Po dwóch latach nieobecności przyszedł czas na kolejną długą wędrówkę po Azji wschodniej. Po przejściu Japonii (4000 km w 2023) mój apetyt na tę część świata tylko wzrósł. Na pewno pociągająca jest egzotyka, specyficzna atmosfera, a w przemieszczaniu się na wschód (mam na myśli najpierw podróż do Japonii, potem na Tajwan i do Korei, a w dalszej perspektywie może jeszcze dalej) pociąga mnie zmieniający się klimat, widocznie stający się bardziej kontynentalnym. Właśnie azjatycki krajobraz bardzo do mnie przemawia. Od nadmorskiej bujnej prawie tropikalnej zieleni na Kiusiu po wysuszone letnim słońcem trawy bambusowe na dnie koreańskiego lasu daleko przy granicy z Koreą Północną. Trudno to sprecyzować i opisać.
Statystyki
Czas trwania wyprawy: 48 dni
Dni zero: brak
Średnia odległość pokonywana w ciągu dnia: 22,8 km
Najdłuższy dzień: 33,8 km
Najkrótszy dzień: 9,5 km
Suma przewyższeń: nie liczyłam, ale bardzo duża
Liczba zużytych butów: 1 para Altra Lone Peak 8 regular
Największa ilość niesionej wody w ciągu dnia: 7 litrów i 1 litr mleka
Dni z deszczem: 16, dni bez deszczu: 32
Spotkania z niedźwiedziami: 0, niestety
Kierunek i pora wędrówki oraz pogoda
Najlepszymi porami do wędrówek w Korei są wiosna i jesień. W kraju tym występują dwa monsuny, zimowy i letni. Zima jest mroźna i sucha i choć w górach pojawia się śnieg to bywa tak sucho, że zagrożenie pożarowe jest znaczne. Właśnie niedługo przed moim wyjazdem wschodnią Koreę pustoszyły pożary. Na szczęście nie pojawiły się na mojej trasie. Z powodu potencjalnych pożarów i trudnych zimowych warunków w ogóle szlaki w większości parków narodowych są zamknięte do 1 maja. W niektórych przypadkach jest to 15 kwietnia, mogą też być jakieś dodatkowe zamknięcia - trzeba sprawdzać. Letni monsun nadchodzi w czerwcu i przynosi ze sobą upalną i parną pogodę z intensywnymi deszczami, które uniemożliwiają wędrówki. Ekstremalnie strome ścieżki i skały są wtedy nie do pokonania. Pogoda poprawia się we wrześniu, październik i listopad znowu są piękne, z tym że nieco chłodniejsze i już pojawia się śnieg. Z tego względu, a także ze względu na kwitnące w kwietniu i maju rododendrony wybrałam wiosnę na swoje przejście. Był to bardzo dobry wybór.
Początkowo było zimno, nocami temperatury dochodziły prawie do zera, a w dzień nie dochodziły do 20 stopni. Spadło też sporo deszczu. Jednak po dwóch tygodniach pogoda się ustaliła i tylko sporadycznie padało. Ogółem miałam doskonałą pogodę, ani nie było upalnie, ani parno, ani deszczowo. Ku mojemu zaskoczeniu w ogóle nie było wilgoci w powietrzu i bardzo rzadko miałam kondensację w namiocie. Dzięki temu biwakowanie w Korei było naprawdę przyjemne.
Trudności i niebezpieczeństwa
Trudność stanowiły bardzo rygorystyczne reguły w parkach narodowych. Utrudnianie dostępu do obszarów chronionych wcześniej pomyślanych jako przeznaczone zarówno do ochrony jak i turystyki staje się coraz bardziej powszechna. A Korea, jak to ogólnie chyba w Azji ma miejsce, jest krajem w którym jest wysoka kontrola obywateli ze strony państwa. Wszyscy muszą funkcjonować według ustalonego schematu, a jak nie to surowa kara. W przypadku wstępu do parków wędrówkę należy rozpocząć bardzo wcześnie, jeszcze w ciemnościach, tak aby znaleźć się do wyznaczonej godziny w punkcie kontrolnym: realnym punkcie, gdzie w budce siedzi pilnujący strażnik. Znajdują się tam monitory kamer i strażnik ma telefon, z którego może wezwać straż do dalszej interwencji. Zwykle wycofuje spóźnionego delikwenta za pomocą słownego nakazu. Wyznaczona jest ostatnia godzina, o jakiej można wejść na szlak.
Kamery były wszędzie, były ich tysiące, z pewnością więcej niż możliwości obserwacji nagrań. Denerwowały mnie okrutnie, ale z czasem zdałam sobie sprawę z tego, że obrazów z nich (poza parkami narodowymi) nikt nie ogląda. Czasem nie było nawet możliwości wysikania się inaczej niż przed kamerą. Pozostawał tylko wybór pod którą.
Kamery pilnowały nie tylko szlaków, oczywiście, ale były też w miastach, np. przy koszach na śmieci, z których można korzystać tylko mając umowę na wywóz. Korei również było ekstremalnie mało koszy na śmieci, podobnie jak w Japonii. Były w małych sklepach spożywczych i niekiedy w turystycznych miejscach, ale rzadko. Kosze były w toaletach i tam nie wolno było wyrzucać śmieci, ale robiłam to z braku innych możliwości. Zakazy były tylko w języku koreańskim. Zdarzały się też automaty, które z głośników coś mówiły, nie wiem dokładnie co, ale były to jakieś uwagi odnośnie prawidłowego zachowania.
To były problemy które wywoływały frustrację. Natomiast oprócz nich były realne, praktycznie problemy i niebezpieczeństwa.
Spodziewałam się trudnego terenu i ekstremalnych przewyższeń i tak też było. Dlatego moje tempo nie było rekordowe - tylko 22,8 km dziennie. Koreańskie góry nie wyglądają z pozoru na wymagające, bo nie są wysokie i prawie całe zalesione, natomiast są ogromnie strome. Zbocza są za strome żeby robić na nie szlaki w poziomie. Są albo szlaki wiodące prosto w górę schodami i linami, albo szlaki grzbietowe, biegnące cały czas dokładnie grzbietem. Na szlakach grzbietowych zdobywa się wiele szczytów dziennie, nieustannie podchodząc i schodząc z poszczególnych kulminacji. Najbardziej intensywny dzień mojej wędrówki polegał na zdobyciu 21 szczytów. Szłam bardzo wolno ciągle się wspinając. Rekordowego dnia w Parku Narodowym Woraksan przez cały dzień pokonałam 9,5 km. Wiele osób jedzie do Korei wspinać się na skałach. Szlaków bez odcinków skalistych jest bardzo niewiele. Schody zaś zapobiegają erozji i jednocześnie umożliwiają poruszanie się w najgorszych miejscach. Dawniej było ich mniej, ale ilekroć ktoś zginął odpadając od skały, np. przeskakując nad przepaścią albo odrywając się od zmurszałej liny, państwo przeznaczało pieniądze na budowę schodów. Dość nieswojo było wędrować schodami, mając świadomość, że ktoś musiał zginąć żeby je wybudowano. Ale na pewno nie było tak w przypadku każdych schodów.
Problemem była konieczność noszenia bardzo dużych ilości wody w takim terenie. Trudno bowiem o źródło na samym grzbiecie.
Trudności z zaopatrzeniem sprawiły że tym bardziej nie szłam cały czas grzbietem. Nie miałam siły pokonywać gigantycznych stromizn z 30-kilogramowym plecakiem. Częściej zatem zaglądałam do sklepów, żeby nie nieść więcej niż 15-20 kg. Na Baekdu Daegan Trail przez 700 km jest tylko jeden mały sklepik. Szlak nie jest zaprojektowany z myślą o praktycznych potrzebach życiowych człowieka, odzwierciedla ideę i ma najczystszą postać linii cały czas biegnącej głównym grzbietem górskim. Chcąc więc realizować podstawowe potrzeby trzeba z niego nieustannie schodzić.
Problem stanowi zakaz używania ognia w lesie, w tym palenia papierosów (bardzo wielu Koreańczyków pali) i używania kuchenek turystycznych. Paradoksalnie w kraju, w którym produkuje się praktycznie wszystkie kartusze do kuchenek turystycznych na świecie i stamtąd dopiero eksportuje. W przeszłości robienie pikników i gotowanie w terenie było ulubionym zajęciem Koreańczyków w weekendy. Wycieczki w góry są ogromnie popularne, ale również kultura gotowania i fakt, że koreańskie posiłki składają się z wielu dań sprawiało, że takie pikniki polegały na rozłożeniu się w płaskim miejscu na przełęczy i długim gotowaniu kolejnych potraw. Władze niestety zabroniły tego i teraz Koreańczycy są zmuszeni spożywać zimne jedzenie z pudełek i popijać coś z termosów. Niekiedy zaszywają się w lesie i nadal praktykują pikniki, ale już nie w popularnych miejscach i absolutnie nie w parkach narodowych, gdzie przy ścieżkach zainstalowano kamery.
Nawigacja
Jeśli chodzi o nawigację to korzystałam z dwóch źródeł: aplikacji mapy.com (dawniej mapy.cz) oraz papierowego przewodnika po Baekdu Daegan Trail, w którym były schematyczne mapy poszczególnych odcinków z zaznaczonymi źródłami. Treść przewodnika stanowiła masa ciekawych, aczkolwiek w czasie wędrówki niezbyt przydatnych informacji ogólnych oraz opis trasy z punktu widzenia kogoś, kto preferuje wędrówki w trudnym terenie. Było jednak rzetelnie wspomniane gdzie znajdują się odcinki niebezpieczne i gdzie zdarzały się wypadki śmiertelne. Lokalizacja źródeł zgadzała się. Przewodnik jest bogato ilustrowany i wydany na grubym papierze, w związku z czym waży pół kilo. Ale warto było go mieć. Szkoda, że nie jest aktualizowany, informacje w nim zawarte mają już chyba ponad 15 lat i wiele się od tego czasu zmieniło. Proponowałam autorowi że udzielę mu informacji, ale dostałam odpowiedź że nowe wydanie nie jest planowane. Zdaje się, że Baekdu Daegan nie budzi zainteresowania wśród zagranicznych wędrowców. Pewnie ze względu na to, jak duża część szlaku jest zamknięta i niemożliwa do przejścia, a także na liczne problemy logistyczno-językowe.
Zwykle przeglądałam przewodnik wieczorem, a w dzień posługiwałam się mapy.com które towarzyszą mi na znakomitej większości wędrówek. Ślad BDT był w nich zaznaczony, podobnie jak bardzo wiele innych koreańskich szlaków, aczkolwiek nie wszystkich - nie było np. Szlaku Dookoła Korei. W podkładzie jednak były ścieżki i z nich korzystałam. Zupełnie inaczej niż w Japonii, gdzie ścieżki zaznaczone na mapie prowadziły mnie na manowce w Korei w rzeczywistości było jeszcze więcej ścieżek niż na mapie. To była kluczowa różnica pomiędzy tymi dwoma krajami - w Korei istniało mnóstwo szlaków, które się długo kontynuowały, prawie każdy grzbiet górski miał liniowy szlak. W Japonii były tylko szlaki na szczyty, które się urywały i był z tym wielki kłopot.
W terenie było wiele tablic i schematycznych map, które też bardzo pomagały zorientować się w możliwościach. Koreańczycy używają tych samych jednostek co my w Polsce i arabskich cyfr, więc nie było kłopotu. Szlaki nizinne, długie i wieloetapowe mają oznakowanie w postaci kolorowych tasiemek. Szlaki w górach nie są znakowane, ale na skrzyżowaniach, przynamniej w bardziej popularnych miejscach, a zwłaszcza na Baekdu Daegan, znajdują się szlakowskazy. Prócz tego istnieje zwyczaj zostawiania tasiemek pamiątkowych przez członków grup hikingowych i te tasiemki mogą służyć jako oznakowanie. Nie ma ich w parkach narodowych.
Karta SIM
Po przylocie od razu ustawiłam się w kolejce do zakupu karty SIM. Wybrałam sieć SK Telecom, która ma najlepszy zasięg. Można było wybrać czy się chce tylko dane i na jak długo - kupiłam kartę na dwa miesiące bez limitu. Warto było stać w kolejce, zasięg rzeczywiście był znakomity, mimo że cały czas byłam na odludziu, głęboko w górach. Internet był szybki, mogłam oglądać filmy na YouTube bez problemu i wrzucać relacje na Instagram. Ze wszystkich krajów w jakich byłam w Korei Południowej miałam najlepszy internet.
Noclegi
Statystyki noclegów wyglądają jak poniżej:
Noclegi pod namiotem: 38
Pod wiatami (jeongja): 3
Schroniska górskie: 4
Motel/pensjonat: 2
U spotkanych ludzi: 1
Korea Południowa jest bardzo dobrym kierunkiem, jeśli ktoś szuka miejsca, w którym można spokojnie zabiwakować. Na terenie "niczyim", państwowym nie ma zakazu biwakowania. W górach praktycznie się nie zdarza żeby ktoś biwakował, ja nie widziałam ani razu. Natomiast popularne są biwaki na plażach, pod które Koreańczycy podjeżdżają samochodami i rozbijają się na weekend, a nawet na dłużej i jest to całkowicie legalne.
Według tradycyjnego zwyczaju w każdej wsi jest jakieś zadaszenie, altana otwarta lub oszklona, w której mieszkańcy mogą się spotykać. Nie udało mi się dowiedzieć skąd wziął się ten zwyczaj, czy ma jakiś związek z duchowością. Myślę, że ma, ponieważ często takie wiaty czy altany, które nazywają się jeongja znajdują się pod świętymi drzewami-strażnikami. Niekiedy mają nawet gniazdka i wodę na zewnątrz. Ale ponieważ znajdowały się prawie zawsze w centrum wsi głupio mi było zajmować je na noc - na pewno trzeba byłoby zapytać o pozwolenie, a jak nie było toalety, byłby problem.
W wioskach przez które przechodziłam nikt mnie nie zapraszał. Nikt nawet na mnie nie patrzył, więc nie spodziewałam się zaproszenia. Ale to wielka szkoda. Seong, którą spotkałam ostatniego dnia stanowiła tutaj chlubny wyjątek.
Jedzenie i możliwości zaopatrzenia
Podróż do Korei była chyba najbardziej rozczarowującym kulinarnie przedsięwzięciem, w jakim brałam udział. Nie przypuszczałam że będzie tak źle, zwłaszcza że w Japonii było tak dobrze. Na pewno duże znaczenie ma to, że szłam przez wielkie odludzie i mogłam robić zakupy tylko w małych miejscowościach, gdzie przeważnie był tylko jeden mały sklep. Ale i w większych miejscowościach (byłam w kilku, z czego największe było Jeju City) wybór w sklepach był niewielki i niewiele nadawało się do transportu w plecaku. Dodatkowym utrudnieniem było to, że jedzenie w Korei było straszliwie pikantne. Ostre było i kimchi, i tuńczyk w puszcce, i zupki w proszku. Dostępne jedzenie nie było zdrowe, we wszystkim była chemia i trudno było kupić coś, co można szybko gotować. Dobrze, że wzięłam ze sobą dużo jedzenia z Europy. Oszczędzałam ser żółty, chrupki chleb i mleko w proszku. Koreańczycy chyba w dużej mierze sami produkują swoje jedzenie, zajmując się rolnictwem, rybołówstwem i mając przydomowe ogródki. Jedzą ryby, owoce morza, ryż, kimchi i warzywa. Nie są to produkty nadające się do zabrania w góry i to był problem.
Woda
Grzbiety górskie były w dużej mierze pozbawione wody, stąd też kolejne zmiany trasy w stosunku do przebiegu Baekdu Daegan, biegnącego cały czas samym grzbietem. Niekiedy była możliwość nabrania wody w źródłach, prawie wszystkie były rozpoznane. Często jednak trzeba było schodzić, a jak już się zeszło, nie bardzo był sens wracać się tą samą drogą, zwłaszcza że trzeba było też kupować gdzieś jedzenie. W wioskach nabierałam wodę tam gdzie się trafiła: w parkach, przy budynkach użytku publicznego, świetlicach wiejskich, toaletach publicznych, rzadko w świątyniach. Dość często się zdarzało, że przy sklepie była toaleta. Podchodząc znów na grzbiet trafiałam niekiedy na strumienie.
Źródła miałam zaznaczone w przewodniku, a część na mapy.cz Poza tym czasem udawało mi się niespodziewanie zlokalizować niezaznaczone źródełko.
Jeżeli chodzi o wodę do mycia to nie było jej wiele i niezwykle rzadko miałam okazję się umyć. Na szczęście nie było bardzo gorąco. Kilka razy podczas wyprawy myłam włosy, prawie zawsze w toaletach publicznych. Prysznic brałam trzy razy, raz w zafundowanym mi przez kogoś pokoju motelowym, raz w pensjonacie i raz zaproszona przed spotkaną osobę, już po zakończeniu.
Kraj i ludzie
Korea Południowa to dziwny kraj. A najdziwniejsi w Korei byli ludzie. Nie byłam jeszcze nigdy w kraju, w którym ludzie, którym mówiłam dzień dobry nie odpowiadali, a wręcz odwracali wzrok, kiedy próbowałam się do nich uśmiechać. A tak było prawie zawsze w Korei. Zwłaszcza w wioskach. W górach było lepiej, tam ludzie patrzyli zaciekawieni i witali się, a nawet czasem próbowali się odezwać. Nie jest to problem ze znajomością angielskiego, bo w Japonii pod tym względem było o wiele gorzej, a mimo to każdy chciał ze mną rozmawiać. Koreańczycy nie byli w ogóle zainteresowani tym skąd się wzięłam i co robię. A w Japonii zawsze robiłam sensację. Myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że w Korei zanikła prawie tradycyjna kultura i ludzie nie są już religijni. W związku z czym nie istnieje w świadomości coś takiego jak wędrówka duchowa i pielgrzymka, a właśnie to zjawisko przyczyniało się do tego, że w Japonii byłam tak miło przyjmowana.
W związku z tym, że niewiele miałam kontaktów z mieszkańcami, nie mogę zbyt wiele powiedzieć o tym kraju. Nade wszystko przeszkadzały mi kamery i ścisłe reguły przebywania w parkach narodowych. Bycie pod ciągłą kontrolą to coś strasznego, ale Koreańczycy są do tego przyzwyczajeni. Chyba lubią różne rodzaje reguł i porządek. Bardzo rzucało się w oczy przywiązanie do tradycji, a jednocześnie oderwanie od niej. Z jednej strony zanikła tradycyjna kultura, sztuka, architektura i religia, a z drugiej strony przetrwał konserwatyzm i patriarchat. Kobiety w polach pracowały wyłącznie w fioletowych i różowych fartuszkach. Spotkane w górach skrupularnie zakrywały ciała i twarze przed słońcem, tak żeby nie pojawiła się opalenizna - według tradycyjnych norm chorobliwa bladość jest wyznacznikiem piękna i atrakcyjności (chyba bardziej w dawnych sferach arystokratycznych i obecnie w miastach, bo już nie w polach). Zwracano mi nawet dość agresywnie uwagę, że się nie zasłaniam. Tradycyjne społeczeństwo dla wielu osób będzie czymś upragnionym, nie bez powodu tak wiele Polek wychodzi za mąż za Koreańczyków, poszukując właśnie takiego tradycyjnego związku. Samolot, którym leciałam był pełen takich rodzin z małymi dziećmi. Widać tradycyjny podział ról w przestrzeni publicznej. Są rzeczy dla kobiet i są rzeczy dla mężczyzn. Nie podobał mi się przymus i nachalny podział na strefy damskie i męskie - na przykład w toaletach nie było nigdy neutralnych kolorów, tylko damskie były zawsze pełne różu, a męskie błękitu. Robiło mi się od tego niedobrze i tęskniłam za japońską bielą i szarością. Choć to też tradycyjny kraj, ale zupełnie inaczej się tam to wyraża.
Finanse
Dzięki dobrej pogodzie i temu, że wędrowałam cały czas górami nie musiałam wydawać dużo na noclegi. Najwięcej kosztowały loty, a na miejscu jedzenie, czyli jak zwykle. Całkowity koszt wyprawy wyniósł 9297 PLN.
Kurs wona wynosił podczas mojej wędrówki: 1 KRW=0,0024 PLN
Loty: PLN z Warszawy do Seulu 2788 PLN oraz PLN lot powrotny z Seulu do Warszawy 2321 PLN kupowany tydzień przed wylotem
Ubezpieczenie: 817,78 PLN PZU Wojażer
Jedzenie: 957680 KRW czyli ok. 2350 PLN, średnio dziennie na jedzenie wydawałam 49 PLN
W barze byłam raz: 9000 KRW (22 PLN)
Komunikacja razem 147500 KRW (400 PLN): autobus do Mokpo 57700 KRW, prom Mokpo - Jeju City 31000 KRW , autobus na Jeju 1200, statek na Marado 22000 KRW, prom na Wando 35600
Noclegi: (jeden nocleg w pensjonacie 50000 KRW, 5 w schronisku 62000 KRW)
Inne: gaz 1000 KRW, karta SIM 107000 KRW (289 PLN)
Pamiątek jak zwykle nie wliczam, bo to sprawa dowolna.
Polecam latanie LOT-em do Azji, jest to najmniej męczący wariant, a jednocześnie z racji braku przesiadek bardziej ekologiczny.
Sprzęt
Tabela z listą sprzętową jest dostępna we wpisie o przygotowaniach do wyprawy.
Wśród nowości na pewno trzeba wspomnieć o panelu solarnym Xtorm 21 W. Obecnie ten dokładnie model nie jest produkowany, ale dostępny jest dość podobny. W ogóle na rynku jest sporo podobnych paneli. Xtorm sprawdzał się całkiem dobrze i pozwolił mi się w dużej mierze uniezależnić od cywilizacji, a właśnie o to mi chodziło. Choć w Korei było znacznie więcej ogólnodostępnych gniazdek (głównie w toaletach publicznych), to jednak fajnie było nie przesiadywać tam wiecznie, a zamiast tego ładować elektronikę podczas przerw. Pogodę miałam bardzo często słoneczną, więc zabranie panelu było jak najbardziej zasadne (w Danii było z tym gorzej). Chociaż trzeba wspomnieć, że ze względu na zapylenie powietrza nie uzyskuje się pełnej mocy. Przy lekkim zachmurzeniu składającym się z wysokich chmur da się jeszcze coś uzyskać, ale generalnie należy celować w pełne słońce. Wtedy ładowanie następuje z taką wydajnością jak z gniazdka. Nie wiedzałam nigdy panelu na plecaku, bo i tak szłam przez lasy, a zresztą niezwykle istotny jest kąt padania promieni słonecznych - należy się postarać żeby padały prostopadle na powierzchnię panelu. Należy też czyścić jego powierzchnię - elektryzuje się i przyciąga pyłki. Robiłam to zwilżonym papierem toaletowym. Na zgięciu pojawiło się małe pęknięcie, ale na razie nie wpłynęło na funkcjonalność. Ciekawym zjawiskiem jest odcinanie ładowania przy za niskim napięciu, ale robi to telefon a nie panel. Ładowałam przeważnie telefon i powerbank, zdarzyło się też ładowanie bezpośrednio aparatu fotograficznego i też działało. W najbardziej słoneczne dni, koło południa, mogłam podpiąć telefon do ładowania i oglądać film na telefonie, a ładowanie i tak postępowało. Więc byłam bardzo zadowolona i polecam.
Także parasol Six Moon Designs Rain Walker okazał się doskonałym wyborem. Był długi i nie składał się w połowie, dzięki czemu nie był wrażliwy na podmuchy wiatru. Mocowanie ZPacks z dodatkowym gumosznurkiem sprawdza się i doskonale można wędrować z dwoma kijkami, a pod parasolem zrobić zdjęcie, zajrzeć do nawigacji czy zjeść drugie śniadanie. Cienki sinylon okazał się dość wytrzymały, po całym lecie, czyli też po przejściu Danii ma tylko jedną małą dziurkę, nie wpływającą na funkcjonalność. Nie mam zdjęcia z rozłożonym. Kiedy nie padało (albo kiedy ścieżka była zbyt zarośnięta żebym się na niej zmieściła z parasolem) nosiłam go w prawej kieszeni plecaka zabezpieczonego linką, skąd mogłam go łatwo wyjąć bez zdejmowania plecaka.
Pozostałe rzeczy działały jak zawsze. Mogę jeszcze dodać, że trochę żałowałam, że nie wzięłam nieco cieplejszego śpiwora, bo 325 g puchu było niekiedy ledwo ledwo. No ale nie zmarzłam tak naprawdę, a nosić więcej to znowu większe obciążenie przy gigantycznej różnicy wzniesień.
Podsumowanie
Nie wspominam wcale Korei źle, bynajmniej. Ale też nie wiem też czy będę miała ochotę wrócić - być może. Korea jest w każdym razie ciekawym krajem.
Na pewno wspaniałe jest to, że chyba nigdzie indziej w Azji nie ma aż tak wielu szlaków. W trakcie wędrówki odkryłam ich mnóstwo. Oprócz Baekdu Daegan istnieje jeszcze drugi, krótszy, odgałęziający się w północnej części Baekdu Daegan i prowadzący do Busan. Bardzo interesujący wydaje się szlak wszerz Korei, może to na niego się kiedyś zdecyduję wybrać. A poza tym to prawie zawsze jeżeli są w Korei góry, to są w nich szlaki grzbietowe.
Przy następnej wizycie, jeżeli taka nastąpi, będę już wiedzieć czego się spodziewać. Trzeba po prostu zaakceptować fakt, że ludzie trzymają ekstremalny dystans i nie liczyć na żadne interakcje. Zabierając ze sobą duży zapas jedzenia z Europy można przetrwać pod względem żywieniowym, a możliwość biwakowania na dziko jest bardzo dużą zaletą. Na pewno polecam do minimum ograniczyć wizyty w parkach narodowych, choć Jirisan i Tabaeksan są jednak warte odwiedzenia (w Jirisan można śmiało zrobić klasyczny trekking grzbietem z noclegami w schroniskach, a Tabaeksan jest bardzo mały i można wyjść z parku na noc).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz