodziewanie bardzo mało turystów i wszystkie knajpy, jakie tam były, świeciły pustkami.





Odkryłam muzeum, więc oczywiście zajrzałam (wstęp darmowy, obsługa miła - mogłam zostawić plecak). Wystawa pokazywała zabytki wydobyte podczas wykopalisk w dolinie, w tym z grobów. W jednym grobie pochowano jakąś bogatą niewiastę wraz ze wspaniałym strojem.







Dobrze że trafiłam tam po południu, bo rano mogły być wielkie tłumy - było to popularne miejsce wycieczek i z góry schodziło do pewnego momentu wiele osób. Później jednak szlak opustoszał i zostałam z zabytkami sama, co było bardzo fajne. Zdaje się, że w tej dolinie kręci się dużo filmów, pewnie koreańskich seriali historycznych, które i za granicą są popularne. Prawdopodobnie nazwa tego traktu to Yeongnam Gataway. Dolina została ufortyfikowana w XVIII wieku i po drodze są mury obronne z bramami, jak i pozostałości jakichś dawnych budynków.










Bardzo podobała mi się rekonstrukcja wiejskiej chaty. U stropu wisiała na białym sznurze suszona ryba, co miało przynosić szczęście.











Kiedy dotarłam na przełęcz ludzi już wcale nie było. Odnotowałam toaletę publiczną z prądem (jakiś specjalny rodzaj ekologicznych toalet) i tak jak było napisane w przewodniku, było tam starożytne źródełko z zagłębieniem wykutym w kamieniu. Z rurki wypływała doskonała, lodowata woda. Źródło było święte, miało dobroczynne właściwości i obok niego stała szamańska kapliczka, przed którą się pokłoniłam. Następnie weszłam na szlak w celu znalezienia biwaku. Kamera mnie widziała, ale co z tego? Park narodowy był na prawo, ja zaś ruszyłam na lewo. Przeszłam ze sto metrów i znalazłam absolutnie doskonałe miejsce biwakowe, odpowiednio przestronne. W czasie deszczu spływa tam woda, poznałam to po stercie patyków i liście, ale od dawna nie padało i nie było nawet wilgotno. Miejsce było niewidoczne od strony szlaku, bo znajdowało się na rozwidleniu ścieżek. Druga ścieżka prowadziła dokładnie wzdłuż starożytnego muru. Musiał być starszy niż fortyfikacje w dolinie i biegł grzbietem górskim na przestrzeni wielu kilometrów.










To był też jeden z najlepszych moich biwaków w Korei. Absolutny spokój, ćwierkanie ptaków i ta kontynentalna zieleń lasu ze starożytnym murem za ścianą - co mogłoby być lepszego? Po śniadaniu zeszłam do źródła, skorzystałam z WC i pod okiem kamery weszłam na szlak już w parku narodowym Woraksan to najbardziej techniczny park na Baekdu Daegan, w jakim byłam. Z daleka już widać było skały. Te najgorsze, które były jeszcze przed parkiem ominęłam idąc szlakiem rowerowym. Zrobiłam tak ponieważ odcinek ten uchodził za bardzo ryzykowny. Dość niedawno ktoś tam zginął, puściwszy linę, a nie był to długodystansowiec z dużym plecakiem. Zwykle po wypadku śmiertelnym liny są po jakimś czasie zastępowane schodami, ale nic nie wiedziałam na temat ewentualnej zmiany. W przewodniku barwnie opisano ciągi lin i pionowych skał, a także skok nad przepaścią, który trzeba wykonać, chcąc przedostać się z jednej skały na drugą.






W parku przynajmniej liny były zadbane, nieprzegniłe. I choć było bardzo stromo, a plecak z zapasem wody ciążył, to udało mi się wdrapać po skałach. Na zdjęciach zawsze wygląda to bardziej płasko, a jak się tam jest, to ma się wrażenie, że skała jest pionowa.











Widoki, które ukazywały się pomiędzy gałęziami sucholubnych sosen były fenomenalne. Właśnie o takich marzyłam, planując przejście Korei. Smog wisiał w powietrzu, a do tego nadchodził front burzowy, więc dochodziła wilgoć. Dlatego przejrzystość nieba nie była na najwyższym poziomie. Ale to może nawet dodawało uroku krajobrazowi. Ku mojemu zaskoczeniu przez cały dzień spotkałam tylko jednego pana. Znalazłam na ścieżce piórko sójki, takie samo jak u nas, bo w Korei żyją te same sójki.





Mur ciągnął się nadal po grzbiecie.







Woraksan zamieszkuje wiele dzikich zwierząt, w tym azjatyckie niedźwiedzie i coś, co nazywa się kot bengalski amurski.





Mur miał jakieś tajemnicze przerwy, w przeszłości najpewniej istniało wiele innych ścieżek, ale park oczywiście je pozamykał.





Skończyły się liny, przez resztę dnia wędrowałam po schodach. Naprawdę miło, że były. Często szłam tyłem, bo stopnie są małe, a tak jest bezpieczniej dla kolan.










Kwiaty prawdopodobnie należały do magnolii. Rosło też dużo funkii, które bardzo lubię w ogrodzie. Zaskakująco dużo naszych roślin ogrodowych rosło w tym kraju.







Mniejsze skały nie miały zabezpieczeń i zejście sprawiło mi duże trudności. Koreańczycy z takich miejsc po prostu zbiegali i zeskakiwali na łeb na szyję, ale jak to zrobić z plecakiem? Odwracałam się, łapałam korzeni i tylko dzięki nim jakoś się udawało.











Według mapy pokonałam tylko 9 km, a zajęło mi to cały dzień! Poruszałam się w tempie 1 km na godzinę... Choć tak naprawdę pewnie było trochę więcej, bo mapy.cz zawsze skracają i nie uwzględniają krętości ścieżki. Zakończyłam dzień na Przełęczy Haneuliae, gdzie była toaleta z wodą i gniazdkiem. Była też kamera i szlaban, więc starałam się wejść tak, żeby nie było mnie widać na bramce. Podpięłam się do gniazdka i korzystając z tego, że to było takie puste miejsce umyłam się butelką. Z głośników dobiegały jakieś zachodnie szlagiery, wyłączały się razem ze światłem i włączały na nowo. Gdyby nie to i kamera pewnie skusiłabym się na nocleg w środku. Tym bardziej mnie kusiło, że burza, która cały czas dudniła na horyzoncie właśnie się zbliżyła i zaczęło padać. Ale była to taka stacjonarna burza, która mało się przesuwała, a w końcu ucichła i deszcz też ustał. Wobec tego wróciłam się na grzbiet gdzie była granica parku narodowego i parę zasadzonych drzew. Niby zaczątki jakiegoś parczku. Była ławka, którą przesunęłam, żeby uzyskać płaskie miejsce. Do rana nawet podeschło.






Za przełęczą można jeszcze było wejść na jedną górę, od szczytu której szlak był już dalej zamknięty na całej długości w obrębie parku narodowego. Nie miało sensu się wspinać, skoro trzeba było zejść tą samą drogą. Jedynym wyjściem było obejście asfaltem całej reszty parku. Na początek były dwie świątynie, z których udało mi się znaleźć jedną. Ta, do której trafiłam była chyba mniej zabytkowa, ale niezła. Na drodze do niej stały kamienne kopce, usypane przez dawnych pielgrzymów.








Zeszłam w dolinę i szłam asfaltem, tak jak zaplanowałam. Nic tam się specjalnego nie działo, to była odległa od cywilizacji dolina i nic tam nie jeździło, nie było nawet przystanków autobusowych, ale nad rzeką postawiono wiatkę, w której miałam przerwę.






Magiczne drzewo w miejscu, gdzie była jakaś czakra.




Doszłam do miejscowości Dongno. W przewodniku opisano je jako oazę cywilizacji, ale był tam tylko mikroskopijny sklepik, w którym dało się kupić chrupki i mleko. Była też lodówka z lodami, więc kupiłam dwa i zjadłam w publicznej toalecie, w której znalazłam wodę. Kaloryfer był przykuty do ściany łańcuchem. Czekałam tylko aż zainteresuje się mną lokalna policja, ale tak się nie stało. Gniazdko nie działało, więc długo tam nie siedziałam. Ledwo zaczęłam podejście w stronę grzbietu na niebie pojawiła się ciemnoszara, złowieszcza chmura. Pęczniała szybko, dostała zmarszczek na spodniej stronie. Po paru minutach huknął pierwszy grom. Zaraz potem lunęło i w popłochu zakładałam ubranie od deszczu i przypinałam parasol. Stałam pod drzewem w nadziei, że szybko przejdzie - drzew tam było dużo, bardziej bałam się że piorun wybierze słup elektryczny. Tych też było sporo, bo linia biegła wzdłuż drogi, która wiła się serpentynami na przełęcz. Burza rozszalała się na dobre, pioruny waliły wszędzie wokół, ziemia się trzęsła. W jedną dziesiątą sekundy po tym jak zobaczyłam błysk, rozgległ się trzaskający grzmot. Piorun uderzył tuż obok. Z nieba się po prostu lało, rzeka płynęła drogą. Postanowiłam iść dalej, bo już gorzej być nie mogło. Nadjechał samochód i widząc mnie zatrzymał się. Sympatyczny mężczyzna chciał mnie gdzieś podwieźć, ale podziękowałam - za nic w świecie żadnych podwózek, niezależnie od warunków. Zostało mi tylko 500 m do przełęczy i z pewnością mogłam je pokonać o własnych siłach. Na przełęczy była altana. Tam się schroniłam, a jak tylko usiadłam, deszcz zelżał. Pierwotnie planowałam iść dalej, ale mi się odechciało. Pod dachem chociaż było sucho, a w taką pogodę nikt nie jeździł drogą, nie było mnie też specjalnie z niej widać. Zostałam na noc.





Noc była zimna, a poranek mglisty. Dochodziło do mnie trochę światła latarni. Nawet rano, kiedy się zaczęłam pakować, tak było ciemno od zalegających chmur. Zaraz za przełęczą uzupełniłam wodę w źródle. Wokół źródła było całe jezioro, które pozostało po deszczu.





Zamiast wejść na szlak grzbietowy zeszłam znów w dolinę, i to hiper głęboką, także na ten dzień miałam jakieś niebotyczne przewyższenie. Nie mogłam iść szlakiem, bo za chwilę znów zaczynał się park narodowy, tym razem Sobaeksan i nie było tam żadnych legalnych miejsc noclegowych, a do tego nie było też wody. Musiałam też zrobić zakupy. Także ten sam dystans do następnej przełęczy pokonałam droga, przy okazji docierając do "Żabki" i robiąc tam mało wyrafinowane zakupy. Mało wyrafinowane lepsze niż żadne. Ta powitalna rzeźba idealnie odzwierciedlała atmosferę, jaka panowała we wszystkich wioskach. Dokładnie takie miny robili Koreańczycy na mój widok. Były i psy szczekające na drodze, bałam się, że mnie nie przepuszczą. Tak naprawdę nie zeszłam w dolinę od razu, bo do pokonania była jeszcze jedna przełęcz. Według oryginalnego planu chciałam właśnie tam nocować. Szlaków które miałam na mapie nie było, był nawet zakaz wstępu, ale i ławeczka, więc może przy tej ławeczce bym się rozbiła.






W Sainam był malowniczy przełom rzeczny i szlak wzdłuż rzeki, z którego widać było wielką skałę. Wyglądało to na wspaniałe miejsce do pluskania się, ale... no tak... Postawiono zakaz kąpieli.








Dostałam to czego chciałam, a nawet więcej, bo w sklepiku była jedna jedyna paczka melonów. Zjadłam wszystkie od razu, taka byłam spragniona owoców. Potem czekało mnie bardzo mozolne podejście na grzbiet do wejścia na szlak. Chciałam dojść szybko, bo bałam się, że mnie nie puszczą na szlabanie. W Parku Narodowym Sobaeksan jest tylko jedno schronisko i zarezerwowałam sobie w nim nocleg. Po prostu musiałam w nim spać, więc musiałam też tam tego dnia dojść. Na przełęcz było 600 m podejścia, potem jeszcze ponad 600 m do schroniska. Byłam już niewątpliwie w dobrej formie, więc do szlabanu dobiłam tuż po 15. W łazience nie było wody, dobrze że przyniosłam z dołu. Przebiegłam prawie przez bramkę, łudząc się że zdołam przemknąć się niezauważona. Na pewno zauważyli, ale też na pewno mieli listę osób nocujących w schronisku i jak się okazało, nie byłam ostatnia, więc pewnie przymykali oko. Nadeszło jeszcze dwóch panów z plecakami. A tymczasem musiałam zrobić przerwę na lunch i na 700-kilometrowy znak.





Meteoryt był z plastiku i chyba nawet nie spadł w tej okolicy.





Pomimo sporej wysokości las był gęsty i niewiele było widać. Szło się szybko, bo schronisko było przy obserwatorium i prowadziła do niego asfaltowa droga. Dużo ludzi schodziło, wyraźnie cierpiąc z powodu bólu kolan. Jeden z panów bardzo cierpiał z powodu tego, że nie mógł mnie dogonić. Tracił siły, zatrzymywał się żeby odsapnąć i znów podbiegał. Musiało go wkurzać, że nie daje rady. W takich sytuacjach zazwyczaj pozwalam się wyprzedzić i tak też zrobiłam tym razem. Nie chcąc mieć tego pana na ogonie zatrzymałam się żeby zrobić kilka zdjęć. Słuchał głośnej muzyki (to częste w Korei), która pomagała mu zebrać siły.





Na szczycie widok, owszem, całkiem całkiem. Tylko niebo jak zwykle nie było czyste. Nie dało się zobaczyć zachodzącego słońca, choć wiele osób się na to szykowało. Ognista tarcza zniknęła za chmurą smogu. W międzyczasie zameldowałam się w schronisku i rozłożyłam swoje rzeczy na wyznaczonym kawałku podłogi. Jak zawsze było 26 stopni i osoby nocujące leżały wprost na ziemi, ewentualnie karimacie.












W osobnym pomieszczeniu była kuchnia, w której była nawet mikrofalówka. Jedna grupa gotowała skomplikowaną kolację z warzywami i boczkiem. Ślinka mi leciała - miałam tylko ryżową zupkę i trochę czekolady.








Nie muszę pisać, że pobudka nastąpiła wcześnie, ani że byłam ostatnią osobą, która opuściła schronisko o 7:30. Czekała mnie wędrówka po malowniczym grzbiecie, była sobota, więc wiedziałam że będą ludzie, ale ich ilość była naprawdę duża. Z początku było spokojnie, a szlak był całkiem przyzwoity. Pokonałam dalsze dwa szczyty o tej samej nazwie, co ten, na którym stało schronisko: Yeonghwabong. Tu las był już wysokogórski, widny, a od czasu do czasu pojawiały się zarośla kwitnących rododendronów.















Według przewodnika miało być dalej źródło, więc nie obciążałam się zapasem wody. I to był błąd, bo park zamknął szlak do źródła. To było wręcz niewiarygodne, przecież to ostatnie źródło na bardzo długim odcinku, następne miało być dopiero następnego dnia. Wyczytałam, że po drugiej stronie grzbietu, na innym szlaku prowadzącym w dół powinno być inne. Musiałam zejść 300 m ze szczytu Sobaeksan, ale co było zrobić. To właśnie tym szlakiem nadciągały tłumy, bo Sobaeksan to najwyższy szczyt parku. Źródełko okazało się nędzną kałużą stojącej wody. Cierpliwie nabierałam wodę nakrętką od butelki Nalgene aż napełniłam wszystkie butelki. O dziwo jeszcze jakaś woda została. Przyleciał mały ptaszek i się w niej wykąpał. Przeszedł mnie dreszcz na myśl o wszystkich pasożytach które z siebie zmywał. Przechodzący ludzie patrzyli na mnie, przeważnie nie mieli już na tym etapie wody, bo każdy miał tylko półlitrową butelkę. Jedna ekipa widząc że nabrałam wody też chciała uzupełnić braki, ale nie mieli jak nabrać. Pożyczyłam im nakrętkę, ale stracili cierpliwość i ostatecznie chłeptali wodę ustami, klęcząc nad kałużą.





Wróciłam na szczyt. Cała operacja zajęła mi godzinę i byłam tym mocno wkurzona. A potem denerwowałam się dalej, bo tłum zatarasował szlak, tak że nie dało się iść. Na szczęście nie szli daleko, tylko do następnej góry ze skałami. Tam nawet stała straż parkowa. Nie chciałam się rzucać w oczy, a tu duży plecak. Ale nie zwrócili uwagi. Zresztą nie byłam jedyną białą osobą na szlaku, oprócz mnie była jeszcze grupka Amerykanów. No i kamera. Straż pilnowała żeby nikt nie odpalił kuchenki ani nie zapalił papierosa.







Szlak jest atrakcyjny, bo ponad górną granicą lasu, a do tego te wszystkie rododendrony. To z ich powodu ścieżkę ograniczono barierkami, żeby ludzie nie schodzili ze szlaku robić sobie selfie.





Doszłam do skrzyżowania i nagle nastąpiła odmiana. Wszyscy ludzie zniknęli. Zeszli w dół do parkingu. A dla mnie została dzika ścieżka i leśna cisza. Coś cudownego! I najważniejsze - szlak był normalny, pofalowany, bez schodów i lin. Naprawdę wspaniały odcinek.









No dobra, były schody :-)





Park Narodowy ciągnął się dalej. Nie było już dalej schronisk i nie mogłam legalnie zanocować. Ale już naprawdę nie chciałam się zmuszać do obchodzenia czegoś tak pięknego jak te góry asfaltem. Więc jeden jedyny raz zanocowałam w parku nielegalnie. Bo przecież nie było się stamtąd jak wydostać. I pewnie dlatego nikt tam nie chodził. Nie było też płaskich miejsc, ale udało mi się zmieścić namiot pod krzakami, tyle że gałęzie miałam w przedsionku.






To też był piękny biwak w dzikim miejscu, a po całkiem sensownym śniadaniu (ketchup i majonez w Korei są świetne) poszłam na przełęcz, poniżej której było czarodziejskie źródło, przy której modliły się szamanki, a towarzyszący im mężczyzna nabierał wody do butelek. Byli mili, z uśmiechem się przywitali i zwolnili miejsce przy źródle, tak że szybko nabrałam wody. Umyłam sobie też twarz, stwierdziwszy że chyba można dokonać takiego oczyszczenia. Dostałam ciasteczko.





Na samej przełęczy, która nazywała się Gochiryeong stała szamańska kapliczka i posągi. Sądziłam, że nie powinno się otwierać drzwi, ale potem się dowiedziałam że jak najbardziej można, jeżeli chcemy się pomodlić czy choćby popatrzeć na znajdujący się w środku obraz. Potem trzeba po prostu za sobą zamknąć.








Park narodowy się skończył. Może nie było dalej aż tak ładnie i szlak nie wznosił się już ponad granicę lasu, ale było całkiem spoko. Grunt, że szlak i że bez skał.





Kolejną przełęcz, gdzie kiedyś była droga gruntowa, zadrzewiono. Opony to chyba jakieś urządzenia wojskowe.





Nie mogło być przyjemnie wiecznie. Zaczęły się skały i tempo spadło. Dzień był gorący i mocno się pociłam.






Cieszyłam się bardzo na lunch. Odczekałam aż będzie jakieś wypłaszczenie i rozłożyłam się z mielonką Spam. Tak, Spam. To amerykańska mielonka, która jest tak zła, że będąc w Stanach nigdy jej nie jadałam. W Korei była bardzo popularna i mieli ją w prawie każdym sklepie, choć nie zawsze w torebkach. Myślę, że w czasie wojny koreańskiej musiała być w paczkach żywnościowych przysyłanych z Ameryki i dlatego Koreańczycy tak ją lubią. Ich własne wyroby wędliniarskie są bardzo podobne. Spróbowałam i wcale nie była ta mielonka taka zła. Była słona i smakowała Zachodem. Pycha, zwłaszcza z ketchupem. A ten batonik był czysto koreański i akurat bardzo dobry.




W dobrym nastroju dotarłam do przełęczy. Niedaleko była granica parku narodowego, a także źródło i tam chciałam już na legalu przenocować. Źródło wyschło, ale niżej zaczynał się strumyk. Szlakowskazy pokazywały różne kierunki i różnych szlaków dotyczyły, między innymi szlaku wszerz Korei, o którym wcześniej nie słyszałam. Nie był to aż taki górski szlak jak BDT, ale też i nie taki asfaltowy jak dookoła Korei. Coś pośredniego. Może fajna opcja na ponowną wizytę?








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz